Kto pociąga za sznurki?

Brakuje mi dobrze opowiedzianych historii w grach komputerowych. Pisałem niedawno o The Outer Worlds, które mnie zachwyciło swoją fabułą oraz wykreowanym światem. Jednak w przypadku tej produkcji, elementy opowieści, przerywane były eksploracją oraz walką. Rozumiem, że w grze te aspekty powinny się uzupełniać. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że w przypadku The Outer Worlds często rozwlekały czas gry. Gdyby opowieść była trochę bardziej skondensowana, to na pewno wyszłoby jej to na dobre. Czy w takim razie chcę krótszych gier? I tak, i nie.

Z niektórymi tytułami mam tak, jak wiele osób z serialami. Łaknę kolejnej przygody, niczym fan serialu kolejnego sezonu. Gotów jestem zajrzeć w każdy kąt, zainstalować DLC z rozszerzeniami do opowieści i czekać na nawet najmniejsze aktualizacje. Coś takiego przeszedłem z Frostpunkiem. Wciąż uważam, że jest to genialna produkcja, która opowiada ciekawą historię rozgrywającą się w morderczym środowisku. Na dodatek twórcy opublikowali wiele różnych scenariuszy, opowieści rozbudowujących narracje. W różnych kierunkach, ale zawsze rzucających nowe światło na wydarzenia w skutym lodem świecie. Podobna fascynacja pojawiała się w trakcie moich wirtualnych przygód w The Outer Worlds. Jednak najbardziej cenię sobie te opowieści, których skondensowana narracja od razu mnie porywa i zostaje ze mną na dłużej. Tak samo, jak w przypadku porządnie napisanej powieści.

Były takie gry. Zawsze wymieniam dwa tytuły, moim zdaniem istotne z perspektywy budowania narracji w wirtualnym świecie – Firewatch oraz Event[0]. W obu przypadkach istotny jest ten drugi, interlokutor, rozmówca, z którym komunikuje się główny bohater. Myślę, że nadszedł czas, aby rozszerzyć ten zestaw o jeden tytuł, który co prawda nie jest już tak pierwszoosobowy, ale w dalszym ciągu jego najważniejszym elementem jest narracja. Opowieść dominuje w Red Strings Club, odrobinę podkreślona zostaje minigrami, jednak to rozmowy, uczucia oraz podejmowane decyzje wypływają na ostateczną formę zakończenia i przebieg rozgrywki. Oczywiście, można rozpocząć grę kilka razy i odkryć wszystkie tajemnice lub doprowadzić od innego finału. Ta specyficzna możliwość przeżycia alternatywnej wersji opowieści, sprawiła, że wsiąkłem w Red Strings Club na kilkanaście godzin. Grałem tak długo, aż uznałem, że w pełni doświadczyłem wirtualnego świata.

Właśnie! Doświadczenie narracji! Odnoszę wrażenie, że ten aspekt bywa pomijany w grach komputerowych. Dla odbiorcy szuka się zajęcia, czegoś do poklikania, wciąga się go w różne mechaniki tylko po to, aby został na dłużej. A może kluczem do poprawienia zaangażowania jest stworzenie wciągającego świata? Od połowy 2018 roku obserwuję postępujące zmęczenia produkcjami nastawionymi na zabawę wieloosobową. Nie twierdzę, że nie są dalej popularne, jednak rośnie im konkurencja. Właśnie w postaci gier skierowanych do pojedynczego gracza. Z historią, ze światem, z narracją, która sprawia, że odbiorca zaczyna czuć coś więcej, niż radość z 1000 zebranych monet.

Na marginesie „Irlandczyka”

Irlandczyk. Film Martina Scorsese, od obejrzenia na Netfliksie. Trwa 3 godziny, więc trzeba przygotować się na długi seans. Chciałbym napisać, że jestem zachwycony aktorstwem oraz niezwykle interesująca historią, której głębia odbija się w błyskotliwych dialogach. Chciałbym, ale nie mogę, bo po prostu bym skłamał. Mam problem z Irlandczykiem, obejrzałem go w zeszłym tygodniu, a do dzisiaj nie potrafię jednoznacznie określić, czy jest to wielkie Kino, przez olbrzymie K. Do czego nawiązuję? Do wypowiedzi reżysera Irlandczyka, w której postanowił w mocnych słowach skrytykować filmy superbohaterskie.

Dla Martina Scorsese kino Marvela i pochodne, to forma parków rozrywki, niemająca absolutnie nic wspólnego z filmami narracyjnymi, czyli takimi, które poruszają ważne kwestie i opowiadają istotne historie. Jednocześnie reżyser Irlandczyka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nowoczesność tworzy ruchome obrazy pod widza, z uwzględnieniem badań rynku, a także upodobań odbiorców. Aż chciałoby się rzecz, że wytwórnie kierują się big data w trakcie kreowania nowych światów! I będzie w tym dużo prawda. Warto pamiętać, że postnowoczesne teksty w dużej mierze opierają się na danych zebranych z różnych miejsc. Począwszy od polubionych postów na Instagramie, przez lokalizację, a skończywszy na historii udostępnień postów na Facebooku. Jeżeli teraz przyjrzycie się Waszej historii, która trafia do Sieci, to szybko zauważycie, że z tym wymiarów można ulepić personę z jasno określonymi zainteresowaniami. W świetle big data wszyscy jesteśmy mniej tajemniczy, niż nam się wydaje.

To nie jest coś, o czym często myślimy, a jednak każdego dnia dzielimy się z Siecią mnóstwem informacji, które, po odpowiednim skorelowaniu, pozwalają biznesowi tworzyć różne produkty. Dlatego uważam, że Martin Scorsese nie tyle skrytykował kino superbohaterskie, ile odniósł się do współczesnej kondycji kultury. W wypowiedzi opublikowanej na łamach internetowe wydania „New York Timesa” reżyser Irlandczyka, zwrócił także uwagę na to, że dla istnienia kina kluczowe są indywidualności. Podkreślił, że nawet w strukturze hollywoodzkich istniało pewne tarcie, dzięki któremu powstało wiele interesujących produkcji. Dzisiaj pierwsze skrzypce gra biznes, co Martin Scorsese, uważa za niebezpieczne.

Mam wrażenie, że media za bardzo skoncentrowały się na krytyce filmów superbohaterskich. Tak jakby dotknięcie niezwykle popularnych obrazów, rozjuszyło ich fanów. Moim zdaniem, w wypowiedzi Martina Scorsese jest coś więcej. O makdonaldyzacji kultury mówi się od wielu lat, ale obecnie przekroczyliśmy inny próg. Pomimo egocentrycznego charakteru postnowoczesenej kultury, za wszelką cenę próbujemy wyrugować indywidualność ze sztuki. Niezależnie od tego, jaką formę weźmiemy. Dominują twory tworzone i szlifowane przez zespoły marketingowców i analityków, tak długo, aż nie zostaną docięte do aktualnych gustów odbiorców. Artystyczne wypowiedzi są dzisiaj niebezpieczne.

To skąd bierze się mój problem z Irlandczykiem? Jest faktycznie indywidualną wypowiedzią artystyczną, jednak mam wrażenie, że zawarte z nim sensy zostały odrobinę za bardzo rozwodnione przez długość filmu. Gdyby był godzinę krótszy, to jestem pewien, że w dalszym ciągu stanowiłby interesującą krytykę kultury opartej na przemocy i milczeniu.

Chrzęści pięść

Katalog Netfliksa jest pełen różnego rodzaju animacji. Osoby zainteresowane tym medium na pewno słyszeli o takich tytułach jak Rick and Morty, BoJack Horesman lub Final space. Ja również się z nimi zetknąłem. Szczególnie do gustu przypadała mi animacja Rozczarowani, a ostatnio znalazłem kolejną produkcję, którą przyjemnie mi się oglądało. Mam wrażenie, że przeszła bez większego echa, niewiele o niej słyszałem w trakcie rozmów ze znajomymi. A szkoda, ponieważ do świata animacji dla dorosłych wprowadza odrobinę poplątanego mistycyznu.

Sześć pięści opowiada historię trójki sierot, które zostały przygarnięte przez mistrza wschodnich sztuk walki. Akcja serialu rozgrywa się w meksykańskim miasteczku San Simowe w latach 70. Te dwa zdania zapowiadają stopień poplątania wątków, jakiego należy się spodziewać w animacji. Sekwencja otwierająca pierwszy odcinek nie pozostawia żadnych złudzeń. Poza filozofią wschodu, w Sześciu pięściach, znalazło się także miejsce dla sił nadprzyrodzonych, a nawet dla wątków dotyczących kultu śmierci. Wszystko zostało połączone za pomocą bohaterów, uwikłanych w różne, mniej lub bardziej, ciemne interesy. Szybko przekonałem się, że postaci mają różne motywacje i nic nie jest takie, jakie na pierwszy rzut oka się wydaje. Właśnie dla takich niespodzianek, unoszących brwi zwrotów akcji, warto obejrzeć tę animację.

Takie nietypowe połączenia nie są niczym nowym w kulturze, jednak warto przypomnieć, że nie wszystkie takie teksty można traktować jako sukces. Bywa, że autorzy za bardzo rozdrobnią fabułę, wprowadzą zbyt wiele wątków i formuł z innych gatunków. Sześć pięści stanowi ciekawy przykład dobrej realizacji. Autorzy operują różnymi forma znanymi z popkultury. Osoby znające kino sztuk walk od razu zorientują się, że główny mistrz musi mieć jakąś mroczną tajemnice. Fani weird fiction szybko zauważą, że historię napędza mistycyzm. W serialu znalazły się także smakowite kąski dla fanów kryminałów. Dwie główne postaci stanowią wręcz sztampowe realizacje detektywów znanych z odmiany brytyjskiej, jak i czarnej powieści kryminalnych. Miszmasz, poplątanie z pomieszaniem. Albo inaczej. Doskonała realizacja tego, czym w pierwszej połowie XX wieku było pulp fiction (nie, nie mam na myśli genialnego filmu Quentina Tarantino).

Wtedy, takie historie jak ta z Sześciu pięści, były wydawane na kiepskim papierze w niskiej cenie. Proponowały różnego rodzaju historie, w których autorzy mieszali, pozornie przypadkowe, wątki w znanych i lubianych formach kultury popularnej. Rozwinięciem tego sposobu tworzenia narracji jest coś, co bywa nazywane bizzaro-fiction. Jest to gatunek literacki, które ciekawe operuje groteską i satyrą, w obrębie struktur znanych z popkultury. W realizacjach utrzymanych w tej formule często dochodzi do przekroczenia danej formy, a nawet celowego i świadomego ich wymieszania. Bizzaro-fiction cechują opowieści mocno splątane, ale dające sporo zabawy w trakcie ich rozwiązywania.

Przed włączeniem Sześciu pięści warto przygotować się na specyficzne zestawienia wątków. Warto, ponieważ twórcy w ciekawy sposób badają granice gatunków i nie zapominają przy tym o stworzeniu wciągającej historii.

Stadium

Podejrzewam, że przeczytaliście już wystarczająco dużo artykułów na temat tego, że Google Stadia jest niewypałem. Recenzenci zwracają uwagę na różne niedociągnięcia. Konieczność kupowania gier, które miały być w abonamencie. Zbyt duże lagi. Problemy z wyświetlaniem grafiki, a nawet przegrzewający się urządzenie. Jak zapewne się domyślacie, pojawiły się już informacje, że zbyt duża temperatura je wyłącza. Chciałbym teraz usiąść i powiedzieć: A NIE MÓWIŁEM? Ewentualna klapa Stadi i tak przysłuży się popularyzacji abonamentów na gry komputerowe.

Tak uważam. Google chciało zrewolucjonizować rynek, kompletnie ignorując przy tym prędkość połączenia internetowego na świecie. Od początku było wiadomo, że aby korzystać z ich nowej usługi potrzebny będzie stabilny i pozbawiony limitów transfer. W końcu to streaming! Na dodatek dotyczy medium korzystającego z grafiki i dźwięków wysokiej jakości, a także wymaga obsługi komunikacji pomiędzy graczem i światem gry. W trakcie pokazów wszystko pięknie działało, ale warto pamiętać o tym, że takie demonstracje są skrupulatnie przygotowywane. Właśnie po to, aby uniknąć blamażu. Google może sobie pozwolić na eksperymentowanie, na przecieranie szlaków. Jeżeli zamknę tę usługę, to będzie tylko jeden z wielu produktów, które uśmiercili.

Myślę, że ta sytuacja to woda na młyn Microsoftu. Już teraz mają w ofercie świetną usługę subskrypcją Xbox Game Pass. W ofercie znajdują się tytuły, w które można grać zarówno na komputerze, jak i na konsoli, jeżeli się ją posiada. Pragnę także przypomnieć, że Microsoft również pracuje na swoją własną usługą streamingową – xCloud. Baty, które zbiera Google, pięknie pokazały niebezpieczeństwa związane z takim przedsięwzięciem. Podejrzewam, że Microsoft chętnie skorzysta z tych doświadczeń i bacznie obserwuje to, jak rozwija się sytuacja. Stadia pokazała zarówno słabe, jak i mocne strony tego projektu. Uważam, że premiera xCloud może mieć mniej problematyczny przebieg, niż było to w przypadku usługi Google’a. Microsoft ma też doświadczenie w pracy z grami, coś, co, tak przynajmniej sądzę, dla monopolisty wyszukiwarek było nowością.

Warto także pamiętać o tym, że klienci ze sobą rozmawiają. Wymieniają się spostrzeżeniami. Sam byłem wiele razy pytany o różne usługi subskrypcyjne. Wielokrotnie podkreślałem, że ich podstawowym plusem jest to, że w dalszym ciągu wymagają pobrania gry na dysk. W trakcie zabawy mniejsze znaczenie ma jakość połączenia z Internetem. Wbrew pozorom, to dla wielu osób może być plus. Na chwilę obecną, w głowach odbiorców mogą tworzyć się ciekawe skojarzenia. Streaming może być traktowany jako coś złego, niekoniecznie działającego i wymagającego dodatkowego kupowania gier, które miały być w abonamencie. Subskrypcja od wydawcy? Taki Origin Access lub Uplay+? Działa, można się bawić, co prawda tylko na komputerze, ale przynajmniej nie ma większych problemów z korzystania z oferty.

Czy Google Stadia upadanie? Być może, ale na trupie tej usługi pojawią się inne, a abonamenty tylko umocnią swoją pozycję.

Skończone polowania

Czarny Piątek. Święto zakupów, chwila, w której właściciele sklepów gotowi są dopłacić, aby klienci wzięli ich produkty. W naszym pięknym, lecz nieszczęśliwym kraju, Czarny Piątek, rzadko oznacza duże przeceny. Tym promocjom powinien przyświecać pewien cel – chęć wejścia w interakcję z klientem. Przekonanie, że skoro raz sklep nie rozczarował, nie zawiódł oczekiwań, to następnym razem również tak będzie. Cóż, nie wszyscy wychodzą z tego założenia i wolą podnieść ceny przed ich obniżeniem.

Dlatego swoje zakupy ograniczyłem do minimum. Miałem kilka produktów na liście, coś udało się upolować, ale nie jest to nic, czym można pochwalić się na Instagramie. Nie będzie otwierania materaca do łóżka na stories, wybaczcie. Jest to mało fascynujący temat. Podobnie jak stream ze stania w korku, a podejrzewam, że dzisiaj, w pobliżu centrów handlowych, było gęsto. Dosłownie. Nic dziwnego, konsumenci są od tego, aby konsumować, aby otaczać się nowościami. Dla wielu zakupy, polowanie na promocje, to forma niebezpiecznego uzależnienia. Pewnie Czarny Piątek tylko potęguje objawy, a nawet zaraża innych. A potem pojawiają się korki, kolejki, tratowanie się przed witrynami sklepów. Wszystko w imię przeceny! Chęci dokonania zakupy! Wydania pieniędzy, na rzeczy, która nagle wydaje się niezbędna do życia.

Nadszedł weekend zakupowych zombie przyklejonych do telefonów. W poszukiwaniu ofert jak w poszukiwaniu sensu istnienia. Nieumarli akolici influencerów gotowi na szybkie wklepanie kodu rabatowego. Postnowoczesne polowanie na grubego zwierza, który uosabia nowy laptop, telefon lub bezprzewodowy głośnik. A to dopiero wierzchołek góry lodowej! Dzisiaj kupić można wiele, co prawda nie wszystko, ale Internet i popkultura sprytnie podsuwają różne tropy. Zawsze fascynowało mnie to, że w czasach, w których nomadzi mediów społecznościowych tak chętnie odżegnują się od autorytetów, bez mrugnięcia okiem przyjmują sposób życia widziany na zdjęciach lub krótkich filmikach. W dyskusjach o globalnym ociepleniu często widuję wypowiedzi „krytyczne”, ale świat z Instagrama i TikToka jakoś wielu użytkownikom wydaje się niepokojąco realny.

Czarny Piątek zapowiada czas wzmożonej konsumpcji. Po nim następuje Cyber Monday, a potem przychodzi czas na Święta i kupowanie prezentów. Świat, przyjemniej na cztery tygodnie, zostanie solidnie przeceniony. Do pierwszej inwentaryzacji, sprawdzenia stanów magazynowych. Później można zacząć wszystko od nowa, aby ludzie dalej czuli się dobrze w trakcie zakupów. Najwyraźniej kolorowe metki, wszechobecne banery i spam na poczcie elektronicznej w dalszym ciągu działa. A zawsze wydawało mi się, że reklamy powoli stają się boleśnie przeźroczyste.

Co będzie następne? Czarny Piątek na podstawie big data? To już jest. Tylko po prostu jeszcze tego nie zauważyliśmy. Po następnych niemniej intensywnych przecenowych polowaniach zachęcam do zwrócenia uwagi na reklamy, a także proponowane produkty.

Page 1 of 123

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén