Literat przegląda Internet #134

Pierwszy tydzień po urlopie! Zadania latają jak szalone, sprawy nabierają tempa. Dlatego, aby się wyciszyć, wyjeżdżam na wieś. Nie będę się dusił w mieszkaniu, czas na kilka godzin na świeżym powietrzu.

Dobre zabezpieczenia, to skomplikowana sprawa.

Czym jest „wrogi design”? Na pewno wiele razy się z nim spotkaliście. Warto wiedzieć, do czego służy.

Wywiad z twórcami Frostpunka!

W tym roku literackiego Nobla nie będzie.

Trochę o kosmosie, planetach i układach.

Fragmenty

Jedynym z interesujących tematów podejmowanych przez twórców literatury, jest przemienianie. Istotna staje się wrażliwość na czas, umiejętność jego podziału na części, dokładność w opisywaniu poszczególnych wrażeń. Każdy robi to na swój własny sposób. Bywają książki, które chwytają temat w sposób sentymentalny. Są też tytuły zmuszające odbiorcę do konfrontacji z urywkami wspomnień. Napisanie dobrej książki składającej się wyłącznie z fragmentów czasu, to ciekawe, ale trudne, wyzwanie.

Weronika Gogola, w swojej debiutanckiej powieści Po trochu, postanowiła zmierzyć się z Czasem. Zdecydowała się na konstrukcję zbudowaną z fragmentów doświadczeń, ze wspomnień. Wszystko spięte główną bohaterką, połączone jednym człowiekiem, który dorastał. Nie szukajcie w Po trochu powieści o rozwoju młodej duszy. Rozczarujecie się. Ale! Ostrzegam! Nie szukajcie w Po trochu opowieści o utraconej młodości. Poczujecie zawód. Nie szukajcie w Po trochu skomplikowanej narracji i wielowymiarowych metafor. To nie ten adres. Weronika Gogola stawia prostotę, za pomocą której w piękny sposób opisuje jeden, znany tylko sobie, wycinek świata. Po trochu to książka magiczna, oplatająca odbiorcę wspomnieniami. Przemijanie zostaje ukazane jako nieodłączny element ludzkiego życia, a jednak Weronika Gogola uczyniła z tego aspektu coś wyjątkowego.

Przemijanie to trudny temat. Bywa, że autorzy walczą z czasem. Wpadają z trudny do zniesienia sentymentalizm. Zabierają czytelnika w podróż do świata swojego dzieciństwa i nie proponują nic więcej. Tak jakby czytanie o tym, jak Szanowny Autor ganiał się z kolegami po lesie, było samo w sobie nobilitujące. Weronika Gogola nie sięga po tak oklepany chwyt. W jej narracji jest coś wyjątkowego, lekkiego. Prezentuje swój świat, widoczny z perspektywy określonego czasu, konkretnego momentu w jej życiu. Ta lekkość jest tak cudownie wyzwalająca! W Po trochu na próżno doszukiwać się kronikarskiej precyzji, suchego podawania faktów. Lektura tej książki to podróż po doświadczeniach, wrażenia i obserwacjach. Zdarzają się momenty mocne, smutne lub przerażające. Weronika Gogola splata wszystkie aspekty życia w jeden, przepiękny, gobelin.

Po trochu to cudowna, wyjątkowa i bardzo dobra książka. Pozbawiona nieznośnego sentymentalizmu oraz męczącego patosu. Jest to porywający opis rzeczywistości widzianej oczami konkretnego człowieka w określonym momencie. Jednocześnie narracja opiera się na prostocie, na delikatnym zderzaniu poszczególnych doświadczeń. W przemijaniu uchwyconym w Po trochu jest coś hipnotyzującego, coś uspokajającego. Rytm życia, nieodłącznie związany ze śmiercią, jest fascynujący. Pojawia się w absolutnie każdym fragmencie powieści, doskonale splata się z narracją. W Po trochu nie ma nic sztucznego. Ludzki los zostaje pokazany jako zwyczajny, ale jednocześnie piękny i fascynujący.

Takie powieści nie trafiają się często. Dlatego Po trochu uważam za pozycję obowiązkową dla osób interesujących się polską literaturą.

Literat przegląda Internet #133

Mój urlop powoli się kończy. Spędziłem go na zupełnym lenistwie. Już dawno nie udało mi się, tak dobrze odpocząć. Powoli wracam do trybu „praca”, dzisiaj przejrzałem rzeczy, którymi będę musiał się zająć w przyszłym tygodniu. Trochę się tego nazbierało…

Niektóre gry to właściwie ekrany z mikrotransakacjami…

Jak wygląda sprzedaż gier niezależnych? Interesujący raport.

Cambridge Analytica ogłasza bankructwo? Zwrot akcji godny najlepszego pisarza powieści grozy!

Ile kosztuje wprowadzenie RODO?

Zachęcam do zainteresowania się projektem „Spięcie”. Szykuje się ciekawa inicjatywa!

Nerwy, irytacje i science fiction

Miałem odpuścić. Miałem nic nie pisać na temat filmu Beyond Skyline. Zachęcony słowami naczelnego Nerdomancera, postanowiłem sprawdzić ile wart jest ten obraz. To nie tak, że OldUpa zachwalał i zachwycał się tą produkcją. Po prostu stwierdził, że po kilku piwach tytuł był już znośny i dało się go oglądać. Obawiam się, że za mało wypiłem lub mam mniejszą tolerancję na psucie gatunków. Fantastyka naukowa odgrywa rolę wydajnego chłopca do bicia. Do grona filmów, które robią drobną i niestrawną sieczkę z science fiction można, bez najmniejszego namysłu, wrzucić Beyond Skyline.

Dla kronikarskiej dokładności odnotuję jedynie, że jest to sequel filmu Skyline z 2010 roku. Widziałem go i – z tego, co pamiętam – aż tak mi nie podniósł ciśnienia. Rozumiem, że fantastyka naukowa to wdzięczny temat. Lubimy najazdy kosmitów, niektórym pewnie szczególnie odpowiada to, że za cel wzięli sobie siedlisko wszelkiego zła, jakim są Stany Zjednoczone Ameryki. Kochamy oglądać buntującą się Sztuczną Inteligencję. A już najwięcej emocji budzą w nas roboty, w których zakochują się ich twórcy. Wyobraźnia pcha na na granice perwersji, nawet jeżeli film wiele rzeczy ukrywa. Z przykrością stwierdzam, że w tym natłoku tytułów zaczynamy tracić fundamenty gatunku. Fantastyka naukowa to wspaniały, pociągający i piękny fragment popkultury. Szkoda, że za wszelką cenę jest niszczony i sprowadzany do zwykłego tła.

Najwyraźniej wystarczy do fabuły dodać laboratorium i eksperymenty, aby krzyczeć, że obraz bada granice człowieczeństwa. Kilku kosmitów w potężnych statkach, to dość, aby podjąć trudny temat kontaktu z obcą cywilizacją. Nie ma we mnie pragnienia, by każdy twórcy od razu był Lemem lub – przynajmniej – Dukajem. Pragnę jedynie uszanowania granic gatunku, zrozumienia jego fundamentów, traktowania go z szacunkiem. Doskonale rozumiem to, że kultura masowa rządzi się swoimi prawami. Ma produkować, ma zabawiać, ma tworzyć potrzeby oraz rynek zbytu. Dlatego zwracam się do odbiorców, do osób zaczynających przygodę z gatunkiem, do ludzi, którzy postanowili eksperymentować i poszukać czegoś innego.

Omijajcie takie tytuły jak Beyond Skyline, Tytan lub Bez słowa. Wszystkie łączy jedna rzecz – fantastykę naukową, gatunek z wieloletnią tradycją, traktują w sposób instrumentalny. Jest tam zwykła scenografią, ma być usprawiedliwieniem dla złej fabuły, dla narracji opartej na przypadkowo połączonych wydarzeniach. Lepiej sięgnijcie po Nowy początek. Zobaczycie, że science fiction może inspirować twórców do podejmowania trudnych tematów. Kontakt z obcą cywilizacją, uszanowanie dla struktur języka, pokazanie ludzkich słabości, próba okiełznanie tego, co jest trudne do zrozumienia. Fantastyka naukowa ma za zadanie zachęcać do takich poszukiwań. Jako tło wypada kiepsko, mocniej punktuje braki warsztatowe każdego twórcy, którzy postępuje z tym gatunkiem w sposób nieostrożny.

Dałem upust swojej irytacji. Wybaczcie. Musiałem. Najwyraźniej odpoczynek mi nie służy.

Streamingowe eksperymenty

Jak majówka, to pewnie grill! Bez kiełby odsmażonej na podpałce trudno wyobrazić sobie wypoczynek. Na ruszt można także wrzucić pierś z kurczaka w gotowej marynacie z chemii i resztek przypraw. Dla odważnych są specjalne kręcioły z boczku! Widziałem w Lidlu. Chociaż tak do końca to nie jestem pewien, że to było mięso… Raczej coś białkopodobnego z dodatkiem glutaminianu sodu, który przecież nie jest taki zły, ale stanowi tylko niewielką część chemii ładowanej do grillowych półproduktów.

Wbrew pozorom wpis nie będzie o kulturze grillowania, tylko o eksperymentach. Tych filmowych, bo do żywieniowych zachęcam tylko tych o mocnych żołądkach. O Netfliksie pisałem wiele razy. Czasem narzekałem, innym razem chwaliłem. Wszystko zależy od tego, na jaką produkcję aktualnie trafię i czy nie zderzę się z agresywnym marketingiem. Wtedy wpadam w tryb zgryźliwego tetryka i zaczynam narzekać. Dzisiaj będzie inaczej. Ostatnio przeglądałem swoje notatki, w poszukiwaniu zaległych pomysł na felieton. Trafiłem na kilka zdań na temat filmu Porwana pamięć. Jest to południowo koreański thriller. Zrealizowany w sposób solidny, z ciekawą fabułą oraz mroczną tajemnicą w tle. Film trzymał w napięciu, samego rozwiązania zagadki można było się domyślić, jednak nie zepsuło to przyjemności z oglądania. Co ciekawe Porwana pamięć jest także mocna warsztatowo. Twórcy wiedzieli jak nakręcić film, unikali zbędnych eksperymentów. Postawili na przejrzysty montaż wsparty porządnie skonstruowaną narracją. Wbrew pozorom takie połączenie nie jest codziennością. Każdy chce być artystą, ale niewielu zna się na swoim rzemiośle.

Właśnie za sprawą takich tytułów jak Porwana pamięć chwalę sobie Netfliksa. Zauważyłem, że coraz częściej szukam materiałów zupełnie odmiennych od tego, co ostatnio oglądam. Eksperymentuję, sprawdzam granice swoich gustów. Wróciłem na jakiś czas do anime. Obejrzałem kilka pełnometrażówek, nie poczułem się szczególnie zachwycony. Materiały pocięte na odcinki były lepsze, B: The Beginning porwało mnie na kilka nocy. Dzięki chęci eksperymentowania odkryłem interesujące obrazy, ciekawe fabuły, dobre narracje. Staram się wybierać te produkcje, które nie są szczególnie reklamowane. Te pominięte przez brutalny marketing Netfliksa. Podchodzę do nich z mniejszymi oczekiwaniami, przez co bawię się znacznie lepiej.

Staram się wyrwać z mojej internetowej bański. Algorytmy robią wszystko, abym spędzał czas przy to, co ostatnio mi się podobało. A ja chcę się konfrontować, sprawdzać swoje granice, testować rozumienie gatunku. Dlatego konsekwentnie ignoruję to, co poleca mi Netflix. Szukam sam, przedzieram się przez katalog i wrzucam do listy tytuły, które uznam za interesujące z różnych powodów. Może to być ciekawy opis lub ładna grafika. Nie sugeruję się nazwiskami lub procentowymi wskaźnikami zachęcającymi mnie do kliknięcia, bo wcześniej już coś takiego oglądałem. Myślę, że warto poświęcić trochę czasu i przygotować sobie eksperymentalną listę produkcji do obejrzenia na Netfliksie. Ja tak zrobiłem i nie żałuję.

Page 1 of 100

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén