Przeglad

Literat przegląd Internet #62

Trójkowa lista przebojów przesłuchana! Można spokojnie oddać się pisaniu, bo właśnie na to przyszedł czas. Jakoś listopad minął mi pod znakiem ciągłych zaległości, a teraz muszę je błyskawicznie nadrobić, aby – ponownie – wyjść na prostą.

Tyranny to, podobno, jedna z ciekawszych premier tego roku. Zachęcam do przeczytania recenzji Osaksa oraz…

artykułu na temat trudnych wyborów pojawiających się w tej grze.

Każdy miłośnik herbaty chciałby mieć taki zaparzacz.

Czy Rockstar to mistrzowie easter eggów? Wydaje się, że tak!

Jak dobrze wydać grę podzieloną na epizody? Zachęcam do zapoznania się z sześcioma wskazówkami.

gwent_yennefer_1920x1080_pl

Rozkmina nad Gwintem

Być może wydaje się to dziwne, ale są jeszcze osoby na tym szarym świecie, które nie grały w trzecią część Wiedźmina. Gra kupiona, klucz aktywowany, jednak ciągle brakuje mi czasu. Z uwagi na ten deficyt Geralt czeka na swoją kolej, a ja – okazjonalne – ściągam inną pozycje z zestawu zaległości. Przyszedł w końcu moment, abym pograł w Gwinta. Klucz do bety już dawno, dawno temu znalazł się na moim mailu. Nawet kilka razy odpaliłem grę, jednak do spisania wrażeń ciągle brakowało mi odpowiedniego dystansu.

Obawiałem się tego, że wpadnę w bałwochwalcze tony, że od razu stanę się pyschofanem Gwinta. Niestety, do wyznawców tej gry będzie mnie bardzo ciężko zaliczyć. Być może moja opinia będzie bardzo nietypowa, tak mocno inna od tych wszystkich oczarowanych streamerów i recenzentów. Mnie po prostu Gwint nie zachwycił. Pograłem, otworzyłem kilka beczek z kartami, poukładałem własne zestawy. Sporo przegrałem, zanim dobrze poczułem mechanikę samej gry. Rozkładnie kart, używanie ich, planowanie strategii i walka z czasem. To wszystko było bardzo dobre, jednak trudno mi traktować Gwinta jako coś odświeżającego. Muszę przyznać, że znacznie lepiej bawiłem się przy Duelyst.

Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że Gwint sprzedaje się doskonale wśród fanów Wiedźmina. To właśnie dla nich przygotowanie specjalne edycje gry, w których były karty. To oni zachwycają się specjalnie stworzonymi do gry w Gwinta stołami. Dla nich cyfrowa wersja ukochanej karcianki była spełnieniem marzeń. A dla mnie? Kolejną grą, która próbuje odgryźć kawałek popularności Hearthstone’owi. Mam wrażenie, że Gwint będzie w stanie podjąć względnie równą walką. Karcianka od twórców RuneScape’a – na dłuższą metę – okazała się porażką. Na początku angażowała, ciekawe było układanie własnej historii z kart, ale potem zwyczajnie nudziła. Był to produkt skierowany wyłącznie do fanów RuneScapea, a odnoszę wrażenie, że ta produkcja ma swoje lata świetności za sobą. Chronicle: RuneScape Legends wyrosło na solidnym uniwersum, ale tej grze zabrakło poczucia nowości. Gwint ma swój wiedźmiński świat, Geralt wciąż doskonale się sprzedaje, więc starcie z Hearthstonem może być interesujące.

Wiedźmińska cyfrowa karcianka jest dla mnie produktem ubocznym, dodatkiem do komputerowych przygód Geralta. Być może zmienię zdanie po pojawieniu się kampanii. Obecnie Gwint całkowicie mnie nie interesuje, nie mam ochoty wracać. Jednocześnie liczę na to, że ta produkcja utrze nosa Hearthstone’owi. Dominacja Blizzarda na polu karcianek coraz bardziej mnie męczy. Popularność tej gry w dużej mierze wynika ze znanego, cenionego i ubóstwianego uniwersum. A dzisiaj rośnie w siłę kolejny świat, który swoje korzenie ma w książkach Andrzeja Sapkowskiego. Z uwagą będę obserwował pojedynek Gwinta z Heartstonem. Na nokaut nie liczę, ale mam nadzieję, że wiedźmińska karcianka znajdzie swoją niszę i nie podzieli losu podobnych projektów. Zależność jest prosta – dopóki gracze kochają Geralta, tak długo będą zainteresowani wypróbowaniem Gwinta.

som

Mdły makaron

Czasem trafiają do mnie produkcje, z którymi nie wiem, co mam zrobić. Mam pełną świadomość tego, że dzisiaj trudno przebić się przez setki gier, nawet jeżeli ktoś proponuje ciekawą rozrywkę. Wiem, że ludzie próbują, piszą, starają się na wszelkie sposoby uatrakcyjnić zabawę, ale czasem po prostu nie wychodzi. Takim trudnym przypadkiem jest dla mnie gra Sombrero: Spaghetti Western Mayhem.

Gra znaleziona przez całkowity przypadek. Szukałem czegoś innego, czegoś ciekawego, jakieś pozycji, która pozwoli mi się oderwać od wysokobudżetowych produkcji. Z setek gier indie wybrałem Sombrero. Przyczyna była banalna – produkcja wyglądała jak połączenie Wormsów z Broforce. Rozwałka! Trudne mapy! Dużo postaci! Klimat westernu! Zabawa do białego rana! Tak krzyczały do mnie napisy z trailera gry, ale – niestety – rzeczywistość okazała się zupełne inna. Daleki jestem od stwierdzenia, że Sombrero oczarowało mnie swoją grafiką. Co to, to nie! Grałem i widziałem setki innych produkcji, które są zrobione znacznie lepiej i mają coś oryginalnego w wyglądzie. Sombrero wypada tutaj słabo. Jest nieprzejrzyste, czasem odnosiłem wrażenie, że wykonanie gry jest bardzo przypadkowe. Jednak zawsze najważniejsza jest mechanik! Liczyłem na to, że tutaj Sombrero zabłyśnie.

Po raz kolejny się pomyliłem. Miałem nadzieję, że Sombrero zapewni mi przynajmniej jakieś 30 minut rozrywki, pozwoli mi oderwać od codzienności, ponieważ pochłonie mnie kolorowa destrukcja. Nic takiego się nie stało. Na początek zderzyłem się z podstawowym problemem: gra nie jest wystarczająco popularna. Brakuje graczy. Oczekiwanie na mecz po prostu nuży, męczy. Mam wrażenie, że twórcy kompletnie nie pomyśleli o takiej sytuacji? Gdzie jakaś kampania? Może chociaż kilka meczy z komputerem, tak w ramach wprowadzenia? Drobny samouczek, żeby zainteresować odbiorcę. Robią tak absolutnie wszyscy i zastanawia mnie, dlaczego twórcy Sombrero stwierdzili, że jest to niepotrzebne. Mnie nie udało się zagrać w trybie online, po prostu nie miałem wystarczająco dużo cierpliwości. Gdyby gra oferowała inne rodzaje aktywności, to na pewno baza graczy by się zwiększyła. Postanowiłem, że sprawdzę grę w innym trybie – w rywalizacji offline.

SteamDB.info nie pozostawia złudzeń...

SteamDB.info nie pozostawia złudzeń…

Kolejne rozczarowanie. Po wspaniałym Overcooked, przezabawnym Keep Talking and Nobody Explodes oraz pełnym dreszczy Don’t Starve: Together moje oczekiwania były bardzo wysokie. Gra na kanapę powinna sprawiać, że człowiek ma ochotę na kolejną partyjkę, że się nie nudzi, ale czuje, że jest coraz bardziej wciągany przez świat gry. W Sombrero brakuje mi emocji, które towarzyszyły mi przy Wormsach. Ta produkcja jest do bólu płaska, standardowa, bardzo często przypomina pustą formę, do której ktoś zapomniał nalać treści. Dlaczego w ogóle ktoś miałby kupić Sombrero, skoro na rynku jest znacznie więcej dobrych kanapowych gier? Nie wiem. Nie potrafię nawet jednoznacznie ustalić, co kierowało twórcami, gdy pracowali nad Sombrero. Pierwsze wrażenie jest dobre, ale później jest tylko coraz gorzej.

Lepiej spożytkować 15 euro na coś innego.

Przeglad

Literat przegląda Internet #61

Czarny piątek przyniósł mi jedną rzecz: klawiaturę mechaniczną! Polowałem na nią od kilku miesięcy, wyczekując na właściwy moment. I w końcu się udało! Na moim biurku zagościła solidna klawiatura, na której po prostu wspaniale się pisze. Koniec z przypadkowym klikaniem w touchpad, koniec ze źle dociśniętymi klawiszami! Paradoksalnie była mi potrzebna bardziej do pracy, niż do samego grania.

Dość rozpływania się nad klawiaturami! Może ktoś potrzebuje nowego tła? Trafiłem na zestaw ponad 500 grafik. Bez znaków wodnych.

KOD to wciąż gorący temat. Tym razem zainteresowanie wzbudziła deklaracja o wspólnym maszerowaniu.

Bardzo dobrze, że niektórzy twórcy internetowi poczuwają się do odpowiedzialności za swoje treści. Tekst jest trochę zamotany, brakuje w nim klarownie przedstawionych tez, ale warto się z nim zapoznać.

Postprawda? Manipulacje mediami? Ten artykuł z „Dwutygodnika” wzbudził wiele dyskusji. Przynajmniej wśród osób, które obserwuję w mediach społecznościowych.

Na koniec niezwykle interesujący tekst, który opublikował Kiciputek. Lektura obowiązkowa!

stocksnap_70l5uyl0fo

Jak dobrze być Cesarzem!

Nie samą popkulturą człowiek żyje! Od czasu do czasu należy udać się do teatru, aby skonfrontować siebie ze sztuką wysoką. Najlepiej, aby był to spektakl przez duże eS, prezentacja emocji oraz idei, pełną meandrów ścieżka wiodąca do katharsis. Chciałbym napisać, że coś takiego przeżyłem, ale tak się nie stało. Dwa tygodnie temu wraz z Żoną udaliśmy się do Teatru Zagłębia. Wybraliśmy premierowy pokaz Cesarza. Tytuł nie przez przypadek nawiązuje do jednego z najbardziej rozpoznawanych dzieł Ryszarda Kapuścińskiego. Sztuka była wyraźnie inspirowana i osadzona w atmosferze książki.

Jeżeli ktoś mieszka w pobliżu Teatru Zagłębia, to na Cesarza warto się wybrać. Interesująca, do bólu minimalistyczna scenografia, świetna gra aktorska oraz doskonałe wykorzystanie światła. Na dodatek Cesarz Ryszarda Kapuścińskiego został w sztuce wykorzystany jako inspiracja, jako motyw, jako pomysł. Adaptacja Tomasza Mana opowiada o konfrontacji służących z cesarzem, o ich małym, wewnętrznym świecie, który jest zupełnie inaczej poukładany, niż rzeczywistość poza pałacem. Sztuka zrobiła na mnie wrażenie, jednak zabrakło jej tego „czegoś”, co sprawiłoby, że poczułbym dreszcze. Zobaczenie Cesarza skłoniło mnie do refleksji nad potrzebą opowiadania o polityce w sztuce wysokiej.

Obserwując różnych dziennikarzy, a także artystów pióra wyraźnie dostrzegam postępujące zezwierzęcenie obyczajów. Chamstwo, brak argumentacji, potężne zacietrzewienie i konieczność udowodnienia, że racja leży wyłącznie po ich stronie. Ten świat, szczególnie bliskich władcom, został w interesujący sposób ukazany w Cesarzu. Wyraźnie widoczne jest ograniczone postrzeganie rzeczywistości, nawet nie próba jej charakterystyki, ale walka przed tym, co przychodzi z zewnątrz. Jednocześnie Cesarz pokazany na deskach Teatru Zagłębia jest bardzo zachowawczy w krytyce polityki. Znacznie bardziej koncentruje się na świcie otaczającej władcę, zamiast rozszerzyć narrację o elementy zewnętrzne, pokazać ich nacisk, mocną potrzebę odrzucenia oraz jednoznaczną niechęć wynikająca z chęci utrzymania własnego statusu. Takim elementem są studenci, którzy podkreślają hermeneutyczne myślenie osób żyjących u boku Cesarza. Jednak to zdecydowanie za mało.

W Cesarzu zabrakło mi odwagi, chęci zrobienia teatru wyraźnie politycznego, który podejmie dyskusję z aktualnie panujących sposobem wymiany poglądów. Mocnej konfrontacji z rzeczywistością. Z przykrością stwierdzam, że w Cesarzu jest mnóstwo elementów, które aż proszą się o to, aby je odnieść do otaczającej nasz rzeczywistości. Tego zabrakło. Dlatego jest to dobra sztuka, ale nie wybitna. Warto ją zobaczyć i o niej podyskutować, ale należy pamiętać o tym, że przez swój uniwersalizm traci wiele wartości. Gdzieś zginęła potrzeba uderzenia we współczesną polityczną rzeczywistości. A szkoda, bo wtedy Cesarz mógłby w pełni rozwinąć skrzydła.

Page 1 of 66

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén