Literat przegląda Internet #122

Tydzień pod znakiem książek! Jeżeli jeszcze nie nabyliście najnowszego pakietu ArtRage, to zróbcie to jak najszybciej! Jest tam najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego! Exodus zapowiada się świetnie, być może nawet lepiej, niż Szczęśliwa ziemia.

Świt robotów?

Kryptowaluty, miłość, podryw i współczesność.

Młodzi Amerykanie nie uprawiają seksu! Co z tego wyniknie? I skąd ta niechęć?

Dwa trudne lata w Facebooku.

Skąd tyle goliznyAltered Carbon?

Konfrontacje ze schematem

Wiecie, że na Nefliksie wylądowała piąta część Rekinado? Okropna, zła, pełna dziwnych ujęć, z kompletnie rozwalonym montażem. Narracja w strzępkach, film jest w zasadzie zlepkiem przypadkowych wydarzeń z motywem przewodnim, czyli z rekinado. To takie tornado z rekinami, rzecz trudna do opisania, to trzeba zobaczyć. Obejrzałem. Tak samo, jak poprzednie części. Nie żałuję poświęconego czasu.

Konfrontowanie się z takimi miernymi produkcjami daje mi sporo przyjemności. Nie ma nic gorszego, niż kiepski film zrobiony na poważnie. Taki, w którym reżyser, aktorzy, operatorzy, kaskaderzy, katering i inne osoby zaangażowane w produkcję, nie zdają sobie sprawy z mierności swoich poczynań. Może niepotrzebnie wrzuciłem katering, może kanapki były dobre, jednak o scenariuszu lub grze aktorskiej, już nie można tego powiedzieć. Człowieka chwyta dysonans – na ekranie fabuła się sypie, postacie są do bólu sztuczne, a dialogi drętwe, jednocześnie wszyscy próbują zachować poważna minę. Tak powstają najgorsze gnioty. Rekinado do nich nie należy. Tutaj od początku wiadomo, że celem filmu jest łączenie głupoty z nawiązani do popkultury. Wszystko jest doprawione zupełnym brakiem powagi. Autorzy nawet przez chwilę nie próbują przekonać odbiorcy, że jakikolwiek element filmu jest traktowany poważnie.

Jednocześnie trudno nazwać ten film dobry. To kino klasy Z, dla osób lubiących analizować złe połączenia w tekstach kultury. Strzępy fabuły zszyte najgorszej jakości dratwą. Wymuszone dialogi, przypominające najgorsze spotkania rodzinne w trakcie świąt. Właśnie dla takich atrakcji oglądam Rekinado. Później sięgam po kino gatunkowe, najlepiej, jeżeli dana realizacja doskonale wpisuje się w określoną formułę. Taki filmem okazał się Rytuał, również dostępny na Netfliksie. Opowieść o grupie mężczyzn, którzy schodzą ze szlaku, trafiają do lasu, w którym znajdują opuszczoną chatę. Nocują w niej, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, ludzie giną, między drzewami grasuje potwór. Sztampa, prawda? Znana wszystkim forma, zero zaskoczeń, łatwe do rozszyfrowania zwroty akcji.

Rytuału nie można nazwać filmem złym. Wyraźnie widać zrozumienie konwencji, jej zręczne wykorzystanie oraz świadome poruszanie się w obrębie gatunku. Nie jest to żaden majstersztyk, żadne arcydzieło, ale po prostu dobrze wykonana robota. Rytuał przypomina, że w kulturze potrzebujemy także zdolnych rzemieślników, a nie tylko wybitnych artystów. Właśnie po to, aby bawili nas zręcznie wykonanymi formami, aby utrwalali gatunki, które potem stają się punktami odniesienia. Kultura popularna ma swoje wyjątkowe teksty, ale zdarzają się one rzadko. Zdecydowanie częściej odbiorca zderza się z odlewem wykonanym na podstawie gotowej formy. Od umiejętności twórcy będzie zależał efekt, wrażenie, jakie zrobi na odbiorcy.

W końcu wszyscy lubimy zręcznie wykonane przedmioty. Nie inaczej jest z tekstami kultury. Nawet te stworzone na podstawie schematów, jeżeli są wykonane porządnie, mogą dostarczyć wielu wrażeń.

Wzloty i upadki Cywilizacji

Zawsze byłem fanem Cywilizacji. Syndrom jeszcze jednej tury trzyma mnie mocno przed monitorem komputera. Szóstą odsłonę kupiłem przed premierą. Ostatnie miesiące 2016 roku spędziłem na zarządzaniu cyfrowym imperium. To był jeszcze czas, w którym szósta Cywilizacja miała sporo minusów. Dopiero kolejne aktualizacje wyrównały rozgrywkę, sprawiły, że stała się ona znacznie ciekawsza.

Z perspektywy ostatnich miesięcy nie żałuję wydanych pieniędzy. Każda kolejna odsłona Cywilizacji dawała mi coś interesującego, miała w sobie coś, co mnie przykuwało do komputera. Tak jest tym razem. Gram tak długo, aż nie skończę. Narzekam na kiepską Sztuczną Inteligencję, jest lepiej, niż w listopadzie 2016 roku, ale trudno powiedzieć, że jest doskonale. Drażnią mnie te drobne DLC, w których nie ma nic interesującego, poza nową cywilizacją do zarządzania. W każdym z tych „dodatków” są jeszcze scenariusze, ale nigdy mnie do siebie nie przekonały. Łowię je na promocjach, na steamowych przecenach, bo nie widzę większego sensu w paleniu 30 złotych na rzecz niewielkiej zawartości. Natomiast rozszerzenie, to inna para kaloszy. Rise and Fall miało swoją premierę w czwartek, kosztuje blisko 130 złotych na Steamie. Od razu napiszę, że nie warto wydawać takich pieniędzy, lepiej poczekać na przecenę, która – jak sądzę – wkrótce się pojawi.

Problemem najnowszej Cywilizacji jest to, że brakuje jej sensownego spoiwa. Jeżeli weźmiemy każdą mechanikę oddzielnie, to okaże się, że same w sobie są bardzo interesujące. Szczególnie dzielnice. Pozwalają na maksymalne wykorzystanie określonego miasta oraz zmuszają do przemyślenia umiejscowienia kolejnych osadników. W praktyce sprawdzają się różnie. Nie przypominam sobie gry, w której żałowałbym wybudowania dowolnej dzielnicy. Bonus to bonus, wystarczy efekt skali w postaci dużej liczebności mieszkańców i nawet najgorsze ustawienie zaczyna być opłacalne. W dodatku zostają wprowadzeni zarządcy. Znowu, świetna sprawa, maksymalizacja specjalizacji miasta. Wykonanie – kiepskie. Ten element gry powinien być mocno sytuacyjny, zmuszający do zmian w momencie zagrożenia i żonglowania zarządcami. Nic z tego. Podobne korzyści jestem w stanie uzyskać za pomocą odpowiedniego rozmieszenia dzielnic i cudów. Znowu coś nie zagrało.

Gdzie jest mięso tej gry? Liczyłem na to, że takim spoiwem będą ery. W prezentacji przedstawione je jako gamechanger, element, którym trzeba się przejmować, bo inaczej gracza czeka klęska i zagłada. W trackie rozgrywki kompletnie się nimi nie przejmowałem. Nie czułem większej różnicy pomiędzy wiekiem złotym a ciemnym. Jednocześnie ta mechanika nie prowadzi do tworzenie interesujących historii. Zbieranie punktów potrzebny do osiągnięcia kolejnego poziomu trudno nazwać interesującym. Przez cały czas miałem wrażenie, że ery znacznie odstają do całej gry. Tak jakby zostały dodane w pośpiechu i nie zostały włączone w całość. Do niczego mi nie pasowały. Jedynym elementem faktycznie wpływającym na rozgrywkę, jest lojalność miast. Ośrodki mogą przejść po władzę innej cywilizacji. Sztuczna Inteligencja zwykła się osiedlać w pobliżu gracza, często w miejscach kompletnie pozbawionych sensu. Teraz takie lokacje po prostu się buntują i przechodzą pod panowanie nowego władcy.

Rise and Fall nie usuwa problemów toczących podstawową wersję szóstej odsłony Cywilizacji. W niektórych przypadkach nawet mocniej je akcentuje. Czekam na jakieś rozszerzenie, które znowu rozrusza grę, nada jej odpowiedni kierunek i poskładają ją w sensowną całość.

Literat przegląda Internet #121

Altered Carbon skończone! Teraz przyszedł czas na książkę, zastanawiam się, jak bardzo różni się od netfliksowej interpretacji. Liczę na to, że zakończę lekturę w ten weekend. Zbyt wiele rzeczy zaplanowanych nie ma.

Tłusty czwartek to nie tylko pączki, ale także rozbijanie jajek.

Po co na open source?

Naukowcy i Państwo. Kolejny akt konfliktu.

Interesujące spojrzenie na Wiedźmina 3.

Recenzja Altered Carbon. Zagraniczna, niekoniecznie lepsza.

Muzyczne bagienko

Mijają kolejne tygodnie bez Trójkowej Listy Przebojów. Ominęliśmy z 12 notowań, nie czujemy potrzebny powrotu. Wszystko przez utwory, które nas denerwowały. Wiem, o gustach trudno dyskutować, ale słuchanie listy przebojów mija się z celem, gdy w całym notowaniu, jedynie kilka kawałków nie powoduje drżenia i chęci wyłączenia programu. Czekamy na zmiany, na powiew świeżości, dzięki któremu znowu odkryjemy nowych wykonawców.

W czasach serwisów streamingowych i algorytmów chęć słuchania muzycznych programów radiowych wydaje się dziwna. Spotify zna mnie lepiej, niż niejeden redaktor i na pewno, na początku każdego tygodnia, będzie w stanie zaproponować mi interesujący zestaw utworów. Takie pasujący do mojego gustu i aktualnego zapotrzebowania muzycznego. Wiele razy sparzyłem się na tym algorytmie, dostawałem zestawienia, których nie byłem w stanie przesłuchać do końca. Kiedyś, w trakcie kilku tygodni powrotu do korzeni i słuchania death metalu przeplatanego black metalem, Spotify postanowiło mnie zaskoczyć. Na listę trafił utwór Krzysztofa Krawczyka. Jak powszechnie wiadomo, jego muzyka ociera się o ciężkie gitarowe brzmienia, wielu wykonawców wzoruje się na growlu z Parostatku lub Bo jesteś Ty. Krzysztof Krawczyk, włączył się zaraz po Behemocie, co było dla mnie potężnym szokiem poznawczym.

Dlatego wciąż przeglądam playlisty niektórych audycji radiowych. Taki Minimax, którego kiedyś słuchałem nałogowo. To tam po raz pierwszy miałem przyjemność doświadczyć dźwięków zespołu Marillion. Były też inne muzyczne przygody. Za sprawą Trójki wybrałem się na OFFestival, nawet kupiłem kilka płyt zespół niezależnych. A AfroKolektyw na długo pozostanie jednym z moich ulubionych wykonawców. Czasem warto zaufać drugie człowiekowi, który dokonuje selekcji utworów. Ludzie mają różne gusta, poglądy i potrzeby muzyczne. Bywa, że z takich zderzeń wyciąga się interesujące rzeczy. Algorytm wyciągnął mi Krzysztofa Krawczyka. W porządku, przynajmniej zrozumiałem, że nie jest to muzyka dla mnie, a zestawianie jej z death metalem jest po prostu zabawne.

Nie zmienia to faktu, że od kilku tygodni mam wrażenie, że Spotify topi mnie w moim własnym, prywatnym i osobistym, muzycznym bagienku. Zero interesujących odkryć, brakuje miejsca na dotarcie do takich zespołów jak Mars Volta lub na posłuchanie jazzowych wariacji grupy Laboratorium. Eklektyzm muzyczny zawsze gwarantowało mi radio. Dzisiaj słuchał go mniej, przesiadłem się na cyfrową dystrybucję, jednak wciąż szukam interesujących dźwięków na playlistach niektórych audycji. Konfrontuję się z tym, co może mnie całkowicie odrzucić, sprawdzam wykonawców oraz zapętlam wybrane utwory. Algorytm zabił mi radość odkrywania, która dla mnie zawsze polegała na znalezieniu czegoś, co mocno odstaje od mojego dotychczasowego gustu. Te eksperymenty kończyły się różnie, jednak bez nich na pewno nie usłyszałbym wielu interesujących i wyjątkowych piosenek.

Czy Spotify kiedykolwiek wrzuciłoby mi utwory takich zespołów jak Kino, Nautilus Pompilius lub Piknik? Szczerze wątpię.

Page 1 of 95

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén