Hotelowy więzień

Zdarzają się książki, nad którymi wyda się zastanowić. Pisanie o nich pod wpływem chwili nie prowadzi do niczego dobrego. Bywa, że fabuła rozwija się powoli, a narracja wskazuje na określone problemy. Trzeba odnaleźć wszystkie drobiazgi, poukładać je i odtworzyć pełną strukturę opowieści. Nie obejdzie się bez odpowiedniej dawki czasu. Na przedarcie się przez sieć sensów zawartych w Dżentelmenie w Moskwie potrzebowałem kilku tygodniu. Amor Towles stworzył książkę, do której trzeba się przekonać.

Obawiam się, że nie wszyscy czytelnicy znajdą wystarczająco dużo cierpliwości, aby dać się porwać autorowi. Narracja powoli oplata odbiorcę, w fabule na próżno szukać gwałtownych zwrotów akcji lub trupów ukrytych w szafie. Dżentelmen w Moskwie skierowany jest do osób lubiących rozbudowane charaktery i pogłębioną psychologię postaci. Tę książkę czyta się długo, ponieważ taki ma rytm. Są teksty, które od razu porywają i prowadzą czytelnika od momentu do momentu, są także teksty, które rozwijają się powoli, delikatnie rysują świat przedstawiony i stopniowo wciągają odbiorcę w intrygę. Uważam, że obie formy są potrzebne, Dżentelment w Moskiwie jest wyraźnie osadzony w tym sposobie prowadzenia historii.

To dobrze. Jeżeli ktoś lubi zagłębiać się w psychikę postaci, to jak się zmieniają w trakcie rozwoju fabuły, to powinien bez wahania sięgnąć po tekst Amora Twolesa. Główny bohater, hrabia Aleksander Rostow, stanowi wdzięczny materiał do obserwacji. Traci kontrolę nad swoim życiem, zostaje zamknięty w areszcie domowym, coraz częściej czuje się osobą niechcianą w porewolucyjnej Rosji. Ciekawe jest to, że autor powieście zdecydowanie chętniej, koncentruje swoją uwagę na jednym, zamkniętym miejscu, w Dżentelmenie w Moskwie na próżno szukać charakterystyk życia codziennego. W tym tekście najistotniejszy jest hotel Metropol, którego więźniem zostaje hrabia Aleksander Rostow. Świat hrabiego zwęża się do jednego miejsca, bohater zostaje zmuszony do zrezygnowania z wielu dotychczasowych przywilejów. Obserwowanie jak radzi sobie w nowej rzeczywistości, której istnienie znał, bywa fascynujące.

Innym, równie interesującym, tematem powieści jest czas i jego formy. Czytelnik obserwuje zmiany w sposobie postrzegania świata przez bohaterów, dostrzega przejawy postępu pojawiające się w hotelu Metropol. Jednak ciągle powraca jeden temat: przeszłość hrabiego, rzeczywistość, którą bezpowrotnie utracił. Nie ma tutaj pragnienia powrotu przywilejów lub porównywania ustrojów – znacznie ważniejsza jest tęsknota za zwyczajami, za ludźmi, którzy respektowali określone prawa, a często kierowali się kodeksem honorowym. Hrabia ubolewa nad zbydlęceniem ludzi, na wszechobecnym donosicielstwem i ciągłą pogonią za przysługiwaniem się ojczyźnie. Głównego bohatera mierzi brak zasada, usprawiedliwianie złych uczynków dobrem klasy robotnicze i udawanie, że wszyscy są zadowoleni z obecnej sytuacji. Postaci dostrzegają nagminne oszustwa, załatwienie wielu rzeczy „po znajomości”. Pojawia się chęć uczynienia życia znośniejszym, co nie zawsze jest zgodne z dawniej obowiązującymi normami moralnymi.

Dżentelmen w Moskwie to powieść o zderzeniu dwóch różnych światów – tego pełnego zasad oraz tego rewolucyjnego.

Rozrywkowe rozterki

Produkcje Netfliksa budzą we mnie skrajne emocje. Od trudnego do opanowania zachwytu, przez skrajne znudzenia, do zwykłej, pospolitej irytacji. Nie wszystko, co zostało pobłogosławione przez jeden z najpopularniejszych serwisów streamingowych, jest genialne. Po roku posiadania subskrypcji wyraźnie widzę, że wiele produktów mógłbym określić jako średnie. A to i tak już sporo, bo przynajmniej na nich nie zasypiam…

Blame mnie rozczarowało. Grząska nuda. Mgła to jakaś luźna interpretacja, luźnej interpretacji, dziewiąta woda po kisielu. Ostatnio mierzę się z serialem Star Trek: Discovery. Próbuję nie zasnąć, staram się dotrwać do końca odcinka. Najciekawsze było to, że pilot oglądałem trzy razy, w różnych momentach urywał mi się film. Death Note zasługuje na wyróżnienie – czegoś tak źle zbudowanego dawno nie widziałem. Rozwalająca się fabuła, dziwne wrażenie przypadkowości. Najgorsze w tym wszystkim było to, że postanowiono zabić interesującą historię opowiedzianą w mandze i w anime. Fani poczują nieprzyjemne ukłucie rozczarowania, a osoby, które nigdy nie widziały Ryuuka, mogą zrazić się do całej serii. Szkoda, bo to ciekawa opowieść, warto ją sprawdzić, jednak na pewno nie należy zaczynać od pełnometrażowej wersji z Netfliksa.

Skoncentrowanie się tylko na tym, co mnie rozczarowało, byłoby niesprawiedliwe. Dlatego muszę wspomnieć o genialnych Czarnym lustrze. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Klimat Stranger Things trafił w moje rozumienie grozy. Mam nadzieję, że kontynuacja będzie tak samo dobra, jak pierwszy sezon. Przyjemnym zaskoczeniem był także serial Ozark. Nie spodziewałem się, że tak mnie wciągnie, sezon udało się pochłonąć w ciągu jednego tygodnia. Naturalne jest to, że obok interesujących produkcji, pojawiają się także rzeczy średnie, takie zapychające cyfrową przestrzeń. Problem polega na tym, że coraz częściej odnoszę wrażenie, że tych drugich zaczyna coraz bardziej przybywać. W niektórych miesiącach nie jestem w stanie znaleźć nic dla siebie, a próby oglądania wielu zachwalanych produkcji Netfliksa, często kończą się szybkim zaśnięciem.

Czy planuję zrezygnować z subskrypcji Netfliksa? Nie, bo na chwilę obecną i tak korzystam z tego serwisu częściej, niż z usługi HBO Go. Zastanawiam się, czy opłacam dostęp dla nowych, oryginalnych produkcji. Może wolę serwisy streamingowe stały się dla mnie odpowiednikiem mojej biblioteczki – nie muszą mieć przerobionego wszystkich książek, wystarczy, że będą miał po co sięgnąć, gdy zechcę poczytać. Mam wrażenie, że podobnie działa u mnie Netfliks. Czasem odnajduję dobrze znany mi film, włączam go i dobrze się bawię. Jednocześnie śledzę nowe produkcje, ale nie oczekuję po nich olśnienia, zachwytów, arcydzieł. Wolę rozrywkę, na poziomie wyższym, niż Rekinado (tak złe, że aż dobre…), ale bez patosu z Sense8. Różnorodność gatunków i materiałów wykorzystywanych i produkowanych przez Netfliksa powinna mi to zapewnić, powinienem znaleźć coś dla siebie lub przynajmniej czekać na pojawienie się czegoś takiego. Przez ostatni miesiąc trwałem w zawieszeniu, co – mam nadzieję – wkrótce się zmieni.

Literat przegląda Internet #104

Piątek! Po tygodniu pełnym przeliczania szans na przedmioty, przebudowywania szablonów i pilnowania, aby jeden problem, nie był roztrząsany przez cały tydzień. Wszystko przez dwa okna, które miały stać się jednym. I w końcu są.

Dość! Na start zwiastun nowego sezonu Stranger Things.

Paradox dzieli się swoimi doświadczeniami w wydawaniu gier komputerowych.

Najwyraźniej ktoś w NSA wziął sobie home office

Skrzynki w grach, to nie hazard?

Loot boksy są wszechobecne! Może twórcy powinni trochę przystopować?

OUYA, czyli przyzywanie konsolowego ducha

Temat AtariBox zainteresował mnie na tyle, że postanowiłem go kontynuować. W zasadzie sprawa jest banalnie prosta: wkrótce, fani cyfrowej rozrywki, otrzymają możliwość zakupu odgrzanego kotleta. Wszystko pięknie przybrane w nostalgię, dlatego obowiązkowo musi pojawić się temat gier retro. Właśnie takim produkcjom ma być dedykowany AtariBox. Cały czas zastanawiam się, jaki to ma sens? Może coś mi umyka i poza wyświechtanymi frazesami ta nowa konsola faktycznie wprowadzi na rynek nową jakość?

Tylko gdzie znajdzie się dla niej miejsce? Nie trudno zauważyć, że rynek jest już podzielony. Wielu ma PlayStation, są tacy, co zdecydowali się na Xboksa, coraz częściej słyszę od znajomych, że Nintentdo Switch to świetny produkt, w który warto zainwestować. Gdzie tutaj jest miejsce na AtariBox? Tym bardziej że nie zostały zapowiedziane żadne wyjątkowe tytuły, co zupełnie mnie nie dziwi. Wydawcy wolą pozostać przy sprawdzonych i już chętnie kupowanych markach. Wielki powrót Atarii może okazać się srogą porażką. W końcu już raz pojawiła się firma, która chciała wziąć szturmem rynek konsol i wywrócić go do góry nogami.

Czy ktoś jeszcze pamięta o konsoli OUYA? Nazwa łudząco podobna do tej deski, na której litery wskazują duchy. Z tym że plansza oujia stała się sukcesem, a tego nie można – niestety – powiedzieć o konsoli. Na papierze projekt wyglądał wspaniale. Urządzenie podatne na modyfikacje, wyraźne ukłony w kierunku środowisk związanych z otwartymi źródłami, marketing oparty na pokazywaniu, że konsument może zmienić świat. Efekt? Żaden. Zaczęło się pięknie, od zbiórki na Kickstarterze. Projekt pojawił się w 2012 roku, twórcy, za pomocą finansowania społecznościowego, zebrali 8.5 miliona dolarów. Trzy lata później, w 2015 roku, OUYA zostaje wykupiona przez firmę Razer. W ofercie tej firmy można znaleźć produkt o nazwie „Razer Forge TV”. Jest to konsola oparta na Androidzie, podłącza się ją do telewizora i od razu można grać w ulubione gry mobilne na wielkim ekranie w salonie. Jak wszyscy wiemy, właśnie pod takie urządzenia są one projektowane, więc na pewno każdy będzie się świetnie bawił. Co ciekawe, w specyfikacji produktu, znalazła się informacja, że „Razer Forge TV” współpracuje z kontrolerem konsoli OUYA. Nie sądzę, aby był to przypadek.

Idea była wspaniała, porywająco piękna. Projekt wsparło 60 000 osób, uwierzyli w to, że OUYA zmieni świat cyfrowej rozrywki. Mają prawo się czuć rozczarowani. Ich pieniądze poszły na marne, zapłacili za pomysł, który nie doczekał się sensownej realizacji. Myślę, że podobny los czeka AtariBox. Gry retro przestały już być tak gorącym tematem, jak było to 3 lata temu. Aktualnie wałkowany jest jeden temat, który z nową konsolą nie ma zbyt wiele wspólnego – VR. Równie mocno graczy interesuje to, że na Nintentdo Switch zostało wydane Stardew Valley. Gdzie tutaj miejsce na AtariBox? Moim zdaniem go nie ma, produkt zdechnie, ale wcześniej zdąży rozczarować, tych, którzy dali złapać się na przynętę nostalgii.

Przerażający brak pomysłów

Pozostańmy jeszcze w klimatach prozy Stephena Kinga. Ostatnio obejrzałem nie tylko To oraz Mroczną wieżą, ale także Mgłę. Serial inspirowany filmem, który był inspirowany powieścią amerykańskiego autora horrorów. Nie powiem, że byłem szczególnie zachwycony, tym bardziej, że na ostatnich odcinkach zaczynałem powoli przysypiać. Odniosłem wrażenie, że nawet najlepsza powieść grozy może zostać zabita przez bezpłciową ekranizację. Serial Mgła jest tego doskonałym przykładem.

Dlaczego lubię powieści Stephena Kinga? Za świetne opisy małych miasteczek? Porywają mnie problemy osób mieszkających stanie Maine? Nic z tych rzeczy. Po prozę Kinga sięgam, aby poczuć charakterystyczny, duszny klimat narracji. Dlatego tak dobrze zapamiętałem Lśnienie, dlatego z wielką chęcią ponownie sięgnę po To. Właśnie tej duchoty, brakuje mi w wielu ekranizacjach powieści Kinga. Tak jakby ich twórcy za wszelką cenę dążyli do pokazania rozwiązania akcji i zapominali o tym, że równie istotna jest droga do zakończenia. A co z postaci? Równie ważne! Lśnienie bez Danny’ego Torrenca’a? Niewykonalne! Trudne do pomyślenia! Natomiast serial Mgła stanowi świetny przykład na to, że można zabić cały nastrój, poprzez wprowadzenie tłumu, kompletnie nijakich osób.

Zastanawiając się nad problemami związanymi z ekranizacjami prozy Kinga, dostrzegłem również inny problem. Z trudem jestem w stanie wymienić przynajmniej trzy horrory z ostatniego roku, przy których świetnie się bawiłem. Zawsze staramy się z Żoną być na bieżąco z filmami pojawiającymi się w ofercie HBO Go oraz Netliksa, nie stronimy od wypadów do kina. Nie zmienia to faktu, że mamy coraz więcej problemów ze znalezieniem dobrego horroru. Odbijamy się od jakiś dziwnych produkcji, które spokojnie mogłyby trafić na strony serwisów pornograficznych, przysypiamy na filmach, w których nieudolnie prowadzona jest akcja. Zarówno pierwszy, jak i drugi przypadek powodują u nas poczucie zażenowania, znużenia i rozczarowania. Wiem, że jesteśmy już starsi, że zdarzam się dostrzec, kiedy pojawi się kolejny scare jump. Od horrorów oczekujemy po prostu dobrej historii i solidnej porcji rozrywki, a to chyba nie tak dużo.

Groza już nie leje się strumieniami z ekranu. Jej miejsce zastąpiły klisze, kiepskie żartu oraz nieudolnie prowadzona narracja. W wielu horrorach, które widzieliśmy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, najbardziej przerażająca była nuda. Rozumiem, że horror to gatunek kultury popularnej i opiera się na jasno określonym formacie, że nigdy nie ucieknie od znanych i lubianych klisz. Sięgając po tego typu film, lubię być zaskoczony powiewem świeżości, jednak znacznie bardziej doceniam świadome wykorzystanie elementów gatunku. Mam wrażenie, że tego coraz częściej brakuje twórcom horrorów. Całkowicie nie rozumieją praw rządzących daną formą, niepotrzebnie silną się na oryginalne rozwiązania lub tuszą brak pomysłu scenami rozbieranymi. Straszne! Jednak czy wybierając horror, powinienem obawiać się, że za chwilę znowu zostaną zaatakowany przez brak pomysłów?

Nie sądzę.

Page 1 of 87

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén