W potrzasku przeprowadzki

Przeprowadzka. Czar zmiany miejsca, piękno nowego początku, przeurocze rozmieszczanie swoich ukochanych rzeczy. Rozczaruję osoby, które widzą w setkach pudeł, rozkręconych meblach i ogólnym bałaganie, jakiś zniewalający urok. W ciągu ostatnich 8 miesięcy przeprowadziłem się 3 (słownie: trzy) razy, więc wiem na czym to polega. Być może moje cyniczne nastawienie wynika z trudnego charakteru, a także tego, że wciąż nie wybrałem sobie trenera personalnego i nie potrafię walczyć z trudnościami. Czas pogodzić się z tym, że diamentem nie będę.

A tak sobie myślę, że gdybym miał pod ręką takiego trenera, to każda z tych przeprowadzek miałaby w sobie coś wspaniałego. Za pierwszym razem byłby to trud noszenia pudeł z czwartego piętra. Taki dobry trener mojego hartowanego w stali wyzwań charakteru, powiedziałby mi, że powinienem się cieszyć, że dałem radę. Nie każdy byłby tak odważny, żeby porwać się na takie wyzwanie! Ty wygrałeś! Jesteś zwycięzcą! Brawo! Tańcz, ciesz się, bolą Cię plecy? To dobrze! To znaczy, że żyjesz, bo ból jest DOBRY! Nic z tych rzeczy, już szykuje się do skoku mój cynizm. Trzeba być ciężkim frajerem, żeby nie zamówić firmy przeprowadzkowej. Zabawa w traganie gratów z czwartego piętra w trzy osoby jeżdżące dwoma samochodami. Trener personalny wskazałby na oszczędności! Jasne! Bo benzyna w prywatnym aucie jest za darmo, a czas jest tak bardzo odzyskać.

Za drugim i trzecim razem, po bolesnej nauczce, a nie po złotych radach w cenie 100 złotych za godzinę, zamówiłem firmę przeprowadzkową. Ogarnięci ludzie, zero szkód, fachowy transport gratów. Wszystko poszło szybko i sprawnie. Plecy mnie nie bolały, meble skręciłem szybko, a pudła zawadzają do dzisiaj, chociaż przeprowadziliśmy się 9 stycznia. Brakuje nam miejsca, a konkretnie dwóch komód i szafki. Dlatego też część naszych ubrań jest dalej w pudłach. Trzeba przyznać, że rozwiązanie to nie jest wygodne, utrudnia znalezienie czegokolwiek i sprawia, że pokój wygląda tak, jakbyśmy mieli przeprowadzić się po raz czwarty. Na dodatek ciuchami zastawione mam też półki na biurku, bo niektóre elementy garderoby trzeba mieć jednak po ręką. Taki układ sprawia, że moje książki oraz istotne kartki, bez których nie mogę żyć, zaczynają walać się absolutnie wszędzie.

Trwamy w pułapce końca przeprowadzki. Już chcielibyśmy mieć wszystko rozpakowane, ale ciągle czegoś na brakuje. Być może w przyszłym tygodniu znikną ostatnie pudła i nareszcie będziemy mogli rozstawić resztę elektroniki. Kino domowe, telewizor i drukarka zostały w innym miejscu, bo po prostu nie mieliśmy gdzie ich postawić. Trudno tęsknić za skanerem, ale seriale znacznie lepiej ogląda się na urządzeniu z ekranem większym, niż 15 cali. Dlatego spokojnie czekamy. Cierpliwości mamy coraz mniej, a – jak wielokrotnie wspomniałem – nie czuwa nad nami żaden trener osobisty…

Problemy pierwszego świata?

Literat przegląda Internet #68

Ostatni tydzień spędziłem, próbując wrócić do życia. W poprzedni piątek okazało się, że powaliła mnie jakaś parszywa infekcja, która nie odpuszczała przez weekend. Wprost przeciwnie! Była wręcz gotowa mnie udusić! Ratunkiem okazały się antybiotyki, które całkowicie mnie osłabiły… Dlatego do czytania i pisania wracam dopiero dzisiaj.

Przez media społecznościowe przetoczyła się fala odważnych propozycji reklamy. Coś dla osób, które postanowiły coś obiecać za 10 000 komentarzy i 100 000 lajków.

Jak Tesla wyobrażał sobie świat?

Wywiad z osobą, która ma doskonałe wyczucie czasu i wie sporo o San Escobar.

Kiedy ostatni raz zagraliście w jakiś tutorial? Czy to już czas na rewolucję?

Interesujący tekst na temat przemocy w grach komputerowych. LoL jako sposób na rozładowanie emocji?

Walka z „Moją walką”

Ze względu na to, że czytam piąty tom Mojej walki Knausgårda, moja Lepsza Połowa zadała mi jedno fundamentalne pytanie. Odwołując się do mojej miłości do literatury i wciąż tlących się we mnie potrzeb krytycznoliterackich, zapytała czy proza Knausgårda to dzieło wiekopomne. Ciekawa sprawa. Przyznam szczerze, że musiałem dobrze zastanowić się nad odpowiedzią, ponieważ wokół Mojej walki mocno pracuje (a może już „pracowała”?) machina marketingu.

Znak czasów. O poczuciu wiekopomności decyduje dział marketingu, a nie uznani krytycy. Zresztą na temat kondycji tej aktywności literackiej kilka razy już pisałem i tym razem nie mam ochoty. Wolę spojrzeć na Knaustarda, bo cztery tomy przeczytałem, jestem w trakcie piątego, a do końca został tylko jeden. Gdybym dzisiaj miał opowiedzieć, czy Knausgårda będą czytać pokolenia, czy stanie się ponowoczesnych Proustem, to powiedziałbym, że nie. Problemem Mojej walki jest wkraczająca do kolejnych tomów nuda. Od końcówki trzeciego Knausgård coraz mniej wstrząsa, wyprawa w krainę dzieciństwa norweskiego autora jest smutnych spacerem po wysypisku śmieci. Brakuje tego czegoś, co przyciąga przy pierwszym tomie i trzyma w napięciu w trakcie lektury drugiego. Dopiero w piątym czuć znowu ten dreszczyk emocji, liczę na to, że utrzyma się do samego końca, samo podsumowanie będzie takim solidnym przywaleniem w czytelniczą głowę.

Tematem Mojej walki są ciągłe próby utrzymania się na powierzchni. Potrzeby destrukcyjne wśród artystów są nam doskonale znane. Internet ciągle dostarcza nam kolejnych przykładów nadużywania alkoholu oraz innych substancji zmieniających świadomość. Knausgård stawia na inny niszczenie siebie – po prostu żyje i próbuje poradzić sobie z własnymi demonami, które wyrosły na wielu traumach. Właśnie ta traumatyczność Mojej walki uderza najbardziej. Właśnie w tym elemencie warto doszukiwać się fundamentów wiekopomności. Knausgård zaprasza czytelnika do swojego świata, do rzeczywistości pełnej problemów, który – w różnych okresach życia – nie potrafi lub nie chce pokonać. To przeraża, ale jednocześnie daje poczucie bezpieczeństwa. Każdy z nas, ponowoczesnych transcybernetychnych cyfrowych tubylców, przynajmniej raz zmierzył się z takim problemem. Knasugard zrywa ze zdigitalizowanym dystansem i wali prosto w ryj. Jest bezwzględny w swoich słowach, co odbiorcę memów oraz śmiesznych obrazków z kotami może przerazić. Ten realizm jest wręcz niepokojący. Niby wszyscy przywykliśmy do ciągłego obnażania się na Mordoksiażce, jednak Knasugard idzie krok dalej. W akapity ubiera potworne myśli, które pojawiły się w jego głowie.

Skoro to wszystko jest takie dobre i wyjątkowe, to dlaczego nie uznaję tych tekstów z wiekopomne? Bo w pewnym momencie stają się nudne, co już zasygnalizowałem w pierwszym akapicie. Wystarczy przejrzeć sposób pisania Knausgårda, zrozumieć ciągłe epatowanie hiperrealizmem i zderzyć je z codziennym cyfrowym odklejeniem od życia. Wtedy człowiek zaczyna się przyzwyczajać, Moja walka już nie przeraża, ale nuży. Dla mnie wiekompomność musi także znaleźć przełożenie w formie, a z przykrością stwierdzam, że tego tutaj nie widzę. Daleki jestem od złapania się na haczyk dzieła życia Knausgårda. Sam jestem aroganckim typem intelektualisty i w tekście wyraźnie widzę fragmenty, które za takie mogłyby uchodzić oraz te, które są wypełniaczami.

Żałuję, że tych ostatnich było tak dużo w trzecim i w czwartym tomie.

Literat przegląda Internet #67

Piątek, czyli lista przebojów i szybki przegląd Internetu. Ostrzegam! Dzisiejszy zestaw raczej wrzuca do studni pesymizmu, niż pozwala się wznieść na wyżyny optymizmu. Koniec roku 2016 był trudny, a początek 2017 wcale nie był prostszy. Dlatego warto przyjrzeć się kilku komplikacjom.

O czym można rozmawiać w kawiarni? Okazuje się, że gdzieś jest lista obowiązujących tematów. A może sektor usług gastronomicznych także należy objąć klauzulą sumienia?

Stan demokracji w Polsce. Z innej perspektywy.

Smutny tekst o tragicznej sytuacji młodych naukowców.

Jak bardzo zmieni się świat w 2017 roku? Perspektywa partii Razem i „Krytyki Politycznej”.

Walka klas jest wciąż aktualna! Tylko nie chcemy jej dostrzec.

Dotarłem do kresu urlopu

Czas urlopu dobiegł końca. Trudno powiedzieć, że nagle, bo spodziewałem się, że to nastąpi. Po prostu wszystko, co dobre, prędzej czy później, dobiega kresu. Za sprawą Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku udało mi się wyrwać jakieś 10 dni urlopu (licząc z weekendami)! Jak wygląda 10 dni przerwy od pracy, człowieka, który zajmuje się pisaniem i redagowaniem tekstów, opracowywaniem zagadnień i kolekcjonowaniem różnego rodzaju danych?

Najciekawszym paradoksem jest to, że od pracy przy komputerze odpoczywam, grając i oglądając seriale na komputerze. Różnica polega na tym, że przez 10 dni robiłem to, co chciałem, a nie to co musiałem. Lista zadań spokojnie wisiała do dzisiaj, uzupełniałem tylko sprawy bieżące, o których nie mogłem zapomnieć. Zakupy, coś do zrobienia z domu, przygotowania do przeprowadzki – takie rzeczy lądowały na liście. Nie było żadnych zadań w stylu zredaguj tekst do pomocy lub przejrzyj treści na temat dodatków, nic z tych rzeczy. Wyłącznie codzienne kwestie nadające rytm codzienności. A skoro już przy rutynie jesteśmy, to ta urlopowa, przynajmniej dla mnie, składa się z dwóch elementów.

Po pierwsze siedzenie do późna. Okresy wolności od pracy zawsze kończą się dla mnie transformacją w sowę. Spędzam czas pisząc, czytając i grając, ale najlepiej czuję się wtedy, gdy na zegarku wybije druga w nocy, a ja jeszcze mam jeden akapit do napisania, jedno zadanie do zrobienia lub jeden rozdział do przeczytania. Przez te dziesięć dni wolności od korporacyjnych okowów zajmowałem się nadrabianiem cyfrowych książek. Udało mi się przebrnąć przez trzy świetne pozycje! Zaczęło się od tekstu anglojęzycznego skoncentrowanego na krytyce konsumpcyjnego trybu życia.Affluenza: How Overconsumption Is Killing Us Berreta Koehlera to jedna z ciekawszych książek, która dotyka problemu etyki marketingu. Gdy już dotarłem do ostatniej strony, zainspirowany do przemyśleń, to postanowiłem, że odpocznę od problemów współczesności i udam się w wycieczkę w przyszłości. Pomogły mi w tym dwie powieści – Hyperion Dana Simmonsa i Na fali szoku Johna Brunnera. Pierwszy tekst po prostu powalił mnie na kolana, tak dobrego science fiction nie czytałem od dawna. Interesująca konstrukcja świata przedstawionego, opowieści bohaterów oraz różne spojrzenia dotyczące tego samego problemu, czyli tajemnic planety Hyperion. Na fali szoku jest również ciekawe, jednak piękno tej książki psuje kiepski, oczywiście moim zdaniem, koniec. Zachęcam do przeczytania i jednocześnie ostrzegam przed kiczem, którego stężenie rośnie na ostatnich stronach.

A po drugie urlop, to spacery z Bestią. Długie, bo po 6 kilometrów, trudne, bo na polach pełno błota. Były to przechadzki pożegnalne, ponieważ od przyszłego tygodnia będę mieszkał w innym miejscu. Półroczny powrót na wieś został zakończony, pora wracać na prowincję! Zrobiłem trochę zdjęć, pozwoliłem wyszaleć się psu. Myślałem, że z każdego takiego spaceru, wrócę naładowany metaforami, że obudzi się we mnie idealistyczna tęsknota do miejsca mojego wychowania – nic z tych rzeczy. Najwyraźniej im jestem starszy, tym bardziej robię się pragmatyczny. Taki urok. Walczyć z tym nie będę, bo to strasznie nudne cały czas trzymać jeden rytm.

Post zostanie opublikowany o 5:55. O tej godzinie zwlekam się z łóżka. Podejrzewam, że będzie to trudne, ponieważ zarwę kolejną noc. Z rozpędu, z urlopowego przyzwyczajenia. Powoli zbiorę swoje rzeczy, spakuję klawiaturę, płatki i wyruszę do pracy. Spadł śnieg, więc warunki będą poślizgowe. Na miejscu czeka na mnie moje biurko, dwa monitory, zaśmiecony pulpit oraz kilkanaście zadań do zakończenia. To nie będzie smutny powrót, raczej radosny. Znowu będę w swojej korporutynie z zestawem codziennych tasków i spraw bieżących.

Znowu będę zaczynał dzień od słów: „Cześć, Forty! W czym mogę Ci dzisiaj pomóc?”. Bo właśnie tak nazywa się moje stanowisko.

Page 1 of 69

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén