Gwiezdne oczekiwania

Stało się. Po długim okresie oczekiwania, po raz kolejny, wróciłem do Gwiezdnych Wojen. Już raz rozstawałem się z tą serią. Ostatnio, za sprawą oferty HBO GO, próbowałem obejrzeć wszystkie części ponownie. Odpadłem, nie udało się, walczyłem długo i poniosłem porażkę. Po raz kolejny. Przygotowania do telewizyjnej premiery Gwiezdne Wojny: Łotr Jeden spełzły na niczym. Znowu przyszło mi oglądać film bez wcześniejszego przygotowania się. I muszę przyznać, że nie było tak tragicznie.

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy rozczarowało mnie. Ledwo dotrwałem do końca, nawet ucieszyłem się, że nie kupiliśmy biletów na premierę. Do dzisiaj nie jestem w stanie obejrzeć siódmej części sagi bez ziewania i ciągłego poczucia rozczarowania. W młodych latach kochałem Gwiezdne Wojny, kasety ze starą trylogią po prostu były zajechane. Nowoczesna odsłona serii mnie nie przyciągnęła, wydała mi się bardzo plastikowa. Przebudzenie mocy odczułem jako kopię Nowej nadziei, z kilkoma drobnymi zmianami. Nie było to dla mnie istotne przeżycie, nawet jakoś szczególnie nie czekałem na ten film. Po prostu zastanawiałem się, jak zostanie zaprezentowane uniwersum Gwiezdnych Wojen, jak będą rozwijane poszczególne wątki. Być może kolejne odsłony przyniosą coś nowego, na pewno je obejrzę, z ciekawości.

Dlatego też zmierzyłem się z Łotrem Jeden i nie jestem rozczarowany. Przyjemny film akcji, bez zbędnych dłużyzn, z całkiem solidną narracją. Grze aktorskiej trudno coś zarzucić, była po prostu pozbawione sztywności, którą obserwowałem przy Przebudzeniu mocy. Może właśnie brak nadęcia pomógł mi w odbiorze Łotra? O siódmej części słyszałem w mediach miesiące przed premierą. Zapowiadany wielki powrót, wykupowanie biletów na pniu, oczekiwania, komentarze fanów, nostalgiczne wpisy w mediach społecznościowych. Wszystko to budowało we mnie przekonanie, że przyjdzie mi zobaczyć dzieło wiekopomne, otwarcie kolejnego rozdziału Gwiezdnych Wojen, kontynuację, na jaką wszyscy zasłużyliśmy. A doświadczyłem nudnego, pompatycznego filmu.

Oczekiwania odbiorców, czyli coś, co zabija dobre teksty popkultury. Najgorsze jest jednak to, że aktualnie nie kontrolujemy ich tworzenia. Nagle, w momencie konfrontacja z filmem/książką/grą, okazuje się, że mieliśmy określone „oczekiwania”, które nie zostały spełnione. Obiecano nam rozgrywkę wieloosobową i miliardy planet? Miała to być doskonała adaptacja powieści graficznej, spod ręki genialnego reżysera? Żałuję, że nie zadajemy sobie pytania, skąd biorą się nasze oczekiwania. Najczęściej wpływ na nie ma machina promocyjna, która stoi za danym tekstem kultury. Marketing opiera się na chwytliwych hasłach, na żonglowaniu nazwiskami i powtarzania niektórych stwierdzeń tak długo, aż staną się one bezdyskusyjną prawdą. Wystarczy odpowiednio przedstawić dorobek danego autora, aby odbiorca zaczął myśleć, że jego najnowsze dzieło również będzie przełamywało granice gatunków i oczaruje narracją.

Coraz częściej staram się unikać harczenia machiny promocyjnej. Tak jak zrobiłem to w przypadku Łotra Jeden. Wszyło mi to na dobre, bo nie poczułem się rozczarowany. Marketing staje się coraz bardziej agresywny. Nic dziwnego, jesteśmy zalewani treściami, nie mamy czasu na ich filtrowanie, więc informacje trzeba podawać szybko i gwałtownie. A potem oczekujemy wielkich dzieł – bo nam je obiecano – a otrzymujemy po prostu dobre teksty i jesteśmy rozczarowani.

Literat przegląda Internet #97

Piątek! Ostatnie dni urlopu. Siedzenie, czytanie, gra. Po prostu odpoczywam. Jeszcze się nie nudzę, nie czuję nawet, abym zbliżał się do tego momentu. To dobrze, że jeszcze daleko mi do zmęczenia się urlopem.

Sklep z laptopami kuzniewski.pl ogłosił upadłość.

Dlaczego piractwo jest lepsze od G2A? Poczytajcie sami.

TVP umiera, ale zauważyli to już wszyscy. Teraz problemem może być pozyskanie reklamodawców.

Polskie Radio również nie przędzie najlepiej…

Januszy i Grażyn nad morzem broni Wojtek „Żubr” Boliński.

Kosmiczna rozrywka

Wybierając się na najnowszy film Luca Bessona, spodziewałem się porządnego kina rozrwykowego. Nie oczekiwałem kolejnego arcydzieła, drugiego Piątego Elementu, następnego Leona Zawodowca. Chciałem się dobrze bawić, trochę się pośmiać, a najważniejsze było dla mnie przeniesienie się do świata z Valeriana. Tę serię powieści graficznych znam do dłuższego czasu i ucieszyłem się, gdy dotarła do mnie informacja, że Luc Besson tworzy film na podstawie przygód Valeriana i Laureline.

Nie zawiodłem się. Otrzymałem porządną porcję rozrywki, a sam film był dopracowany w każdym szczególe. Wszystkie elementy były spójne, konstrukcja narracji potrafiła wciągnąć nawet osoby, które nigdy nie miały w rękach powieści graficznych. Na początku drażniła mnie gra aktorska, momentami zbyt drewniana, potem było lepiej. Tak jakby odtwórcy głównych ról potrzebowali czasu na rozwinięcie skrzydeł. Co prawda nie wnieśli się na jakieś wyjątkowe wyżyny artyzmu, po prostu utrzymali dobry poziom, przez co film przestał tracić na wartości. Dziwią mnie osoby, które wybierają się na Valeriana i miasto tysiąca planet po to, aby zobaczyć obraz artystyczny. Od pierwszego zwiastuny widać było, że będzie to kino akcji, przygody i humoru. Na porządnym poziomie, po prostu, a to już jest dużo.

Zastanawiam się, skąd bierze się niechęć niektórych osób do kina rozrywki? Co jest złego w dobrej zabawie, podanej w solidnej formie? Miło jest czasem obejrzeć film artystyczny, jednak stronienie od obrazów związanych z popkulturą, nie prowadzi do niczego dobrego. Traci się dystans, czyli coś, co jest niezwykle istotne w trakcie odbioru tekstów kultury. Valerian Luca Bessona zbudowany jest na dystansie, co widać, w niektórych cytatach zapożyczonych z innych filmów. W scenerii fantastyki naukowej nabierają one zupełnie odmiennego wydźwięku, stają się wręcz zabawne i pokazują, jak wiele zależy od kontekstu. W świecie, który zalewany jest przez homogeniczne treści, będące wypadkową mody i taśmowej produkcji, powinniśmy się cieszyć z filmów takich jak Valerian i miasto tysiąca planet.

Użyłem dobrego słowa: cieszyć. Kultura popularna istnieje, istniała i będzie istnieć po to, aby dawać radość, aby gwarantować rozrywkę. Jeżeli każdy jej przejaw będzie beznamiętnie deptany i miażdżony, to – jako odbiorcy – nie możemy wymagać od twórców tego, aby eksperymentowali w obrębie poszczególnych gatunków. Kultura popularna to także przestrzeń poszukiwań, plątanie się gatunków, wyciąganie dawno zapomnianych tekstów i zmiany w formach prezentacji narracji. W Valerianie widać rękę doświadczonego reżysera. Osoby, która doskonale czuje się w kinie artystycznym, jak i popularnym. Niewielu to potrafi.

Idźcie na Valeriania i miasto tysiąca planet. Bawcie się, cieszcie z pięknych kadrów, dobrej narracji. Poszukajcie cytatów, zapożyczeń z bezkresnego morza popkultury. Po obejrzeniu, zamiast narzekać, zastanówcie się, kiedy ostatni raz mieliście okazję dobrze bawić się w kinie.

Kulturowe malkontenctwo

Zawsze chętnie czytam teksty zajmujące się krytyką polskiej kultury. Naiwnie myślę, że kiedyś trafię na osobę, która przedstawi program, dokładnie opisze, jakie teksty chciałaby widzieć. Z ciężkim sercem stwierdzam, że – jak do tej pory – na nic takiego nie trafiłem. Za to w Internecie pełno jest narzekania. Kino umarło, seriale leżą i kwiczą, literatura stała się zestawem szmir, a w muzyce króluje kicz.

Cięgi dostają muzyka, kino oraz literatura. Jeżeli chodzi o filmy, to nie jestem specjalistą, oglądam, czasem machnę jaką recenzję, ale mam za mało wiedzy, aby wypowiadać się na temat kondycji tej dziedziny sztuki w Polsce. Muzyki słucham, moim głównym źródłem jest Spotify oraz Progam Trzeci Polskiego Radia. Muszę przyznać, że wciąż trafiają się interesujące polskie zespoły. Dzięki Liście Przebojów Trójki poznałem Korteza, Skubasa, to w Trójce po raz pierwszy usłyszeliśmy z Żoną Organka. A Pablopavo? Kawał dobrej muzyki oraz solidnie napisane teksty. Wystarczy spojrzeć na inicjatywę „Męskie Granie”, które od kilku lat prezentuje polskich wykonawców. Nie ma tam miejsca na przypadek, na szmirę. Czyli jednak coś jest, wystarczy poszukać. Podejrzewam, że osoby zainteresowanie innymi gatunkami muzycznymi, również, bez najmniejszego problemu, wskazałby ciekawych wykonawców.

A co z polską literaturą? Tutaj nie jest tak źle, na polu kultury popularniej możemy pochwalić się interesującymi tekstami i nie mam tutaj na myśli Andrzeja Sapkowskiego i Wiedźmina. Mamy Marka Krajewskiego z kryminałami umiejscowionymi we Wrocławiu. Życzycie sobie eksperymentu? Proszę sięgnąć po powieści kryminalne Marcina Świetliciego. Ostatnio ukazał się Hel3 Jarosława Grzędowicza, dobra książka z kiepskim zakończeniem. Nie zapominajmy o Opowieściach z Meekhańskiego Pogranicza Roberta M. Wegnera! A już grzechem kardynalnym jest pominąć prozę Feliksa W. Kresa. Wierzcie mi, że o polskiej literaturze mógłbym pisać długo, wymieniając autorów mniej i bardziej znanych. Niektórzy domorośli krytycy wyrabiają sobie opinię na podstawie pozycji wystawionych na targach książki. Bywałem na nich i wcale nie odniosłem wrażenia, że polską literaturę zalewa fala kiczu, że toniemy pod tekstami miałkimi i nie ma już nic ciekawego. Podstawowym problemem naszych nadwiślańskich malkontentów jest brak umiejętności selekcji tekstów. Trzeba poszukać, sprawdzić katalogi, przejść się do biblioteki i zapytać o nowości. To bardzo proste.

Zamiast opluwać polskich autorów na lewo i prawo, krzyczeć o upadku polskiej sztuki, warto przyjrzeć się poszczególnym dziedzinom bliżej. Mamy różnego rodzaju mody, które utrzymują się dłużej lub krócej. Przetrwaliśmy marsze żywych trupów, wojny wampirów z wilkołakami. Jeżeli jakiś temat się sprzedaje, to trudno mieć pretensje do wydawców, że zamawiają takie teksty. Tak działa rynek, a teksty w kulturze uczestniczą w nim na prawach produktów. Zostało to już zauważone w książce Duch czasu (1962) francuskiego socjologa Edgara Morina. Teksty kultury zostały obdarte z aureoli wyjątkowości, dzisiaj polegają procesom produkcji oraz promocji. Paradoksalnie nie ma w tym nic złego, księgarze i wydawcy zawsze chcieli zarabiać. W dwudziestoleciu międzywojennym dom wydawniczy Gebethner i Wolff (jeden z najważniejszy z tamtego okresu) miał niezwykle szeroką ofertę. Obok klasyki polskiej literatury pojawiały się także teksty z zakresu literatury popularnej, wystarczy wskazać na Czandu. Powieść XII wieku Stefana Barszczewskiego. Zarabianie na modnych książkach nigdy nie było czymś zdrożnym.

Współcześnie brakuje nam krytyków. Osób znających daną dziedzinę sztuki i potrafiących wskazać, co jest dobre, a co złe. Oczywiście w ramach jasno określonego systemu. Brakuje cierpliwości, chęci zgłębiania tajników filmu, teatru, literatury i muzyki. Natomiast odbiorcy nie są przygotowani do odbioru tekstów z wyraźnym nastawieniem krytycznym. Dopóki to się nie zmieni, to skazani jesteśmy na zwykłe, miałkie i do bólu zbędne malkontenctwo.

Cyfrowe plansze

Cyfrowe gry planszowe nigdy mnie do siebie nie przekonywały. W tym przypadku pozostanę tradycjonalistą: karty, pionki i kostki w wersji analogowej. Można rzucać, pilnować, aby nic nie spadło ze stołu i kłócić się o brak zrozumienia zasad. Tego wszystkiego nie ma w cyfrowych planszówkach. Jednak, za sprawą Humble Monthly Bundle, jestem gotów zrobić jeden wyjątek od tej reguły. Zainstalowałem Armello i wpadłem, zostałem wciągnięty w wir walki i cyfrowych kostek. Od dawna nic takiego mi się nie zdarzyło.

Siłą tej produkcji jest prostota zasad. Żadnego kombinowania. Plansza z kilkoma różnymi polami, jasno określone warunki zwycięstwa, czwórka graczy, karty, kostki i zasoby, które można wykorzystać. Wystarczy zagrać kilka razy, aby szybko zrozumieć, na czym polega Armello. Ja, jak to mam ostatnio w zwyczaju, rozpocząłem swoją przygodę, pomijając wprowadzenie. Samouczka nawet nie tknąłem i zastawiałem się, jak wpłynie to na moją rozgrywkę. Okazało się, że dzięki intuicyjnemu interfejsowi oraz dobrze przygotowanym opisom, opuszczenie wprowadzenia do gry nie jest wielką przeszkodą. Armello zostało zaprojektowane w taki sposób, aby każdy mógł szybko cieszyć się z rzucania kostkami i wykorzystywania kart.

Po kilku partiach zacząłem zastanawiać się, dlaczego tak unikam cyfrowych planszówek. Grałem w Talismana oraz Battlefleet Gothic: Armada. W obu przypadkach były to produkcje mocno inspirowane analogowymi odpowiednikami. Pierwszy tytuł, czyli Talisman, najpierw mnie zainteresował, a potem zaczął coraz częściej odrzucać. Zasady znałem wcześniej, jednak odniosłem wrażenie, że tradycyjna wersja sprawdza się o wiele lepiej. Mam pełną świadomość tego, że tę serię kocha się lub nienawidzi, jednak w przypadku edycji cyfrowej cały czar po prostu pryska. Inaczej było z Battlefeet. Tutaj bawiłem się świetnie, głównie za sprawą całkiem przyzwoitego poziomu trudności. Jednak w przypadku tego tytułu nawet przez moment nie pomyślałem o tym, aby spróbować swoich sił w rozgrywce wieloosobowej. Talisman po prostu to wymusił, a w Armello uznałem, że zacznę od tego trybu.

Gram i jest przyjemnie, jednak to nie jest to samo, co bezpośrednia konfrontacja. Muszę przyznać, że Armello towarzyszy mi jako przerywnik. Czasem mam włączone w tle, reaguję, gdy jest moja tura, sprawdzam planszę i dostosowuję strategię. Następnie wracam do swoich zajęć i czekam na swoją kolej. W cyfrowych grach planszowych brakuje mi elementów zmuszających do kontaktu z drugim człowiekiem, brakuje mi wyciągania zasad i ich analizowania. Planszówki to przede wszystkim wspólne dzielenie przestrzeni, obserwowanie ruchów swoich przeciwników, czasem próby podpuszczenia ich, aby zdradzili, jakimi zasobami dysponują. W wersjach cyfrowych nie widzę swoich przeciwników, brakuje mi ich obecności, co jest niezwykle istotne w każdej planszówce. W końcu nie ma nic przyjemniejszego od wspólnego starcia, w którym niektóre posunięcia wywołują błysk podziwu.

Page 1 of 84

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén