Postanowiłem zajrzeć do szuflady z wszelką elektroniką. To taka przestrzeń, do której trafiają już niepotrzebne, ale wkrótce przydatne sprzęty. Zdarza się, że oddają swoje układy innym urządzeniom, bywa także, że spoczywają na samym dnie szuflady. Zapomniane. Porzucone. Aż w końcu na nie trafiam, podłączam do ładowania i okazuje się, że działają. W trakcie poszukiwania kabla do aparatu trafiłem na odtwarzacz MP3, który w dalszym ciągu ma się dobrze. Pomimo tego, że przez kilka ładnych lat leżał porzucony.

Wiem, wyciągnąłem sprzęt, którego obecnie mało kto używa. Obecnie do słuchania muzyki wystarczy telefon z zainstalowanym Spotify lub włączonym YouTubem. Po co nosić dodatkowe urządzenie? I to na dodatek dedykowane jednej funkcji, czyli odtwarzaniu muzyki. Sam porzuciłem ten artefakt, po wymianie telefonu i wykupieniu abonamentu na Spotify. Przestał być przydatny, ale pamiętam, że służył mi bardzo, bardzo długo. Używałem go głównie w trakcie podróży, spacerów i w trakcie oczekiwania na środki komunikacji publicznej. Zdarzyło się, że towarzyszył mi, gdy robiłem sobie przerwę w trakcie moich dawnych rowerowych wojaży. Myślę, że dzisiaj również znalazłbym zastosowanie dla tego urządzenia. Jest niewielkie, ma własną baterię, a pamięci wystarczy na wrzucenie kilku odcinków podcastu. Idealne do pracy w ogrodzie lub przygotowywania jedzenia przy grillu, lub ognisku. Jedyny problem polega na tym, że jestem odcięty od muzyki dostępnej na Spotify i wiem, że to olbrzymi minus.

ŻYJE!

Jaki to model? SanDisk Sansa Clip+. Wybrałem go nie ze względu na niewielkie rozmiary, nawet slot na kartę microSD nie był dla mnie, aż tak istotny. Pewnie, obie kwestie były ważne, jednak największym plusem tego odtwarzacza było to, że mogłem na niego wrzucić inny firmware. Miałem do czynienia z innymi urządzeniami tego typu i zawsze drażniły mnie zastosowane interfejsu, a o wybranych przez producentów kodekach wolę milczeć. Nie wszystkie pliki dźwiękowe dało się odpalić, zainstalowanie własnych pakietów lub wtyczek nie wchodziło w grę. Trzeba było czekać na ewentualną aktualizację wydaną przez producenta. A ja chciałem mieć coś, co nie będzie całkowicie uzależnione od decyzji twórcy i pożyje dostatecznie długo. Tak, do dzisiaj kwestia celowego postarzania sprzętu jest dla mnie istotna. Z perspektywy czasu widzę, że zainstalowanie otwartoźródłowego frimeware’u na SanDisku było dobrym wyborem.

Z ciekawości sprawdziłem, czy RockBox, bo tak się nazwa wybrane przeze mnie oprogramowanie, dalej działa. Czekało mnie kolejne zaskoczenie! Społeczność w dalszym ciągu funkcjonuje. Mało tego! W listopadzie 2019 roku wydali nawet aktualizację, którą bez najmniejszego problemu zainstalowałem na swoim urządzeniu. Właśnie dlatego lubię wszelkiego rodzaju otwartoźródłowe inicjatywy. Pomimo tego, że odtwarzacze MP3 nie są już powszechnie używane, to w dalszym ciągu są pasjonaci, którzy rozwijają firmeware. Koncentrują się na obsłudze nowych kodeków lub optymalizacji działania oprogramowania, a nie na celowym drenowaniu baterii.

Jak los czeka mojego SanDiska? Myślę, że zrobię z niego przenośny odtwarzacz podcastów i będę go używał w miejscach, w których niekoniecznie chcę ryzykować uszkodzenie telefonu.