Author: Kolega Literat (Page 1 of 102)

Cyfrowe kolekcje

W piątek, w ramach odpoczynku od przydzielonych zadań, wdałem się w dyskusję o cyfrowych grach karcianych. Moim rozmówcą był Maciek, człowiek, który kocha planszówki tak samo jak ja. Po afterparty na Digital Dragons graliśmy prawie do 4 nad ranem w Terraformację Marsa. Z dodatkiem. Szaleństwo? Nałóg? Nie, po prostu słabość do wspaniale napisanej rozgrywki. Wróćmy do cyfrowych karcianek.

Okazało się, że obaj podchodzimy do nich z dużą rezerwą. W trakcie rozmowy pojawił się aspekt aktualizacji cyfrowych produkcji opartych na kartach. W analogowej formie tego nie ma, raz wydrukowane karty działają zgodnie z opisem. Nie można tak prostu zmienić kosztu zagrania danego czaru i zmusić wszystkich do przyjęcia modyfikacji. Inną sprawą są turnieje, wtedy faktycznie należy przejrzeć zasady i sprawdzić, jakie karty traktowane są jako wykluczone. Należy się dostosować, jednak w dalszym ciągu nie są to globalne modyfikacje. A w takich Hearthstone? Każdy może sobie zbudować dowolny deck, ale są ludzie, którzy opierają swoją grę na kilku kartach. Do nich dopierają kolejne. A tu nagle wchodzi zmiana i wszystko się sypie. Do tego trzeba uwzględnić poświęcony czas oraz pieniądze. W Magic: The Gathering raz kupiona karta zawsze pozostawała tak sama. Wiedziałem, w co inwestuję.

Kwestia zmian w kartach, szeroko rozumianej modyfikacji rozgrywki, szczególnie interesowała Maćka. Dla mnie ważna było także tworzenie kolekcji. Magic: The Gathering, Hearthstone oraz Gwint należą do gatunku CCG – „collectible card game”. Po polsku; kolekcjonerska gra karciana. Już w nazwie pojawia się zaproszenie do budowania określonego zbioru kard. Sam, bawiąc się w Gwincie, doceniłem to, że w jasny sposób zostały zaprezentowane karty przeze posiadane oraz te, których mi brakowało. Świetny zabieg! Na pewno pozytywnie wpływa na monetyzację produkty. Poczucie straty, konieczność uzupełnienia luk, to robi swoje. Znam ten mechanizm z Magic: The Gathering. Rozmowy zaczynające się od krzyku „A co to za karta? Skąd ją masz?!”, często napędzały rozgrywkę i budziły chęć targowania się, w celu uzupełnienia kolekcji. W cyfrowych karciankach pozostawało mi wyłącznie kupowanie paczek z losowymi kartami. Zupełnie inne wrażenia, jedna wielka niewiadoma, pieniądze mogą zostać zmarnowane, bo nie dopisze mi szczęście.

Inna sprawa. Cyfrowe kolekcje, to tylko zlepek pikseli. Nie mogę ich nikomu przekazać, żadnej karty nie włożę w koszulkę, nie rozłożę ich sobie na stole. Do swojego zbioru mam dostęp tak długo, jak dana gra istnieje. Po zamknięciu danego tytułu wszystko przepada. Nic dziwnego, w końcu żyjemy w świecie opartym na udzielaniu licencji. Steam, Origin, Netflix, uPlay oraz Spotify – wszystkie te serwisy łączy jedno: nic fizycznie nie kupujemy, otrzymujemy wyłącznie dostęp do danego produktu, który w każdej chwili możemy stracić. Dlatego wszelkiego rodzaju cyfrowe kolekcjonerskie gry karciane budzą moje wątpliwości. Co to za kolekcja, która nie należy do mnie?

Żadna.

Week #1: Composition - The Rule of Thirds / Enric Martinez (CC BY 2.0)

Igraszki ze Złem

Zło. Fascynujący temat. Niebywale pociągający. Na pewno każdy odbiorca popkultury, wielokrotnie poczuł sympatię do postaci, która wyraźnie łamała zasady i wprowadzała chaos. Takim sztandarowym przykładem jest dla mnie Joker, z Batmana z filmów Christophera Nolana. Antagonista doskonały, a jednocześnie obiekt fascynacji. Inni przeciwnicy superbohaterów nie zdobyli tak dużej sympatii.

A taki Bane? Skomplikowana historia, maska, chęć rozwalenia struktury społecznej w Gotham. Anarchista z jasno określonym celem. Scena na stadionie z trzeciego nolanowskiego Batmana zapiera dech w piersiach. Jednak antagonista już nie. Podobny los, przynajmniej w mojej wewnętrznej klasyfikacji superłotrów, spotyka wiele złych postaci z filmów związanych z uniwersum Marvela. Oczywiście, że można wskazać na Lokiego, który również rozpala serca miłośników filmów superbohaterskich, jednak w tym przypadku mam wrażenie, że ludzi bardziej pociąga kreacja aktorska, a nie sam antagonista. Bo gdzie mu tam do Jokera…

Filmy superbohaterskie opierają się na fantastyczności świata przedstawionego. Mocno wpływa to na relacje pomiędzy postaciami, a także równowagę moralną pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Zawsze jest Porządek i czający się w mroku Chaos. Oba elementy zostają jasno upersonifikowane, nie ma miejsca na wątpliwości. Po jeden stronie stoją superbohaterowie, a po drugiej superłotry. Prosty podział, zero kombinowana, banalna segregacja. Nie ma się co obrażać, MCU to rozrywka z niewielkim buforem na ewentualne kwestie moralne. Superbohaterowie już tak mają. Ścierają się ze swoimi przeciwnikami, aż w końcu ich pokonują, a potem przywracają porządek. Tak jakby zło mogło wyparować ze świata.

Dlatego warto sięgać po takie seriale jak Detektyw lub Ostre przedmioty. Zupełnie inny rodzaj zła. W tych obrazach jest ono duszne, powoli oplata każda z postaci w świecie przedstawionym. Co najważniejsze stanowi jego niezbywalny atrybut. Wyrugowanie zła jest niemożliwe! Powraca, istnieje na drugim planie, a jego manifestacje nie są tak spektakularne, jak w przypadku filmów superbohaterskich. W Detektywie zło ma przytłaczać, ma przybierać formy zorganiznowane i zdehumanizowane. Natomiast w Ostrych przedmiotach wyraźnie widać odmienne podejście. Zło czai się w cieniu. Bohaterowie doskonale go unikają, jakby bojąc się konfrontacji. Jednocześnie wszyscy o nim wiedzą, wręcz wyczuwają wpływ zła na poszczególne osoby. A jednak decydują się milczeć, ignorować nieuchronnie nadchodzącą katastrofę.

Zło wspaniale się przeobraża, jest plastyczne, dostosowuje się do danego świata przedstawionego. Dobrze stworzony antagonista potrzebuje przeciwnika, którym wcale nie musi być jakiś chodzący po ścianach superbohater. Cechą niezbędną jest chęć przywrócenia Porządku, ponowne ustanawianie Kosmosu, powstrzymanie entropii. Wydaje się, że to niewiele, ale wystarczy obejrzeć Detektywa, aby zrozumieć, że taka potrzeba może być równie niszcząca, jak najbardziej niemoralny potwór przebrany za człowieka.

Miłosna intymność

Miłość. Trudny temat. Nie tylko dla nas, ludzi, ale także dla twórców. Kultura jest pełna grafomańskich uniesień. W każdej dziedzinie sztuki, chociaż może się wydawać, że prym wiedzie poezja. Teksty stworzone pod wpływem nagłego uderzenia Amora rzadko posiadają wartość artystyczną. Na pewno są cenne dla osób zaangażowanych w związek, dla reszty świata, już niekoniecznie. A dodajmy do tego jeszcze rozstanie! Dopiero wtedy rozpoczyna się artystyczne piekło!

W przypadku uczuć artyści lubią wpadać w różnego rodzaju schematy. Podobnie jak odbiorcy. Wielu miłośników popkultury, wątki miłosne, kłują w oczy. Nic dziwnego. Realizuje się je po łebkach, bez porządnego przygotowania. Bywa, że artyści sami wpadają w trudne do zniesienia sentymentalne tony lub – co jest jeszcze gorsze! – sprowadzają miłość do kilku nieudolnych scen łóżkowych. To nastawienie, że uczucie są ludzką sprawą i z łatwością można je przedstawić, staje się niebezpieczną pułapką. Myślę, że każdy może wymienić przynajmniej jeden tekst popkultury, w którym pojawiła się Wielka Miłość, ale zamiast uniesień, obecne było wyłącznie zażenowanie. Gdy już, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, przypomnicie sobie tytuł oraz towarzyszące mu wrażenia, wygrzebcie z odmętów Netfliksa film Blue Jay.

Aby go obejrzeć, wystarczy mieć około 80 minut wolnego czasu. A warto go wygospodarować. W Blue Jay historia wydaje się do bólu oklepana. W niewielkim miasteczko wpadają na siebie dwie osoby. On niedawno pochował matkę, sprząta swój rodzinny dom. Ona przyjechała do swojej siostry, która jest w ciąży. Wpadają na siebie w supermarkecie. Kiedyś sądzili, że spędzą ze sobą całe życie, ale rzeczywistość zweryfikowała te oczekiwania. Kawa prowadzi do dłuższej rozmowy, do wyrzucenia sobie wszystkich nagromadzonych cierpień. Od ich ostatniego spotkania minęło w końcu ponad 20 lat. Ładunek sentymentalizmu powinien zabijać w pierwszej minucie filmu. A jednak tak nie jest. Blue Jay zrealizowany jest mądrze, z głową, z odpowiednią atmosferą. Bez zbędnego patosu, niepotrzebnych uniesień. Intymność relacji zostaje doskonale oddana, a wszystko to, dzięki zamknięciu akcji w jednej, niewielkiej przestrzeni.

Najważniejsze elementy fabuły, rozgrywają się w rodzinnym domu bohatera. Wspomnienia, przeszłość wyłaniająca się z każdego kąta. Godziny spędzone razem, wspólne nagrania oraz niewysłane listy. Jeszcze ciekawsze, okazuje się to, co nie zostało wypowiedziane. Trzeba przyznać, że pomiędzy bohaterami istnieje napięcie, jednak trudno je nazwać erotycznym. W Blue Jay coś cały czas czai się w tle, tyka ukryta bomba, w szafie, poza flanelowymi koszulami, spokojnie zalega trup, którego bohaterowie starają się uniknąć. Aż dochodzi do konfrontacji, wybuchu, krzyku i wyjaśnienia. Miejscem rozwiązania fabuły jest tam sam dom. To tam dochodzi do finalnego oczyszczenia relacji i wyjaśnienia rozstania. Wszystko rozgrywa się pomiędzy dwójką bohaterów, świat jest obok, w niektórych momentach wręcz zdaje się nie istnieć. Za to dom, przeszłość i wspomnienia są do bólu realne i obecne.

Blue Jay to interesujące wejście w intymny świat dwójki ludzi. Zrealizowane z klasą, wzruszające i pozbawione mdłego sentymentalizmu.

Niedowiarek #10: Dobre kino akcji

//Muzyka: That Same Thing – Hacha de Zola 

Księżniczka, elf i demon

Dzisiaj skończyłem Rozczarowanych. Wystarczył jeden weekend, abym dotarł do ostatniego odcinka nowej animowanej produkcji Netfliksa. Zasiadłem przed telewizorem bez żadnych oczekiwań. Futurama była klasą samą w sobie, taki klimat trudno powtórzyć. Dlatego Rozczarowanych potraktowałem jako coś zupełnie innego. Materiał stworzony z myślą o współczesnych odbiorcy. Tytuł mniej pokręcony od przygód Ricka i Morty’ego.

Jeżeli zmęczyli Was obcy, a także pijackie żarty genialnego naukowca, to Rozczarowani mogą okazać się interesującą alternatywą. Tylko trzeba pamiętać o jednym – od pierwszego odcinka serial zmierza w kierunku nieuchronnej dekonstrukcji. Wyśmiewane i rozwalane są wszystkie znane z kultury schematy. A najmocniej dostaje po głowie – baśń. Wszyscy kojarzymy narracje o Czerwonym Kapturku lub Jasiu i Małgosi. Rozczarowani powstają z myślą o rozmontowaniu tej struktury. To opowiedzenie historii antybohaterki współpracującej z dwójką miernych pomocników. Nawet sam demon nie jest, aż tak demoniczny, jak mógłby być. A elf? Niewiele w nim magii, pochodzenie również szybko zostaje podane w wątpliwość. W Rozczarowanych wszystko jest niepewne, każdy wątek balansuje na granicy absurdu. Prawdziwą sztuką jest ciągle na niej balansować i nigdy nie spaść w bezsens. To się udało.

Obserwując poszczególne zwroty akcji, wielokrotnie rozkładałem ręce w kulturalnym geście „ALE CO TUTAJ SIĘ DZIEJE?!”. A potem okazywało się, że motywacje bohaterów są spójne z wizją świata przedstawionego. Upychanie fragmentów ciał w kominku? Myślicie, że to niemożliwe? Obejrzyjcie Rozczarowanych. A chwytanie demonów do butelek i wrzucanie ich do wulkanu? Znowu – Rozczarowani. Brawurowa zabawa z wrzucaniem przedmiotów do gorących miejsc oraz naigrywanie się z motywu egzorcyzmów, tak mocno zajechanego przez popkulturę. Wybrałem tylko dwie rodzynki z tego przepysznego ciasta. W trakcie oglądania zachęcam do poszukiwania właśnie takich odniesień. Wtedy zabawa staje się jeszcze ciekawsza, a serial nabiera dodatkowych barw. Nie bójcie się absurdu, surrealizmu niektórych prezentacji! Rozczarowani to koherentna wizja, porządnie zrealizowany serial.

Poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko i liczę na to, że kolejny sezon nie będzie odbiegał poziomem od pierwszego. W Rozczarowanych sprytnie została ukryta krytyka współczesnej kultury. Nie ma tutaj niczego nachalnego, delikatne wskazówki pojawiają się na drugim planie. Stanowią wypadkową gestów, słów oraz inspiracji pojawiających się w serialu. Być może właśnie dlatego Rozczarowani sprawili mi tak dużo przyjemności. Dopiero po obejrzeniu danego odcinka, zdawałem sobie sprawę, jakie schematy zostały zdekonstruowane. Nie pozostaje mi nic innego, jak włączyć sezon ponownie i dowiedzieć się, czego nie dostrzegłem za pierwszym razem.

Page 1 of 102

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén