Author: Kolega Literat (Page 2 of 120)

Wypełniacze

Z mojej serialowej listy spadły kolejne dwa tytuły. Obejrzane w ciągu jednego tygodnia. Padło na Marianne na Netfliksie oraz Turbulencje, które wylądowały w ofercie HBO GO. Z perspektywy gatunku seriale te są skrajnie różne. W pierwszym przypadku jest to opowieść grozy, a w drugim historia pełna tajemnic z wątkiem szpiegowskim. Oba da się obejrzeć, potraktowałem je jako guilty pleasure. Niekoniecznie chciałbym do nich wrócić i niespecjalnie zachęcam do ich oglądania. Dlaczego postanowiłem poświęcić trochę czasu na napisanie kilku słów o tych tytułach?

Coś je łączy. Są to średnie scenariusze. W przypadku Marianne uderzyły mnie bezsensowne dialogi. Takie wypełniacze czasu, żeby widz mógł sobie popatrzeć na gadających bohaterów. Takich rozmów było wiele, podejrzewam, że miały również służyć do zmiany tempa w serialu, w celu wywołania większego przerażenia dalszymi wydarzeniami. Mnie nużyły, sprawiały, że traciłem zainteresowanie serialem i na pewno nie przejąłem się losami bohaterów. Marianne ma swoje momenty, chwile, w których widać pomysł, polot oraz ciekawe pomysły. Niestety, wrażenie psują bzdurne rozmowy. Na przykład ta w samochodzie, na wyspie. Poza tym jest kilka niedociągnięć w samej strukturze fabuły. Warto ich poszukać w trakcie oglądania serialu.

Jeżeli pasjonuje was poszukiwanie narracyjnych potknięć, to na pewno przypadną wam do gustu Turbulencje. To tacy Zagubieni wpadający chwilami w serial dla nastolatków. Tutaj autorzy popełnili kilka błędów w montażu, poprzez kilkukrotnie wykorzystanie tych samych scen. Bohaterom zdarza się w magiczny sposób zmienić ubranie. W ciągu jednej chwili. Turbulencje także mają kiepskie dialogi, jednak ich słabość jest dodatkowo podkreślana przez niezdecydowanie postaci. Niektóre wydarzenia na pewno pojawiały się po to, aby zainteresować widza danym wątkiem. Jednak, ze względu na to, że postacie szybko potrafią zmienić zdanie, czasem w ciągu jednego odcinka nawet kilka razy, wypadło to jak prosty chwyt stosowany w telenowelach. Na przykład w Na Wspólnej. Tam też charaktery bywają płynne.

Drażnią mnie takie rzeczy. Wiem, są to drobiazgi, ale psują mi odbiór. Oba seriale nie miały wyjątkowo wysublimowanego drugiego dna. Były wyraźnie tworzone w określonym gatunku, w celu zapewnienia rozrywki. Przyznaję, że to się udało, jednak – moim zdaniem – wypada doszlifować formę. Zamiast liczyć na to, że odbiorca popkultury, przytłoczony różnymi bodźcami, nie zwróci uwagi na potknięcia, może im zapobiec. Zwrócić uwagę na słabsze fragmenty, zadbać o motywacje bohaterów, uniknąć sztucznych wypełniaczy czasu. Miło jest obejrzeć coś przemyślanego, zbudowanego z dobrze widoczną myślą przewodnią i charakteryzującego się solidnym wykonaniem. W przypadku Marianne oraz Trubulencji realizacja jest raczej średnia, bo trudno ją nazwać poprawną.

Jako guilty pleasure na pewno się sprawdzą. Obawiam się, że nic więcej nie można z nich wyciągnąć.

Czas Twarzy

Tak! To jest ten cudowny moment w roku! Już czas, aby każde miejsce zaroiło się od twarzy! Muszą być wszędzie! Z hasłami, koniecznie o dobrobycie, o naprawie, o lepszym świecie. Okazjonalnie jest coś o środowisku. Bo, jak doskonale wszyscy wiemy, nic tak nie poprawia stanu gleby, jak tysiące ulotek rozrzuconych na trawnikach i polanach. Wiecie, że ta inwazja twarzy rozkręca się stopniowo? A potem jeszcze przez jakiś czas trwa, bo nie ma komu sprzątać. Środowisko, takie ważne.

Obwieszone płoty i ogrodzenia. Spojrzenia, twarze. Różne. Spokojne, rozbiegane, sfotoszopowane na bezgraniczną miłość i uczciwość. Ręce na widoku. Wyrażają szczerość oraz brak ukrytych zamiarów. Tak napisali, tak piszą, we wszystkich poradnikach dotyczących marketingu, wpływu na ludzi i zwierzęta. Więc trzeba tak robić, zachodzi konieczność zaproponowania uczciwej decyzji. Dlatego wiszą, dlatego przypominają o swoim istnieniu. Obiecują, a ręce mają na widoku i człowiek od razu wie, że dotrzymają słowa. Dlatego warto postawić krzyżk na tej lub innej przeszłości. Twarz ucziwa, ręce na widoku, szczerość i waleczność na plakatach. Będą długo powiewały na słupach i ogrodzeniach.

Będą jeszcze ulotki. Porzucone w różnych dziurach. Wtykane wszędzie, a najczęściej lądujące do w śmietniku. Wiatr będzie je roznosił przez jakiś czas. Z niezmiennie uśmiechniętą twarzą. Potem tusz zacznie rozmywać deszcz i obietnice, wyliczenia, kalkulacje uczciwości, staną się niewidoczne. Rozmazane. Niepewne? Bo słabym tuszem wydrukowane. Dobrze, że twarz wciąż widoczna, a że trochę się śmieci? Komu to zaszkodzi, żadna wyspa ulotek nie krąży po świecie, więc nie ma problemu. Nie istnieją problemy, są tylko rozwiązania, bo ludzie z plakatów, ulotek i billboardów skupieni się na szukaniu odpowiedzi, a nie na tworzeniu kolejnych przeszkód. To jest najważniejsze! A było to widoczne, wystarczyło się wpatrzeć w zdjęcie, żeby w każdych oczach dostrzec błysk odpowiedzi, wiarę, nadzieję, krainę mlekiem, miodem i miłością płynącą.

Są też zdjęcia rodem z legitymacji szkolnych. Z podpisem, obowiązkowo, bo inaczej zniżki na Prawdę będą nieważne. Uśmiechy do fotografa, żeby koledzy i koleżanki z ławki się nie śmiali. W klasie, wiadomo, wszyscy mają podobne obrazki przyczepione zszywaczem do karteczki identyfikującej osobę. Teraz też tak jest. Podobne odcienie, garnitury, garsonki i krawaty. Wszyscy odlani z do jednej formy, ale podpisani. Żeby twarz utarła się z nazwiskiem, jak jajka na kogel mogel. Wszystko w zgodzie z podręcznikami pisanymi przez spin doktorów, trenerów wizerunku oraz innych ludzi, którzy bez namysłu doradzają oklejenie świata swoją twarzą. Bo warto, bo się utrze, bo przechodnie zapamiętają.

A potem widać napojonych wędrowców dyskutujących z płotami. Wykrzykujących różne poglądy i grożących wydrukowanej twarzy. Pustawa butelka w dłoni, głowa pełna szumiących myśli, gardło zdarte w wyniku wygłoszonej kontry. Nikt nie odpowiada. Za nic. Przed nikim.

Skrzyneczka grzechu warta

Wiedz, że coś się dzieje, gdy anglikański biskup zaczyna wypowiadać się o monetyzacji w grach. Jest to pokłosie raportu, o którym ostatnio pisałem na DailyWeb. Najwyraźniej Kościół Anglii postanowił zabrać głos i jednoznacznie stwierdził, że lootboksy w grach wodzą na pokuszenie. Szczególnie dzieci. Dla nich są bramą wiodącą ku hazardowi, a co za tym idzie są pierwszym krokiem w kierunku upadku. Możemy śmieszkować do woli, jednak dla gamedevu ta sytuacja nie powinna być zabawna.

Dlaczego tak sądzę? Do tej pory o monetyzacji gardłowali głównie gracze. Szczególnie tacy, którzy zapłacili 250 złotych za grę, a potem, z dużym zdziwieniem, stwierdzili, że jeszcze muszą się trochę dołożyć. I nie mam na myśli DLC będących wyciętymi fragmentami danej produkcji, tylko regularne mikrotransakcje i róznego rodzaju lootboksy. Wręcz wyjęte ze świata darmowych gier mobilnych. To wciąż się zdarza i trudno się dziwić graczom. Są zdenerwowani, ich ulubiona rozrywka została zamieniona w jedno wielkie kasyno. Nie przez przypadek ludzie wściekli się na Star Wars: Battlefront 2. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Wcześniej była druga część Shadow of Mordor, która również dołożyła swoje. Ostatnio 2K Games, za sprawą dyskusyjnego trailera NBA 2K20, dolało oliwy do ognia.

Teraz dyskusja o monetyzacji w grach zaczyna wychodzić poza branżę i zainteresowanych klientów. Staje się kwestią społeczną, problemem, który dostrzegają politycy. A to nie oznacza nic dobrego. Przypomnę, że lwia część zarobku takich wydawców jak Electronic Arts lub Activision-Blizzard pochodzi z mikrotransakcji. W przypadku EA za 28% przychodów odpowiadała FIFA: Ultimate Team. Zabawa polega tutaj na kolekcjonowaniu kart z piłkarzami i tworzeniu z nich drużyn. Łatwo się domyślić, że zawodników pozyskuje się ze specjalnych paczek. Jest lootboks? Jest. Są przychody? Są. A czy jest to hazard? Zależy do kogo, skieruje się to pytanie. Jeżeli do przedstawicieli Electronic Arts, to odpowiedź będzie jednoznaczna – nie ma hazardu. Jest mechanika niespodzianki (suprise mechanic). Jim Sterling, dziennikarz, człowiek, który nienawidzi lootboksów i od lat krytykuje chciwość gamedevu, powie, że jest to hazard.

Uważam, że najbliższym czasie dołączą tutaj politycy. Razem z regulacjami dla gamedevowej branży. Jakieś licencje, dodatkowe opodatkowanie. Co zrobią twórcy? Podejrzewam, że wielu z nich zrezygnuje z lootboksów i zacznie szukać innych form zarabiania na swoich produkcjach. Nie zmienia to faktu, że aktualna dyskusja na temat monetyzacji może sporo zmienić w gamedevie. Nawet jeżeli nie pojawią się prawne regulacje, to istotne będzie nastawienie klientów. Już teraz, wśród graczy, szczególną estymą cieszy się model sprzedaży praktykowany przez polskie studio CD Projekt RED. Doskonale pokazała to trzecia część Wiedźmina. Żadnych mikrotransakcji, darmowe aktualizacje i płatne rozszerzenia, a nie jakieś DLCki zmieniające wygląd konia.

Czy nam się to podoba, czy nie, w gamedevie nadchodzi czas zmian. Najwięksi eksperymentują z modelami abonamentowymi, a co pozostaje twórcom niezależnym? Obawiam się, że to samo, co do tej pory, czyli trudna walka o przetrwanie.

Pryzmaty

Od razu zaznaczę, że ten tekst będzie miał niewiele wspólnego z fizyką. Bardziej zależy mi na spojrzeniu na pewne sensy, przez które postrzegamy teksty popkultury. Skąd wzięła się we mnie potrzeba pisania na ten temat? Wszystko przez film To: rozdział drugi. W ciągu ostatnich dni spotkałem z gorącą krytyką tego obrazu. Byłem i nie czuję się specjalnie rozczarowany. Jednak muszę przyznać, że wzbudził we mnie mniejsze emocje, niż pierwsza część. Dlatego stwierdziłem, że zastanowię się, dlaczego tak było.

Szybko nadarzyła się okazja. Sobota, wyjazd na wieś i pomysł, żeby przyrządzić pulled pork na ognisku. Potrzeba na to kilku godzin, więc mogłem spokojnie pilnować ognia i myśleć. Doszedłem do wniosku, że na odbioru filmy wpłynęły dwie rzeczy – obsada aktorska oraz trochę moich utartych sposobów postrzegania tekstów. Może zdziwiło Was moje przeczepienie się od osób grających w filmie. Nie przekonali mnie do siebie. Mam wrażenie, że w ich sposobie interpretacji postaci z To było sporo drewna. Momentami nawet cały tartak. Po prostu uważam, że młodzi aktorzy, z pierwszej części znacznie lepiej poradzili sobie z zadaniem. Co jeszcze mnie drażniło? Tutaj na scenę wchodzą moje nawyki oraz nastawienie wypracowane przez inne teksty popkultury.

Zacznijmy od tego, że w samej książce druga część nie jest specjalnie dobra. Zakończenia tworzone przez Stephena Kinga bywają ekstremalnie różne. W przypadku powieści To najlepiej określają je słowa złe. Napięcie budowane w pierwszej części, tajemnica, jaką autor otoczył całe Derry, zaczęło się rozpadać, gdy zacząłem czytać opowieść o dorosłych bohaterach. Narracja straciła ciekawe tempo, a tworzone przez pisarza obrazy nie były już tak sugestywnie przerażające. Pomysł z zanikiem pamięci i ponownym pozwaniem siebie, a tym samym przepracowanie lęku z młodości, wydaje się ciekawy. Problemem jest jego realizacja. Samo opuszczenie Derry powinno wpłynąć na sposób, jaki postrzegają to miasto postacie. Moim zadaniem autor zbyt mocno skupił się na paranormalnych właściwościach miejsca, przez co nie poświęcił wystarczającej uwagi rozwojowi postaci. Trudno z takiego materiału ulepić ciekawą rzecz.

Inna kwestią są klisze, które narzuciła mi popkultura. Za ciekawy motyw ostatnich lat warto uznać perypetie młodych bohaterów ze Stranger Things. Porównanie nasuwa się samo. Bracia Dufferowie dużo zawdzięczają pomysłom Stephenga Kinga, a ekranizacja pierwszego rodziału To została przeze mnie ciepło odebrana, ze względu na sympatię do postaci z Hawkins. Popkultura kocha cytowanie, jednak nie można zapominać, że teksty wpływają także na siebie. Stragner Things oglądam z dużą przyjemnością, o czym często wspominam na blogu, dlatego, równie chętnie, dałem się porwać opowieści z To. Pachniała mi modelem narracji i estetyką wykorzystywaną przez braci Dufferów. A przecież postacie z To bez najmniejszego problemu można uznać za pierwowzór bohaterów z Hawkins! Mimo to wpadłem w kliszę. Zdaję sobie sprawę z tego, że ekranizację pierwszego rozdziału To oglądałem przez pryzmat Stragner Things.

Teraz zabrakło mi takiej kliszy. Na To: rozdział drugi spojrzałem, jak na film grozy. Na pewno najgorszy nie był, jednak część pierwsza była zdecydowanie lepsza.

Rozczarowanie wtórnością

W ostatnich tygodniach skończyłem kilka książek. Jedne wbiły mi się do głowy mniej, a inne bardziej. Z Serotoniną Michela Houellebecqa mam problem. Pozostawiła mnie w rozkroku, ani w zachwycie, ani w zniechęceniu. Być może moim podstawowym błędem było nastawienie się na pokaźną porcję kontrowersyjnych idei, na ciekawą dyskusję ze współczesnym społeczeństwem. Czyli w zasadzie na to, do czego przyzwyczaił mnie ten francuski autor w swoich poprzednich dziełach.

Problem polega na tym, że Serotonina taka nie jest. Są w niej elementy charakterystyczne dla tego autora. Główny bohater jest odludkiem, który pozostaje na peryferiach społeczeństwa, chociaż powinno być inaczej. Po prostu doskonale radzi sobie z niszczenie wszystkich więzi międzyludzkich, aż w końcu zostaje wyrzutkiem. Na dodatek ratunku szuka w medykamentach mających przywrócić mu nadzieję na lepszy. Co się udaje, jednak płaci za to cenę, którą jest zanik popędu seksualnego. Narracja w Serotoninie jest pierwszoosobowa, co pozwala uznać, powieść za swojego rodzaju pamiętnik. Zapis wspomnień i stanów emocjonalnych głównego bohatera, który opowiada o sobie, ale też o świecie. O rzeczywistości, o egzystencji, o problemach postnowoczesnego mieszczucha. Tylko że to wszystko już było u Michela Houellebecqa. W poprzednich powieściach.

Rozumiem, że można dostrzegać w Serotoninie dyskusję o kształcie postmodernistycznego społeczeństwa. Faktycznie są takie wątki, jednak znacznie ciekawiej zostały poprowadzone w Mapie i terytorium. A seksualność? Zachęcam do przeczytania Platformy, również tego samego autora, tam ten temat stanowi motyw przewodni powieści. O rozpadającym się społeczeństwie, o postnowoczesnych dyskursach, które trudno nazwać przewodnikami, Michel Houellebecq’e pisał w Cząstkach elementarnych, w Poszerzeniu pola walki i w Uległości, powieści poprzedzającej Serotoninę.Na tym tle, najnowsza powieść francuskiego autora, jawi mi się jako festiwal wtórności. Trzymanie się bezpiecznego miejsca, celowe wykorzystywania tego, że postnowoczesna kultura ma krótką pamięć, krytyka literacka zdechła, a recenzenci atomizują powieści. Nie czytają ich w kontekście poprzednich testków danego autora, tylko koncentrują się na jedynym. Mam też wrażenie, że Michel Houellebecq paraliżuje internetowych intelektualistów. Napisać o nim źle? Nie wypada, bo inni się zachwycają.

Z przykrością stwierdzam, że mnie Serotoninanie zachwyciła. Przytłoczyła wtórnością obserwacji. Jest dla mnie dowodem na to, że Michel Houellebecq stracił cyniczny pazur, osiadł na laurach, poczuł się bezpiecznie w swojej bańce radykalnego w poglądach pisarza-skandalisty. Serotonina to konglomerat wcześniej wykorzystanych chwytów. Nie ma w niej nic, czego autor nie napisał wcześniej. Często są to wręcz bolesne kalki poglądów z poprzednich książek. Chciałbym, aby Serotonina była aktualna, pasowała do współczesnego chaosu świata, ale tak nie jest. Autor, podobnie jak postacie, odkleił się od rzeczywistości. Dla mnie jest to poważna skaza, ponieważ, aby wywoływać kontrowersje, trzeba najpierw solidnie orientować w aktualnym kontekście. Tego w Serotoninie brakuje.

Powieść jest po prostu zawieszona w próżni. Jeżeli ktoś ma ochotę na dorabianie sensu do wtórnej narracji, to zachęcam do lektury. Inni mogą sięgnąć po – na przykład – Tłuczki Katarzyny Wiśniewskiej. Tysiąc razy ciekawsza krytyka postnowoczesnego społeczeństwa opowiedziana z perspektywy jednej rodziny.

Page 2 of 120

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén