Author: Kolega Literat (Page 2 of 130)

Popkulturowy przelew krwi

Stało się! Polska kinematografia doczekała się slashera z prawdziwego zdarzenia. To nie jest sarkazm! Wczoraj obejrzałem W lesie dziś nie zaśnie nikt i jestem w szoku. Okazało się, że na polskim filmie można się nieźle bawić. Od razu zaznaczę, że nie jest to szczyt sztuki filmowej, raczej zabawa gatunkiem, co i tak jest już dużym krokiem do przodu. Przynajmniej w oczach człowieka, który alergicznie reaguje na polskie filmy i często ich unika. Czasem daję się przekonać, ale moja Żona doskonale wie, że do tego potrzebne jest bardzo dużo cierpliwości.

Do W lesie dziś nie zaśnie nikt nie trzeba było mnie długo przekonywać. Wyjątkowo. Chciałem zobaczyć film, którym był reklamowany jako pierwszy polski slasher. Taką frazę zauważyłem, gdy ostatnio byliśmy w kinie, jeszcze w czasach przed zarazą. Kupił mnie ten zwrot. Jednocześnie nie oczekiwałem zbyt dużo po takim obrazie. Liczyłem przynajmniej na to, że twórcy dostosują swój pomysł do gatunku, że nie będą próbowali go jakoś ulepszyć. Potraktować z morderczą powagą. Widziałem już wiele takich slasherów na poważnie. Łączyło je to, że z trudem wytrwałem do końca.

Tym razem czekało mnie zaskoczenie. W lesie dziś nie zaśnie nikt zostało zrealizowane z dużym dystansem. Co widać w dialogach postaci, a także samych wydarzeniach. Skojarzenia z popkultorowo rozpoznawalnymi slasherami są jak najbardziej na miejscu. Ten film zbudowany jest na takich utrwalonych skojarzeniach, które wręcz atakują osoby, które lubią slashery. Widać w tym lekką zabawę, trochę drwinę z gatunku, ale to nie psuje przyjemności z oglądania. Pokazuje, że twórcy wiedzieli, co robią. Rozumieją prawa rządzące popkulturą i się do nich stosują, nie próbują ich zmienić. Tym samym udowadniają, że w Polsce można zrobić zabawny film. Bez konieczności sięgania po drętwe żarty lub beznadziejne romantyczne narracje. Najwyraźniej w tym pięknym, lecz nieszczęśliwym kraju są ludzie, którzy potrafią bawić się charakterystycznymi dla popkultury opowieściami.

To nie jest zły filmy. Wystarczy po prostu pamiętać o tym, że nie pretenduje on do sztuki opowiadającej ponadczasowe historie. W leśnie dziś nie zaśnie nikt jest rozrywkową opowieścią, do oglądania przy pełnym nasyconych tłuszczów żarciu przepijanym napojami mniej lub bardziej alkoholowymi. Na pewno znajdzie się na czyimś zestawieniu niezobowiązujących filmów na helloweenową imprezę. Do obejrzenia, do pośmiania się, do zauważenia, że polscy twórcy coraz lepiej radzą sobie z popkulturą. Nawet ci zajmujący się filmem, ponieważ pisarze od lat czują ją doskonale. Najwyraźniej film potrzebował więcej czasu, aby odbić się od bruku przesłodzonego romantyzmu i uderzyć w slasher.

Czy W leśnie dziś nie zaśnie nikt leje się krew? Tak. Na dodatek w rytm słów wypowiadanych przez ciekawe postacie. A wiece co jest najlepsze? W tym filmie słychać dialogi! Nie trzeba go oglądać z napisami, co kilka raz mnie spotkało w trakcie kontaktu ze współczesną polską kinematografią.

Pustki

To będzie kolejny tekst na temat życia w czasach zarazy. Złożony z garści obserwacji, literackich stopklatek, które udało mi się złapać w ostatnich dniach. Podejrzewam, że jak wiele innych osób, aktualnie będę pracował z domu. W jednym z podcastów wspominałem, że mam problem z home office. Rozciągam pracę. Zamiast skończyć zaplanowane zadania w osiem godzin, siedzę nad nimi cały dzień. Nic to, będę musiał się dostosować. Teraz jest czas na spędzanie czasu w domu, co pewnie zrodzi wiele konfliktów.

Zauważyłem, że pandemia obnażyła wiele słabości naszej globalnej wioski. Jedyną z największych jest przyzwyczajenie się do nadmiaru. Dlatego puste półki tak szokowały, niektórzy pewnie widzieli je po raz pierwszy w życiu. Nie mam zamiaru krytykować tych, którzy zaczęli robić zapasy, pewnie wiedzeni ewolucyjnym instynktem przetrwania. Liczę na to, że to jedzenie nie wyląduje w śmietniku! Jeżeli tak się stanie, to nie było zabezpieczenie rodziny, ale karygodne marnotrawstwo, którego nie można wytłumaczyć stwierdzeniem, że wszystkiego jest za dużo. Pandemia pokazuje, że żyjemy w świecie złożonym z kruchej struktury dostaw. Dlatego przed koleją wizytą w sklepie warto zastanowić się nad tym, czego faktycznie się potrzebuje. Jakie zapasy należy mieć i nie brać więcej, nie ryzykować tego, że niezużyta górka wyląduje na śmietniku.

A jak się zmienią relacje międzyludzkie? Obawiam się, że wiele osób, ze względu na konieczność spędzania czasu razem, dopiero teraz się pozna. Jak często domownicy po prostu się mijają? Nie rozmawiają, nie wymieniają się uwagami i nie dzielą pragnieniami oraz lękami. Postnowoczesność zastąpiła te elementy silnym skupieniem na ekspresji swojego JA. Dała mnóstwo różnych narzędzi, od Instagrama, przez Pinteresta, na blogowaniu skończywszy. Tylko że ta ekspresja koncentruje się na pięknych obrazkach, na życiu złożonym wyłącznie z sukcesów, na rzeczywistości wyszlifowanej za pomocą setek kliknięć w Photoshopie. Nie ma w niej miejsca na przeżycie, na zastanowienie się nad światem, na spokojną refleksję. Jest scrollowanie, przeglądanie bajecznie kolorowych zdjęć z egzotycznych krajów. Gdzie jest brud, będący nieodłącznym elementem życia? Na dodatek zniknął też gnębiący wszystkich ciężar egzystencji. Jak ludzie mają być przygotowani na czas kryzysu, skoro nie chcą o nim nigdy rozmawiać?

Liczę też na to, że niektórzy przypomną sobie, że należą do większej grupy, że wokół nas też są ludzie. Indywidualizm podsycany przez Internet oraz cementowany możliwością wyrażenia własnego zdania, sprawia, że chorujemy na widzenie tunelowe. Widzimy siebie, nikogo więcej. Stąd biorą się osoby, które niespecjalnie przejmują się koniecznością siedzenia na dupie. Nie przejmują się. Zaraza im niestraszna! Nie widzieli jej nigdy na Instagramie, a skoro kryzys lub odpowiedzialność nie mają tam kont, to najwyraźniej nie istnieją.

Witajcie w czasach zarazy! Dbajcie o swoich bliskich! Siedźcie na dupach! Nie dajcie się zwieść trollom i fałszywym wiadomościom! Bądźcie zdrowi!

Konflikty charakterów

Nie będę ukrywał, że czekałem na drugi sezon Altered Carbon. Poprzedni zainteresował mnie na tyle, że postanowiłem sięgnąć po książki. Po przeczytaniu pierwszego tomu stwierdziłem, że mam do czynienia ze średnią prozą i postanowiłem trzymać się ekranizacji. O niebo lepszej, ponieważ koncentrującej się na tym, co w powieści było najciekawsze. W przypadku drugiego sezonu nie mam literackiego punktu odniesienia i raczej nie będę miał. Niespecjalnie chcę sięgać po prozę, która mnie rozczarowała. Na szczęście serial odebrałem inaczej i czekam na kolejne odsłony Altered Carbon.

Co mnie tak zachwyciło w nowej odsłonie serialu? Aby wyjaśnić tę kwestię, muszę zwrócić uwagę na istotne wątki w pierwszym sezonie. Wtedy Altered Carbon szczególnie koncentrowało się na układzie sił w społeczeństwie, w którym wykluczono śmierć. Świadomość była digitalizowana i wrzucana do nowych powłok, czyli ciał. Nieśmiertelność na wyciągnięcie ręki? Dla każdego? Nie. Altered Carbon wyraźnie pokazywało, że korzystali z niej głównie najbogatsi, a reszcie pozostało czekać na przydział nowej powłoki. Bywało, że ludzi nie było stać na spłacenie świeżutkiego ciała i ich świadomość była ponownie zamrażana. Czekali dalej. Takeshi Kovacs, jako główny bohater, został zatrudniony przez bogacza, aby wyjaśnić tajemnicę jego śmierci. Zginął, ale jego świadomość została wgrana do nowego klona.

Główny bohater był postacią zawieszoną pomiędzy dwoma światami. Tym bogatym oraz tym ubogim. Przenikał ich granice w trakcie prowadzonego śledztwa, dzięki czemu widz mógł dowiedzieć się, jak wyglądało społeczeństwo zaprezentowane w świecie Altered Carbon. Zdaję sobie sprawę z tego, że przez różnego rodzaju rozważania prowadzone przez postacie w serialu, mogła ucierpieć akcja, jednak uważam, że w interesujący sposób zostało pokazane to, jak usunięcie śmiertelności wpływa na ludzi. Drugi sezon Altered Carbon dalej bada granice człowieczeństwa, ale robi to z innej perspektywy. Tym razem kluczowa staje się rola jednostki, jej przeżycia oraz doświadczenia. Serial schodzi do poziomu pojedynczego przeżycia, zamiast dalej opowiadać o konstrukcji całego systemu.

Ta zmiana sprawiła, że serial stał się bardziej dynamiczny. W drugim sezonie pojawiła się skomplikowana sieć relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami, co przełożyło się na dynamikę ich relacji. Na pierwszym planie nie był już system, ale ludzie. Ich przeszłość, a także to, jak radzą sobie z własnymi uczuciami. Najnowsze Altered Carbon nie bywa już bezosobowe. Cała narracja składa się w dużej mierze z konfliktów pomiędzy charakterami. Mają różne motywacje i dopiero wraz z rozwojem fabuły zaczyna im przyświecać wspólny cel. W drugim sezonie jest zdecydowanie mniej, strać pomiędzy człowiekiem a systemem. Zastąpiły je zderzenia mocnych charakterów, chcących osiągnąć określone cele.

Nawet jeśli ktoś był rozczarowany pierwszym sezonem Altered Carbon, to polecam skonfrontowanie się najnowszą odsłoną. Jest inna, trochę bardziej gęsta, ale tak samo mroczna i przytłaczająca antyutopijnym charakterem świata.

Kryminalny brak zaskoczenia

Wróciłem na stare śmieci! Już dawno nie czytałem kryminału i muszę przyznać, że powrót do tej dobrze mi znajomej formy literatury, był nad wyraz przyjemny. Wystarczyło mi kilka wieczorów, abym dotarł do końca. Było w tej powieści wszystko to, do czego przyzwyczaiły mnie opowieści o detektywach, dlatego nie mogę napisać, że się rozczarowałem. Tekst, który wpadł mi w ręce trudno mi określić jako wyjątkowo wybitny. Po prostu został napisany zgodnie z aktualnymi wytycznymi formy, jaką jest powieść kryminalna. O jakiej książce piszę?

Te wszystkie zdania idealnie opisują Grób, którego autorem jest Max Czornyj. Nie czytałem poprzedniej książki tego pisarza, był to mój pierwszy kontakt z jego prozą. Udany. Od pierwszego zdania nie oczekiwałem żadnych zaskoczeń. Chciałem przeczytać kryminał zrealizowany według zasad gatunki i to otrzymałem. Warto zaznaczyć, że Grób nie jest klasyczną powieścią detektywistyczną z wariacją Sherlocka Holmesa, ale postnowoczesną pogonią za mordercą. Obowiązkowo z dwójką bohaterów, z mocną postacią kobiecą i brutalnymi scenami tortur. Myślę, że Grób stanowi połączenie wątków, z którymi zetknąłem się w Millenium oraz w tetralogii Katarzyny Bondy. Wtórność? Nie, w żadnym wypadku.

Raczej jest to doskonałe zrozumienie, w jakim momencie historycznym znajduje się obecnie powieść kryminalna. Gatunek znany i lubiany, mający swoich autorów nadających ton formie oraz takich, którzy dobrze poruszają się wewnątrz nowy reguł. Max Czornyj należy do tej drugiej grupy. W Grobie nie ma absolutnie żadnej gry z formą lub narracja. Jest za to solidna, porządnie napisana proza, która chwilami odrobinę się rozpada. Słabością tej powieści są fragmenty wyraźnie zmierzające w kierunku romansu. Relacja dwójki bohaterów jest zbyt wyreżyserowana, często miałem wrażenie, że jest wciskania na siłę do fabuły, tylko po to, aby stworzyć nową warstwę interpretacji dla charakterów. Tak samo jak rozbudowane opisy jedzenia lub stroju, oczywiście w dużej mierze dotyczą pary napędzającej historię. Z mojej perspektywy było to zbędne, kompletnie nic nie wnosiło do samej historii.

Tej zbędności w Grobie jest niewiele. Na szczęście. Pozostałe akapity mają dobry rytm, prowadzą od tropu do tropu, a samo zakończenie ma niezły zwrot akcji. Max Czornyj radzi sobie z powieścią kryminalną dobrze, ale jeszcze lepiej wyczuwa potrzeby odbiorców, szczególnie miłośników tego gatunku. Takie osoby zabiera w podróż przez znajome krajobrazy, nie stara się odkryć nowej ścieżki, tylko realizuje to, co już się sprawdziło i złapało uwagę czytelników. Czy to źle? Nie sądzę. Literatura popularna to w dużej mierze ciągłe odlewanie treści w dobrze ukształtowanych formach. Trzeba mieć dryg do tego, aby zaprezentować nowe możliwości gatunku i nie każdy, powinien to robić.

Dlatego uważam, że podstawowym plusem Grobu jest awersja do formalnych eksperymentów. To jest powieść gwarantująca zabawę, a czasem dreszczyk przerażenia. Nic więcej. Na pewno ten tekst przykuwa uwagę, ale nie sądzę, abym do niego wracał przy jakichkolwiek rozważaniach o literaturze popularnej.

Kolekcjonowanie stworzeń

Na Steamie, w zeszłym miesiącu, wylądowała gra, którą obserwuję do dłuższego czasu. Uważam, że jej twórcy mocno ryzykują, ale jednocześnie zdają sobie sprawę z tego, że mogą sporo ugrać. Temtem, bo taki przyjemny tytuł nosi ta produkcja, opiera się na zbieraniu fantastycznych potworów, a następnie wystawianiu ich do walki. Zaraz, zaraz… Brzmi znajomo, prawda? Skojarzenia z kultowymi Pokemonami są jak najbardziej na miejscu. Kojarzą je wszyscy, nawet osoby, które z grami komputerowymi nie mają zbyt wiele wspólnego. Po prostu Poksy na stałe weszły do popkultury.

A teraz na Steamie pojawia się Temtem. Z ładną grafiką, niezłym zestawem potworów do złapania oraz ogłoszonymi planami na rozwój. Obecnie gra jest we wczesnym dostępie, do którego podchodzę z dużą rezerwą, dlatego teraz tylko obserwuję ten tytuł. Dopiero po zrealizowaniu przynajmniej 25% obietnic, zastanowię się nad zakupem. Według twórców znalazło się wielu klientów, którzy chętnie zaryzykowali. 21 lutego 2020, a więc miesiąc po premierze, opublikowany został następujący Tweet:

Gra znalazła pół miliona klientów! A ile kosztuje? W Humble Store można ją kupić na 31Euro, na Steamie kosztuje 125 złotych. Interesująca sprawa. Wiele niezależnych studiów obawia się wyceniania swoich produkcji na kwotę większą, niż 60 – 80 złotych (15 – 20 Euro). Dlaczego? Po pierwsze cena jest dla wielu klientów ważnym wyznacznikiem. Nie zmienia to faktu, że wielu i tak czeka do pierwszej przeceny z zakupem gry, więc czasem warto postawić na kwotę mniejszą, niż 100 złotych. Po drugie studia niezależne doskonale zdają sobie sprawę z tego, że konkurują także z dużymi wydawcami. A te firmy potrafią policzyć za grę w dniu premiery nawet 250 złotych. Jest to zagrywka psychologiczna. Od studia indie produkcja jest kilkukrotnie tańsza, często oferuje porównywalną zabawę i bywa, że miała mniejszy budżet. Odbiorca nie czuje się oszukany, jest w stanie zrozumieć, dlaczego zapłacić taką, a nie inną kwotę.

A jednak Temtem zagrało ostro i wystawiło grę we wczesnym dostępie za trochę ponad 30 Euro. Warto zauważyć, że ich wydawcą jest Humble Bundle, a więc firma z niezłą renomą, co na pewno znalazło swoje odbicie w cenie oraz zaufaniu odbiorców. Poza tym Temtem wcześniej zebrało blisko 574 000 dolarów na Kickstaterze. Kampania pojawiła się w maju 2018 roku, a dwa lata później gra wylądowała we wczesnych dostępie na Steamie. Efekt? Pół miliona klientów w ciągu pierwszego miesiąca. Problem polega na tym, że ta zawrotna kwota niespecjalnie pokrywa się z aktywnością graczy.

W szczycie było zalogowanych 39 572 graczy. Aktualnie aktywność oscyluje wokół 5 000 użytkowników na dzień. Gdzie te pół miliona klientów? Prawda jest taka, że wiele osób kupuje gry, a potem ich nie uruchamia, więc może to jest rozwiązanie zagadki. Tym bardziej że wskaźniki dotyczące zaangażowania wyglądają dobrze. Średni czas spędzony w grzech wynosi 43 godziny, a mediana 24. To bardzo dobre wyniki! Jak na produkcję niezależną, która musi konkurować o uwagę z większymi tytułami, Temtem zaliczyło rewelacyjny start.

Pozostaje tylko czekać na kolejne aktualizacje.

Page 2 of 130

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén