Author: Kolega Literat (Page 2 of 114)

Konieczność grillowania

Majówka trwa w najlepsze, a wraz z nią sezon grillowy. Otwarty, rozdymiony, pełen smrodu podpałki oraz porzuconych w krzakach butelek po piwie. W maju to smutny standard dlatego unikam spacerów z psem po godzinie 16:00. Wcześniej można jeszcze pooddychać względnie świeżym powietrzem. A dzisiaj nie spotkałem zbyt wielu rowerzystów, ludzie też gdzieś wymiotło. Pewnie wszyscy odsypiają majówkowe grille. Dopiero dzisiaj, w piątek, zacznie się prawdziwe szaleństwo!

Absolutnie nie widzę nic złego w tym, że ludzie spędzają czas na rozrywkach, które dają im radość. Niech grillują na tej podpałce, jedzą okopcone kiełby i piją craftowe piwo. Ich wybór, ich odpowiedzialność. Tylko niech nie wyrzucają tych śmieci za płot działki. Nie znajduję niczego ciekawego w leżącej na trawie kiełbie z dodatkowymi akcentami w postaci zgniecionych puszek. Niby mamy XXI wiek, jesteśmy w Europie, świętujemy Dzień Flagi oraz czujemy się dumni z Konstytucji 3 Maja. Polak to obywatel świata z syfem wyrzuconym poza płot własnego ogródka. Wszystko w imię zasady, że inny się będzie martwił. I nie mówicie mi, że nie tylko u nas tak jest. Żadne usprawiedliwienie. Jednak wolałbym, żeby ludzie idący w marszach, niosący różne transparenty i trzymający się różnych ideologii, po prostu po sobie sprzątali.

Najgorsze jest to, że nie ułatwiają nam tego sklepy. Po raz pierwszy mam wrażenie, że na klientach wywiera się presję, tworzy się konieczność grillowania. Tak jakby bez podpałki w siatce, zestawu plastikowych sztućców oraz worka węgla drzewnego traciło się człowieczeństwo. Nic z tych rzeczy, nie można dać się zwariować. Jak ktoś chce spędzić dzień na grillowaniu, to niech tak zrobi, ale warto rozumieć, że wciąż są na świecie ludzie, którzy tego nie potrzebują. Po prostu mogą się obyć bez kiełby, karkówki i papierowego talerzyka. Wiem, czepiam się tej chwilowej zastawy. Drażni mnie nawet bardziej, niż wszechobecna podpałka, która nadaje wyjątkowy aromat wszystkim grillowanym produktom. W tym roku uderzyło mnie to, że w Lidlu pojawiły się tymczasowe sztućce z biodegradowalnych materiałów. Można? Można!

To nie oznacza, że teraz każdy ma przyzwolenie na wywalenie śmieci z grilla za płot. Nic z tych rzeczy. Po prostu wybór takiej biodegradowalnej zastawy jest bezpieczniejszy dla środowiska. Po ostatnich wietrznych dniach zauważyłem, że na okolicy mojego mieszkania, fruwają sobie jednorazówki. Podejrzewam, że wylatują ze śmietników oraz odpadów porzucanych przez nieodpowiedzialnych ludzi. Tak jakby nie dało się zastąpić tej jednorazówki czymś innym. W trakcie kupowania warzyw na grilla, warto zabrać ze sobą własne worki, najlepiej takie, które można wykorzystać wiele razy. Każdy czas wolny powoduje wzrost konsumpcji, który widać po przeładowanych śmietnikach. Tak jest zawsze, a potem syf zaczyna walać się po ulicach.

Lubicie grillować? Dobrze, żaden problem. Tylko zadbajcie trochę o środowisko! Niewiele trzeba, żeby nasze otoczenie wyglądało lepiej. Chyba nikt nie chce robić sobie porządnej kiełby w otoczeniu foliówek, prawda?

Kryminalne mieszanki

W ostatnich tygodniach skończyłem dwie powieści kryminalne. Były to Kod Kathriny Jorna Liera Horsta oraz Jesienną zbrodnię Andersa de la Motte. W trakcie lektury zauważyłem, że autorzy mają zupełnie odmienne podejścia do kryminałów. Co samo w sobie nie jest złe, ponieważ pokazuje, jak bardzo plastyczny jest to gatunek, a także przypomina o tym, że w kulturze popularniej wszystko się ze sobą miesza. Trzeba liczyć się z jednym – nie wszystko reklamowane jako świetny kryminał faktycznie nim jest. Czasem ilość dodatkowego narzutu całkowicie przyćmiewa sugerowany gatunek.

Jorn Lier Horst w swoich powieściach zawsze mocno trzyma się gatunku. Doskonale rozumie jest ograniczenia, a także możliwości. Wyraźnie widać, że odwołuje się do tradycji kryminału czarnego. W centrum stawia bohatera nękanego różnymi problemami, zmęczonego życiem, ale poświęcającego się dla sprawiedliwości. Tłem, obowiązkowo, są różnego rodzaju problemy społeczne. Trzeba przyznać, że powieści kryminalne Jorna Liera Hosta zawsze oscylują wokół jakiegoś nowoczesnego i medialnego problemu. Od samotności starszych osób, po skomplikowane kwestie asymilacji imigrantów. Dzięki czemu te teksty można różnie odczytywać, a sama narracja nie gubi charakterystycznego dla kryminałów podkręconego tempa. Anders de la Motte inaczej traktuje ten gatunek.

Jesienna zbrodnia była moim pierwszym kontaktem z twórczością tego autora. W trakcie lektury uderzył mnie specyficzny rytm narracji. Z uwagi na to, że Anders de la Motte znacznie więcej uwagi poświęcam wątkom obyczajowym, powieść nie ma charakterystycznego dla kryminałów pędu. Trzeba się nastawiać na ciągłe opisywanie napięć pomiędzy bohaterami, a także do bólu skomplikowane motywacje bohaterów. Tajemnicą w Jesiennej zbrodni nie jest to, kto zabił, ale kto i co ukrywa w swoim umyśle. Takie mieszanki są dobre, ponieważ pokazują, że powieść kryminalną można różnie doprawić. Jednak z takimi połączeniami jest pewien problem. Mogą nużyć lub drażnić, dużo tutaj zależy od oczekiwań czytelnika, jego nastawienia do gatunku. Anders de la Motte swobodnie pochodzi do formy powieści kryminalnej. Bierze z niej tajemnice oraz morderstwa. Reszta powieści opiera się na szeroko rozumianej obyczajowości.

Co może spowodować, że czytelnik szybko się zniechęci. Sięgając po powieść kryminalną, oczekujemy morderstwa, śledztwa, rozbudowanej analizy postępowania przestępcy oraz wyrazistego detektywa. Gdy na scenę wchodzą wątki obyczajowe, te elementy mogą zostać zepchnięte na dalszy plan. Przez co powieść zwalnia, narracja staje się mniej dynamiczne, ponieważ koncentruje się na przeżyciach poszczególnych postaci. Kultura popularna lubi łączenie gatunków, rzadko się zdarza, aby czytelnik trafił na tekst, który będzie realizował daną formę w czystej postaci. Zawsze pojawiają się dodatkowe naleciałości. Dlatego czasem trzeba dostosować swoje oczekiwania. Zamiast rzucać książkę w kąt lub odkładać na półkę, warto przyjrzeć się, w jaki sposób gatunki zostały połączone. Powieść kryminalna jest niezwykle plastyczną formą. Jest w stanie przyjąć różne elementy. Co prawda efekty bywają różne. Wspomniana przeze mnie Jesienna zbrodnia jest niezła, chociaż odrobinę niepotrzebnie rozciągnięta.

Jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że zdarzają się teksty, które nieudolnie mieszają gatunku. Sam kilka takich przeczytałem. Wrażenia? Rozczarowujące.

Więzienie bezwładu

Szukacie snującej się narracji? Koniecznie sięgnijcie po Sonnenberg Krzysztofa Vargi. Książka ma głównego bohatera, wyrazistą fabułę, a także kilka ciekawych zwrotów akcji. Na dodatek w opowiadaniu jest coś onirycznego. Jakby rzeczywistość stawała się coraz bardziej rozmyta wraz z rozwojem wydarzeń. Atmosfera staje się duszna, a ostatnie zdania przynoszą długo wyczekiwaną ulgę. Zamknięcie Sonneberga jest moment uwolnienia nagromadzonego napięcia. Wyjaśnienia wszystkich naszkicowanych tajemnic. Krzysztof Varga stworzył przepiękną książkę.

Akcja rozgrywa się Budapeszcie. W tle znajdują się protesty, skomplikowana sytuacja polityczna oraz różnego rodzaju historyczne konfliktu. Krzysztof Varga wspaniale oprowadza czytelnika po stolicy Węgrzech, nawet zabiera w krótką podróż do mniejszej miejscowości. Wszystko po to, aby doskonale nakreślić miejsce wydarzeń. Miasto jest widziane oczyma głównego bohatera Andrása, badacza literatury austriackiej, niespełnionego pisarza. To indywidualne postrzegania nadaje wyrazu miejscom. Dla narracji kluczowe jest jednostkowe widzenie miejsc, kojarzenia ich z doświadczeniami. Tutaj rozpoczyna się powolne budowania dusznej atmosfery mieszkań, ulic oraz knajp. Wszystkie relacje pomiędzy postaciami naznaczone zostają specyficznym rozmyciem. Wynika to z pierwszoosobowej narracji, z niezdecydowania głównego bohatera, z jego nawyku do życia z rozpędu.

Sonneberg to także opowieść o więzieniu. O klatce zbudowanej z własnych zaniechać i ucieczek od wszelkiej odpowiedzialności. Główny bohater po prostu trwa, jego egzystencję trudno nazwać życiem, to wegetacja, unikanie konfrontacji za wszelką cenę. Budapeszt, w tym ujęciu, przestaje być bezpieczną przestrzenią. Jest celą, w której ściany wyłożono miękkim i przyjemnym materiałem. Stąd bierze się niechęć głównego bohatera do opuszczenia wyrobionej codzienności. Poczucie bezpieczeństwa jest dla niego najważniejsze, nawet jeżeli ceną jest całkowite unikanie wszelkich przejawów życia. Powieść, z każdym przeczytanym rozdziałem, staje się coraz bardziej wciągająca, ponieważ bohater zostaje zmuszony do opuszczenia swojej celi. W ostatnich zdaniach konfrontuje się z życiem, ze swoimi koszmarami i postanawia spełnić swoje największe pragnienie.

Krzysztof Varga mistrzowsko poprowadził narrację. Zbudował opowieść pełną drobnych, delikatnych wskazówek, co do natury głównego bohatera. Niczego nie podał wprost, przez co czytanie tej powieści wymaga sporo uwagi. Nagrodą jest dostrzeżenie wszelkich wahań oraz ucieczek głównego bohatera. Sonnenberg to oniryczna i duszna historia o konfrontacji z rzeczywistością, która przez cały czas domaga się uwagi. Zapewniam, że zamknięta w narracji melancholia udziela się czytelnikowi, zostaje na dłużej. Tak samo jak niektóre, piekielnie wyraziste, obrazy z powieści.

Warto sięgnąć po Sonnenberg Krzysztofa Vargi. To solidna porcja mistrzowsko napisanej literatury.

Poza pętlą

W zeszłym tygodniu wyrwałem się z pętli codzienności. Wiecie, z tego poczucia, że trzeba COŚ robić, CZYMŚ się zająć, bo w przeciwnym razie marnuje się czas. A jeżeli do tego dochodzi, to spada produktywność, co jest godnym najcięższego potępienia grzechem! Nie można nic nie robić, nie wypada… Nawet odpoczywać trzeba z myślą o tym, żeby być bardziej wydajnym, gdy wróci się do kieratu codziennych spraw. A ja, przez zupełny przypadek, sprzeciwiłem się tej zasadzie. Odpoczywałem bez myślenia o tym, że będę bardziej efektywny. Mało tego!

W trackie wielkanocnego długiego weekendu nie zrobiłem nic sensownego. Nie napisałem nawet jednego słowa, nie poprawiłem ani jednego błędu w swoich programach. Jeżeli już teraz, Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, czujesz dreszcz obrzydzenia, to nie zamknij zakładkę z tym tekstem. Dalej będzie jeszcze gorzej! Niczego się nie nauczyłem, nie obejrzałem żadnego inspirującego materiału na YouTubie, zignorowałem wszystkie podcasty, których zazwyczaj słucham. Pewnie myślicie, że coś zaplanowałem, prawda? Skąd! Z moich list rzeczy do zrobienia nie zniknęła nawet jedna rzecz. Teraz będzie najgorsze – nie czuję się z tego powodu winny grzechu obniżenia produktywności. Odpoczywałem. Spędzałem czas z Żoną i z psem. Łaziliśmy po polach lub siedzieliśmy w ogródku. Klasyczny leniwy weekend.

Wiecie, kiedy dotarło do mnie, że chyba zrobiłem coś wbrew codzienności? We wtorek, w trakcie codziennej prasówki. Przeskakiwałem po różnych tekstach, klikałem linki polecone przez znajomych i chłonąłem różne dziwnego nagłówki. Niektórzy autorzy zastanawiali się, jak nie obniżyć swojej produktywności w trakcie świąt Wielkanocnych. Wiadomo, czas z rodziną, inny rytm dnia, trudno sięgnąć po narzędzia samodoskonalenia się. Bywali tacy, co obawiali się śmierci efektywności w trakcie długie weekendu. Zgroza! Mieć tyle wolnego i nic nie zrobić, zignorować budowane nawyki?! Jak można nagle zatrzymać się w trakcie codziennego biegu, zwolnić, pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek?! Z tych wszystkich postów, artykułów oraz wpisów atakowała mnie potrzeba bycia efektywnym. Pracowania nad swoimi dobrymi nawykami, doskonalenia siebie i rozwijania nowych umiejętności.

Próbowałem tych wszystkich genialnych narzędzi, co to miały sprawić, że będę wydajny. Miałem nawet aplikację, która pozwalała mi kontrolować budowanie dobrych nawyków. Ci, co mnie znają, doskonale wiedzą, że jestem jednostką dość chimeryczną. Jak mnie coś interesuje, to się tym zajmuje. W przeciwnym razie żadna obawa przed przerwaną serią nie zmusi mnie do zajmowania się czymś, co zupełnie mnie nie obchodzi. Mam własny rytm pracy, nauki oraz poznawania nowych rzeczy. W trakcie eksperymentów z różnymi metodami budowania produktywności dotarło do mnie, że najlepiej działa jedna – wziąć się do roboty. Siadam i piszę. Zakładam psu smycz i wychodzę. Otwieram książkę i czytam. Nic więcej. Od dawna nie optymalizuję mojego czasu po pracy. Wystarczy, że robię to w trakcie moich służbowych obowiązków.

Stawianie sobie różnych celów jest fajne i jestem pewien, że wielu osobom pomaga. Mnie po prostu nie. Co to znaczy, że każdego dnia muszę napisać 400 słów? Lepiej powiedzieć sobie, że do końca tygodnie stworzę 3 niezłej jakości teksty. Co mi da to, że codziennie wylepię 600 linii w Pythonie lub C++? W programowaniu najważniejsze jest optymalne rozwiązywanie problemów, a nie bezsensowne zwiększanie objętości plików źródłowych. To są reguły, które stosuję do wszystkich swoich aktywności. Nie szukam wytłumaczeń, wolę używać zdrowego rozsądku. Dlatego myślę, że nie jestem więźniem nowoczesnej produktywności. Odpoczywam, pracuję, spędzam czas tak, jak chcę.

Dobrze się z tym czuję.

Odrobina prywaty

Będzie trochę prywaty. Ten felieton powstaje pod wpływem mieszanki różnych uczuć. Od zmęczenia, przez rozczarowanie, po niecierpliwe oczekiwanie na dłuższy weekend. W każdej egzystencji zdarzają się okresy wzmożonej aktywności. W różnych formach. Bywa, że przytłoczy człowieka praca, a innym razem życie prywatne. Co mnie przemieliło? Wszystko po trochu, a jednak nie czuję się całkowicie wyczerpany. Ciężko mi zebrać myśli, usiąść do pisania, nastukać te 400 słów. I w takich chwilach dociera do mniem jak bardzo to lubię.

Dziwnie to zabrzmi, ale klepanie w klawiaturę mnie uspokaja. Pozwala mi na chwilę skoncentrować się wyłącznie na tworzonym tekście. Na białej kartce powoli pojawiają się kolejne litery, wraz z nimi słowa, aż dobijam do akapitu. Gdzieś między tym wszystkim plącze się sens, główny temat konkretnego tekstu. Wraz z ostatnią literą dopada mnie poczucie spełnionego obowiązku… Chociaż nie wiem, czy to dobre słowo… Po prostu czuję, że coś skończyłem. Jak w przypadku gier komputerowych. Moją nagrodą jest napisany tekst. Utrzymany na przyzwoitym poziomie, bo wolę być solidnym rzemieślnikiem, niż okazjonalnym artystą. A teraz ciekawostka – ukończenie tego akapitu już pozwoliło mi podładować baterie. Skupiam się coraz bardziej, a słowa same płyną.

Przyjemne uczucie. Z tego powodu lubię pisać. Składanie tekstów było dla mnie zawsze pewną formą snucia opowieści. Raz ciekawej, a innym razem trochę rozwleczonej. Bo same historie bywają różne. Są takie, które piszą się same. Wystarczy dać poprowadzić się intuicji, a litery same wskakują na ekran. Bywają także takie, które najpierw wymagają wstępnego uporządkowania w postaci notatek. Wtedy sięgam po mój notes, po pióro i wyrzucam z siebie to, co chciałbym przekazać. Najśmieszniejsze jest to, że te elementy czasem nie trafiają do ukończonego tekstu! Zostają sobie w notatniku. Być może analogowe pisanie pozwala mi wyzbyć się śmieci z głowy? Możliwe, chociaż zdarza mi się także notowanie pomysłów lub spostrzeżeń. Potem do nich wracam, weryfikuję je i czasem przekuwam w dłuższy tekst.

Dotarłem do ostatniego akapitu. Nie czuję się już zmęczony, jak w chwili, w której stawiałem pierwszą literę w tym tekście. Musiałem się zebrać w sobie, ponieważ jest czwartek, a o 21:00 nagrywam kolejny odcinek „WWWłaśnie Podcastu”. W ramach mojej współpracy z DailyWeb. Pewnie znowu pogadamy o tym, co nas poruszyło w ostatnim tygodniu. Wymienimy się doświadczeniami z codzienności. Pożegnamy się, ja wyjdę z psem, a później znowu usiądę do pisania. W ramach wieczornego relaksu wyklepię kilkaset słów, dla spokojnego snu. Już pomijam fakt wykreślania kolejnych zadań z listy. To również poprawia mi humor i daje poczucie zrealizowanego celu. Drobiazg, a jednak motywuje do dalszego pisania. Do ściągania z listy pomysłów kolejnych tematów. A potem i tak dopisuję kolejne. Już dawno zauważyłem, że pod koniec każdego miesiąca mam więcej inspiracji, niż napisanych tekstów. W sumie to dobrze! Zawsze udaje mi się wygrzebać coś, co mogę ubrać w cyfrowe literki.

Page 2 of 114

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén