Author: Kolega Literat (Page 2 of 116)

Gratka dla miłośników monstrów

W zeszłym tygodniu, wraz z moją Żoną, wybraliśmy się na film. Do kina. Nie była to komedia romantyczna, bo nie pałamy szczególną miłością do tego gatunku. Nie wybraliśmy artystycznego dramatu, którego zakończenie nie wskazywałoby na intelektualne rozmemłanie scenarzysty i reżysera. Poszliśmy na drugą część przygód potwora z głębi oceanu. Byliśmy na filmie Godzilla 2: Król potworów. Oboje bawiliśmy się dobrze, a momentami nawet bardzo dobrze.

Do tego obrazu należy podejść jak do każdego innego filmu utrzymanego w konwencji kina rozrywkowego. Są pojedynki potworów, są pościgi, wybuchy oraz strzelaniny. Postacie mówią, bo w końcu nie samymi kulami napędza się fabułę, ale ich dialogi trudno uznać za niezwykle istotne. Wypowiadają sądy na temat różnych potworów oraz opisują skomplikowaną sytuację związaną z kryzysem klimatycznym na Ziemi. Tak, Godzilla 2: Król potworów dotyka tego tematu. W sposób złagodzony, z gotową odpowiedzią. Do uratowania ludzkości w zupełności wystarcza obecność wielki potworów, do których kiedyś należała nasza planeta, a teraz się obudziły i znowu po niej wędrują. To zdecydowanie najsłabszy element całego filmu.

Pozostałe części składające się na ten obraz, nie odstają do tego, co zostało zaprezentowane w pierwszej Godzilli. Zamysły niektórych kadrów są wręcz wyraźnie inspirowane poprzednią częścią. Dlatego osoba, która widziała poprzedni odcinek przygód ryczącej bestii, nie poczuje się zagubiona. Wprost przeciwnie! Trafi do świata znanego, przygotowanego zgodnie z wcześniej sprawdzonymi wytycznymi. Popkultra kocha korzystać z utartych schematów, w filmie Godzilla 2: Król potworów, widać to wyraźnie. Można polemizować, wykłócać się o to, ale nie sądzę, aby kogokolwiek krzywdziło wykorzystanie nieźle ułożonej formy. W zasadzie sprowadza się to do oczekiwań wobec samego obrazu. Jeżeli ktoś chce obejrzeć dramat pełen intelektualnych odniesień do prozy późnego modernizmu, to niech nie wybiera się na najnowszą Godzillę. Rozczaruje się. Natomiast miłośnicy kina rozrywkowego, wyjdą zadowoleni.

Godzilla 2: Król potworów ma bawić. Na szczególną uwagę zasługują efekty specjalne. Wykonane porządnie, solidnie, z wyraźnie widoczną rzemieślniczą wprawą. Potwory nie są pluszakami rzucającymi się po makiecie miasta. Twórcy zadbali o to, aby każdy z Tytanów – bo tak zostały nazwane – jakoś się wyróżniał. Nie tylko za sprawą swoich mocy, ale także pozostałych cech gatunkowych. Dlatego pojawia się ognisty ptak, przerośnięta ćma lub mamut wyłażący spod ziemi. Bogata menażeria, dla każdego, coś godnego uwagi. Do tego dołożono potężną dawkę płomieni, wybuchów oraz różnego rodzaju zniszczony budynków. Katastrofa godni katastrofę, a potwory walczą o dominację nad pozostałymi Tytanami, o zaszczyć bycia królem.

To nie zły film. Wybitny też nie. Po prostu jest dobry. Gwarantuje porcję niezłej zabawy, szczególnie dla miłośników walczących na ekranie monstrów. Warto go obejrzeć, szczególnie w kinie, gdzie efekty wizualne idą w parze z solidnym nagłośnieniem. To taki obraz dobry na początek wakacji. Lekki i niezobowiązujący.

Miejsce „Kultu”

Moim zdaniem Kult to najdojrzalsza powieść Łukasza Orbitowskiego. Pisarza, który w swoich pierwszych tekstach mocno odwoływał się do powieści grozy. Tworzył światy fantastyczne, pełne nieprzewidywalny i paranormalnych wydarzeń. Kult jest inny. Co prawda jego fundamentem jest sytuacja mistyczna, jednak pozostałe elementy powieści dotyczą codzienności. Właśnie ze względu na skoncentrowanie się na człowieku, na przeżyciach i losie małej społeczności Kult jest wyjątkowy. Solidnie zbudowany. Napisany pewną ręką.

Tematem powieści są objawienia Matki Boskiej w podwrocławskiej Oławie. To jest prawdziwe wydarzenie, a nie szalony pomysł Łukasza Orbitowskiego. Do takiej sytuacji doszło 8 czerwca 1983 roku. Maryja objawiła się Kazimierzowi Domańskiemu, w wyniku czego Oława stała się miejscem pielgrzymek. Wydarzenie to nigdy nie zostało uznane przez Kościół, jednak ludzie i tak chcieli uczestniczyć w tym cudzie i odwiedzali miejsce zamieszkania Kazimierza Domańskiego. Warto tutaj zaznaczyć, że jest to jedynie fundament powieści. Oławskie objawienia posłużyły Łukaszowi Orbitowskiemu za inspirację do napisania Kultu. Narracji, w której Matka Boska się pojawia, razem z tłumem pielgrzymów, ale to nie ona jest tutaj najważniejsza. Kluczowi są ludzie.

Akcja powieści rozgrywa się w Oławie, pod Wrocławiem. Dlatego pojawiają się tam zupełnie inne relacje międzyludzkie, niż w dużych miastach. Ukazanie się Matki Boskiej na działkach musiało wpłynąć na społeczność, tym bardziej że zaraz po ogłoszeniu objawień pojawili się pielgrzymi. Masa ludzi, która wpłynęła na sytuację w Oławie w czasach komunizmu oraz gospodarki kontrolowanej. Problemy z zakwaterowaniem, a także z dostępem do podstawowych produktów, a tu nagle Oława staje się miejscem kultu maryjnego. Właśnie te podskórne napięcia opisuje Łukasz Orbitowski. Dla władzy ludowej takie miejsce musiało być nie lada wyzwaniem i problemem. Jak kontrolować to, co działo się na oławskich działkach? Jaki to będzie miało wpływ na układ lokalnych sił? W Kulcie pokazane są przemiany, których doświadcza Oława pod wpływem pielgrzymów. Dotyczą one nie tylko działek, ale także parku oraz samego centrum. Widać, że jak miejsce zaczyna się przekształcać, a wraz z nim zmieniają się ludzie.

Bo to oni są w Kulcie najważniejsi. Kluczowa jest jedna rodzina, ta do której należał mistyk. Jednak Łukasz Orbitowski sprytnie podchodzi do tej sprawy. O objawieniach opowiada brat, a nie osoba, która ujrzała Matkę Boską. Monolog wypowiedziany doskonale sprawdza się w takiej sytuacji. Czytelnikowi zostają zaprezentowane losy nie tylko samej Oławy, ale także ludzi w niej mieszkających. Z tego, że objawienia zmieniają całe rodziny, doskonale zdajemy sobie sprawę. Jednak jak często opowieści o mistykach opowiadają o ich bliskich? O tym, co stało się z ich braćmi, siostrami lub wnukami? Kult koncentruje się na tym aspekcie. Łukasz Orbitowski pokazuje historię mistyka, którego brat kochał do samego końca i chciał go chronić. Nawet jeżeli w pewnym momencie dopuścił się zdrady.

W Kulcie nie ma żadnej rozbudowanej krytyki Kościoła. To opowieść o ludziach, historia miłości i zdrady. Narracja o Oławie, której losy odmieniło pojawienie się Matki Boskiej. Tym bardziej, że o tej historii, nikt obecnie nie pamięta. Dobrze, że Łukasz Orbitowski ją odkopał.

Źródła pisania

Skończyłem Kult Łukasza Orbitowskiego oraz Kroniki opętanej Artura Nowak. Obie książki już wkrótce zrecenzuję. Szkice w notatniku już mam, pozostaje tylko przygotować teksty. Coś mi w tym przeszkodziło. Moja Żona przyniosła mi kolejny tom Dzienników Jerzego Pilcha. Zacząłem czytać i myślę, że jest to lektura pełna melancholii. Od dłuższego czasu mam wrażenie, że ten autor żegna się z Czytelnikami, zdaje relację ze swojej choroby, cierpienia, a przy okazji dzieli się ostrymi jak brzytwa spostrzeżeniami na temat współczesności.

Pamiętam, że kiedyś poświęciłem przynajmniej jeden tekst na recenzję Dzienników. Tym razem tego nie zrobię. Nie widzę sensu. Siłą tego tytułu jest opis świata, wrażeń, których doświadcza autor. Trzeba się zmierzyć samemu, bez żadnych wskazówek od recenzenta lub – o zgrozo! – krytyka. Z perspektywy czasu widzę, że opisywanie swoich wrażeń dotyczących Dzienników nie miało większego sensu. Moje myślenie o literaturze rozbija się o doświadczenia spisane przez człowieka, przez pisarza, jest miażdżone przez potrzebę podzielenia się własnym życiem. Dla mnie kolejny tom Dzienników okazał się dobrym momentem na spojrzenie w przeszłość. Na lektury, które moje myślenie o literaturze ukształtowały.

Ważną rolę odegrał tutaj Jerzy Pilch. Zaczęło się od Miasta utrapienia, które po prostu pochłonąłem. Pod Mocnym Aniołem zawsze będę uważał za literaturę wybitną, cudowną, za narracyjne delirium. Były jeszcze opowiadania, mistrzostwo krótkiej formy. A Wiele demonów? Doskonała literatura, świetnie poprowadzone opowiadanie, narracja godna mistrza. Zawsze imponował mi rytm, z jakim pisze Jerzy Pilch. Słowa po prostu płyną, okazjonalnie rozbijają się o rafę żartu lub roztrzaskują o brzeg dramatu. Takie budowanie narracji jest kuszące dla czytelnika i przez wiele lat próbowałem to naśladować. Jeszcze na „Połącz kropkach”, pod starym adres bloga, widać jak usiłowałem „pisać Pilchem”. Wychodziło średnio, ale na pewno była to dla mnie cenna lekcja. Ważny krok w poszukiwaniu własnego stylu. Tego charakterystycznego dla mnie ciosania i obrabiania sensu, którym raczę odbiorców swoich tekstów.

Warto także wskazać na twórczość Łukasza Orbitowskiego. Tracę ciepło, Szczęśliwa ziemia, Exodus oraz Kult to tytuły, które na pewno odbiły się na moim pisaniu oraz myśleniu o literaturze. Może nawet trochę skorygowały postrzeganie struktury rytmu narracji. Dla Łukasza Orbitowskiego słowo ma zupełnie inną wagę, niż dla Jerzego Pilcha. Obaj autorzy sprawnie posługują się dowcipem, dramatem oraz ironią. Jednak różni ich sposób budowania sensu. Jerzy Pilch jest podskórny, przekazuje swoje obrazy pośrednio, natomiast Łukasz Orbitowski kocha walić czytelnika sensem po głowie. Aż mu go wbije do samego końca kręgosłupa. Właśnie to tłuczenia, te uderzenia najbardziej cenię w prozie Łukasza Orbitowskiego. W Exodusie osiągnął mistrzostwo we wbijaniu sensu. Mocne obrazy, słowa zapadające w pamięć. Solidna literatura, a nie jakieś opowiastki o dupie Maryni.

Gdzieś w tym moim osobistym myśleniu o literaturze przebrzmiewa pragnienie pisania prozy. Nie umiem tego, próbowałem, nędzna grafomania mi wychodziła. Szkoda słów. Dlatego wziąłem się za publicystykę. Z tym przynajmniej jakoś sobie radzę.

Rozmówki kuchenne (II)

Czytając informacje na temat remake’u Final Fantasy VII, zawsze zastanawiam się nad tym, czy takie odświeżanie gier ma sens. Od dawna jestem wrogiem odgrzewania kotletów i podawania ich z nowymi surówkami. Remake’i nigdy do mnie specjalnie nie przemawiały. Raczej widziałem w nich formę zarabania na nostalgii i nic więcej. Szczególnie w przypadku, gdy twórcy odświeżali tekstury, a następnie wystawiali grę jako oddzielny produkt. Dla mnie było to – delikatnie mówiąc – nieuczciwe postępowanie.

Ostatnio ponowie zacząłem maglować temat remake’ów w głowie. Szczególnie za sprawą pewnej firmowej rozmowy. Wspominaliśmy serię gier Commandos. Zadaniem odbiorcy było prowadzenie zespołu komandosów i wykonywanie różnych misji. W podobym tonie utrzymana została produkcja Desperados. Swoją drogą był to kawał świetnej gry! W ostatnich latach pojawił się tytuł Shadow Tacticts: Blades of the Shogun swoim wykonaniem nawiązując do poprzednich produkcji. Wszystkie wymienione przeze mnie gry cechowało skupienie na taktyce, na poszukiwaniu najbardziej optymalnej ścieżki prowadzącej do wyznaczonego celu. Kluczowe jest tutaj sterowanie postaciami. W trakcie firmowej rozmowy padło stwierdzenie, że w przypadku Commandos trudno mówić o intuicyjności. To mnie uderzyło.

Inaczej zapamiętałem tę serię. Wydawało się, że sterowanie postaciami, wydawanie rozkazów oraz planowanie kolejnych kroków było wykonane całkiem nieźle. Dokopałem się do serii Commandos na GoGu i okazało się, że wcale nie jest, aż tak źle. Przyznaję, że zastosowane rozwiązania mocno odstają od nowoczesnego postrzegania interfejsu i zarządzania jednostkami w grach. Jednak nie nazwałbym tej serii niegrywalną. Zawsze była trudna, skomplikowana oraz pełna wyzwań dla graczy. Od odbiorcy wymagała nie tylko logicznego myślenia, ale także doskonałego wyczucia czasu oraz cierpliwości. Poziomy można ukończyć na wiele różnych sposobów, nie ma jednego słusznego rozwiązania. Na tym właśnie polegała siła serii Commandos! Zmuszała do myślenia, zastanawiania się nad kolejnym krokiem oraz wyrabiała w człowieku odruch częstego zapisywania postępów.

Nie sądzę, aby Commandos źle się zestarzało. To nasze przyzwyczajenia i oczekiwania wobec gier się zmieniły. Z trudem wyobrażam sobie sukces takiego tytułu na współczesnym rynku. Większą popularnością cieszą się produkcje prostsze, wymagające mniej czasu i zaangażowania. Na rynku dużym zainteresowaniem cieszą się tytuły casual oraz hypercasual. Szczególnie w przypadku sektora mobilnego, który w końcu wpływa na nawyki wszystkich graczy. Trudne, skomplikowane i wymagające sporych pokładów cierpliwości tytuły nie cieszą się specjalną popularnością. Są niszowe. Moim zdaniem niezła rozpoznawalność Shadow Tactics wynika z tego, że produkcja trafiła do miłośników i fanów serii Commandos oraz Desperados. Chcieli zagrać w kolejną iterację znanej im mechaniki, z radością przyjęli kilka zmian, które nie zaburzyły cennego dla nich fundamentu rozgrywki. To pokazuje, że gry nienawiązujące do znanych i rozpoznawalnych marek warto robić, że to jest ciekawsze, niż zaserowanie odgrzewanego kotleta.

Filary opowieści

Za sprawą deszczowej oraz podgryzającego mnie przeziębienia, postanowiłem zrobić sobie krótką przerwę od czytania i pisania. Taki mały urlop od słów. W tym leniwym czasie zdecydowałem się na przejrzenie listy gier, które rozpocząłem i porzuciłem. Mój wybór padł na tytuł ciekawy, nietypowy, nawiązujący do gatunku gier, którego kiedyś szczerze nie cierpiałem. Wybrałem sobie przygodówkę w klasycznej wersji point’n’click. W takich produkcjach kluczowa jest fabuła, narracja, wciągający sposób opowiadania historii.

Ken Follett’s Pillars of Earth to gra oparta na literaturze. Tak, jej fabuła została osadzona w świecie wykreowanym w twórczości Kena Folletta. Jest to brytyjski pisarz, autor thrillerów, powieści szpiegowskich oraz historycznych. Nie będę ukrywał, że nie miałem styczności z jego twórczością. Dlatego trudno mi odnieść fabułę gry, do jej papierowego pierwowzoru. Natomiast jednego jest pewien – już dawno żadna przygodówka mnie tak nie wciągnęła. Pillars of Earth zrealizowane są wspaniale! Od rysunków, przez muzykę, po rym narracji. Interaktywny charakter gier wymaga wciągnięcia odbiorcy w zupełnie inną formę relacji. Książkę się czyta, odbiorca spodziewa się solidnej historii, z jasnym początkiem i ciekawym zakończeniem. Spacer z punktu A do B, może czasem przerodzić się w długie kluczenie po bezdrożach. Gra musi wciągać inaczej, wymuszać działanie. Na przykład za pomocą podejmowania decyzji.

Ja wiem, że najlepiej zostało to wykonane w 3. części cyfrowego Wiedźmina. A jednak uważam, że studio Deadallic Enteratiment również zrealizowało tę mechanikę w ciekawy sposób. Podeszli do tej kwestii w ciekawy sposób. Niewielkie wydarzenia, decyzje i słowa, mogą nieść ze sobą poważne konsekwencje. Gracz nigdy nie wie, kiedy będzie musiał zderzyć się ze swoimi decyzjami. Na dodatek twórcy wprowadzili także możliwość milczenia w niektórych rozmowach. Tak, można odpowiedzieć ciszą, co również niesie ze sobą poważne implikacje. Tutaj ważna stają się także zabawy polegające na klikaniu w odpowiednim momencie. To tak zwane quick time events. Na ekranie pojawia się poziomy pasek oraz obszary, w których kliknięcie oznacza sukces. Właśnie za pomocą takich elementów buduje się zaangażowanie gracza! Sama historia jest porządnie opowiedziana, ma wciągające tempo, jednak decyzje i quick time events sprawiają, że gracz zaczyna uczestniczyć w wydarzeniach.

Po skończeniu Filarów ziemi odniosłem wrażenie, że przygodówki to trochę zapomniany gatunek. Moim zdaniem godny odświeżenia. Tym bardziej że w ostatnich miesiącach gracze wybierają zamknięte historie, a produkcje wieloosobowe zaczynają być traktowane jako agresywnie monetyzowane pożeracze czasu. Na rynku pojawia się spora przestrzeń dla gier stawiających na fabułę, na interakcję oraz zapadającą w pamięć opowieść. Myślę, że warto się nad tym zastanowić i nie odrzucać przygodówek jako czegoś, co już było i nie ma szans na powrót. Renesans tego gatunku byłby ciekawym zjawiskiem, na pewno korzystnym dla rynku gier komputerowych oraz samych miłośników cyfrowych światów.

Page 2 of 116

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén