Author: Kolega Literat (Page 2 of 109)

10 najpopularniejszych tekstów na blogu Literata w 2018 roku

Witam w 2019 roku! Nie będzie żadnych irytacji, narzekania lub przydługawych tekstów. Nawet nie pokuszę się o sporządzenie listy noworocznych postanowień. Co roku publikuje zestawienie najpopularniejszych tekstów opublikowanych na blogu. Tym razem stwierdziłem, że wrzucę pierwszą dziesiątkę.

I miejsce: Najważniejsze nagrody literackie 2016 roku – podsumowanie. Tak, na pierwsze miejsce trafił tekst, w którym znajdziecie zestawienie nagród literackich z 2016. Trzyma się mocno, jest popularny. To miał być początek obiecującej współpracy. Nic z niej nie wyszło, ale tekst nabija odsłony.

II miejsce: Konto na wynajem! W tym roku dużą popularnością cieszył się artykuł traktujący o udostępnianiu danych logowania innym osobom. Poszperałem w regulaminach, nawet sam sprawdziłem, jak to wygląda. Ciekawe doświadczenie.

III miejsce: Miejsce niejednoznaczne. Recenzja książki Święty Wrocław Łukasza Orbitowskiego.

IV miejsce: Gry komputerowe jako dzieła ergodyczne. To mnie zaskoczyło. Artykuł dotyczy głównie myśli Aspena Aarsetha. Ciekawej, pozwalającej spojrzeć na gry komputerowe z innej perspektywy.

V miejsce: Krytyka literacka się pogubiła. Artykuł o kiepskiej kondycji postnowoczesnej krytyki literackiej. A raczej o jej umieraniu.

VI miejsce: Superbohaterki. Tekst wrzuciłem jako ciekawostkę. Najwyraźniej nie tylko ja zastanawiał się na liczbą superherosek w komiksowych światach.

VII miejsce: Mój rok w gamedevie. Podsumowanie pierwszego roku pracy przy giereczkach. Dla mnie było to zmiażdżenie wszystkich wyobrażeń na temat tej branży.

VIII miejsce: Świątynia Pierwotnego Zła jest wciąż otwarta! O tej grze pamiętają wyłącznie psychofani komputerowych RPGów.

IX miejsce: Superbohaterskie umieranie. Superbohaterowie również umierają. Bywają też szybko wskrzeszani.

X miejsce: Jak ugryźć steampunk? Do dziś nie wiem jak to zrobić.

Szkiełko

Wiem, wiem. Sylwester, impreza, a jutro kac. Niektórzy grają w grę, a Tomb Raider w tym roku wcale nie jest złym wyborem. Jednak są ludzie, dla których wirtualne światy trudno nazwać pociągającymi. Myślę, że takie osoby powinni skorzystać z oferty Netfliksa i obejrzeć Split. Film związany z Niezniszczalnym, tym bardziej że już w styczniu w kinach pojawi się Glass. Trzeci mroczny thriller, w którym superbohaterowie nie noszą trykotów, nie są obrzydliwie bogaci i nie strzelają z oczu laserami. To takie przyjemne odbicie od tych wszystkich Avengersów oraz innych Lig Sprawiedliwości.

Nie będę ukrywał, że zawsze byłem fanem komiksów. Różnego rodzaju. Od Kaczora Donalda i zbiorczych Gigantów, przez autorską interpretację Batmana, a skończywszy na kochającym destrukcję i mordobica Lobo. Dlatego oglądam filmy superbohaterskie. Nie w kinie, czekam, aż pojawią się na HBO Go lub Netfliksie. W ostatnim tygodniu obejrzałem Avengers 3 oraz Czarną panterę. Przy okazji, gdzieś po drodze przyplątał się Split. Porządny thriller, solidnie zrealizowany. A końcówka, w której pojawia się delikatne nawiązanie do Niezniszczalnego, była dla mnie przyjemnym zaskoczeniem. Pamiętam, że bardzo podały mi się kreacje stworzone przez Bruce’a Willisa oraz Samuela L. Jacksona.

Gdy oglądałem Niezniszczalnego po raz pierwszy, ujął mnie świat. Zero obcych biegających po ulicach. Żadnych mutantów czających się kanałach. A samemu bohaterowi również było daleko do Bruce’a Wayne’a. Żadnej posiadłości, żadnego latania prywatnym odrzutowcem oraz tajnej jaskini ukrytej pod domem. Po prostu zwykły człowiek. Walczący z przeciwnościami losu, mający pracę i ciągle dźwigający ciężar codzienności. Dopiero za sprawą intrygi uknutej przez Pana Szkiełko zaczyna zadawać sobie sprawę ze swoich umiejętności. To wyzwolenie siły jest ciekawe. Pokazuje jak zwykły człowiek, powoli zaczyna być prawdziwym superbohaterem. Jednak zupełnie innym od tych znanych z opowieści o Supermanie lub Człowieku Pająku. Takie wersje historii o przezwyciężaniu Zła również są ciekawe i godne uwagi.

Dlatego jestem ciekaw jak wątki ze Split oraz Niezniszczalnego zostaną połączone w Glass. Jest w tych opowieściach przyciągający potencjał. Delikatne odbicie od głównego nurtu. To nie jest tak, że absolutnie wszystkim podoba się rozrywka proponowana we współczesnych odmianach opowieści superbohaterskich. Przyznaję, że mogą być męczące, bywają nierówne i nudne. Szczególnie gdy twórcy próbują na swój sposób zinterpretować głównych bohaterów. Człowiek Pająk potrzebował kilku realizacji, aby w końcu stać się znośnym. Batman też potrzebował ratunku, po niefortunnych odsłonach. Kino superbohaterskie przechodzi swój złoty okres, ale trzeba pamiętać o tym, że każda moda w popkulturze się wypala. Przy schyłku zawsze pojawiają się potworki, próby wskrzeszenia dawnej sławy i popularności.

Zawsze tak jest. Filmy o zombie lub wampirach i wilkołakach też się wypaliły. Stały się wręcz parodiami motywu, są wyśmiewane przez osoby kochające popkulturę. Wszystko się kiedyś kończy, nawet mody napędzane przez marketingowe machiny.

Wirtualni korsarze

Ostatnie godziny 2018 roku! Z tej okazji postanowiłem przetestować grę, która kompletnie mnie nie interesowała w dniu premiery. Piraci, walki ze szkieletami, strzelanie z dział, pływanie statkami i odwiedzanie portów nigdy nie sprawiało mi zbyt wiele przyjemności. Dlatego zignorowałem premierę Sea of Thieves. Trochę poczytałem na temat tej gry, ale nie czekałem na przecenę, aby ją kupić. Z artykułów dowiedziałem się, że to No Man’s Sky, tylko że na morzu.

Trudno mi ocenić co działo się w grze w marcu 2018 roku, gdy Sea of Thieves miało swoją premierę. Historię znam tylko z tekstów opublikowanych w Sieci. Jedni chwalili, doceniali to, że tytuł skierowany jest do odbiorców casualowych, czyli takich, którzy wchodzą do wirtualnego świata raz na jakiś czas, żeby się dobrze bawić. Drudzy krytykowali brak jasnego systemu postępu w grze, monotonię, powtarzalność oraz nudę, która pojawiała się po pierwszych godzinach zabawy. Tak samo pisano i mówiono o No Man’s Sky. Jednak produkcja studia Hello Games odbiła się tym roku za sprawą aktualizacji Atlas, która wywróciła grę do góry nogami. To zupełnie inna produkcja niż w dniu premiery. Czy taki sam los spotkał Sea of Thieves?

Na Reddicie czytam, że tak. Kolejne aktualizacje sprawiły, że tytuł ten stał się ciekawszy. Bardziej wypełniony zawartością. Liczy się nie tylko samo pływanie, ale także umiejętne planowanie kolejnych wojaży. Na chwilę obecną w grze nie ma żadnych mikrotransakcji, a dotychczasowe rozszerzenia zostały udostępnione za darmo dla posiadaczy Sea of Thieves. Warto także zaznaczyć, że osoby zainteresowane wypróbowaniem tego tytułu nie muszą go od razu kupować. Wystarczy wykupić Xbox Game Pass na jeden miesiąc (40 złotych) lub zdecydować się na bezpłatny 14 dniowy okres próbny. Sea of Thieves jest dostępne także na komputerach z Windowsem 10, nie trzeba od razu biec do sklepu i kupować Xboksa. Ja z tej możliwości skorzystałem. Gra się pobrała, zainstalowała, korzystam z pada i wszystko ładnie śmiga.

W wirtualnym świecie Sea of Thieves spędziłem już 7 godzin. Pierwsze rejsy były, delikatnie mówiąc, niefortunne. W grze nie ma żadnego samouczka. Tak jakby wszystko od razu było jasne. Zabrakło mi przynajmniej jednej, wcześniej zaprogramowanej, podróży. Bez większych przeszkód, zwykły rejs z jednego punktu do drugiego. Z jakąś paczką. Dla samego zaprezentowanie podstaw. Odbieranie zleceń, pływanie statkiem, cumowanie w porcie i korzystanie z mapy. Bieganie przez 10 minut i klikanie we wszystko, co się podświetli trudno nazwać dobrą zabawą. Dopiero gdy zrozumiałem podstawowe mechaniki w Sea of Thieves, rozpocząłem swoją piracką przygodę. Po drodze zostałem jeszcze zaatakowany i obrabowany przez innych graczy. Cóż, korsarze nigdy nie mieli łatwo.

Gra jest niezła. Pływanie, wykonywanie kolejnych zleceń oraz eksplorowanie wysp daje mi sporo przyjemności. Dreszczyk niepokoju pojawia się, gdy na horyzoncie widzę drugi statek. Zaatakują? Pozwolą przepłynąć? A może po prostu wskoczą na pokład i zabiorą mój cenny ładunek? Myślałem, że w tak mało popularnej grze, częściej będę sam. Najwyraźniej mam szczęście do spotykania innych. Te zderzenia nie zawsze zapamiętałem jako przyjemne. Tego można się spodziewać. Produkcje, które nie mają jasno określonego podziału na strefy gracz kontra gracz (PvP) i gracz kontra środowisko (PvE) rzadko są przyjazne dla nowicjuszy. Trzeba liczyć się z wrogim nastawieniem innych graczy i wszystkich traktować zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania. Z tych spotkań zapamiętałem jedną, brawurową ucieczkę. W Sea of Thieves bawię się sam, więc pływam żaglówką, która jest bardzo szybko i zwinna. W trakcie jednego rejsu udało mi się umknąć przed galeonem, przy niewielkich zniszczeniach kadłuba.

Podstawowym problemem Sea of Thieves jest powtarzalność. Walczyłem ze szkieletami i już widzę, że to potyczki będą zawsze wyglądały tak samo. Łapałem zwierzęta dla gildii kupców i wiem, że za każdym razem tak będzie wyglądała ta misja. Podobnie ma się sprawa z Megalodonem oraz Krakenem. Oba stwory już spotkałem na swojej drodze. Za pierwszym razem było to emocjonujące wydarzenie, ale kolejne potyczki trudno nazwać ciekawymi. Nic się w nich nie zmieniło, potwory atakowały dokładnie w tan sam sposób. W ich zachowaniu nie było nic, co wymusiłoby na mnie zmianę wcześniej opracowanej taktyki. Sea of Thieves jest bardzo powtarzalne, co jednym może się podobać, a innych może drażnić.

Mnie ta gra, wbrew pozorom, relaksuje. Wybiera sobie misje, zarabiam pieniądze, za które kupuję różne skórki dla przedmiotów, postaci oraz statku. Pływam po wirtualnym morzu, czasem wdam się walkę ze szkieletami lub zbadam wyspę. Okazjonalnie rozwiążę zagadkę i poszukam ukrytego skarbu. Co dwa tygodnie w grze pojawiają się wydarzenia, które pozwalają na zdobycie specjalnej waluty. A za nią można kupić ekskluzywne skróki. Wszystko w Sea of Thieves kręci się wokół personalizowania wyglądu postaci oraz statku. Aż dziw bierze, że nie zostało to jeszcze zmonetyzowane.

Na pewno jeszcze trochę popływam. Przez dwa, trzy tygodnie, a potem wskoczę do innego wirtualnego świata. Może później wrócę na wirtualne morze Sea of Thieves? Kto wie.

10 lat pisania

Dzisiaj przygotowałem kolejny tekst na DailyWeb. Jakoś tak się złożyło, że piszę tam głównie o gamedevie. Wrzucam treści, które ocierają się o analizę rynku, opisywanie trendów lub, po prostu, dotyczą jakiejś gry. Podejrzewam, że wrzuciłbym je tutaj, ale to popsułoby klimat mojego bloga. Moje pisanie w Internecie zaczęło się 12 stycznia 2009 roku. Tak, wkrótce od pierwszego wpisu na „Połącz kropkach”, minie 10 lat! Miałem 20 lat, gdy stwierdziłem, że potrzebuję miejsca na wypisywanie się z tego, co siedzi mi w głowie.

Jak każda osoba, która zajmuje się słowami, dość długo się miotałem. Próbowałem sił w różnych formach. Od felietonów, przez poezję, na krytyce kultury skończywszy. Normalną rzeczą jest chęć wyszumienia się, przeniesienia najbardziej wzniosłych pomysłów na papier. W moim przypadku będzie to raczej ekran. Jednak muszę przyznać, że blogowanie nieźle mnie pochłonęło, chociaż w pewnym momencie zacząłem tracić motywację. Wtedy wykupiłem własną domenę. Stwierdziłem, że konieczność płacenia za swoje miejsce pozytywnie wpływanie na moje zaangażowanie. Nie pomyliłem się. We wrześniu 2014 roku zarejestrowałem adres tego bloga. Prawie pięć lat temu.

Czego się nauczyłem? Jednej, bardzo bolesnej, rzeczy. Coś takiego jak wena nie istnieje. Wielokrotnie to powtarzałem, więc napiszę po raz kolejny: przy pisaniu nie ma znaczenia to, czy ma się nastrój, czy nie. Trzeba usiąść i wklepać pierwsze zadanie. A potem drugie, cały akapit, aż dotrze się do 3 000 znaków. To wartość, do której zawsze dążę. Każdy tekst, niezależnie od formy, powinien dobić do tej liczby znaków. Zazwyczaj się to udaje. Czasem odpuszczam, gdy już widzę, że kolejne akapity przypominają zwykłe lanie wody. Tego też musiałem się nauczyć. Jednak największym problemem była dla mnie rezygnacja z weny, z tej nastrojowości pisania. Mam wrażenie, że przekonanie o impulsywności tworzenia tekstów wyniosłem ze szkoły. Na języku polskim wkładano mi do głowy, że istotne jest natchnienie, potrzebne jest uniesienie, żeby zacząć pisać. Dopiero po latach przekonałem się, że to najzwyklejsza bzdura.

Najbardziej skrzywdziło mnie środowisko twórców-amatorów, wśród których się obracałem. Wielu z nich było poetami lub byli zapatrzeni w wierszy. Zazdrościłem tego postmodernistycznego gadania o literaturze, tego efemerycznego traktowania tekstu. Próbowałem podążać ich ścieżką. Niepotrzebnie. Moje pisania to praca. Pot. Przygotowywanie notatek. Skreślanie podpunktów, zmienianie sensów. Niewiele tutaj miejsca na natchnienie, wenę. Siadam i przygotowuję notatki. Robię to tak długo, aż nie uznam, że wyrzuciłem wszystko z głowy. Dopiero wtedy zaczynam pisać. Gadanie o przygotowywaniu czegoś wielkiego jest, najczęściej, środkiem do spektakularnej klęski. Lepiej usiąść i zacząć pracować, bo tym jest właśnie pisanie. Od pierwszego do ostatniego znaku.

Powiecie, że zabrałem sobie całe piękno z tworzenia tekstu. Nie potrzebuję go. Wolę brud i trud składania kolejnych akapitów. Żadnych galaktyk sensów, po prostu dobrze opracowana treść. Od 10 lata staram się być solidnym rzemieślnikiem. W pewnym momencie swojego życia doszedłem do wniosku, że na tym świecie jest zbyt wielu artystów. A nie ma komu pracować.

Ja pracuję. A moje unikanie uniesień i artystycznego gadania? Nie sądzę, aby to był powód do jakiegokolwiek wstydu.

Przymknij oko

Jednym z podstawowych plusów urlopu, jest to, że nareszcie mam czas, żeby usunąć trochę filmów z cyfrowej kupki wstydu. W czasie świąt wybór padł na Nie otwieraj oczu. Horror produkcji Netfliksa. Dlatego nie liczyłem na zbyt wiele. Tytuły spod tego szyldu bywają strasznie nierówne. Szczególnie w przypadku fantastyki naukowej. Nie otwieraj oczu to horror, co wcale nie oznacza, że od razu będzie lepiej. To niezła produkcja, chwilami irytująca, miejscami wciągająca.

Źle nie jest, ale specjalnie dobrze też. Nie otwieraj oczu rozkręca się powoli. Najważniejsze elementy są odkrywane stopniowo, szczególnie ważne jest poszarpanie chronologii. W przypadku tego filmu wydarzenia nie zostały uporządkowane od najwcześniejszego do najpóźniejszego. Nie, nie, twórcy zdecydowali się na prosty zabieg. Przeplatają przeszłość, z filmową teraźniejszością. Retrospekcje doskonale budują atmosferę grozy, wszystko dzięki zestawieniu świata upadającego, z chwilami po całkowitej destrukcji społeczeństwa. Obserwowanie bohaterki w tych dwóch planach jest ciekawe, ponieważ pozwala prześledzić, jak zmieniał się charakter postaci. Niestety, to rozdzielenie wzmacnia także błędy w scenariuszu. Być może bez tego podziału, przy zwykłej chronologii drobne potknięcia nie byłby tak widoczne.

Zdarzają się poślizgnięcia, które niszczą przyjemność z oglądania filmu. Nie otwieraj oczu to tytuł, któremu należy dać się ponieść, ponieważ jego analizowanie i rozkładnie na czynniki pierwsze, psuje zabawę. Głównym motywem jest tajemnicza siła, która sprawia, że ludzie popełniają samobójstwa. Jednak niewiele dowiadujemy się o tych wizjach, geneza tej siły również nie jest dokładnie opisana. Pojawiają się postacie, które snują domysły. Nic więcej. Zaraz pojawia się atmosfera ciągłego zagrożenia, pomiędzy bohaterami pojawia się coraz więcej napięć, które destabilizują grupę. Tutaj często brakuje dodania przeszłości niektórych osób. Bywają płascy, przeźroczyści. Scena dotycząca pozyskiwania zasobów również jest dziwna. Do SUVa udaje się zmieścić 4 osoby oraz 5 wózków wypchanych żywnością. Bez najmniejszego problemu. To są właśnie te drobiazgi, drzazgi, które odebrały mi przyjemność.

To nie jest tak, że oczekuję od każdego filmu dokładnie przemyślanego scenariusza. Nie otwieraj oczu to horror, więc elementy dotyczące rozkładu społeczeństwa, ogólnie pojętego końca świata, niekoniecznie są ważne. Jednak brak dbałości o detale bywa rozpraszający. Kino rozrywkowe wcale nie musi oznaczać popisów bezmyślności. Wypada zadbać o wypełnienie luk, aby widzowie mogli się wciągnąć w opowiadaną historię, bez obawy, że przy najdrobniejszej chęci analizy, wszystko zaczynało się rozpadać. Nie otwieraj oczu to dobry film, ale faktycznie trzeba czasem przymknąć przynajmniej jedno oko, żeby się denerwować.

Page 2 of 109

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén