Author: Kolega Literat (Page 2 of 111)

Nieostra piła

Kolejny film z Netfliksowej listy został odhaczony! Tym razem padło na Velvet Buzzsaw. Z uwagi na malarskie wykształcenie mojej Żony, tytuł ten szybko stał się jednym z obowiązkowych. Obejrzeliśmy, szczególnie zachwyceni nie jesteśmy. Historia była ciekawa, realizacja na wysokim poziomie, podobnie jak aktorstwo. Jednak ciągle nam czegoś brakowało i właśnie na tym braku chciałbym się skupić. Bywa czasem tak, że człowiek skończy tekst kultury, czuje, że w sumie był niezłe, a tu nagle wkrada się nieznośne „ale”.

Dobrym wstępem do tekstu o brakach jest tweet mojego dobrego znajomego:

Łukasz ma po prostu rację!

Części narracji muszą być ze sobą w pewien sposób połączone. Kontynuując tok myślowy Łukasza, muszą być zszyte. Najlepiej, żeby się nie rozłaziły w trakcie lektury danego tekstu. Właśnie w przypadku Velvet Buzzsaw problemem szybko stają się powyciągane nitki. Porzucone wątki, które – tak przynajmniej sądzę – miały stanowić początek większej tajemnicy, ale z jakiś powodów nie zostały wykorzystane. Szczególnie utkwiły mi w głowie dwa drobiazgi. Pierwszy, to technik wciągnięty do obrazu z małpami. Niby później pojawia się wspomnienie na jego temat, o tym, że był widziany na monitoringu, jednak nikt nie wspomina o tym, co konkretnie wydarzyło się na stacji benzynowej. A drugą nitką jest śledztwo prywatnego detektywa. Teczka trafia do szuflady, główny bohater dostaje wiadomość o interesujących informacjach, ale nie podejmuje tropu. Co zupełnie nie współgra z jego charakterem! Z dokładnością, z precyzją, z umiejętnością obserwacji! Takich detali jest w Velvet Buzzsaw znacznie więcej.

Być może ten film jest po prostu pięknym obrazem? Kadry są piękne, zasługują na miano malarskich. Wyraźnie widać i czuć, że przestrzenne układy nie są przypadkowe. Są cudowanie przemyślanie. Kolory otoczenia współgrają z kostiumami postaci. Taka konstrukcja idealnie współgra z opisywanym światem galerii, artystów oraz kolekcjonerów sztuki. Historia jest ciągle na drugim planie. Wykorzystany zostaje znany w kulturze motyw żywych obrazów. Spoglądanie w kierunku Doriana Grey’a nie ma większego sensu. W Velvet Buzzsaw ważniejszy jest przeklęty wpływ obrazów, to, że sztuka zabija, tych, którzy na niej zarabiają. Można by tutaj dopisać jakąś krytykę konsumpcjonizmu, jednak nie widzę w tym większego sensu. Byłoby to równie słabe, co połączenia pomiędzy kolejnymi wątkami narracji.

Velvet Buzzsaw trudno mi nazwać rozczarowaniem. Nie oczekiwałem, że zostanę olśniony. Najlepszym określeniem dla tego filmu, jest przyjemna droga. Nie sądzę, aby film niósł ze sobą jakikolwiek dodatkowy ładunek. Powstał, żeby oczarować kadrami, trochę znużyć historią i odrobinę zdenerwować brakiem dbałości o narracyjne detale.

Przyzwoita narracja

Dalej nadrabiam zaległości w czytaniu. Ostatnio skończyłem Trawę Sheri S. Tepper. Przyznaję, że jestem rozdarty. Książka pochłonęła mnie na kilka wieczorów, byłem ciekaw dalszych losów bohaterów. A potem przyszedł ostatni rozdział, wraz z nim pojawiło się rozczarowanie. Cała misterna konstrukcja się rozsypała. Dlatego czuję się jednocześnie zachwycony i zawiedziony. Po prostu zakończenie nie przypadło mi do gustu.

W przypadku fantastyki naukowej mam spore oczekiwania co do autorów. Wymagam dobrego przygotowania, stworzenia koherentnego świata przedstawionego. Nie musi mieć od razu twardych naukowych podstaw, ale chciałbym, aby nie rozlatywał się w ostatnich rozdziałach. Podobnie myślę w przypadku prozy nastawionej na badanie społecznych zachowań. Samo opisanie kilku rytuałów, to zdecydowanie za mało. Co z praktykami codziennymi? Historią utrwalaną przez kolejne pokolenia? Dlaczego ludzie stają się tacy, a nie inni? Wytłumaczenie, że są pod kontrolą istot zamieszkujących planetę, to czasem za mało. W Trawie wiele elementów istnieje tylko po to, aby napędzać akcję powieści.

A ta ma całkiem przyjemne tempo. Ciągle coś się dzieje, za każdym wzgórzem czeka nowa tajemnica. Ich odkrywania również jest prowadzone w sposób ciekawy. Zawsze związane jest z jakimś konfliktem. Pragnienie zrozumienia sprawia, że postacie walczą o każdy kolejny wers prawdy. Czasem otwarcie, a innym razem pomiędzy wierszami. Dzięki tej dynamice Trawa wciąga, nie pozwala czytelnikowi oderwać się na dłużej. Przez cały okres lektury chciałem wracać do świata przedstawionego. Zastanawiałem się, czym teraz zaskoczy mnie autora książki, w jaką tajemnicę wpakuje bohaterów. Problemy zaczęły się, gdy przyjrzałem się tym wprowadzonym i rozwiązanym sekretom. Wtedy blask Trawy powoli blakł.

Przymiotnikiem, który najlepiej pasuje do tej powieści, jest „powierzchowny”. Odniosłem wrażenie, że autorka próbuje stworzy socjologiczne science fiction. Dużo uwagi poświęca różnym grupom zamieszkującym planety, opisuje frakcje walczące o władze na Ziemi, a nawet wplata w to wszystko elementy religijne. Taka konstrukcja nie jest zła, jednak wymaga wprowadzenia dodatkowego kontekstu. W Trawie tego brakuje. Poszczególne elementy są wrzucane do świata przedstawionego, następie, za sprawą fabuły, tworzone są delikatne połączenia pomiędzy nimi. Jednak w dalszym ciągu brakuje tutaj solidnego zaczepienia, jakiegoś haka, który ustabilizowałby rzeczywistość powieści. Gdy zacząłem poszukiwać głębi, to zacząłem boleśnie odbijać się od rozmytych sensów. Tak jakby celem nasyconej akcji fabuły, było ciągłe odwracanie uwagi czytelnika. Żeby przypadkiem nie zatrzymał się na dłużej, bo wtedy stają się widoczne szwy spajające całą narrację.

Trawa to dobra powieść, dopóki nie zaczyna się przy niej grzebać. Można przeczytać, dać się porwać, a potem zostawić. Rozmyślanie nad zaproponowaną fabułą prowadzi do bolesnego rozczarowania. Jednak nie sądzę, abym stracił czas. Bardzo dobrze się bawiłem, lubię, gdy literatura dostarcza mi przyjemności. Sama historia również była na przyzwoitym poziomie. Warto sięgnąć, jeżeli akurat nie ma się nic ciekawego do czytania.

Dreszcz prześladowania

Zaczyna się weekend, więc warto rozejrzeć się za jakimś filmem! Żyjemy w czasach, w których są one na wyciągnięcie ręki. Liczone w setkach, w absolutnie każdym gatunku. A dzisiaj chciałbym Was zachęcić do obejrzenia filmu Coś za mną chodzi. Tytuł doskonale oddaje fabułę. Autorzy nie mieli na myśli jakiejś zachcianki, która nie chce wyleźć z głowy. Zdecydowali się na coś znacznie bardziej przerażającego, nawiązującego do strachu przed byciem prześladowanym i obserwowanym.

W Coś za mną chodzi za głównymi bohaterami faktycznie coś łazi. Na próżno oczekiwać jakiegokolwiek tłumaczenia genezy zjawy, która prześladuje ludzi. Po prostu jest. Idzie na człowieka, a gdy go dopadnie, to zabija. Potwór wygląda jak człowiek, często znajomy i bliski. Niestety, tylko prześladowany go widzi. Brak wprowadzenia oraz to, że dla innych postaci zjawa jest niewidoczna, budują gęstą atmosferę filmu. Bywa, że nic się nie dzieje, nikt nie ucieka, bohaterowie zaczynają się czuć bezpiecznie i zajmują się swoimi sprawami. Nagle, w kadrze pojawia się szybko idąca postać. Spokój od razu wyparowuje, na jego miejsce wchodzi zagrożenie. Przerażające, nieuniknione poczucie, że coś się zbliża i nie można tego zatrzymać.

Ciągle wiszące w powietrzu zagrożenie sprawia, że od filmu trudno się oderwać. Człowiek obserwuje postacie, zastanawia się, która z osób widocznych w kadrze jest potworem. Pojawiają się też bardziej niepokojące obrazy! Pojawienie się człowieka na dachu, który obserwuje aktualnie prześladowaną postać. Wraz z rozwojem fabuły poczucie zagrożenia staje się coraz bardziej przytłaczające i wszechobecne. Postacie są coraz bardziej zdesperowane. Walczą z czymś, co jest nieuniknione, pozostaje jedynie kwestią czasu, ponieważ na pewno gdzieś jest i cały czas się zbliża. Właśnie w taki sposób podtrzymywane jest napięcie w filmie. Szybko udziela się widzowi, przyciąga, hipnotyzuje. Wręcz wyczekuje się na idącą zmorę. W świecie, w którym horrory bywają tworzone z pomocą tysięcy kadrów z efektami specjalnymi, Coś za mną chodzi jawi się jako obraz oryginalny, inny i niepokojący.

Film jest ubogi w komputerowe przekształcanie przestrzeni. Niewiele w nim efektów specjalnych. Kamera, ludzie i zbliżająca się zjawa. Takie połączenie sprawia, że film jest dziwny. W niepokojący sposób. Na pewno cechuje go prostota delikatnie przyprawiona realizmem. Dzięki temu wywołuje dreszcz na plecach, przykuwa do ekranu. Nie sądzę, aby wszystkim taki sposób tworzenia dreszczowca się spodobał. Groza w Coś za mną chodzi jest, na swój sposób, wyjątkowa, czasami dziwna. Mimo to uważam, że warto sięgnąć po ten film. Dla samego doświadczenia inności, odbicia się od sztampowych scen z rozlewem krwi oraz duchów wyłażących z luster. W Coś za mną chodzi nie ma takich rzeczy. Jest za to trudne do zniesienia poczucie zagrożenia oraz ciągle zbliżający się potwór. Nie ma tutaj nic przesadzonego. Historia została dobrze opowiedziana, brak wprowadzenia nie przeszkadza, a wprost przeciwnie – tylko podkreśla niepokój. A potem pojawia się gęsta, hipnotyzująca atmosfera.

Zdecydowanie warto poświęcić 90 minut na Coś za mną chodzi.

Hymn porażki

Anthem to pierwsza gra, której wydawca za wszelką cenę próbuje położyć premierę. Electronic Arts z godnym uszanowania uporem rzuca kłody pod nogi twórcom gry. BioWare nie ma łatwo. Najpierw klęska dema dla VIPów. Okazało się późną wersją alfa, a serwery dostały tak potężnej czkawki, że padła całą infrastruktura Electornic Arts. Demo dostępne dla wszystkich przeszło bez większych problemów. Jednak trudno je nazwać stabilnym. Osobiście spędziłem w Anthem 10 godzin. Oczywiście nie liczę oglądania zawieszonych ekranów ładowania i ciągłych restartów gry.

To nie jest odkrywcza produkcja. Shootery z masą przedmiotów lecących z gąbczastych przeciwników są z nami od kilka lat. Szlak przetarło Destiny, kierunek został utrwalony przez darmowe Warframe, a Ubisoft dołożył swoje trzy grosze za sprawą The Division. We wszystkich tych tytułach cel gracze jest jeden – zdobyć jak najrzadsze przedmioty, aby jak najlepiej rozwinąć swoją postać. Anthem doskonale wpisuje się w tę pętlę. Świat jest w porządku, strzelania i latanie sprawia frajdę, podobała mi się zabawa grupie, a grind nigdy mi nie przeszkadzał. Jednak po 10 godzinach stwierdzam, że ta gra jest po prostu w porządku. Tyle. Ma swoje plusy i minusy, na pewno jest grupa odbiorców, która chętnie polata mechaniczną zbroją po nieznanym świecie. Nie zdziwię się, jeżeli po premierze, gra zbierze średnie oceny, jakieś 7 lub 6 na 10. Po tym, co zobaczyłem w demie, będą to noty w pełni zasłużone. Czy to źle? Nie sądzę. Żyjemy w czasach, w których na rynek wypuszcza się produkty niedokończone, często rozgrzebane. Anthem, jeżeli nie chce dołączyć do tej grupy, musi zostać wydane w stanie zadowalającym. Bez większych kontrowersji dotyczących mikropłatności.

W tym momencie na scenę wchodzi Electronic Arts. Zadaniem wydawcy, w świecie idealnym, jest dbanie o produkty, które wziął pod swoje skrzydła. Czy tak jest w przypadku Anthem? Wątpię. Problemy z serwerami dotyczyły obu dem. Co prawda w tym otwartym było lepiej, ale wciąż zdarzały się przypadki, w których grupa została rozłączona w trakcie walki. Pół biedy, jeśli wylecieli po 10 minutach. Mnie serwer wysłał na przymusowe wakacje po 90, gdy moja grupa walczyła już z ostatnim bossem. Straciliśmy wszystko. Jak zapewne się domyślacie, wyłączyłem grę i dałem sobie spokój. Już zostawmy te płonące serwery w spokoju, załóżmy, że czegoś się na nauczyli i w dniu premiery będzie lepiej… Szczerze mówiąc, sam w to nie wierzę. Podejrzewam, że znowu będzie gorąco. Przejdźmy do niesławnego obrazka z wypisanymi edycjami. Jeżeli model sprzedażowy wymaga sporządzenia takiego przewodniczka, to coś jest nie w porządku. Jedyni zaczynają zabawę 15 lutego, inni czekają do 22 lutego. Ta praktyka z wczesnym dostępem jest dziwna, a samo tworzenie setek edycji jednego produktu, po prostu idiotyczne. Pojawienie się tej grafiki wskazuje na to, że potencjalni klienci kompletnie nie rozumieli, kiedy będą mogli zacząć grać. Electronic Arts potrafi zachęcić do kupna, prawda?

Sami odbiorcy są pełni obaw i daleko im do pozytywnego nastawienia. Electronic Arts jest znane z agresywnej monetyzacji. Co prawda w Anthem ma nie być skrzynek z losową zawartością, jednak nie oznacza to, że nie pojawią się później. Mikrotransakcje mają gwarantować różnego rodzaju skórki oraz przedmioty pozwalające na spersonalizowanie wyglądu swojej zbroi. Brzmi tak, jakby to nie wyszło spod ręki Electronic Arts! Tylko wygląd?! Zero elementów przyspieszających rozgrywkę?! Chciałoby się stwierdzić, że czegoś się nauczyli, ale podstawowym problemem będą ceny. Szczególnie ważny jest koszt zakupu waluty premium oraz szybkość zdobywania monet, które pozwalają na zakupy w sklepie bez konieczności wydawania pieniędzy. Wystarczy zainwestować swój własny czas. Niestety, nie wiadomo, jak długo trzeba będzie powtarzać misje, aby kupić sobie nowy wygląd dla zbroi. O tym przekonamy się dopiero w dniu premiery. A szkoda, ponieważ dla wielu graczy było to jeden z istotnych elementów.

Anthem ma szansę stać się produkcją, która przyciągnie spore grono odbiorców. Jednak łatwo tę premierę położyć. Wystarczy kilka niejasności w kwestii mikrotransakcji lub problemy w działaniu serwerów. Nawet jeżeli gra upadnie, to wątpię, aby szczególnie zaszkodziło to Electronic Arts. W swoim portfolio mają mnóstwo innych tytułów. Podejrzewam, że odpowiedzialność za porażkę spadnie na BioWare. Nawet jeżeli nie będzie to ich wina.

Rozmówki kuchenne

Najciekawsze dyskusje przydarzają się w firmowej kuchni. Już wiele razy przekonałem się o tym, że towarzystwo elektrycznego czajnika i dystrybutora z wodą pobudzają do wymiany zdań. Dwa dni temu, właśnie w takich okolicznościach, rozgorzała rozmowa o zmęczeniu elektroniką. Rozumiecie? W firmie tworzącej gry komputerowe, która posiada wersję mobilna własnego tytułu. Jednak znalazł się ktoś, kto poczuł, że wszechobecna elektronika go przytłacza. Zresztą wystarczy szybko rozejrzeć się po biurze, żeby stwierdzić, że w zasadzie to ma prawo czuć się lekko przygniecionym.

Na każdym biurku komputer i przynajmniej dwa monitory. Rekordziści mają trzy. Telefony oraz tablety, skrajnie różne, bo jakoś trzeba testować aplikację. W szufladach pochowane pady, kable oraz ładowarki. Przemilczę prywatne smartfony, które również zalegają na biurkach. Taka branża, trzeba liczyć się z wszechobecnymi komputerami, telefonami i tabletami. Jednak mój kolega się nie poddawał. Z wyraźnym niesmakiem stwierdził, że w domu również czuje się przytłoczony. Wraca i pochłania treści na tablecie, do telefonu czuje się przywiązany, a jak chce coś obejrzeć, to najczęściej włącza komputer. Jednak książki czyta papierowe! Bo chce czuć ich fakturę i zapach! Tak, po raz kolejny ktoś przy mnie wyciągnął ten argument.

Nikt nie mówi o tym, że po ebookach nie zawsze dobrze się nawiguje. Sporządzanie notatek w wersji elektronicznej jest mało wygodne. Czasem łatwiej przerzucić strony i znaleźć to, czego się szukało, niż stukać paluchem w ekran. Jakoś nikt nie docenia tego, że już nie trzeba dźwigać ze sobą potężnej cegły. Lektura na zgrabnym urządzeniu jest znacznie bardziej wygodna. A może warto byłoby wspomnieć o tym, że książki nie trzeba ładować? Co prawda nie pamiętam, kiedy ostatni raz podłączyłem Kindle’a do portu USB, ale wiem, że kilka razy chciałem coś poczytać i nie mogłem, bo urządzenie było rozładowane. Nie, żaden z tych argumentów nie pada. Za sprawą rozwoju czytników ebooków pojawiło się mnóstwo osób, dla których szczególnie istotny jest zapach książki. Przykro mi, ale tego kompletnie nie rozumiem.

Jestem osobą do bólu pragmatyczną. Kindle ułatwia mi lekturę oraz oszczędza miejsce na półkach. Książek nigdy nie wąchałem, raczej je czytam i do tego służy mi – uwaga, nazwa sugeruje funkcję! – czytnik ebooków. To nie jest tak, że całkowicie odrzucam papier, w dalszym ciągu sięgam po analogowe lektury. Dla odmiany. Jednak zawsze najważniejsze jest dla mnie samo doświadczenie czytania. Zapach, faktura papieru to dla mnie kwestie drugorzędne. Nie czuję się gorszy od tradycjonalistów, którzy z pogardą patrzą na czytniki i mówią, że nic im tam nie pachnie. Myślę, że wszyscy zgodzimy się z tym, że istotne jest przede wszystkim samo czytanie. Medium niech każdy sam sobie wybierze, ale pod żadnym pozorem nie wolno się nawzajem piętnować.

Dlatego kulturalnie postanowiliśmy się ze sobą nie zgodzić. Kolega dalej czuje się przytłoczony i czyta na papierze. Ja kontynuuję lektury na Kindle’u, bo tak mi wygodnie. Wszyscy szczęśliwi.

Page 2 of 111

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén