Category: Eseje (Page 1 of 13)

Konto na wynajem!

Współdzielenie kont w usługach opartych na streamingu, to trudny temat. Niektórzy powiedzą, że tak działają wyłącznie „polskie cebule”, którym szkoda kilkanaście złotych na wykupienie dostępu. Wiedziałem, że udostępnianie loginów i has dotyczy głównie Netfliksa i Spotify. W przypadku tej drugiej usługi szczególnym momentem było pojawienie się w ofercie pakietu rodzinnego. Nagle wszyscy staliśmy się sobie bliscy, wielu odnalazło dawno zagubionych krewnych. Nie będę oceniał tego postępowania, niech każdy sobie odpowie w duszy, czy warto, ale muszę przyznać, że najbardziej zaskoczyły mnie oferty współdzielenia kont, na których są gry komputerowe.

Macie ochotę zagrać w najnowszą produkcję, która kosztuje ponad 100 złotych? Żaden problem! Wystarczy wykupić dostęp do konta na Allegro! Koszt waha się w okolicy 10 złotych, czyli – używając studenckiego przelicznika – najnowsza gra kosztuje dwa piwa. Banalne, prawda? Do bólu proste, czyż nie? Nie. W wielu opisach aukcji wyraźnie jest napisane, że wykupuje się wyłącznie dostęp do konta. W pierwszej chwili pomyślałem, że to istne szaleństwo! Wysłać komuś dane, żeby obca osoba się zalogowała i pobrała sobie produkt?! Jestem maniakiem cyfrowego bezpieczeństwa i coś takiego po prostu nie mieści mi się w głowie. Nikt normalny tak nie postępuje! Kupienie danych dostępu też graniczy dla mnie z szaleństwem. Nie jest się właścicielem produktu, ale użytkownikiem, który w każdej chwili może utracić dostęp. Co wtedy? Odwołanie do biura obsługi serwisu streamingowego? Wyobrażam sobie te wiadomości, które zaczynają się od słów „Kupiłem konto na Allegro, ale ktoś zmienił do niego hasło i teraz nie mogę korzystać z muzyki/filmów/gier”. Podejrzewam, że wtedy kończy się zabawa, a zainwestowane pieniądze trafiają w próżnię.

Podobnie jak Tomasz Popielarczyk z Antyweb.pl postanowiłem to sprawdzić. Po prostu nie wierzyłem, że można w ten sposób zarabiać pieniądze. Wybrałem jeden z najbardziej popularnych tytułów, czyli The Sims 4. Produkcja Electronic Arts, dystrybuowana za pomocą platformy Origin. Na wykupienie podstawki oraz wszystkich dodatków trzeba przeznaczyć kilkaset złotych. Na Allegro trafiłem na Allegrowicza, który wręcz specjalizował się w rozpowszechnianiu tego tytułu.

Konto do oddania

Interesujące jest to, że oferty kupna współdzielonych kont wyświetlały się jako „promowane”. Cena: 7 złotych. Oferta: The Sims 4 i wszystkie dodatki, a także zestaw modyfikacji. Z opisu dowiaduję się, że konto jest współdzielone, co wpływa na tworzenie się kolejki w trakcie pobierania gry. Jest także informacja o antypirackim zabezpieczeniu Denuvo. Pojawia się nie po to, aby straszyć, ale aby poinformować kupujących, że można aktywować grę jedynie 5 razy dziennie, a potem trzeba czekać 24 godziny. Po przypisaniu licencji można bawić się wyłącznie offline. Na koniec pojawiają się zapewnienia o dożywotnim dostępie i o tym, że Allegrowicz odpowie na każdego maila. Jest także wzmianka o możliwości zwrotu pieniędzy w ciągu 14 dni od daty zakupu bez podania przyczyny. Myślę, że streściłem najważniejsze punkty opisu, linku do aukcji nie mam zamiaru podawać, aby nie propagować procederu sprzedaży dostępu do konta.

Z usług Allegrowicza skorzystało już kilkaset osób. Pozytywne oceny świadczą o tym, że kupujący są zadowoleni. Na dostęp do konta skusiło się 121 klientów, a to nie jedyna taka aukcja. Z moich poszukiwań wynika, że Allegrowicz, w ciągu ostatnich miesięcy, sprzedał współdzielone konta przynajmniej 500 osobom. Ceny były różne, ale zostając przy 7 złotych, daje to obrót na poziomie 3 500 złotych. Nic dziwnego, że Użytkownik mógł sobie pozwolić na rozszerzenie działalności i stworzenie kolejnych kont, na których znajduje się The Sims 4. Ja postanowiłem sprawdzić na czym, to w zasadzie polega. Po dokonaniu przelewu, w ciągu kilku minut otrzymałem dane dostępu do konta Origin. Zalogowałem się i po chwili zostałem wylogowany. Aplikacja uraczyła mnie komunikatem, że inna osoba również próbuje dostać się do konta. Próba pobrania gry była istną katorgą. Musiałbym siedzieć i cały przełączać się między trybami online i offline, aż do instalacji produktu. Szaleństwo, dla mnie byłaby to strata czasu. A to dopiero pierwszy krok! Potem trzeba jeszcze aktywować grę, co można zrobić, jak podkreśla Allegrowicz w opisie aukcji, jedynie 5 razy dziennie. Przypomnę, że za aukcji skorzystało już 121 osób, a więc potrzebne były przynajmniej 24 dni, aby wszyscy aktywowali produkt. Kupno współdzielonego konta to nie jest zmaganie się z kolejkowaniem pobierania i dostępu, ale zmiana człowieka w bota. Przeklikiwanie komunikatów aplikacji i liczenie na łut szczęścia, na chwilę czyjejś nieuwagi i możliwość aktywacji gry. Trzeba pamiętać o tym, że z konta Origin może korzystać wyłącznie jedna osoba, co oznacza, że ten Inny, który był zalogowany wcześniej, traci dostęp i musi ponownie powalczyć z myszką.

Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie jedna rzecz – kontakt z Allegrowiczem. Na każdego wysłanego maila dostałem odpowiedź. Mało tego! Postanowiłem sprawdzić, czy otrzymam zwrot środków. Okazało się, że 7 złotych wróciło na moje konto. Obsługa klienta stoi na wysokim poziomie, więc nic dziwnego, że wciąż pojawiają się pozytywne komentarze. Wspóldzielnie kont w dalszym ciągu budzi moje obawy. Właściciel może w każdej chwili zmienić hasło, ilość użytkowników na pewno będzie cały czas rosła. Origin ma także to do siebie, że czasem trzeba się zalogować, aby móc uruchomić grę w trybie offline. Z postów w Internecie wynika także, że po niektórych aktualizacjach konieczne jest „naprawienie gry”, co często wiąże się z ponownym jej pobraniem i aktywacją. Może się okazać, że fan symulacji życia będzie zmuszony wielokrotnie przechodzić przez ścieżkę logowań.

Nikt tego nie czyta, czyli co na to regulamin

Regulamin to taki dokument, w którym ujęte są wartunki usługi. Wszyscy się na nie zgadzamy, nikt nie czyta poszczególnych zapisów. Co jest karygodnym błędem, ponieważ można znaleźć się w bardzo trudnej i skomplikowanej sytuacji. Origin, jako forma usług, również posiada swój regulamin i – niespodzianka! – nie ma w nim ani jednego słowa na temat ewentualnego wspóldzielnia. Jest natomiast następujący zapis:

Odpowiedzialność za aktywność związaną z kontem EA ponosi Użytkownik. Konto EA Użytkownika może zostać zawieszone lub usunięte, jeśli inna osoba używa go do aktywności naruszającej postanowienia niniejszej Umowy.

Udostępniacie swoje konto? Ktoś ze znajomych narozrabiał i doszło do blokady? Macie pecha! Jako właściciel ponosicie pełną odpowiedzialność za to, co się wydarzyło. Na pewno EA posiada system weryfikacji. Można sprawdzić adres IP połączenia i wykryć magiczne teleportacje, a w celu potwierdzenia tego, że jest się właścicielem danego konta, wystarczy poprosić o podanie przypisanych danych oraz sprawdzić płatności. Stwierdzenie kto ostatnio się logował wcale nie jest takie trudne, jakie w pierwszej chwili może się wydawać. Warto także przyjrzeć się temu, co zostało zapisane w punkcie „Licencja”:

Usługi EA są licencjonowane, a nie sprzedawane Użytkownikowi. EA udziela Użytkownikowi osobistej, ograniczonej, niezbywalnej, odwołalnej i niewyłącznej licencji na korzystanie z Usług EA, do których posiada on dostęp do niekomercyjnego użytku, pod warunkiem przestrzegania postanowień niniejszej Umowy. Użytkownik nie może uzyskiwać dostępu do Usługi EA, zawartości i uprawnień (jak określone je poniżej), ani nie może ich kopiować, modyfikować lub rozpowszechniać, chyba że jest to wyraźnie upoważnione przez EA lub dozwolone przez przepisy prawa.

Szaleństwo cyfrowego modelu dystrybucji polega na tym, że Origin, Steam oraz Uplay to wielkie wypożyczalnie, w których kupujemy licencje na usługi, jakimi są gry, w które gramy. Pobieramy je z ich serwerów, firmy pośredniczą w realizacji płatności, dostarczają aktualizacje i zapewniają pomoc techniczną dotyczącą swoich usług. Jednak w dalszym ciągu jest to tylko usługa, czyli coś innego niż nabycie fizycznego produktu. Jest także zapis zabraniający rozpowszechniania. Na pewno osoby korzystające z HBO GO znają go na pamięć. Przed każdym filmem lub serialem pojawia się ekran przypominający o warunkach licencji. Czy współdzielenie konta, to rozpowszechnianie dostępu do usługi? Oczywiście, że tak! W przypadku dokonania zakupu pojawia się nawet wątek zastosowania komercyjnego, czyli zarabianiu na usłudze, do której nie posiada się pełnych praw.

Ostatnia sprawa, czyli zabezpieczenie antypirackie Denuvo. Na jego temat również znalazł się interesujący zapis, z którego fragmentem warto się zapoznać:

W trakcie uwierzytelnienia weryfikowany jest kod produktu dostarczony wraz z danym Produktem EA na komputery PC. Uwierzytelnienie jest ograniczone do jednego konta EA na kod produktu, co oznacza, że nie ma możliwości przekazywania Produktu EA na komputery PC. EA może potwierdzić licencję Użytkownika poprzez późniejsze uwierzytelnienie online. Nie ma limitu liczby urządzeń, na których można dokonać uwierzytelnienia Produktu EA na komputery PC, ale nie można uruchomić i uzyskać dostępu do Produktu EA na komputery PC na więcej niż pięciu unikatowych urządzeniach w ciągu 24 godzin.

Pojawiają się jasne ograniczenia. Jeden kod, który jest dostarczany wraz z produktem. Jest mowa o licencji Użytkownika, a nie Użytkowników. Zastosowanie liczby pojedynczej ma niebagatelne znaczenie. Wspomniany Użytkownik może potwierdzić licencję na dowolnej liczby urządzeń, ale w ciągu doby może to zrobić jedynie pięć razy. Jednak EA zastrzega sobie możliwość dodatkowej weryfikacji: na przykład na podstawie dostarczonego kodu lub prowadzenia uwierzytelnienia online.

Jak widać zakup wspóldzielonego konta z Allegro, jest równoznaczny ze złamaniem regulaminu usług EA i powinien doprowadzić do zablokowania konta, które zostało udostępnione. Tym bardziej że będzie z niego korzystało ponad 100 osób, a wszystkie będą podpięte pod jedną licencję. A co z prawem autorskim? Przyznam szczerze, że nie wiem, podejrzewam, że dużo zależy od poczynionej interpretacji. Ciekawe światło na ten problem rzuca artykuł opublikowany na łamach portalu Bezprawnik „Nasz czytelnik kupił konto Steam z grą na Allegro – w tym tygodniu przesłuchała go policja” autorstwa Mai Werner. Sprawa wcale nie jest taka oczywista.

Uwaga! Niebezpieczeństwo!

Wspóldzielone lub kupione konta niosą ze sobą wiele niebezpieczeństw. Klient nie ma gwarancji, że otrzymuje dane dostępu od właściciela. Takie konto mogło zostać skradzione. A najgorzej jest, gdy wciąż jest tam podpięta karta płatnicza. Dokonanie zakupu ze sklepu za pomocą cudzej karty, będąc zalogowanym na koncie, do którego pozyskało się dane dostępu, może doprowadzić do wielu nieprzyjemności. Jeżeli ktoś chociaż raz tak zrobił, to prawo autorskie powinno być jego najmniejszym zmartwieniem.

Muszę przyznać, że nie zdecydowałbym się na zakup wspóldzielonego konta. Po co? Mnóstwo z tym problemów i zagrożeń, na dodatek zachodzi obawa, że zostanie ono wkrótce zablokowane, ponieważ narusza warunki usługi. Jeżeli chodzi o grę The Sims 4, to jest ona już w ofercie Origin Vault. Za 79.99 rocznie można mieć dostęp do podstawki w wersji Deluxe. Dodatki można dokupić w zestawach, które znajdują się ofercie CDP.pl. I po co w takim razie poszukiwać jakiejś dziwnej oszczędności? Tym bardziej że wyraźnie naraża ona na olbrzymią stratę czasu. Kupienie własnego klucza i jego aktywacja na swoim koncie na pewno jest bezpieczniejszą inwestycją niż poleganie na dobrym sercu obcego człowieka. Myślę, że wiele osób już się boleśnie rozczarowało.

Za honor!

Dlaczego w ogóle sięgnąłem po For Honor? O grze słyszałem niewiele, obejrzałem kilka trailerów, ale nie czułem, że muszę koniecznie sprawdzić, co tym razem przygotował Ubisoft. Ale dostałem klucz do zamkniętej bety i szkoda było przepuścić taką okazję. Pobrałem, zainstalowałem i przygotowałem się na dobre siekanie. Oczywiście wcześniej przejrzałem materiały dostępne na YouTubie. Zaintrygowały mnie. Szczególnie interesujące wydały mi się pojedynki.

Pierwszego dnia zamkniętej bety mogłem sprawdzić, czy faktycznie starcia są tak fascynujące, jak wyglądają na filmach. Najpierw grałem na klawiaturze i myszce, bo po prostu jestem przyzwyczajony do tych kontrolerów. Przeszedłem samouczek, wtedy już czułem, że coś jest nie w porządku. System walki, marketingowo nazwany „The Art of Battle”, wydał mi się niezwykle toporny. Przechodzenie pomiędzy postawami było nieintuicyjne, że o poruszaniu się postacią już nie wspomnę. Rozegrałem kilka pojedynków i dalej nie opuszczały mnie negatywne odczucia. Sięgnąłem po pada. Okazało się, że od momentu przyzwyczajenia się do innego kontrolera, For Honor zaczęło mi się coraz bardziej podobać. Jedna gałka do ruchu, a druga do zmiany postawy. Jeden przycisk pozwala na wyprowadzenia ataku szybkiego, drugi sprawia, że moja postać uderza z całą siłą, ale się przy tym odsłania. Nauczyłem się nawet korzystać z różnych kombinacji ciosów. Muszę przyznać, że „The Art of Battle” odsłania swoje piękno dopiero, po podłączeniu pada. Dla mnie korzystanie z klawiatury i myszki zabijało zabawę.

Dlatego, gdy rozpocznie się otwarta beta (czyli 9 lutego) wyciągnijcie z szuflad pady. Myślę, że dopiero wtedy poczujecie, jak dobrze zaprojektowany jest system „The Art of Battle”. Każda z postaw jest przemyślana, a pad pozwała do perfekcyjne wyczucie wojownika. Siłą For Honor są właśnie starcia, szczególnie widać to w pojedynkach. Sposób korzystanie z ciosów, uniki, gardy, kontrataki i kombinacje ciosów wyglądają na piekielnie łatwe do zastosowania. Jednak okazuje się, że potrzeba bardzo dużo czasu, aby w pełni wyczuć poszczególnych wojowników. Każda z klas porusza się inaczej oraz ma odmienny styl walki. Ja postanowiłem, że przyłączę się do frakcji Rycerzy i z właśnie takich bohaterów będę korzystał. Do wyboru są jeszcze Wikingowie oraz Samuraje. Brutalnych zdobywców północy cenię ze względu na serial, a kraj kwitnącej wiśni zawsze będzie mi drogi, ponieważ przeżyłem krótką fascynację mangą i anime. Jednak europejskie korzenie sprawiły, że zdecydowałem się pójść w kierunku zakonów rycerskich.

Wielka wojna

Zacząłem testowanie. Stwierdziłem, że miło będzie poprzegrywać w pojedynkach z innymi graczami, dlatego postawiłem na tryb PvP 1 na 1. Pograłem każdą z klas rycerzy, czyli Strażnikiem, Pogromcą oraz Rozjemczynią. Każdą postać zupełnie inaczej się prowadzi, wykorzystywane uzbrojenie wpływa na szybkości oraz poczucie ciężaru ataków. Tak samo jest z przeciwnikami. Trzeba dobrze znać ruchy swojego wroga, aby być zawsze przygotowanym do zastosowania odpowiedniej taktyki. Lubię wyprowadzać ataki, cenię sobie grę postaciami szybkimi, dlatego wybrałem Rozjemczynię. Szybko pożałowałem tej decyzji.

Przegrałem wiele pojedynków, zanim zrozumiałem jak prowadzić tę postać. Po kilkunastu godzinach ciągle mam wrażenie, że jest coś do odkrycia, że jeszcze mogę opracować inną strategię, aby pokonać kolejnego przeciwnika. Właśnie w ten sposób For Honor przywiązuje użytkownika. Pełne wyczucie określonej klasy wymaga bardzo dużo czasu, a to dopiero pierwszy krok. Koniecznie trzeba pojąć, w jaki sposób grają wrogowie, zobaczyć, jakie taktyki stosują inni gracze. W trybie Pojedynku widać to najlepiej, tutaj przeżyłem najwięcej emocji. Zasady są banalne: walka trwa do trzech wygranych, rund jest pięć. Szczególnie interesująco robi się, gdy jest remis lub pasek życia (mój lub wroga) jest prawie wyczyszczony. Wielokrotnie przekonałem się o tym, że jedna błędna decyzja, źle wyprowadzony atak lub zbędna szarża mogą zmienić wynik pojedynku. Zdarzały mi się walki niezwykle emocjonujące, których wygrana, aż do ostatniego ciosu była truda do określenia. Dla mnie tryb Pojedynku w For Honor po prostu błyszczy. Większość czasu, który spędziłem w grze w trakcie trwania zamkniętej bety, poświęciłem na starcia 1 na 1.

Przetestowałem też inne tryby. 2 na 2 zupełnie mnie nie zainteresował. Nie poczułem tutaj magii gry. Dominacja, czyli taka paraMOBA, to inna para kaloszy. Na mapie znajdują się trzy punkty, nad którymi należy utrzymać kontrolę. Obie strony dysponują jednostki kierowanymi przez komputer. Jest to mięso armatnie znane z innych gier MOBA. Trochę przeszkadza, szczególnie w dużych ilościach, ale głównie służy do zapychania przestrzeni i zdobywania doświadczenia. W Dominacji nie ma co szukać honorowych pojedynków. Należy być przygotowanym na zdradzieckie ciosy w plecy. Po prostu na tym polega urok tego trybu. Jednak nie oznacza, to że osaczony gracz nie może się obronić! Wielokrotnie widziałem bohaterów, którzy wychodzi z takich potyczek zwycięsko, ponieważ właśnie w celu przedłużenia walki i wyrównania szans w zasadzce lub niehonorowym starciu, wprowadzona została Zemsta. Pasek tej umiejętności napełnia się, gdy gracz blokuje ciosy lub zadaje obrażenia innym bohaterom. Po wykorzystaniu Zemsty gracz otrzymuje bonusy do ataku, obrony oraz dodatkową wytrzymałość. Dzięki temu można uciec lub pokonać przeciwników, nawet jeżeli mają liczebną przewagę.

Jednak korzystanie z Zemsty wymaga sporego wyczucia sytuacji oraz bohaterów. Trzeba rozumieć, w jaki sposób atakują przeciwnicy, co jest ich słabą stroną, a także doskonale znać swojego bohatera. W przeciwnym razie zużycie Zemsty w niczym nie pomoże, po prostu przedłuży oczekiwanie na nieuchronną porażkę.

Machanie mieczem, to nie wszystko!

For Honor, poza walką w kilku trybach, proponuje także rozwój ekwipunku swojej postaci. Właśnie w tym celu zbiera się specjalne materiały oraz przedmioty. W trakcie trwania bety można było kupować specjalne zestawy za walutę zdobywaną w grze. Jest to wyraźna furtka do wprowadzania mikrotransakcji, które – sam w sobie – nie są złem wcielonym. Wszystko zależy do tego, jak zostaną osadzone w grze. W przypadku zamkniętej bety zdobyłem wiele rzadkich przedmiotów, korzystając z losowych zestawów kupowanych za walutę z gry. Zdarzyło się, że po zwycięskiej walce do mojego plecaka wpadała jakaś ciekawa zbroja. Trudno mi ocenić, czy rozwój postaci w przypadku osób, które nie zdecydują się na mikrotransakcje, będzie przebiegał dokładnie tak samo, jak w przypadku graczy dokładających do For Honor, będzie dokładnie taki sam.

Najpierw Ubisoft musi zaprezentować dokładny model mikrotransakcji. Czy kupiony status Czempiona automatycznie sprawi, że For Honor poszybuje w kierunku P2W? Dodatkowe doświadczenie, więcej materiałów, które można wykorzystać do ulepszenia przedmiotów. W końcu ekwipunek pozwala na dostosowanie poszczególnych cech danego bohatera. Można postawić na atak, obronę lub szybkość. Te aspekty mają znacznie w trakcie gry, ponieważ wpływają na to, jak gracz prowadzi postać. Może okazać, że Czempioni zdobędą zbyt dużą przewagą nad osobami, które nie zdecydowały się na zakup tego tytułu. Jeżeli walki w For Honor będą polegały przede wszystkim na takim elementach jak strategia i umiejętności, zdobyte ulepszenia nie będą miały większego znaczenia. Wtedy status Czempiona będzie tylko dodatkiem i niczym więcej. Jednak to dopiero się okaże.

Walutę w grze można zdobywać poprzez wypełnianie różnych zadań. Proste rozwiązanie, które znany z innym gier. Każdego dnia pojawiają się inne wyzwania, wiele z nich można stosunkowo łatwo ukończyć. Wystarczy zalogować się do For Honor i zacząć zabawę. Zadania zostały podzielone na te, które odświeżają się codziennie oraz takie, które wybiera gracz. Znowu element zachęcający do wchodzenia do gry. Co ciekawe zarządzać Kontraktami, bo tak zostały nazwane wzywania w For Honor, można także z poziomu przeglądarki. Wystarczy zalogować się na stronie produkcji. Ciekawe, czy ten element zostanie bardziej rozwinięty.

Dość chwalenia!

Trudno ukryć, że jestem zachwycony For Honor. Jednak nie wszystko w grze jest takie piękne. Podstawowym problem są serwery, a właściwie ich brak. Produkcja działa w oparciu o system połączeń peer2peer, co sprawiło, że wielu użytkowników miało poważne trudności z działaniem gry. Oznacza to, że jeden gracz staje się gospodarzem (host) rozgrywki, a pozostali dołączają do jego sesji. Nie trudno się domyślić, że może się tutaj pojawić wiele problemów. Wystarczy, że ktoś będzie miał kiepskie łącze internetowe (tak, w XXI wieku wciąż ten problem występuje) i cała przyjemność z zabawy idzie do piachu. Mnie raz zdarzyło się, że trakcie walki gospodarz się rozłączył. Grałem w trybie Dominacji, moja drużyna już wygrała i nagle cały mecz się zresetował. Coś poszło nie tak, jak powinno, być może był to błąd synchronizacji i wszyscy musieliśmy zacząć pojedynek od nowa. A kto nam zwróci poświęcony czas? Nikt.

Właśnie w celu wyłowienia takich problemów urządza się betę. Jednak, co jeżeli ten błąd nie zostanie usunięty? Jeżeli kwestia zmiany gospodarza, wciąż będzie sprawiała tak poważne problemy? A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Połączenia peer2peer znacznie ciężej kontrolować, przez co pojawia się przestrzeń, którą mogą zapełnić różnego rodzaju oszuści. The Division również borykało się z krętaczami, a w For Honor mogą oni psuć zabawę jeszcze bardziej, ponieważ gra ma mieć tryb rankingowy. Potrzebne są tutaj dobrze przemyślane zabezpieczenia, ponieważ peer2peer może sprawdzać się w grach nastawionych na kooperację (np. Vermintide: The End Times) jednak tam, gdzie są widoki na porządne walki rankingowe, znacznie lepiej sprawdzają się serwery dedykowane.

Rozumiem, że to produkcja nowa i jej przyszłość je niepewna. Jednak jeżeli pojawią się ciągłe problemy z dołączaniem do gry oraz wszelkiego rodzaju lagi i oszustwa, to For Honor umrze szybciej, niż zdąży rozwinąć skrzydła. Wtedy nie stanie się nawet grą niszową, skierowaną do fanów siekania mieczami. Użytkowników zawsze najbardziej denerwuje, to gdy nie mogą grać. Dopiero na drugim miejscu są oszuści. Postawienie na peer2peer może sprawić, że wiele rozgrywek będzie niestabilnych, tutaj wszystko zależy do dostawcy Internetu, z którego korzysta gospodarz. To jest element, który może całkowicie pogrzebać For Honor.

Dlatego nie kupujcie tej gry wcześniej! Poczekajcie do premiery lub przetestujcie ją w trakcie trwania otwartych beta testów. Zaczną się one 9 lutego. Sprawdźcie, jak For Honor będzie działo u Was i dopiero wtedy podejmijcie decyzję o zakupie. W przeciwnym razie możecie się dotkliwie rozczarować.

Najważniejsze nagrody literackie 2016 roku

NAJWAŻNIEJSZE NAGRODY LITERACKIE 2016 ROKU – PODSUMOWANIE

Każdego roku do rąk pisarzy trafiają dziesiątki – o ile nie setki – najrozmaitszych nagród literackich. Są nagrody przyznawane za pojedyncze powieści (Nike, Angelus), są też takie, które przyznaje się za całokształt (Nobel). Niektóre, jak w przypadku Nike, dedykowane tylko obywatelom danego kraju (w tym przypadku: Polski), inne, jak w przypadku Angelusa – obywatelom określonej grupy krajów (Angelus zaś, konkretnie biorąc, stanowi nagrodę dla pisarzy z państw dawnego Bloku Wschodniego). Jeszcze inne, jak choćby, np., Nagrodę Bookera, przyznaje się pisarzom piszącym w określonym języku (np. angielskim) albo, osobno, na dany język tłumaczonym. W końcu: są nagrody, które otrzymują osoby w określonym wieku (Nagroda Fundacji Kościelskich – do 35 roku życia) albo za debiut.

Idąc dalej: są nagrody za prozę i nagrody za poezję. Są też nagrody łączone. Część z nich przyznaje się tylko za życia, inne – również pośmiertnie. Dalej jeszcze: są nagrody dla gatunków. Są nagrody za kryminał (np. Nagroda Wielkiego Kalibru) i nagrody dla fantastów (Zajdel).

Jest ich bardzo, bardzo dużo.

Nie sposób podsumować w jednym tekście wszystkiego, co miało miejsce w 2017 roku, wszystkich nagród literackich, wszystkich nagród, które w tym czasie przyznano, chcę skupić się na tym, co dla mnie, osobiście, jest najważniejsze, na nagrodach, które śledzę, czasami zaś – również obstawiam w zakładach. Są to nagrody z różnych półek – od literatury pięknej po literaturę gatunkową, od polskiej – po amerykańską. Tym, co łączy poszczególne punkty niniejszego zestawienia, jest pasja do literatury (a także, co, jak sądzę, oczywiste, pasja do komentowania). Jeżeli bowiem jest coś, co można zrobić z faktem, iż ten a ten bądź ta a ta dostała taką to a taką nagrodę literacką – to (no cóż!) rzecz skomentować. Fakt się dokonał: cóż innego pozostaje?

Zestawienie przedstawiam w porządku alfabetycznym, tam, gdzie mogę, opatrując rzecz komentarzem (o plusach i minusach danej decyzji). (Zwróćcie też, proszę, uwagę, iż nie posługuję się przeważnie pełną, ale skróconą nazwą danej nagrody – zamiast pisać o Nagrodzie Nobla w dziedzinie literatury, piszę po prostu: Nobel. Zamiast Nagroda Literacka Europy Środkowe Angelus – po prostu Angelus. Tak też zorganizowany jest tekst.)

PODSUMOWANIE

Angelus (nagrodzony: Varujan Vosganian – za powieść Księga szeptów)

Z plusów: Księga szeptów to księga wspaniała. Nie tak wspaniała, jak Księgi Jakubowe, nagrodzona rok temu powieść Olgi Tokarczuk, niemniej: wspaniałe, nadal wspaniałe. Nie chodzi mi nawet o same walory literackie – dobrych książek nie pasuje. Nie w tym rzecz, by powieść po mistrzowsku skonstruować czy pięknie napisać. Autor poszedł krok dalej: czytając Księgę szeptów masz bowiem wrażenie, że obcujesz z dziełem ważnym. W tym sensie nawet wartość literacka schodzi na dalszy plan (tam, gdzie jest z nią kiepsko – tu zaś absolutnie nie jest). Nagrodę uważam więc za szczególnie udaną. Dla kogoś, kto chce zacząć przygodę z literaturą środkowoeuropejską (w tym przypadku: rumuńską), nie ma lepszej propozycji.

Z minusów: nie znajduję.

Booker (nagrodzony: Paul Beatty – za powieść The Sellout)

Z plusów: od kiedy do Nagrody Bookera nominować zaczęto również Amerykanów (wcześniej w grę wchodzili jedynie piszący po angielsku pisarze z krajów dawnego Imperium Brytyjskiego), poziom konkursu wzrósł – i to znacząco*. Co ciekawe jednak, Amerykanie musieli na swoją kolej trochę poczekać: w poprzednich latach Bookery wędrowały głównie na antypody, do Australii (Richard Flanagan) i Nowej Zelandii (Eleanor Catton), raz zaś – na Jamajkę (Marlon James). Powieści wspomnianych autorów to prawdziwe arcydzieła – jak na ich tle wypada The Sellout? Cóż. Wypada nieco bladziej, niemniej – wciąż nieźle. Powieść trzyma poziom, jest dobrą książką (momentami: bardzo dobrą). Nie jest to z pewnością ta klasa co Flanagan, że nie wspomnieć tu o Catton (której Wszystko, co lśni jest, moim zdaniem, najlepszą powieścią, jaką kiedykolwiek wyróżniono Bookerem, powieścią klasy Dzieci północy, jeśli nie lepszą). Nie jest to nawet rzecz klasy Hańby (Coetzee to, mimo wszystko, pewna marka). Choć jednak w porównaniu z tymi dziełami The Sellout wypada nieco gorzej, ogólnie rzecz biorąc – jest to nadal jedna z najlepszych książek roku. I to wcale nie dlatego, że rok ten był słaby (bo był): powieść Beatty’ego broni się na własnych prawach. Na zachętę dodam jeszcze, że jest to jedna z najlepszych powieści komediowych, jakie ostatnio czytałem (a że czytałem m.in. Barnesa, jest to, jak sądzę, jakąś rekomendacją).

Z minusów: na tle trzech poprzednich Bookerów rzecz Beatty’ego wydaje się po prostu średnia.

*Oprócz głównej Nagrody Bookera przyznawana jest także nagroda międzynarodowa: dla najlepszej książki przełożonej w danym roku na język angielski. Do tego konkursu od lat akceptowano pisarzy z krajów innych niż kraje dawnego Imperium. Dopiero od 2013, kiedy to Bookerem nagrodzono Eleanor Catton, w głównym konkursie może wziąć udział każda książka, jaką napisano w danym roku w języku angielskim. Co – w praktyce – oznacza, iż Booker stał się nagrodą dla najlepszej anglojęzycznej powieści na świecie.

International Dublin Literary Award (nagrodzony: Akhil Sharma – za Family Life)

Z plusów: tę nagrodę lubię szczególnie. Nie jest to wprawdzie ani najbardziej znana, ani opiniotwórcza nagroda literacka w Europie. Zdaję sobie sprawę, iż pisać o niej w sąsiedztwie nagród takich jak Booker czy Nobel to dość znacząco podnosić jej rangę. To mówiąc, nigdy, nigdy, ani razu – nie zdarzyło mi się kwestionować podejmowanych przez jej jurorów decyzji. To oni pokazali mi Houellebecqua (którego Cząstki elementarne nagrodzili w 2002 roku, kiedy nikt jeszcze o nim nie mówił). To oni pokazali mi Orhana Pamuka (w 2003 roku). Co jednak ciekawe, nie sposób nie odnieść wrażenia, iż są to ludzie, którzy podchodzą do swojego zadania bardzo pryncypialnie: nie tyle zależy im na nagradzaniu najlepszych książek, ile na promowaniu najlepszych nienagrodzonych dotąd dzieł. Stąd też, jak sądzę, nagrodę otrzymał Akhil Sharma, choć na krótkiej liście znalazł się również Marlon James (z nagrodzoną wcześniej Bookerem Krótką historią siedmiu zabójstw). W konkurencji z dziełem Jamesa Family Life Sharmy wypada słabiej, to oczywiste. Jest jednak naprawdę porządnie skomponowaną (i bardzo solidnie napisaną) powieścią. Jej akcja osadzona jest na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Miejsce: Nowy Jork. Temat: życie imigranckiej hinduskiej rodziny. Co więcej? Nie powiem – sprawdźcie to sami. Choć Family Life nie jest najlepszym, co miałem okazję czytać w 2016, jest rzeczą naprawdę wartą uwagi.

Z minusów: to, co jedni uważają za plus, dla innych będzie minusem. Rozumiem, iż decyzja jurorów nie każdemu musi się podobać – nagrodzono bowiem książkę, którą chciano wyróżnić, nie zaś tę najlepszą. (Choć zasadniczo jestem przeciwnikiem podobnych stwierdzeń, muszę to przyznać, konkurować z Krótką historią siedmiu zabójstw powieść Sharmy naprawdę nie może.) Jeżeli jednak do rzeczy podejść z pewnym dystansem, jeśli przyjąć, iż nagrody literackie są zawsze wyróżnieniami, za którymi kryje się jakaś agenda, a komisje, nagradzając pisarzy, robią to również przez wzgląd na inne, nie zawsze bezpośrednio związane z jakością samego dzieła cele – to wybór ten okazuje się decyzją zrozumiałą… i mądrą.

Nagroda Goncourtów (nagrodzona: Leila Slimani – za powieść Chanson Douce)

Z plusów: Nagroda Goncourtów jest jedną z najstarszych i najbardziej prestiżowych europejskich nagród literackich. Choć przyznaje się ją jedynie za powieści pisane po francusku – ściślej zaś: za najlepszą francuską powieść w danym roku – to waga tego wyróżnienia bliska jest wadze Nagrody Bookera. Nic w tym dziwnego. Francuscy pisarze, jak czasem się mówi, nie potrzebują uznania reszty Europy. Francuski rynek wydawniczy sam w sobie jest większy niż suma większości rynków europejskich, francuska scena literacka stanowi odrębny mikrokosmos (rządzi się również innymi prawami). Relatywnie nieznani poza Francją francuscy pisarze zgarniają zaś Noble sprzed oczu znanych na całym świecie Europejczyków. Choć powieść Slimani jest jedyną w tym zestawieniu, której jeszcze nie czytałem – nie przełożono jej nawet na angielski! – wierzę, wiem, że jest tu na co czekać: czymkolwiek bowiem będzie, to, znając historię Nagrody Goncourtów, można sądzić, iż jest na co czekać. Czekamy. Recenzje są hurraoptymistyczne.

Z minusów: trudno (na chwilę obecną) powiedzieć.

Nike (nagrodzona: Bronka Nowicka – za powieść Nakarmić kamień)

Z plusów: dobrze, że przełamano pewne schematy. Nagrodę dostała osoba spoza literackiego establishmentu, co więcej – debiutantka, coś, co prawie się nie zdarza. Co więcej, muszę przyznać, iż powieść Bronki Nowickiej jest naprawdę, hm, ciekawa. Nie powiem, że dobra, bo to słowo najzwyczajniej w świecie do niej nie pasuje. Nakarmić kamień nie jest książką dobrą. Gwoli ścisłości, nie jest również książką złą. Co jednak ważne, jest książką inną, książką odmienną, nową (choć nie nowatorską), nietuzinkową. Choć nie sądzę, by rzeczywiście była najlepszym, co w tym roku napisano, jest wśród rzeczy najciekawszych.

Z minusów: zdaję sobie sprawę, iż rok 2016 był dla literatury rokiem dość słabym, tak w Polsce, jak na Zachodzie. To się zdarza. Jestem też świadom, iż Nagroda Nike zawsze była nagrodą nieco kontrowersyjną. Obok lat, kiedy nagradzano nią książki wybitne, są takie, kiedy to nagradzano średnie lub słabe, w najlepszym zaś razie – mocno wątpliwe. I choć uważam, że na tegoroczną Nike niesłusznie wylano aż tak ogromną falę krytyki, muszę przyznać, iż część zastrzeżeń jest przynajmniej w jakiejś mierze słuszna. To zresztą ryzyko, którego jurorzy powinni byli mieć świadomość. Fakt, że tak często zdarzało im się potem tłumaczyć z tej decyzji, usprawiedliwiać ją i uzasadniać w prasie i mediach, a nawet, jak miało to miejsce w jednym z przypadków, zarzucać krytykującym, iż się nie znają – działa, w moim odczuciu, na ich niekorzyść, tchnie amatorszczyzną i sprawia, że sam wybór wydaje się bardziej arbitralny, niż powinien. Inna rzecz zaś to pytanie, czy nagroda reklamująca się jako wyróżnienie dla najlepszej polskiej książki roku rzeczywiście powinna być aż tak kontrowersyjną.

Nebula (nagrodzona: Naomi Novik – za powieść Uprooted)

Z plusów: nagroda za powieść dla najlepszego amerykańskiego fantasty (pisarza science-fiction lub fantasy) powędrowała do Naomi Novik. Nagrodzona książka, Uprooted (w polskim przekładzie: Wybrana), to jedna z najciekawszych powieści fantasy ostatnich lat, dla nas, obywateli Polski, tym ciekawsza, iż akcja jej osadzona jest w mocno zmitologizowanym, po części baśniowym odpowiedniku Polski. Powieść nie jest zresztą typowym fantasy: przekracza granice gatunku, wychodząc na spotkanie beletrystyce, co, jak wiadomo, przeważnie wychodzi fantastyce na zdrowie. I choć kryteria, którymi przy ocenie książek kieruje się większość fanów fantastyki, mogą wydawać się nieco egzotyczne pozostałym czytelnikom, Uprooted to rzecz, o której warto pamiętać. Jeżeli chcesz zacząć przygodę z fantasy, to może być całkiem niezły punkt wejścia.

Z minusów: nie znajduję. To mówiąc, pamiętajmy, iż Nebula jest nagrodą specyficzną, podobnie jak specyficzną jest półka, z której książki się tu nagradza. Ostatnio jednak Nebula z nagrody niszowej stała się nagrodą wychodzącą na zewnątrz. Często nagradza się nią powieści, które mają pokazać niezainteresowanym fantastyką czytelnikom fantasy i science-fiction z tej bardziej przystępnej strony.

Cokolwiek by mówić, książka jest dobra.

Nobel (nagrodzony: Bob Dylan)

Z plusów: niesamowicie ciekawa nagroda dla niesamowicie ciekawej osoby. Choć o Dylanie od lat mówiło się w kontekście Nagrody Nobla (w 2011 roku, zapewne za sprawą jakiegoś przecieku, figurował on na listach niektórych brytyjskich bukmacherów jako jeden z faworytów), nikt nie spodziewał się tej nagrody. Owszem, od lat nie nagradzano Noblem Amerykanów (ostatnio Toni Morrison – we wczesnych latach dziewięćdziesiątych). Tym nNiemniej Nobel dla Dylana to wciąż pewne zaskoczenie, również dlatego, że nie otrzymał jej (a w konsekwencji też, jak myślę, nie otrzyma) żaden z amerykańskich Wielkich Pisarzy: ani Roth, ani Pynchon, ani DeLillo, ani McCarthy (że o młodszym pokoleniu nie wspomnę). Kontekst polityczny jest tu przy tym oczywisty – wybory. To mówiąc, Dylan z całą pewnością stanowi ciekawy dodatek do Nnoblowskiego panteonu, nagroda zaś, jak się często komentuje, poszerza nieco granice tego, co dotąd uznawaliśmy za literaturę (Nobel ma ten opiniotwórczy potencjał). Nadto, po raz pierwszy od wielu, wielu lat nikt niezainteresowany literaturą nie zapyta: Co? Dylan? Boże, a kto to?

Z minusów: Jak powiedziałem: nagrodzono Amerykanina. Co w praktyce oznacza mniej-więcej tyle, że nieprędko stanie się to ponownie. USA jest państwem wielkim (obszarowo i pod względem ilości mieszkańców), Nobla nie dostanie naprawdę wielu świetnych pisarzy. Wspomniana przeze mnie czwórka to tylko czubek wierzchołek góry lodowej. Nie nam wprawdzie, powie ktoś z zewnątrz, mówić, co ma robić Komitet Noblowski – jest to prawdą, niemniej, pamiętajmy, Nobel ma pewne miejsce w kulturze, a miejsce to zobowiązuje. To właśnie dlatego tak często krytykowano tę nagrodę nie tyle za to, kto ją dostał, ale też za to, kto jej nie dostał – rzecz, która w przypadku innych wyróżnień byłaby nie do pomyślenia. Jest dość smutne, że Philip Roth ma szansę dołączyć do listy Noblowskich wyrzutów sumienia. Patrząc na to z tej jaśniejszej strony, nie będzie mu tam z pewnością samotnie. Towarzystwo też wyborne: Joyce, Borges, Nabokov, Kundera – że nie wspomnieć o Tołstoju!

Paszport Polityki (nagrodzony: Łukasz Orbitowski – za powieść Inna dusza)

Z plusów: Inna dusza to powieść znakomita. Inna od reszty książek autora, nie sposób zaprzeczyć. Dużo lepsza i dojrzalsza, dużo, dużo poważniejsza. Dla kogoś, kto, jak ja, wychowywał się w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to rozgrywa się jej akcja – lektura obowiązkowa. Dla reszty – przynajmniej lekki priorytet, ponieważ książka Orbitowskiego stanowi pierwszy od lat na polskim rynku tak bardzo udany mariaż literatury gatunkowej z poważną beletrystyką. Ogólnie rzecz biorąc doskonały wybór, tym bardziej, że Orbitowski, pisarz jedyny w swoim rodzaju (nie zawsze bardzo dobry, częściej niezły, zawsze jednak – diabelnie ciekawy!) od dawna zasługiwał na jakiś rodzaj większego, poważniejszego wyróżnienia. Z tą nagrodą z całą pewnością stanie się bardziej rozpoznawalną postacią, również w beletrystycznym mainstreamie.

Z minusów: Inna dusza ma swoje minusy. Jak większość powieści Orbitowskiego, nie jest książką idealną. Nawet jednak w tym miejscu trudno mi powiedzieć cokolwiek na nie. Jeśli bowiem tu i ówdzie rzecz ugina się pod ciężarem literackiej proweniencji autora (Orbitowski jest z zamiłowania raczej fantastą niż beletrystą czy autorem powieści opartych na faktach), to jakimś cudem nawet to wychodzi jej na zdrowie. Koniec końców, jestem fanem – zarówno powieści, jak i tej nagrody.

Pulitzer (za powieść) (nagrodzony: Viet Thanh Nguyen – za powieść The Sympathizer)

Z plusów: wojna w Wietnamie to jedna z największych amerykańskich traum. Nic dziwnego, że do dziś pisze się o niej powieści. Temat jest trudny i niełatwo jest się z nim zmierzyć. Jednak Viet Thanh Nguyen wychodzi z tej próby nieco poobijany. The Sympathizer (polski przekład: Sympatyk – raczej średni, robiony ewidentnie naprędce, nie polecam) jest powieścią odważną, obrazoburczą, oryginalną i dobrze napisaną. Choć rozliczenie, które przedstawia, jest bardzo bolesne, sama rzecz daje też pewną nadzieję – że to, co się stało, cokolwiek to było – da się pojąć oraz że ludzi, również tych po drugiej stronie, można zrozumieć. Pokazuje, jak zniuansowane potrafią być przyczyny naszych działań, jak skomplikowanymi są w istocie nawet te najprostsze z pozoru sytuacje. Dla Amerykanów – na pewno trudna lektura. Tym lepiej, że to oni, właśnie oni ją nagrodzili.

Z minusów: Pulitzer ma swoje wzloty i upadki. Do tych pierwszych należy choćby nagrodzony ostatnio Szczygieł Donny Tartt. Tych drugich wymieniać tu nie chcę. The Sympathizer może być jedną z najlepszych książek o Wietnamie, nie jest jednak jedną z najlepszych książek w ogóle. Nie bądźmy jednak nadmiernie krytyczni: rzecz zdobyła w roku poprzednim większość najważniejszych amerykańskich nagród literackich. Ewidentnie – są powody.

World Fantasy Award (w kategorii Life Achievement) (nagrodę otrzymali Dayid G. Hartwell oraz Andrzej Sapkowski)

Z plusów: WFA przyznaje się w kilku kategoriach. Najbardziej interesującą jest, ma się rozumieć, ta ostatnia, najważniejsza: Life Achievement, tj. nagroda za całokształt twórczości. Nagrodę tę nie bez powodu określa się mianem Nobla Świata Fantasy. Fani Sapkowskiego (tych zaś, myślę, nie brakuje) mają więc powód do radości. Pozostaje jednak pytanie: jaka w tym zasługa książek, jaka zaś – robiących tak wielką furorę gier o Wiedźminie?

Z minusów: Sapkowski to, jak wiadomo, człowiek o pokaźnym ego, przynajmniej publicznie. Jeśli już wcześniej, wygłaszając niczym prawdy objawione swoje przerażająco niedogotowane poglądy na literaturę (i sztukę w ogóle), był dosyć trudny do zniesienia (by nie powiedzieć, że po prostu śmieszny), to teraz, istnieje pewne ryzyko, stanie się prawdziwie nieznośny. Sama nagroda również pozostaje wątpliwa. Na ile jest ona nagrodą literacką, w jakim stopniu zaś Sapkowski zawdzięcza ją popularności produkcji studia CD Projekt Red? Saga o Wiedźminie to wielkie dzieło polskiego fantasy, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Trzeba jednak powiedzieć to głośno: nawet jeżeli jesteśmy jej oddanymi fanami, nie jeden raz jeszcze usłyszymy, iż nagroda dla Sapkowskiego jest tak naprawdę nagrodą dla Wiedźmina, nagrody dla Wiedźmina zaś od dawna nie są nagrodami wyłącznie dla książek, lecz dla Wiedźmina – jako całości. W tym za dla tak często krytykowanych przez samego Sapkowskiego gier o Geralcie. (Na szczęście – sprawę tę studzi fakt, że nagroda przyznana została dwóm osobom. Jeżeli bowiem jest jakiś sposób, by złagodzić literacką kontrowersję, to podzielić ją na dwa. Jak tutaj.)

PODSUMOWANIE PODSUMOWANIA

Powyższa lista nie jest listą kompletną. To jasne. Jest też listą – przynajmniej po części – arbitralną. Nie będę ukrywał, że tworząc ją, kierowałem się również swoimi upodobaniami. To mówiąc, starałem się napisać o rzeczach, według mnie, najciekawszych. Stąd obecność Nebuli i WFA – z powodu wątków, nazwijmy je, polskich – obok nagród z rodzaju Bookera czy Nobla. Nike, co oczywiste, pominąć nie mogłem. Obecność Paszportu Polityki to kwestia sympatii, jaką od dawna budzi we mnie twórczość Orbitowskiego. Jakkolwiek nie spojrzeć, zestawienie to, tak czy inaczej, nie miałoby szans być kompletnym. Jeżeli zaś, mój drogi Czytelniku, moja droga Czytelniczko, dowiedziałeś/dowiedziałaś się z niego czegokolwiek nowego, to zadanie swoje uważam za choćby po części spełnione.

O AUTORZE

Przem:

Fan gier, filmów i literatury. Pasjonat sceny startupowej (współprowadzący poświęconą jej stronę Starting Things Up). Z wielką uwagą śledzi inicjatywy pojawiające się na serwisach crowdfundingowych. Te najciekawsze – stara się wspierać.

Księga pełna demonów

Od lat jestem oddanym fanem serii Diablo. Co prawda swoją przygodę zaczynałem od drugiej części, a po pierwszą sięgnąłem po to, aby poznać fundamenty całego świata. Pamiętam, że było to zderzenie bardzo bolesne. Zanim odpaliłem Diablo, myślałem, że Blizzard wprowadził jedynie niewielkie zmiany do sequela serii. Boleśnie się pomyliłem. A najbardziej przerażający był jeden, niewielki element – mana się nie regenerowała! I jak tu grać magiem?! Musiałem się zebrać w sobie, maksymalnie skupić i w końcu przeszedłem grę. Bywało ciężko, jednak od tego momentu wiedziałem, że z wielką chęcią będę testował produkcje z gatunku hack’n’slash.

Dlatego bardzo ucieszyłem się, gdy w moje ręce wpadł klucz do gry Book of Demons. Jest to polska produkcja, którą rozwija studio Thing Trunk. Zgodnie z informacjami podanymi na stronie produkcji na Steamie, Book of Demons powstaje już trzy lata. Do wczesnego dostępu trafiło 28 lipca 2016 roku. Kilka miesięcy już tam jest, w takim razie kiedy będzie premiera? Znowu będę posiłkował się opisem produktu na Steamie, Thing Trunk planuje wydać Book of Demons pod koniec bieżącego roku lub na początku 2017. Chciałoby się rzecz, że to już na dniach, że już wkrótce przyjdzie się cieszyć nam gotową produkcją. Jest to wykonalne, ponieważ Book of Demons nie jest typową grą we wczesnym dostępie. Moje wrażenia z tą formą otwartych i odpłatnych testów są skomplikowane. Trafiłem na wiele gier, które wyraźnie były w fazie wczesnego projektowania, a jedynie nieliczne przypadki były maksymalnie grywalne i wymagały wyłącznie doszlifowania. Book of Demons należy do drugiej kategorii. Thing Trunk opublikowało grę  dopracowaną, działającą i dającą wiele przyjemności z rozgrywki.

Nic dziwnego, że w tym roku otrzymali nagrodę w kategorii „Wybor jury” w konkursie „FreeGalactus”. Trud twórców został doceniony i liczę na to, że Book of Demons zostanie dostrzeżone przez społeczność graczy. Jest to gra nietuzinkowa.

Czas na siekanie!

Co jest takiego wyjątkowego w Book of Demons? Myślę, że warto wybrać się na krótką wycieczkę po ostatnio popularnych hack’n’slashach. Zacznijmy od przyjemnego Torchlight. Pierwsza część, chwilami, aż do potwornego bólu, przypominała Diablo. Inny był świat, a także klasy, jedna sam model rozgrywki był ten sam. Zło, niebezpieczeństwo czyhające gdzieś głęboko. Nic tylko wybrać się na przyjemną przechadzkę w dół. I gracz, wraz ze stworzonym przez siebie bohaterem, szedł. Kolejne poziomy były pełne interesujących przeciwników, arsenał ciekawych przedmiotów również był spory. Potem przyszedł czas na Torchlight II, który zawsze będzie mi przypominał drugą część Diablo z delikatnie zmodyfikowaną mechaniką i inną grafiką. Co ciekawe wciąż wracam do Trochlight II. Dzieje się to za sprawą modów, które sprawiają, że gra jest wciąż żywa.

Na mojej liście ogranych i popularnych hack’n’slashy są jeszcze dwie, godne wspomnienia, pozycje. Pierwsza to The Incredible Adventures of van Helsing. Pierwsza część była bardzo ciekawa, twórcy potraktowali gatunek z należytą uwagą i stworzyli grę, przy której spędziłem wiele godzin. Dobra fabuła, solidna mechanika i ciągłe poszukiwanie przedmiotów. Kolejne części były gorsze, aż przyszedł czas na wersję Final Cut, która – według mnie – doskonale podsumowała wszystko to, co było złe w serii Incredible Adeventures of van Helsing, a pozostawiła niewiele dobrego. Ostatnia odsłona okazała się po prostu nieudolnym klonem Diablo III. Zostawmy już nieustraszonego łowcę potworów w spokoju! Pójdźmy w kierunku Grim Dawn. Mroczna atmosfera, ciekawy podział na klasy i przyjemne łupanie! Znowu doskonałe zastosowanie zasad rządzących gatunkiem hack’n’slash, ale nie sądzę, aby w tej produkcji należało koniecznie doszukiwać się elementów oryginalnych i wyjątkowych. Jest to po prostu solidnie wypełniona forma. Grim Dawn w żadnym wypadku nie jest onieśmielone przez Diablo. Twórcy doskonale wybrnęli z tej sytuacji i postanowili dać graczom kawał solidnej rozgrywki z ciekawie rozbudowanym światem. Muszę przyznać, że właśnie ten element w Grim Dawn spodobał mi się najbardziej. Narracja rozwija się w dobrym tempie, a jej kolejne fragment doskonale podkreślają mroczny charakter świata przedstawionego.

Wszystkie, wymienione przeze mnie, gry łączą takie elementy jak eksploracja świata, rozwój bohatera, walka z potworami oraz zbieranie przedmiotów. Hack’n’slash składa się właśnie z tych elementów, ma być dobrą siekaniną, w której pokonywanie hord potworów sprawia mnóstwo radości. Jednak za każdym razem miałem wrażenie, że gram w modyfikację którejś z części Diablo. Zmiana kontekstu, grafiki, ale rozdawanie punktów umiejętności wszędzie takie samo, klasy bardzo podobne, a poszukiwanie przedmiotów tak samo zajmujące. Nie ma co narzekać, popularność serii Bilizzarda musiała przełożyć się na pojawienie się gier, które wykorzystywały opracowany schemat. Jednak, już od dłuższego czasu, zastanawiałem się, czy w końcu pojawi się produkcja odświeżająca gatunek. Pragnąłem delikatnej zmiany, czegoś odmiennego od łupania potworów w rzucie izometrycznym.

Jaskółką nadziei okazało się Book of Demons.

Karciane sztuczki

Pobrałem i odpaliłem grę. Od razu zrozumiałem, że twórcy traktują gatunek z dużym dystansem, dlatego ich produkcja czasem będzie wyśmiewała schematy znane z hack’n’slashy. Przerażające nazwy potworów rodem z ostatnich kręgów piekła? To nie tutaj! Arcydemon, adwersarz gracza, uwielbia bawić się demoniczną gumową kaczuszka podczas kąpieli w lawie. Można się zdziwić, gdy z przeklętego kucharza wypadają piekielne marchewki. Book of Demons to hack’n’slash z przymrużeniem oka. Jednak sprawy mechaniki gry zostały potraktowane bardzo poważnie i muszę przyznać, że właśnie ten element sprawia, że mam ciągle ochotę wracać do tej produkcji. Studio Thing Trunk pozbyło się klasycznego schematu rozwoju postaci, czyli popularnego drzewka. Nie ma setek statystki, które trzeba ciągle kontrolować. Book of Demons nastawione jest na zabawę, jednak czy to oznacza, że jest grą prostą?

Nie. Podstawowym wyzwaniem jest ułożenie sensownej talii kart. Eksplorując podziemia gracz je zbiera, zastępują one umiejętności oraz przedmioty. Liczba miejsc, w których możemy umieścić karty jest ograniczona, a wykupienie rozszerzenia pozwalającego na dodanie kolejnego artefaktu lub zaklęcia nie jest tanie. To bardzo dobrze napędza rozgrywkę. Jednym z obowiązkowych elementów każdej gry hack’n’slash jest ciągłe powtarzanie tych samych czynności, w celu zdobycia innego przedmiotu lub rozwinięcia umiejętności. W Book of Demons zostało to sprytnie rozwiązane. Do ulepszania karty potrzebne są specjalne runy oraz złoto. Ze zdobywaniem waluty nie ma najmniejszego problemu, wystarczy poświęcić odpowiednią ilość czasu na rozgrywkę, jednak runy to zupełnie inna bajka. Są stosunkowo rzadkie, dlatego należy z nich korzystać w sposób rozsądy i ulepszać te karty, z których faktycznie korzystamy. A wypada mieć kilka zestawów, aby reagować na to, co dzieje się w podziemiach. Na każdym poziomie warto być przygotowanym, zamrażać, palić i ciąć hordy naciągających wrogów.

Dlatego tak istotne jest zbieranie i ulepszanie kart. Te dwa mechanizmy sprawiają, że Book of Demons jest cały czas ciekawe. Szczególnie dla osób, które uwielbiają kolekcjonować przedmioty w grach. Do Book of Demons wracam, ponieważ chciałbym odkryć wszystkie karty, ulepszyć je do maksymalnych poziomów oraz zbudować dobrze działające zestawy. To wydaje się proste, jednak dzięki wzrastającemu poziomowi trudności oraz losowo generowanym lochom, zbieranie kart często staje się prawdziwym wyzwaniem. A za nieprzemyślane dopasowanie artefaktów i zaklęć wielokrotnie spotkała mnie śmierć.

Book of Demons to nowoczesny hack’n’slash. Gra stworzona z poszanowaniem zasad gatunku oraz z odświeżającą mechaniką w postaci kart. Jeżeli jesteście zmęczeni ciągłym klonowaniem Diablo, to koniecznie sięgnijcie po produkcję studia Thing Trunk. Nie musicie od razu kupować! Na stronie możecie pobrać demo i przetestować Book of Demons!

Niebo niczyje

Miłośnicy gier komputerowych od sierpnia załamują ręce. Miało być tak pięknie, tak cudownie. Otwarty wszechświat, solidna historia, a także proceduralnie generowane planety. Każda inna, im bliżej centrum galaktyki, tym dziwniej. Niestety, okazało się, że nie trzeba specjalnie daleko lecieć. W zupełności wystarczy spędzić kilka godzin w pierwszym układzie, aby pozbierać sporo ulepszeń oraz zgromadzić zapasy gotówki. W tym momencie mam ochotę zażartować. No Man’s Sky po prostu potwierdza, że to Człowiek, ten Odbiorca przed ekranem, jest Osią Wszystkiego. Śmiech przez łzy.

Nie czułem potrzeby zainwestowania w No Man’s Sky. Od czasu do czasu obejrzałem trailer lub jakiś krótki gameplay, posłuchałem, co tam gadają dziennikarze i zawsze obecny Sean Murray. Kiwałem głową i myślałem: Uwierzę, gdy zobaczę. Przeszedł dzień, w którym przyszło mi spojrzeć na świat wykreowany w No Man’s Sky z perspektywy gracza. Produkcja wylądowała na moim Steamowym koncie i zacząłem grać. Swoimi wrażeniami podzieliłem się w tej recenzji. W dalszym ciągu uważam, że No Man’s Sky trudno polecić w obecnej formie. To próżnia, która po 16 godzinach zaczyna nużyć, a potem przeraża. Bo w końcu tania ta gra nie była! Nieczęsto zdarza się zapłacić 60 euro za NIC! Ostatnio postanowiłem, że ponownie spróbuje pozwiedzać te jakże wyjątkowo nieróżnorodne planety. Cierpliwości wystarczyło mi na 20 minut…

Zacząłem zadawać sobie jedno proste pytanie – jakim cudem doszło do tego, że No Man’s Sky zostało wypuszczone na rynek? Ze smutkiem stwierdzam, że w tym przypadku za wszystko odpowiada twórca. Jednak warto także zerknąć na postawę mediów oraz potencjalnych odbiorców gry. Warto zajrzeć na steamową stronę tej produkcji i roześmiać się w głos. No Man’s Sky ma ponad 50 (!) nagród i nominacji! Jest to niby najlepsza gra niezależna, najlepszy oryginalny pomysł na grę, gra targów E3 w 2014 roku! Genialna, zachwycająca! A te wszystkie nominacja, te nagrody wręczano człowiekowi, którzy dużo opowiadał i od czasu do czasu pokazywał jakieś fragmenty rozgrywki. To wszystko.

Kim oni są?!

Przed No Man’s Sky nigdy nie trafiłem na Seana Murray’a. Z krótkiego biogramu na stronie studia Hello Games dowiedziałem się, że pracował w wielu miejscach. Zaintrygowała mnie jedna nazwa – Kuju. Sean Murray pracował tam jako tech director. Z nieukrywanym smutkiem muszę przyznać, że nie znam ani jednej gry stworzonej przez Kuju. Okazuje się, że niektóre produkcje, jak na przykład Art Academy, sprzedały się w milionach sztuk! Mocne 80 na Metacriticu! Cóż, współczesność jest tak nasycona różnymi elementami, że trudno się we wszystkim rozeznać. Podejrzewam, że na świecie na pewno są fani produkcji studia Kuju. Czytam dalej. W dorobku Seana Murray’a znaleźć można także ścigankę Burnout 3 oraz strzelankę Black. Obie gry zebrały całkiem niezłe oceny, podejrzewam, że mają swoich zagorzałych fanów. Trzeba przyznać, że Burnout 3 trzyma się świetnie na Metarciticu. Ocena użytkowników to 9.1, a produkcja ma już 12 lat! Black nie jest gorszy, bo ocenione na 8.4. Przy obu grach Sean Murray pracował jako technical lead.

Skoro tak często miał styczność z „technologiami”, to dlaczego nie potrafił jednoznacznie wskazać ograniczeń własnej gry? W trakcie projektowania poprzednich produkcji niczego się nie nauczył? Oczywiście, trudno porównywać ścigankę i strzelaknę z takim opus magnum jakim – w założeniu – miało być No Man’s Sky. Jednak wygląd tej gry, problemy techniczne, z jakimi musieli walczyć użytkownicy, wyraźnie wskazują na błędy w fazie produkcji. Ja, jako dumny przedstawiciel PCMR, nie mogłem pograć pierwszego dnia. Okazało się, że moja karta graficzna głupieje dokładnie w tym momencie, w którym uruchamiam No Man’s Sky. Problemy z oświetleniem przełożyły się na losowe generowanie cieni, co skutkowało zawieszaniem się gry. Na drugi dzień ten problem został rozwiązany, ale kolejna aktualizacja popsuła coś innego. Tym razem w ogóle nie mogłem włączyć No Man’s Sky. Rzuciłem okiem na forum na Steamie i okazało się, że nie tylko ja spotkałem się z podobnym problemem. Na konsolach wcale nie było lepiej! No Man’s Sky popełniało spektakularne samobójstwa w najróżniejszych momentach rozgrywki.

Być może zabrakło doświadczenia? Myślę, że tak. Hello Game, przed roztrzaskaniem marzeń fanów, zajmowało się serią Joe Danger. Gra wygląda na sympatyczną platformówkę, została ciepło przyjęta zarówno przez recenzentów, jak i przez graczy. Pojawił się nawet sequel! W większości przypadków oznacza to, że produkcja jest lubiana i być może warto kuć żelazo, póki gorące. Tym bardziej że w recenzjach podkreśla się prostotę obu gier, ich przystępność oraz to, że gwarantowały rozrywkę na dobrym poziomie. Niestety, żadne z tych określeń nie pasuje do No Man’s Sky. Oczywiście można zaczynać od czegoś prostego, bo jakoś trzeba rozpocząć swoją podróż. Jednak przykład Hello Games pokazuje, że warto dwa razy się zastanowić, zanim weźmie się na swoje barki wielki ciężar. Trudno inaczej nazwać grę, w której świat miał być otwarty i proceduralnie generowany. Na dodatek gracz miał mieć pełną swobodę decydowanie o swoich krokach, a od niektórych wyborów miał zależeć wynik rozgrywki. No Man’s Sky miało zachwycać różnorodną fauną i florą. Niestety, zamiast przerażających dinozaurów dostaliśmy latające dżdżownice. Świat może i jest otwarty, ale pusty. Po systemie frakcji nie ma nawet śladu, gdzieś ulotniły się także pięknie wyglądające bitwy w kosmosie. Wszystko wyparowało…

Krajobraz po rozczarowaniu

No Man’s Sky miało swoją premierę 12 sierpnia 2016 roku. Dzisiaj jest 17 października 2016 roku. Minęły dwa miesiące i nie ma żadnych baz, żadnej dodatkowej zawartości, która została obiecana. Gra utknęła w martwym punkcie i zdaje się szybować w dół. No Man’s Sky coraz bardziej przypomina projekt, który ktoś opuścił. Twórcy milczą w mediach społecznościowych. Gracze wylewają hektolitry nienawiści na Steamie. No Man’s Sky ma coraz gorsze recenzje, a ilość aktywnych użytkowników coraz bardziej spada. Według SteamCharts w szczytowym momencie, zanim gracze zorientowali się, że w tej produkcji nie ma zbyt wiele interesującej zawartości, ponad 200.000 podróżników eksplorowało galaktykę. Aktualnie jest ich niewiele ponad 1.000. Jest to przerażający spadek, który świadczy tylko o tym, że twórcy polegli. Nie sądzę, aby No Man’s Sky dało się jeszcze uratować. Musiałby wydarzyć się cud, a dobrze byłoby zacząć od rozmowy.

Praktyki Hello Games trudno nazwać wzorcowymi. Przed premierą Sean Murray z wielką chęcią udzielał się absolutnie wszędzie. W pewnym momencie strach było otworzyć lodówkę, ponieważ mógł z niej wyskoczyć kolejny materiał o No Man’s Sky. Prezentacje na targach opowiadały o wyjątkowej grze, o spełnionym marzeniu każdego fana science fiction. Gdy tylko pojawiły się pierwsze problemy, zaczęło się robić coraz ciszej. Jedynym z moich ulubionych momentów, są następujące słowa Seana Murray’a:

Initially I think we’ll all be supporting NMS. But there are other ideas we’ve got rattling around in our heads too. I think video games is just such a largely unexplored field. There’s very few studios that pull off the two game thing, but supporting one game and then kicking off something new – that’s doable right?

Sh*t, I just remembered, we’ve got another thing we’re already working on that’s unannounced. It’s a small experiment, but hopefully you all might like it 🙂

Maybe we can be the Johnny Depp of studios 😀 – do a mixture of big stuff and indie stuff? 😀

Ten fragment pochodzi z AMA, które odbyło się 8 sierpnia 2016 roku, dzień przed premierą gry na konsolach. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział o naklejkach na opakowaniach oraz problemach technicznych. Wszyscy były przekonani, że Hello Games odniesie spektakularny sukces, a o ich grze będzie się opowiadało przez długi czas. Na pewno jedno im się udało – zapisali się w historii – cyfrowej rozrywki, jako przykład studia, która nierozważnie prowadziło promocję i przegrało. 8 sierpnia, słowa o niezapowiedzianym projekcie, o byciu Johnnym Deppem gier niezależnych, brzmiały bardzo odważnie. Dzisiaj się po prostu śmieszne. Odbiorcy oczekują wyłącznie jednego: szczerości, wskazania kierunku, w którym będzie rozwijała się gra. Myślę, że ogłoszenie prac na inną produkcją rozpętałoby prawdziwe piekło. Na szczęście – przynajmniej na razie – do niczego takiego nie doszło.

Chciałbym, aby przypadek No Man’s Sky stał się precedensem na skalę światową. Istotna jest tutaj relacja klient – twórca, jej fundamentem powinna być wzajemna uczciwości i szacunek. Trudno oczekiwać spokojnych reakcji, w chwili, gdy przez trzy lata (!) prowadzi się bardzo agresywną kampanię marketingową. Jednym z jej efektów było stworzenie grupy psychofanów, którzy wręcz życzyli Seanowi Murray’owi śmierci, gdy przełożył premierę gry. Takich fanatyków trudno rozbroić. Świadczy o tym dość nieudolna próba w postaci informacji czego można oczekiwać po No Man’s Sky. W zasadzie wystarczyło napisać, że nie tego, co zostało obiecane. Wtedy taki tekst byłby najbliższy prawdzie.

Klienci muszą być ostrożniejsi! Liczyłem na to, że przypadek niegrywalnego Batmana nauczy graczy większej powściągliwości. Nic z tego. No Man’s Sky uderzyło z wielokrotnie większą siłą. Jest jednocześnie dowodem na to, że system przedsprzedaży rzadko się sprawdza. Poza Overwatchem – jak do tej pory – nie widzę dowodu na to, że warto było zapłacić za coś wcześniej. Cyfrowa rozrywka coraz częściej opiera się na handlu czymś, czego nie ma. Przypadek No Man’s Sky udowadnia to najmocniej. Niestety, w tym przypadku jedyną możliwością ukrócenia tego procederu, jest zaprzestanie kupowania preorderów. Obawiam się, że jest to trudne do wykonania. Produkcja Hello Games pokazała także, że gracze mają bardzo krótką pamięć. Na dodatek są bardzo podatni na marketingowe manipulacje, co najmocniej udziela się wszelkim dziennikarzom growym. A tutaj trzeba dystansu, należy poczekać i brać w nawias obietnice twóróców. Bez tego czekają nas kolejne bolesne rozczarowania.

Page 1 of 13

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén