Category: Eseje (Page 2 of 14)

Najważniejsze nagrody literackie 2016 roku

NAJWAŻNIEJSZE NAGRODY LITERACKIE 2016 ROKU – PODSUMOWANIE

Każdego roku do rąk pisarzy trafiają dziesiątki – o ile nie setki – najrozmaitszych nagród literackich. Są nagrody przyznawane za pojedyncze powieści (Nike, Angelus), są też takie, które przyznaje się za całokształt (Nobel). Niektóre, jak w przypadku Nike, dedykowane tylko obywatelom danego kraju (w tym przypadku: Polski), inne, jak w przypadku Angelusa – obywatelom określonej grupy krajów (Angelus zaś, konkretnie biorąc, stanowi nagrodę dla pisarzy z państw dawnego Bloku Wschodniego). Jeszcze inne, jak choćby, np., Nagrodę Bookera, przyznaje się pisarzom piszącym w określonym języku (np. angielskim) albo, osobno, na dany język tłumaczonym. W końcu: są nagrody, które otrzymują osoby w określonym wieku (Nagroda Fundacji Kościelskich – do 35 roku życia) albo za debiut.

Idąc dalej: są nagrody za prozę i nagrody za poezję. Są też nagrody łączone. Część z nich przyznaje się tylko za życia, inne – również pośmiertnie. Dalej jeszcze: są nagrody dla gatunków. Są nagrody za kryminał (np. Nagroda Wielkiego Kalibru) i nagrody dla fantastów (Zajdel).

Jest ich bardzo, bardzo dużo.

Nie sposób podsumować w jednym tekście wszystkiego, co miało miejsce w 2017 roku, wszystkich nagród literackich, wszystkich nagród, które w tym czasie przyznano, chcę skupić się na tym, co dla mnie, osobiście, jest najważniejsze, na nagrodach, które śledzę, czasami zaś – również obstawiam w zakładach. Są to nagrody z różnych półek – od literatury pięknej po literaturę gatunkową, od polskiej – po amerykańską. Tym, co łączy poszczególne punkty niniejszego zestawienia, jest pasja do literatury (a także, co, jak sądzę, oczywiste, pasja do komentowania). Jeżeli bowiem jest coś, co można zrobić z faktem, iż ten a ten bądź ta a ta dostała taką to a taką nagrodę literacką – to (no cóż!) rzecz skomentować. Fakt się dokonał: cóż innego pozostaje?

Zestawienie przedstawiam w porządku alfabetycznym, tam, gdzie mogę, opatrując rzecz komentarzem (o plusach i minusach danej decyzji). (Zwróćcie też, proszę, uwagę, iż nie posługuję się przeważnie pełną, ale skróconą nazwą danej nagrody – zamiast pisać o Nagrodzie Nobla w dziedzinie literatury, piszę po prostu: Nobel. Zamiast Nagroda Literacka Europy Środkowe Angelus – po prostu Angelus. Tak też zorganizowany jest tekst.)

PODSUMOWANIE

Angelus (nagrodzony: Varujan Vosganian – za powieść Księga szeptów)

Z plusów: Księga szeptów to księga wspaniała. Nie tak wspaniała, jak Księgi Jakubowe, nagrodzona rok temu powieść Olgi Tokarczuk, niemniej: wspaniałe, nadal wspaniałe. Nie chodzi mi nawet o same walory literackie – dobrych książek nie pasuje. Nie w tym rzecz, by powieść po mistrzowsku skonstruować czy pięknie napisać. Autor poszedł krok dalej: czytając Księgę szeptów masz bowiem wrażenie, że obcujesz z dziełem ważnym. W tym sensie nawet wartość literacka schodzi na dalszy plan (tam, gdzie jest z nią kiepsko – tu zaś absolutnie nie jest). Nagrodę uważam więc za szczególnie udaną. Dla kogoś, kto chce zacząć przygodę z literaturą środkowoeuropejską (w tym przypadku: rumuńską), nie ma lepszej propozycji.

Z minusów: nie znajduję.

Booker (nagrodzony: Paul Beatty – za powieść The Sellout)

Z plusów: od kiedy do Nagrody Bookera nominować zaczęto również Amerykanów (wcześniej w grę wchodzili jedynie piszący po angielsku pisarze z krajów dawnego Imperium Brytyjskiego), poziom konkursu wzrósł – i to znacząco*. Co ciekawe jednak, Amerykanie musieli na swoją kolej trochę poczekać: w poprzednich latach Bookery wędrowały głównie na antypody, do Australii (Richard Flanagan) i Nowej Zelandii (Eleanor Catton), raz zaś – na Jamajkę (Marlon James). Powieści wspomnianych autorów to prawdziwe arcydzieła – jak na ich tle wypada The Sellout? Cóż. Wypada nieco bladziej, niemniej – wciąż nieźle. Powieść trzyma poziom, jest dobrą książką (momentami: bardzo dobrą). Nie jest to z pewnością ta klasa co Flanagan, że nie wspomnieć tu o Catton (której Wszystko, co lśni jest, moim zdaniem, najlepszą powieścią, jaką kiedykolwiek wyróżniono Bookerem, powieścią klasy Dzieci północy, jeśli nie lepszą). Nie jest to nawet rzecz klasy Hańby (Coetzee to, mimo wszystko, pewna marka). Choć jednak w porównaniu z tymi dziełami The Sellout wypada nieco gorzej, ogólnie rzecz biorąc – jest to nadal jedna z najlepszych książek roku. I to wcale nie dlatego, że rok ten był słaby (bo był): powieść Beatty’ego broni się na własnych prawach. Na zachętę dodam jeszcze, że jest to jedna z najlepszych powieści komediowych, jakie ostatnio czytałem (a że czytałem m.in. Barnesa, jest to, jak sądzę, jakąś rekomendacją).

Z minusów: na tle trzech poprzednich Bookerów rzecz Beatty’ego wydaje się po prostu średnia.

*Oprócz głównej Nagrody Bookera przyznawana jest także nagroda międzynarodowa: dla najlepszej książki przełożonej w danym roku na język angielski. Do tego konkursu od lat akceptowano pisarzy z krajów innych niż kraje dawnego Imperium. Dopiero od 2013, kiedy to Bookerem nagrodzono Eleanor Catton, w głównym konkursie może wziąć udział każda książka, jaką napisano w danym roku w języku angielskim. Co – w praktyce – oznacza, iż Booker stał się nagrodą dla najlepszej anglojęzycznej powieści na świecie.

International Dublin Literary Award (nagrodzony: Akhil Sharma – za Family Life)

Z plusów: tę nagrodę lubię szczególnie. Nie jest to wprawdzie ani najbardziej znana, ani opiniotwórcza nagroda literacka w Europie. Zdaję sobie sprawę, iż pisać o niej w sąsiedztwie nagród takich jak Booker czy Nobel to dość znacząco podnosić jej rangę. To mówiąc, nigdy, nigdy, ani razu – nie zdarzyło mi się kwestionować podejmowanych przez jej jurorów decyzji. To oni pokazali mi Houellebecqua (którego Cząstki elementarne nagrodzili w 2002 roku, kiedy nikt jeszcze o nim nie mówił). To oni pokazali mi Orhana Pamuka (w 2003 roku). Co jednak ciekawe, nie sposób nie odnieść wrażenia, iż są to ludzie, którzy podchodzą do swojego zadania bardzo pryncypialnie: nie tyle zależy im na nagradzaniu najlepszych książek, ile na promowaniu najlepszych nienagrodzonych dotąd dzieł. Stąd też, jak sądzę, nagrodę otrzymał Akhil Sharma, choć na krótkiej liście znalazł się również Marlon James (z nagrodzoną wcześniej Bookerem Krótką historią siedmiu zabójstw). W konkurencji z dziełem Jamesa Family Life Sharmy wypada słabiej, to oczywiste. Jest jednak naprawdę porządnie skomponowaną (i bardzo solidnie napisaną) powieścią. Jej akcja osadzona jest na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Miejsce: Nowy Jork. Temat: życie imigranckiej hinduskiej rodziny. Co więcej? Nie powiem – sprawdźcie to sami. Choć Family Life nie jest najlepszym, co miałem okazję czytać w 2016, jest rzeczą naprawdę wartą uwagi.

Z minusów: to, co jedni uważają za plus, dla innych będzie minusem. Rozumiem, iż decyzja jurorów nie każdemu musi się podobać – nagrodzono bowiem książkę, którą chciano wyróżnić, nie zaś tę najlepszą. (Choć zasadniczo jestem przeciwnikiem podobnych stwierdzeń, muszę to przyznać, konkurować z Krótką historią siedmiu zabójstw powieść Sharmy naprawdę nie może.) Jeżeli jednak do rzeczy podejść z pewnym dystansem, jeśli przyjąć, iż nagrody literackie są zawsze wyróżnieniami, za którymi kryje się jakaś agenda, a komisje, nagradzając pisarzy, robią to również przez wzgląd na inne, nie zawsze bezpośrednio związane z jakością samego dzieła cele – to wybór ten okazuje się decyzją zrozumiałą… i mądrą.

Nagroda Goncourtów (nagrodzona: Leila Slimani – za powieść Chanson Douce)

Z plusów: Nagroda Goncourtów jest jedną z najstarszych i najbardziej prestiżowych europejskich nagród literackich. Choć przyznaje się ją jedynie za powieści pisane po francusku – ściślej zaś: za najlepszą francuską powieść w danym roku – to waga tego wyróżnienia bliska jest wadze Nagrody Bookera. Nic w tym dziwnego. Francuscy pisarze, jak czasem się mówi, nie potrzebują uznania reszty Europy. Francuski rynek wydawniczy sam w sobie jest większy niż suma większości rynków europejskich, francuska scena literacka stanowi odrębny mikrokosmos (rządzi się również innymi prawami). Relatywnie nieznani poza Francją francuscy pisarze zgarniają zaś Noble sprzed oczu znanych na całym świecie Europejczyków. Choć powieść Slimani jest jedyną w tym zestawieniu, której jeszcze nie czytałem – nie przełożono jej nawet na angielski! – wierzę, wiem, że jest tu na co czekać: czymkolwiek bowiem będzie, to, znając historię Nagrody Goncourtów, można sądzić, iż jest na co czekać. Czekamy. Recenzje są hurraoptymistyczne.

Z minusów: trudno (na chwilę obecną) powiedzieć.

Nike (nagrodzona: Bronka Nowicka – za powieść Nakarmić kamień)

Z plusów: dobrze, że przełamano pewne schematy. Nagrodę dostała osoba spoza literackiego establishmentu, co więcej – debiutantka, coś, co prawie się nie zdarza. Co więcej, muszę przyznać, iż powieść Bronki Nowickiej jest naprawdę, hm, ciekawa. Nie powiem, że dobra, bo to słowo najzwyczajniej w świecie do niej nie pasuje. Nakarmić kamień nie jest książką dobrą. Gwoli ścisłości, nie jest również książką złą. Co jednak ważne, jest książką inną, książką odmienną, nową (choć nie nowatorską), nietuzinkową. Choć nie sądzę, by rzeczywiście była najlepszym, co w tym roku napisano, jest wśród rzeczy najciekawszych.

Z minusów: zdaję sobie sprawę, iż rok 2016 był dla literatury rokiem dość słabym, tak w Polsce, jak na Zachodzie. To się zdarza. Jestem też świadom, iż Nagroda Nike zawsze była nagrodą nieco kontrowersyjną. Obok lat, kiedy nagradzano nią książki wybitne, są takie, kiedy to nagradzano średnie lub słabe, w najlepszym zaś razie – mocno wątpliwe. I choć uważam, że na tegoroczną Nike niesłusznie wylano aż tak ogromną falę krytyki, muszę przyznać, iż część zastrzeżeń jest przynajmniej w jakiejś mierze słuszna. To zresztą ryzyko, którego jurorzy powinni byli mieć świadomość. Fakt, że tak często zdarzało im się potem tłumaczyć z tej decyzji, usprawiedliwiać ją i uzasadniać w prasie i mediach, a nawet, jak miało to miejsce w jednym z przypadków, zarzucać krytykującym, iż się nie znają – działa, w moim odczuciu, na ich niekorzyść, tchnie amatorszczyzną i sprawia, że sam wybór wydaje się bardziej arbitralny, niż powinien. Inna rzecz zaś to pytanie, czy nagroda reklamująca się jako wyróżnienie dla najlepszej polskiej książki roku rzeczywiście powinna być aż tak kontrowersyjną.

Nebula (nagrodzona: Naomi Novik – za powieść Uprooted)

Z plusów: nagroda za powieść dla najlepszego amerykańskiego fantasty (pisarza science-fiction lub fantasy) powędrowała do Naomi Novik. Nagrodzona książka, Uprooted (w polskim przekładzie: Wybrana), to jedna z najciekawszych powieści fantasy ostatnich lat, dla nas, obywateli Polski, tym ciekawsza, iż akcja jej osadzona jest w mocno zmitologizowanym, po części baśniowym odpowiedniku Polski. Powieść nie jest zresztą typowym fantasy: przekracza granice gatunku, wychodząc na spotkanie beletrystyce, co, jak wiadomo, przeważnie wychodzi fantastyce na zdrowie. I choć kryteria, którymi przy ocenie książek kieruje się większość fanów fantastyki, mogą wydawać się nieco egzotyczne pozostałym czytelnikom, Uprooted to rzecz, o której warto pamiętać. Jeżeli chcesz zacząć przygodę z fantasy, to może być całkiem niezły punkt wejścia.

Z minusów: nie znajduję. To mówiąc, pamiętajmy, iż Nebula jest nagrodą specyficzną, podobnie jak specyficzną jest półka, z której książki się tu nagradza. Ostatnio jednak Nebula z nagrody niszowej stała się nagrodą wychodzącą na zewnątrz. Często nagradza się nią powieści, które mają pokazać niezainteresowanym fantastyką czytelnikom fantasy i science-fiction z tej bardziej przystępnej strony.

Cokolwiek by mówić, książka jest dobra.

Nobel (nagrodzony: Bob Dylan)

Z plusów: niesamowicie ciekawa nagroda dla niesamowicie ciekawej osoby. Choć o Dylanie od lat mówiło się w kontekście Nagrody Nobla (w 2011 roku, zapewne za sprawą jakiegoś przecieku, figurował on na listach niektórych brytyjskich bukmacherów jako jeden z faworytów), nikt nie spodziewał się tej nagrody. Owszem, od lat nie nagradzano Noblem Amerykanów (ostatnio Toni Morrison – we wczesnych latach dziewięćdziesiątych). Tym nNiemniej Nobel dla Dylana to wciąż pewne zaskoczenie, również dlatego, że nie otrzymał jej (a w konsekwencji też, jak myślę, nie otrzyma) żaden z amerykańskich Wielkich Pisarzy: ani Roth, ani Pynchon, ani DeLillo, ani McCarthy (że o młodszym pokoleniu nie wspomnę). Kontekst polityczny jest tu przy tym oczywisty – wybory. To mówiąc, Dylan z całą pewnością stanowi ciekawy dodatek do Nnoblowskiego panteonu, nagroda zaś, jak się często komentuje, poszerza nieco granice tego, co dotąd uznawaliśmy za literaturę (Nobel ma ten opiniotwórczy potencjał). Nadto, po raz pierwszy od wielu, wielu lat nikt niezainteresowany literaturą nie zapyta: Co? Dylan? Boże, a kto to?

Z minusów: Jak powiedziałem: nagrodzono Amerykanina. Co w praktyce oznacza mniej-więcej tyle, że nieprędko stanie się to ponownie. USA jest państwem wielkim (obszarowo i pod względem ilości mieszkańców), Nobla nie dostanie naprawdę wielu świetnych pisarzy. Wspomniana przeze mnie czwórka to tylko czubek wierzchołek góry lodowej. Nie nam wprawdzie, powie ktoś z zewnątrz, mówić, co ma robić Komitet Noblowski – jest to prawdą, niemniej, pamiętajmy, Nobel ma pewne miejsce w kulturze, a miejsce to zobowiązuje. To właśnie dlatego tak często krytykowano tę nagrodę nie tyle za to, kto ją dostał, ale też za to, kto jej nie dostał – rzecz, która w przypadku innych wyróżnień byłaby nie do pomyślenia. Jest dość smutne, że Philip Roth ma szansę dołączyć do listy Noblowskich wyrzutów sumienia. Patrząc na to z tej jaśniejszej strony, nie będzie mu tam z pewnością samotnie. Towarzystwo też wyborne: Joyce, Borges, Nabokov, Kundera – że nie wspomnieć o Tołstoju!

Paszport Polityki (nagrodzony: Łukasz Orbitowski – za powieść Inna dusza)

Z plusów: Inna dusza to powieść znakomita. Inna od reszty książek autora, nie sposób zaprzeczyć. Dużo lepsza i dojrzalsza, dużo, dużo poważniejsza. Dla kogoś, kto, jak ja, wychowywał się w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to rozgrywa się jej akcja – lektura obowiązkowa. Dla reszty – przynajmniej lekki priorytet, ponieważ książka Orbitowskiego stanowi pierwszy od lat na polskim rynku tak bardzo udany mariaż literatury gatunkowej z poważną beletrystyką. Ogólnie rzecz biorąc doskonały wybór, tym bardziej, że Orbitowski, pisarz jedyny w swoim rodzaju (nie zawsze bardzo dobry, częściej niezły, zawsze jednak – diabelnie ciekawy!) od dawna zasługiwał na jakiś rodzaj większego, poważniejszego wyróżnienia. Z tą nagrodą z całą pewnością stanie się bardziej rozpoznawalną postacią, również w beletrystycznym mainstreamie.

Z minusów: Inna dusza ma swoje minusy. Jak większość powieści Orbitowskiego, nie jest książką idealną. Nawet jednak w tym miejscu trudno mi powiedzieć cokolwiek na nie. Jeśli bowiem tu i ówdzie rzecz ugina się pod ciężarem literackiej proweniencji autora (Orbitowski jest z zamiłowania raczej fantastą niż beletrystą czy autorem powieści opartych na faktach), to jakimś cudem nawet to wychodzi jej na zdrowie. Koniec końców, jestem fanem – zarówno powieści, jak i tej nagrody.

Pulitzer (za powieść) (nagrodzony: Viet Thanh Nguyen – za powieść The Sympathizer)

Z plusów: wojna w Wietnamie to jedna z największych amerykańskich traum. Nic dziwnego, że do dziś pisze się o niej powieści. Temat jest trudny i niełatwo jest się z nim zmierzyć. Jednak Viet Thanh Nguyen wychodzi z tej próby nieco poobijany. The Sympathizer (polski przekład: Sympatyk – raczej średni, robiony ewidentnie naprędce, nie polecam) jest powieścią odważną, obrazoburczą, oryginalną i dobrze napisaną. Choć rozliczenie, które przedstawia, jest bardzo bolesne, sama rzecz daje też pewną nadzieję – że to, co się stało, cokolwiek to było – da się pojąć oraz że ludzi, również tych po drugiej stronie, można zrozumieć. Pokazuje, jak zniuansowane potrafią być przyczyny naszych działań, jak skomplikowanymi są w istocie nawet te najprostsze z pozoru sytuacje. Dla Amerykanów – na pewno trudna lektura. Tym lepiej, że to oni, właśnie oni ją nagrodzili.

Z minusów: Pulitzer ma swoje wzloty i upadki. Do tych pierwszych należy choćby nagrodzony ostatnio Szczygieł Donny Tartt. Tych drugich wymieniać tu nie chcę. The Sympathizer może być jedną z najlepszych książek o Wietnamie, nie jest jednak jedną z najlepszych książek w ogóle. Nie bądźmy jednak nadmiernie krytyczni: rzecz zdobyła w roku poprzednim większość najważniejszych amerykańskich nagród literackich. Ewidentnie – są powody.

World Fantasy Award (w kategorii Life Achievement) (nagrodę otrzymali Dayid G. Hartwell oraz Andrzej Sapkowski)

Z plusów: WFA przyznaje się w kilku kategoriach. Najbardziej interesującą jest, ma się rozumieć, ta ostatnia, najważniejsza: Life Achievement, tj. nagroda za całokształt twórczości. Nagrodę tę nie bez powodu określa się mianem Nobla Świata Fantasy. Fani Sapkowskiego (tych zaś, myślę, nie brakuje) mają więc powód do radości. Pozostaje jednak pytanie: jaka w tym zasługa książek, jaka zaś – robiących tak wielką furorę gier o Wiedźminie?

Z minusów: Sapkowski to, jak wiadomo, człowiek o pokaźnym ego, przynajmniej publicznie. Jeśli już wcześniej, wygłaszając niczym prawdy objawione swoje przerażająco niedogotowane poglądy na literaturę (i sztukę w ogóle), był dosyć trudny do zniesienia (by nie powiedzieć, że po prostu śmieszny), to teraz, istnieje pewne ryzyko, stanie się prawdziwie nieznośny. Sama nagroda również pozostaje wątpliwa. Na ile jest ona nagrodą literacką, w jakim stopniu zaś Sapkowski zawdzięcza ją popularności produkcji studia CD Projekt Red? Saga o Wiedźminie to wielkie dzieło polskiego fantasy, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Trzeba jednak powiedzieć to głośno: nawet jeżeli jesteśmy jej oddanymi fanami, nie jeden raz jeszcze usłyszymy, iż nagroda dla Sapkowskiego jest tak naprawdę nagrodą dla Wiedźmina, nagrody dla Wiedźmina zaś od dawna nie są nagrodami wyłącznie dla książek, lecz dla Wiedźmina – jako całości. W tym za dla tak często krytykowanych przez samego Sapkowskiego gier o Geralcie. (Na szczęście – sprawę tę studzi fakt, że nagroda przyznana została dwóm osobom. Jeżeli bowiem jest jakiś sposób, by złagodzić literacką kontrowersję, to podzielić ją na dwa. Jak tutaj.)

PODSUMOWANIE PODSUMOWANIA

Powyższa lista nie jest listą kompletną. To jasne. Jest też listą – przynajmniej po części – arbitralną. Nie będę ukrywał, że tworząc ją, kierowałem się również swoimi upodobaniami. To mówiąc, starałem się napisać o rzeczach, według mnie, najciekawszych. Stąd obecność Nebuli i WFA – z powodu wątków, nazwijmy je, polskich – obok nagród z rodzaju Bookera czy Nobla. Nike, co oczywiste, pominąć nie mogłem. Obecność Paszportu Polityki to kwestia sympatii, jaką od dawna budzi we mnie twórczość Orbitowskiego. Jakkolwiek nie spojrzeć, zestawienie to, tak czy inaczej, nie miałoby szans być kompletnym. Jeżeli zaś, mój drogi Czytelniku, moja droga Czytelniczko, dowiedziałeś/dowiedziałaś się z niego czegokolwiek nowego, to zadanie swoje uważam za choćby po części spełnione.

O AUTORZE

Przem:

Fan gier, filmów i literatury. Pasjonat sceny startupowej (współprowadzący poświęconą jej stronę Starting Things Up). Z wielką uwagą śledzi inicjatywy pojawiające się na serwisach crowdfundingowych. Te najciekawsze – stara się wspierać.

Księga pełna demonów

Od lat jestem oddanym fanem serii Diablo. Co prawda swoją przygodę zaczynałem od drugiej części, a po pierwszą sięgnąłem po to, aby poznać fundamenty całego świata. Pamiętam, że było to zderzenie bardzo bolesne. Zanim odpaliłem Diablo, myślałem, że Blizzard wprowadził jedynie niewielkie zmiany do sequela serii. Boleśnie się pomyliłem. A najbardziej przerażający był jeden, niewielki element – mana się nie regenerowała! I jak tu grać magiem?! Musiałem się zebrać w sobie, maksymalnie skupić i w końcu przeszedłem grę. Bywało ciężko, jednak od tego momentu wiedziałem, że z wielką chęcią będę testował produkcje z gatunku hack’n’slash.

Dlatego bardzo ucieszyłem się, gdy w moje ręce wpadł klucz do gry Book of Demons. Jest to polska produkcja, którą rozwija studio Thing Trunk. Zgodnie z informacjami podanymi na stronie produkcji na Steamie, Book of Demons powstaje już trzy lata. Do wczesnego dostępu trafiło 28 lipca 2016 roku. Kilka miesięcy już tam jest, w takim razie kiedy będzie premiera? Znowu będę posiłkował się opisem produktu na Steamie, Thing Trunk planuje wydać Book of Demons pod koniec bieżącego roku lub na początku 2017. Chciałoby się rzecz, że to już na dniach, że już wkrótce przyjdzie się cieszyć nam gotową produkcją. Jest to wykonalne, ponieważ Book of Demons nie jest typową grą we wczesnym dostępie. Moje wrażenia z tą formą otwartych i odpłatnych testów są skomplikowane. Trafiłem na wiele gier, które wyraźnie były w fazie wczesnego projektowania, a jedynie nieliczne przypadki były maksymalnie grywalne i wymagały wyłącznie doszlifowania. Book of Demons należy do drugiej kategorii. Thing Trunk opublikowało grę  dopracowaną, działającą i dającą wiele przyjemności z rozgrywki.

Nic dziwnego, że w tym roku otrzymali nagrodę w kategorii „Wybor jury” w konkursie „FreeGalactus”. Trud twórców został doceniony i liczę na to, że Book of Demons zostanie dostrzeżone przez społeczność graczy. Jest to gra nietuzinkowa.

Czas na siekanie!

Co jest takiego wyjątkowego w Book of Demons? Myślę, że warto wybrać się na krótką wycieczkę po ostatnio popularnych hack’n’slashach. Zacznijmy od przyjemnego Torchlight. Pierwsza część, chwilami, aż do potwornego bólu, przypominała Diablo. Inny był świat, a także klasy, jedna sam model rozgrywki był ten sam. Zło, niebezpieczeństwo czyhające gdzieś głęboko. Nic tylko wybrać się na przyjemną przechadzkę w dół. I gracz, wraz ze stworzonym przez siebie bohaterem, szedł. Kolejne poziomy były pełne interesujących przeciwników, arsenał ciekawych przedmiotów również był spory. Potem przyszedł czas na Torchlight II, który zawsze będzie mi przypominał drugą część Diablo z delikatnie zmodyfikowaną mechaniką i inną grafiką. Co ciekawe wciąż wracam do Trochlight II. Dzieje się to za sprawą modów, które sprawiają, że gra jest wciąż żywa.

Na mojej liście ogranych i popularnych hack’n’slashy są jeszcze dwie, godne wspomnienia, pozycje. Pierwsza to The Incredible Adventures of van Helsing. Pierwsza część była bardzo ciekawa, twórcy potraktowali gatunek z należytą uwagą i stworzyli grę, przy której spędziłem wiele godzin. Dobra fabuła, solidna mechanika i ciągłe poszukiwanie przedmiotów. Kolejne części były gorsze, aż przyszedł czas na wersję Final Cut, która – według mnie – doskonale podsumowała wszystko to, co było złe w serii Incredible Adeventures of van Helsing, a pozostawiła niewiele dobrego. Ostatnia odsłona okazała się po prostu nieudolnym klonem Diablo III. Zostawmy już nieustraszonego łowcę potworów w spokoju! Pójdźmy w kierunku Grim Dawn. Mroczna atmosfera, ciekawy podział na klasy i przyjemne łupanie! Znowu doskonałe zastosowanie zasad rządzących gatunkiem hack’n’slash, ale nie sądzę, aby w tej produkcji należało koniecznie doszukiwać się elementów oryginalnych i wyjątkowych. Jest to po prostu solidnie wypełniona forma. Grim Dawn w żadnym wypadku nie jest onieśmielone przez Diablo. Twórcy doskonale wybrnęli z tej sytuacji i postanowili dać graczom kawał solidnej rozgrywki z ciekawie rozbudowanym światem. Muszę przyznać, że właśnie ten element w Grim Dawn spodobał mi się najbardziej. Narracja rozwija się w dobrym tempie, a jej kolejne fragment doskonale podkreślają mroczny charakter świata przedstawionego.

Wszystkie, wymienione przeze mnie, gry łączą takie elementy jak eksploracja świata, rozwój bohatera, walka z potworami oraz zbieranie przedmiotów. Hack’n’slash składa się właśnie z tych elementów, ma być dobrą siekaniną, w której pokonywanie hord potworów sprawia mnóstwo radości. Jednak za każdym razem miałem wrażenie, że gram w modyfikację którejś z części Diablo. Zmiana kontekstu, grafiki, ale rozdawanie punktów umiejętności wszędzie takie samo, klasy bardzo podobne, a poszukiwanie przedmiotów tak samo zajmujące. Nie ma co narzekać, popularność serii Bilizzarda musiała przełożyć się na pojawienie się gier, które wykorzystywały opracowany schemat. Jednak, już od dłuższego czasu, zastanawiałem się, czy w końcu pojawi się produkcja odświeżająca gatunek. Pragnąłem delikatnej zmiany, czegoś odmiennego od łupania potworów w rzucie izometrycznym.

Jaskółką nadziei okazało się Book of Demons.

Karciane sztuczki

Pobrałem i odpaliłem grę. Od razu zrozumiałem, że twórcy traktują gatunek z dużym dystansem, dlatego ich produkcja czasem będzie wyśmiewała schematy znane z hack’n’slashy. Przerażające nazwy potworów rodem z ostatnich kręgów piekła? To nie tutaj! Arcydemon, adwersarz gracza, uwielbia bawić się demoniczną gumową kaczuszka podczas kąpieli w lawie. Można się zdziwić, gdy z przeklętego kucharza wypadają piekielne marchewki. Book of Demons to hack’n’slash z przymrużeniem oka. Jednak sprawy mechaniki gry zostały potraktowane bardzo poważnie i muszę przyznać, że właśnie ten element sprawia, że mam ciągle ochotę wracać do tej produkcji. Studio Thing Trunk pozbyło się klasycznego schematu rozwoju postaci, czyli popularnego drzewka. Nie ma setek statystki, które trzeba ciągle kontrolować. Book of Demons nastawione jest na zabawę, jednak czy to oznacza, że jest grą prostą?

Nie. Podstawowym wyzwaniem jest ułożenie sensownej talii kart. Eksplorując podziemia gracz je zbiera, zastępują one umiejętności oraz przedmioty. Liczba miejsc, w których możemy umieścić karty jest ograniczona, a wykupienie rozszerzenia pozwalającego na dodanie kolejnego artefaktu lub zaklęcia nie jest tanie. To bardzo dobrze napędza rozgrywkę. Jednym z obowiązkowych elementów każdej gry hack’n’slash jest ciągłe powtarzanie tych samych czynności, w celu zdobycia innego przedmiotu lub rozwinięcia umiejętności. W Book of Demons zostało to sprytnie rozwiązane. Do ulepszania karty potrzebne są specjalne runy oraz złoto. Ze zdobywaniem waluty nie ma najmniejszego problemu, wystarczy poświęcić odpowiednią ilość czasu na rozgrywkę, jednak runy to zupełnie inna bajka. Są stosunkowo rzadkie, dlatego należy z nich korzystać w sposób rozsądy i ulepszać te karty, z których faktycznie korzystamy. A wypada mieć kilka zestawów, aby reagować na to, co dzieje się w podziemiach. Na każdym poziomie warto być przygotowanym, zamrażać, palić i ciąć hordy naciągających wrogów.

Dlatego tak istotne jest zbieranie i ulepszanie kart. Te dwa mechanizmy sprawiają, że Book of Demons jest cały czas ciekawe. Szczególnie dla osób, które uwielbiają kolekcjonować przedmioty w grach. Do Book of Demons wracam, ponieważ chciałbym odkryć wszystkie karty, ulepszyć je do maksymalnych poziomów oraz zbudować dobrze działające zestawy. To wydaje się proste, jednak dzięki wzrastającemu poziomowi trudności oraz losowo generowanym lochom, zbieranie kart często staje się prawdziwym wyzwaniem. A za nieprzemyślane dopasowanie artefaktów i zaklęć wielokrotnie spotkała mnie śmierć.

Book of Demons to nowoczesny hack’n’slash. Gra stworzona z poszanowaniem zasad gatunku oraz z odświeżającą mechaniką w postaci kart. Jeżeli jesteście zmęczeni ciągłym klonowaniem Diablo, to koniecznie sięgnijcie po produkcję studia Thing Trunk. Nie musicie od razu kupować! Na stronie możecie pobrać demo i przetestować Book of Demons!

Niebo niczyje

Miłośnicy gier komputerowych od sierpnia załamują ręce. Miało być tak pięknie, tak cudownie. Otwarty wszechświat, solidna historia, a także proceduralnie generowane planety. Każda inna, im bliżej centrum galaktyki, tym dziwniej. Niestety, okazało się, że nie trzeba specjalnie daleko lecieć. W zupełności wystarczy spędzić kilka godzin w pierwszym układzie, aby pozbierać sporo ulepszeń oraz zgromadzić zapasy gotówki. W tym momencie mam ochotę zażartować. No Man’s Sky po prostu potwierdza, że to Człowiek, ten Odbiorca przed ekranem, jest Osią Wszystkiego. Śmiech przez łzy.

Nie czułem potrzeby zainwestowania w No Man’s Sky. Od czasu do czasu obejrzałem trailer lub jakiś krótki gameplay, posłuchałem, co tam gadają dziennikarze i zawsze obecny Sean Murray. Kiwałem głową i myślałem: Uwierzę, gdy zobaczę. Przeszedł dzień, w którym przyszło mi spojrzeć na świat wykreowany w No Man’s Sky z perspektywy gracza. Produkcja wylądowała na moim Steamowym koncie i zacząłem grać. Swoimi wrażeniami podzieliłem się w tej recenzji. W dalszym ciągu uważam, że No Man’s Sky trudno polecić w obecnej formie. To próżnia, która po 16 godzinach zaczyna nużyć, a potem przeraża. Bo w końcu tania ta gra nie była! Nieczęsto zdarza się zapłacić 60 euro za NIC! Ostatnio postanowiłem, że ponownie spróbuje pozwiedzać te jakże wyjątkowo nieróżnorodne planety. Cierpliwości wystarczyło mi na 20 minut…

Zacząłem zadawać sobie jedno proste pytanie – jakim cudem doszło do tego, że No Man’s Sky zostało wypuszczone na rynek? Ze smutkiem stwierdzam, że w tym przypadku za wszystko odpowiada twórca. Jednak warto także zerknąć na postawę mediów oraz potencjalnych odbiorców gry. Warto zajrzeć na steamową stronę tej produkcji i roześmiać się w głos. No Man’s Sky ma ponad 50 (!) nagród i nominacji! Jest to niby najlepsza gra niezależna, najlepszy oryginalny pomysł na grę, gra targów E3 w 2014 roku! Genialna, zachwycająca! A te wszystkie nominacja, te nagrody wręczano człowiekowi, którzy dużo opowiadał i od czasu do czasu pokazywał jakieś fragmenty rozgrywki. To wszystko.

Kim oni są?!

Przed No Man’s Sky nigdy nie trafiłem na Seana Murray’a. Z krótkiego biogramu na stronie studia Hello Games dowiedziałem się, że pracował w wielu miejscach. Zaintrygowała mnie jedna nazwa – Kuju. Sean Murray pracował tam jako tech director. Z nieukrywanym smutkiem muszę przyznać, że nie znam ani jednej gry stworzonej przez Kuju. Okazuje się, że niektóre produkcje, jak na przykład Art Academy, sprzedały się w milionach sztuk! Mocne 80 na Metacriticu! Cóż, współczesność jest tak nasycona różnymi elementami, że trudno się we wszystkim rozeznać. Podejrzewam, że na świecie na pewno są fani produkcji studia Kuju. Czytam dalej. W dorobku Seana Murray’a znaleźć można także ścigankę Burnout 3 oraz strzelankę Black. Obie gry zebrały całkiem niezłe oceny, podejrzewam, że mają swoich zagorzałych fanów. Trzeba przyznać, że Burnout 3 trzyma się świetnie na Metarciticu. Ocena użytkowników to 9.1, a produkcja ma już 12 lat! Black nie jest gorszy, bo ocenione na 8.4. Przy obu grach Sean Murray pracował jako technical lead.

Skoro tak często miał styczność z „technologiami”, to dlaczego nie potrafił jednoznacznie wskazać ograniczeń własnej gry? W trakcie projektowania poprzednich produkcji niczego się nie nauczył? Oczywiście, trudno porównywać ścigankę i strzelaknę z takim opus magnum jakim – w założeniu – miało być No Man’s Sky. Jednak wygląd tej gry, problemy techniczne, z jakimi musieli walczyć użytkownicy, wyraźnie wskazują na błędy w fazie produkcji. Ja, jako dumny przedstawiciel PCMR, nie mogłem pograć pierwszego dnia. Okazało się, że moja karta graficzna głupieje dokładnie w tym momencie, w którym uruchamiam No Man’s Sky. Problemy z oświetleniem przełożyły się na losowe generowanie cieni, co skutkowało zawieszaniem się gry. Na drugi dzień ten problem został rozwiązany, ale kolejna aktualizacja popsuła coś innego. Tym razem w ogóle nie mogłem włączyć No Man’s Sky. Rzuciłem okiem na forum na Steamie i okazało się, że nie tylko ja spotkałem się z podobnym problemem. Na konsolach wcale nie było lepiej! No Man’s Sky popełniało spektakularne samobójstwa w najróżniejszych momentach rozgrywki.

Być może zabrakło doświadczenia? Myślę, że tak. Hello Game, przed roztrzaskaniem marzeń fanów, zajmowało się serią Joe Danger. Gra wygląda na sympatyczną platformówkę, została ciepło przyjęta zarówno przez recenzentów, jak i przez graczy. Pojawił się nawet sequel! W większości przypadków oznacza to, że produkcja jest lubiana i być może warto kuć żelazo, póki gorące. Tym bardziej że w recenzjach podkreśla się prostotę obu gier, ich przystępność oraz to, że gwarantowały rozrywkę na dobrym poziomie. Niestety, żadne z tych określeń nie pasuje do No Man’s Sky. Oczywiście można zaczynać od czegoś prostego, bo jakoś trzeba rozpocząć swoją podróż. Jednak przykład Hello Games pokazuje, że warto dwa razy się zastanowić, zanim weźmie się na swoje barki wielki ciężar. Trudno inaczej nazwać grę, w której świat miał być otwarty i proceduralnie generowany. Na dodatek gracz miał mieć pełną swobodę decydowanie o swoich krokach, a od niektórych wyborów miał zależeć wynik rozgrywki. No Man’s Sky miało zachwycać różnorodną fauną i florą. Niestety, zamiast przerażających dinozaurów dostaliśmy latające dżdżownice. Świat może i jest otwarty, ale pusty. Po systemie frakcji nie ma nawet śladu, gdzieś ulotniły się także pięknie wyglądające bitwy w kosmosie. Wszystko wyparowało…

Krajobraz po rozczarowaniu

No Man’s Sky miało swoją premierę 12 sierpnia 2016 roku. Dzisiaj jest 17 października 2016 roku. Minęły dwa miesiące i nie ma żadnych baz, żadnej dodatkowej zawartości, która została obiecana. Gra utknęła w martwym punkcie i zdaje się szybować w dół. No Man’s Sky coraz bardziej przypomina projekt, który ktoś opuścił. Twórcy milczą w mediach społecznościowych. Gracze wylewają hektolitry nienawiści na Steamie. No Man’s Sky ma coraz gorsze recenzje, a ilość aktywnych użytkowników coraz bardziej spada. Według SteamCharts w szczytowym momencie, zanim gracze zorientowali się, że w tej produkcji nie ma zbyt wiele interesującej zawartości, ponad 200.000 podróżników eksplorowało galaktykę. Aktualnie jest ich niewiele ponad 1.000. Jest to przerażający spadek, który świadczy tylko o tym, że twórcy polegli. Nie sądzę, aby No Man’s Sky dało się jeszcze uratować. Musiałby wydarzyć się cud, a dobrze byłoby zacząć od rozmowy.

Praktyki Hello Games trudno nazwać wzorcowymi. Przed premierą Sean Murray z wielką chęcią udzielał się absolutnie wszędzie. W pewnym momencie strach było otworzyć lodówkę, ponieważ mógł z niej wyskoczyć kolejny materiał o No Man’s Sky. Prezentacje na targach opowiadały o wyjątkowej grze, o spełnionym marzeniu każdego fana science fiction. Gdy tylko pojawiły się pierwsze problemy, zaczęło się robić coraz ciszej. Jedynym z moich ulubionych momentów, są następujące słowa Seana Murray’a:

Initially I think we’ll all be supporting NMS. But there are other ideas we’ve got rattling around in our heads too. I think video games is just such a largely unexplored field. There’s very few studios that pull off the two game thing, but supporting one game and then kicking off something new – that’s doable right?

Sh*t, I just remembered, we’ve got another thing we’re already working on that’s unannounced. It’s a small experiment, but hopefully you all might like it 🙂

Maybe we can be the Johnny Depp of studios 😀 – do a mixture of big stuff and indie stuff? 😀

Ten fragment pochodzi z AMA, które odbyło się 8 sierpnia 2016 roku, dzień przed premierą gry na konsolach. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział o naklejkach na opakowaniach oraz problemach technicznych. Wszyscy były przekonani, że Hello Games odniesie spektakularny sukces, a o ich grze będzie się opowiadało przez długi czas. Na pewno jedno im się udało – zapisali się w historii – cyfrowej rozrywki, jako przykład studia, która nierozważnie prowadziło promocję i przegrało. 8 sierpnia, słowa o niezapowiedzianym projekcie, o byciu Johnnym Deppem gier niezależnych, brzmiały bardzo odważnie. Dzisiaj się po prostu śmieszne. Odbiorcy oczekują wyłącznie jednego: szczerości, wskazania kierunku, w którym będzie rozwijała się gra. Myślę, że ogłoszenie prac na inną produkcją rozpętałoby prawdziwe piekło. Na szczęście – przynajmniej na razie – do niczego takiego nie doszło.

Chciałbym, aby przypadek No Man’s Sky stał się precedensem na skalę światową. Istotna jest tutaj relacja klient – twórca, jej fundamentem powinna być wzajemna uczciwości i szacunek. Trudno oczekiwać spokojnych reakcji, w chwili, gdy przez trzy lata (!) prowadzi się bardzo agresywną kampanię marketingową. Jednym z jej efektów było stworzenie grupy psychofanów, którzy wręcz życzyli Seanowi Murray’owi śmierci, gdy przełożył premierę gry. Takich fanatyków trudno rozbroić. Świadczy o tym dość nieudolna próba w postaci informacji czego można oczekiwać po No Man’s Sky. W zasadzie wystarczyło napisać, że nie tego, co zostało obiecane. Wtedy taki tekst byłby najbliższy prawdzie.

Klienci muszą być ostrożniejsi! Liczyłem na to, że przypadek niegrywalnego Batmana nauczy graczy większej powściągliwości. Nic z tego. No Man’s Sky uderzyło z wielokrotnie większą siłą. Jest jednocześnie dowodem na to, że system przedsprzedaży rzadko się sprawdza. Poza Overwatchem – jak do tej pory – nie widzę dowodu na to, że warto było zapłacić za coś wcześniej. Cyfrowa rozrywka coraz częściej opiera się na handlu czymś, czego nie ma. Przypadek No Man’s Sky udowadnia to najmocniej. Niestety, w tym przypadku jedyną możliwością ukrócenia tego procederu, jest zaprzestanie kupowania preorderów. Obawiam się, że jest to trudne do wykonania. Produkcja Hello Games pokazała także, że gracze mają bardzo krótką pamięć. Na dodatek są bardzo podatni na marketingowe manipulacje, co najmocniej udziela się wszelkim dziennikarzom growym. A tutaj trzeba dystansu, należy poczekać i brać w nawias obietnice twóróców. Bez tego czekają nas kolejne bolesne rozczarowania.

Sfinansuj sobie grę

Mój stosunek do finansowania społecznościowego jest ambiwalentny. Pochwalam i podziwiam osoby, które biorą się za różnego rodzaju projekty, ale zaczynam mieć wrażanie, że twórcy przesadzają, a odbiorcy zaczynają tracić kontrolę nad pieniędzmi, które inwestują. Ryzyko zostaje przesunięte na człowieka oddającego swoje fundusze, dlatego dziwi mnie postępowanie niektórych założycieli zbiórek. Oczywiście, gdyby nie crowdfunding to nie mielibyśmy takich hitów jak Pillars of Eternity oraz Divinity: Original Sin, ale powinniśmy zacząć bardziej krytycznie traktować kolejne zbiórki.

Moją niechęć do finansowania społecznościowego obudziła klęska Dumy szlacheckiej. Była to polska gra przeglądarkowa, która zdobyła ponad 11 tysięcy złotych w kwietniu 2014 roku. Poświęciłem tej grze dwa felietony. Pierwszy był pochwalny, bo otrzymałem dostęp do projektu i rozgrywka była całkiem przyjemna. Na szczególną uwagę zasługiwała dbałość o kontekst historyczny, Duma szlachecka mogła stać się polskim tekstem kultury, który nie uderza w tony martyrologiczne. Twórcy wyraźnie postawili na promocję naszej historii i to było świetne. W drugim felietonie wytknąłem pewien poważny błąd: brak komunikacji. Duma szlachecka upadała, a twórcy nie potrafili poinformować odbiorców o zakończeniu projektu. Osoby, które wpłaciły im pieniądze, powinny zostać potraktowane w sposób poważny, jak inwestorzy ponoszący ryzyko. Nie wiem, czego zabrakło twórcom Dumy szlacheckiej. Może po prostu dojrzałości? Dla mnie był to punkt zwrotny – postanowiłem, że będę wspierał projekty, których efektem jest fizyczny produkt. Dlatego wolałem dołożyć się do Strange Years, do Blera, do Zaklinaczy. Komiks lub gra karciana to zupełnie inny rodzaj tekstu kultury. Trzeba coś dostarczyć odbiorcom, w przypadku gier komputerowych czasem wystarczy jakaś beta lub inny wczesny dostęp, bo tyle dostały osoby, które wsparły Dumę szlachecką. Gadżety przemilczę. Pieniądze miały pójść na grę, a nie na kubki.

W dalszym ciągu mam wrażenie, że dziennikarze piszący o grach komputerowych podchodzą do tematu w sposób bezkrytyczny. Larian Studios uruchamia zbiórkę na kolejną cześć gry, którą sprzedawali i na której zarabiali? Super! Dołóżmy się znowu! Rozumiem, że raz im się udało i Divinity: Orginal Sin jest po prostu świetne, ale dlaczego nikt nie zapytał o inne sposoby finansowania! Przeraża mnie to, że żyjemy w świecie, w którym handluje się pomysłami, które mają mniejsze lub większe szanse na sukces. Inwestujemy pieniądze w coś, co dopiero powstaje, kupujemy coś, czego jeszcze nie ma i zgadzamy się na to ryzyko, ponieważ jest ono krótko opisane w założeniach zbiórki. Wczesny dostęp na Steamie jest dla mnie dość specyficznym pomysłem, ale po zapłaceniu gracz dostaje dostęp do produkcji, która jest już w pewnym stopniu opracowana. Coś już jest, nie płaci się za próżnię. Jako odbiorca chciałbym, aby twórcy zaczęli poważnie traktować ryzyko związane z prowadzeniem studia tworzącego gry komputerowe. Odnoszę wrażenie, że rodzi się nawyk, który polega na przenoszeniu ryzyka na odbiorców. Dla mnie jest to niedopuszczalne.

Jeszcze jedna zbiórka…

Na początku tego tygodnia zrobiłem materiał na temat gry InSomnia. Twórcy postanowili wrócić na Kickstartera, aby dozbierać pieniądze potrzebne na stworzenie gry. Już raz im się udało, ale znowu zaczęło brakować funduszy, więc postanowili ponownie poprosić odbiorców. Co ciekawe tym razem opublikowali grywalne demo, ale nie oznacza to, że zrealizowali założenia z pierwszej zbiórki. Wprost przeciwnie, ponieważ zobowiązali się do dostarczenia gotowej produkcji, ale nic z tego nie wyszło i postanowili się wrócić na Kickstartera. Przejrzałem kilka opublikowanych w Sieci artykułów na ten temat i z przykrością stwierdzam, że ich autorzy częściej przepisują informacje zawarte w opisie zbiórki, niż krytykują ponowną prośbę o pieniądze. Dlaczego? Kompletnie nie rozumiem tej postawy!

Przyczepiłem się Larian Studios nie dlatego, że jestem człowiekiem, który ciągle szuka dziury w całym, chciałem tylko pokazać pewien mechanizm. Belgijskie studio istnieje od 1996 roku, związane jest z serią Divinity i szanse na to, że nie uda im się wydać Divinity: Orginal Sin 2 są niewielkie. Zresztą zbierali na zupełnie nową grę, na kolejną odsłonę serii i nie prosili o ponowne wsparcie przy tworzeniu tego samego tytułu. Jednak już sam fakt, że pojawili się na Kickstarterze, wzbudził moje wątpliwości. Dlatego nie mogę przejść obojętnie wobec praktyki Mono Studios, które odpowiada za tworzenie gry InSomnia.

Wyobraźmy sobie pewną sytuację. Czytelniczko lub Czytelniku, załóż na moment, że jesteś obrzydliwie bogatym człowiekiem, który z chęcią inwestuje w różnego rodzaju projekty, ale nie robi tego w sposób bezkrytyczny. Od swoich kontrahentów oczekujesz odpowiedzialności, zrealizowania określonych założeń. Pewnego dnia przychodzi do Ciebie szef jednego z projektów. Pijecie drogą whisky lub wspaniale przyrządzoną kawę, rozmawiacie o projekcie i nagle Twój gość i partner w interesach stwierdza, że docenia Twój wkład, ale przydałoby się jeszcze trochę kasy. Oczywiście wszystko pójdzie do dokończenie projektu. Każdy racjonalnie myślący człowiek dwa razy zastanowi się, zanim ponownie dofinansuje coś, co już pożarło określoną ilość zasobów i na dodatek nie przyniosło żadnych sensownych wyników. Właśnie w taki sposób postąpi litwórcy gry InSomnia. W ich przypadku inwestorami są osoby, które już raz wsparły ten projekt. Co teraz mają zrobić? Dorzucić się ponownie i liczyć na to, że tym razem będzie lepiej?

Porażka tej zbiórki byłaby kubłem zimnej wody wylanym na głowę twórców. Może wtedy przemyśleliby swoje postępowanie. Może warto poszukać inwestora? Rozejrzeć się za dodatkowym finansowaniem? Myślicie, że to niemożliwe? Mylicie się, i to bardzo, ponieważ na świecie istnieją projekty, które wspierają twórców gier komputerowych. Nie wszędzie, ale nie wierzę w to, że przy odpowiednim zarządzaniu Mono Studio nie byłoby w stanie zdobyć sensownego inwestora. Dziwi mnie postępowanie dziennikarzy związanych z grami komputerowymi. Jeżeli osoby, które piszą newsy, uważają, że ich zadanie polega wyłącznie na bezrefleksyjnym przepisywaniu informacji prasowych, to może powinny zacząć obawiać się o swoje zatrudnienie. Dokładnie tę samą pracę może wykonywać dobrze zaprogramowany bot.

Kickstarter to nie wszystko

Podejrzewam, że osoby uważnie śledzące rynek gier niezależnych mogły trafić o informacje na temat gry Kona. Jednak te krótkie zapowiedzi prasowe mogły utknąć pod górą tekstów poświęconych najnowszym produkcjom AAA. Kona to bardzo interesująca produkcja, utrzymana w klimacie horroru. Gra już teraz jest ciekawa! W ramach wczesnego dostępu na Steamie odbiorca otrzymuje spory kawałek historii oraz olbrzymią przestrzeń do eksploracji. Szczególnie urzekła mnie atmosfera tej produkcji, która jest połączeniem przytłaczającej samotności oraz uczucia bycia obserwowanym przez „coś”. Pograłem, z niecierpliwością czekam na więcej. Jeżeli ktoś chciałby zapoznać się bliżej z tą produkcją, to zapraszam na streamy Łosia. Podejrzewam, że Kona kilka razy się tam pojawi.

O tej grze piszę z dwóch powodów. Po pierwsze twórcy nieźle radzą sobie z komunikacją z graczami. Prowadzą blog, na którym konsekwentnie wrzucają informacje na temat rozwoju projektu. Bardzo podoba mi się to, że precyzyjnie opisują swoją decyzje i często poruszają trudne kwestie. Ostatni wpis dotyczy przesunięcia premiery gry. Trudna decyzja, ale twórcy dokładnie opisują, dlaczego postanowili tak postąpić. Właśnie dzięki takim wpisom widać, że praca nad projektem trwa, a ludzie, którzy dorzucili swoje kilka kadadyjskich dolarów w trakcie Kickstarterowej zbiórki, nie czują się oszukani. Drugim powodem, dla którego piszę o grze Kona, jest sposób finansowania tej produkcji.

Wybierzmy się w przeszłość. We wrześniu 2014 roku Kona zostaje ufundowana. Twórcy zebrali trochę ponad 44 tysiące kanadyjskich dolarów na rozwój swojego projektu. Można powiedzieć, że to niewiele, że zrobienie solidnej gry za taką kwotę jest praktycznie niemożliwe. Ale w grudniu 2014 roku, studio Parabole, które tworzy grę Kona, otrzymało dofinansowanie w wysokości 113 tysięcy kanadyjskich dolarów z Canada Media Fund. Jest to instytucja, która zajmuje się wspieraniem tekstów audiowizualnych, które są tworzone na terenie Kanady. Postawa osób ze studia Parabole jest godna pochwały. Zamiast ponownie sięgnąć po pieniądze odbiorców, postanowili poszukać innych sposobów dalszego finansowania projektu. W przypadku gry Kona zbiórka na Kickstarterze była tylko początkiem i właśnie tak to powinno działać! Crowdfunding nie jest lekiem na całe zło i warto szukać także innych sposobów finansowania. Na pewno wykorzystywanie odbiorców, jako nieorganicznego rezerwuaru pieniędzy jest po prostu nieetyczne. Wzięcie od kogoś pieniędzy to odpowiedzialność, od której nie można uciekać. Na szczęście są jeszcze takie studia jak Parabole, gdzie pracują osoby doskonale rozumiejące to, że gry tworzy się dla ludzi, a nie tylko i wyłącznie dla ich pieniędzy.

Gra Kona jest we wczesnym dostępie na Steamie. Kolejny elementy finansowania oraz możliwość przeprowadzenia beta testów. Człowiek płaci za możliwość sprawdzenia produkcji w określonym punkcie rozwoju, a twórcy cierpliwie zbierają dane. Kona się rozwija, twórcy postępują w sposób odpowiedzialny. Właśnie takie projekty studiów niezależnych warto wspierać. Natomiast powinniśmy unikać wszelkiego rodzaju skoków na kasę. Problem polega na tym, że trudno oddzielić ziarno od plew. Dlatego każda osoba wspierająca projektu w ramach finansowania społecznościowego, powinna rozumieć, że to ona ponosi ryzyku. Twórcy tylko biorą pieniądze i zabierają się do pracy. Co z tego wyjdzie? Nigdy nie wiadomo.

Dość ogólników!

Jemy, śpimy, czytamy, słuchamy muzyki. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak mocno warunkują nas nawyki kulturowe, które wchłonęliśmy w trakcie socjalizacji. Obiady spożywamy przy stole, za pomocą określonych sztućców, siedząc na krzesłach i uważamy to za naturalne. Istotne jest tutaj słowo „naturalne”, bo dobrze wykształcony kulturoznawca wie, że coś takiego, w przypadku kultury, nie istnieje. Żyjemy w systemie, który definiuje nasz sposób istnienia, dlatego, aby przeanalizować zachodzące w nim zmiany, potrzebujemy określonej perspektywy.

Nie byłoby tego wpisy, gdy nie tekst Karola Riebandta Technologia stała się nową kulturą. Chciałbym powiedzieć, że autor zainspirował mnie do zastanowienia się nad wpływem nowych technologii na moje codzienne życie, ale tak nie jest. Zobaczyłem tytuł i zadrżałem – przeczuwałem, że przyjdzie mi zmierzyć się z całkowitym brakiem znajomości zagadnień dotyczących badania i opisywania kultury. Zacząłem czytać i moje obawy się potwierdziły. W Internecie przeglądam sporo tekstów, ale moi studenci doskonale wiedzą, że bardzo denerwuje mnie ślizganie się po powierzchni oraz mylenie pojęć. Tekst Karola Riebandta ma formę publicystyczną, a nie naukową, ale poczynione przez autora błędy zjeżyły mi włosy na głowie.

Przeraża mnie chaos, który widzę w tym tekście. Po mocno brzmiącym tytule Technologia stała się nową kulturą atakuje mnie zdanie

„A na świecie jest już przecież ich tak wiele”.

Przerażające! Wielokulturowy świat to koszmar! Trzeba się uczyć zwyczajów, poznawać nawyki obcokrajowców, a już najgorsze jest to, że kontekst kulturowy utrudnia nam komunikację! Skąd to rozczarowanie? Utajona potrzeba unifikacji świata? Nie rozumiem dlaczego, coś takiego znalazło się w tekście, skoro później nie zostaje wyjaśnione. Najbardziej interesuje mnie założenie, że technologia stała się nową kulturą. Od wieków jest jej nieodłączną częścią, jednym z elementów, który wpływa na relacje w społeczeństwie. Dlatego w tym miejscu warto rozprawić się ze stwierdzeniem:

„W XXI wieku technologia stała się dla nas czymś, od czego nie potrafimy już uciec, bo tak wplotła się do naszego życia.”

Wybierzmy się w małą wycieczkę w przeszłość, a konkretnie do XIX wieku. Właśnie wtedy, a terenie Anglii, pojawił się ruch luddystów. Jego celem było zatrzymanie rozwoju technologiczne, ludzie obawiali się, że maszyny odbiorą im pracę. Wystąpienia na tyle gwałtowne, że parlament brytyjski uchwalił ustawę zakazującą niszczenia urządzeń w fabrykach. Już w XIX wieku technologia budziła emocje i mocno wpływała na ludzkie życie. Dlatego stwierdzenie o braku możliwości ucieczki od technologii w XXI wieku uważam za błędne. Towarzyszy nam ona, jako jeden z istotnych elementów kultury, od chwili, w której skonstruowaliśmy pierwszą dzidę.

Dywagacje autora na temat technologii jako nowej kultury uważam za pozbawione sensu, ponieważ wynikają z błędnych założeń oraz rażącego zignorowania kontekstu historycznego. Publicystyka nie wymaga precyzyjnego stosowania terminów naukowych, ale trzeba wiedzieć, o czym się pisze. Niestety ten fragment wskazuje na to, że przed autorem długa droga do świadomości:

„Czy można powiedzieć, że dzięki technologii pojawiła się nam nowa kultura? Zakładając, że każda zmiana w społeczeństwie powoduje powstanie nowej kultury lub subkultury, to wprowadzenie technologii też coś takiego spowodowało.”

Skąd w ogóle założenie, że powstała jakaś nowa kultura? Dlaczego kultura została postawiona obok społeczeństwa? Co w takim razie było pierwsze: kultura czy społeczeństwo? Autor pisze o wprowadzeniu technologii, ale nie podaje nawet przybliżonej daty! Te braki, a jest ich o wiele, wiele więcej, sprawiają, że tekst Technologia stała się nową kulturą jest całkowicie bezwartościowy. Pozostała jego część to najzwyklejsze pustosłowie, zestaw ogólników, które każde racjonalnie myślący człowiek jest w stanie zwerbalizować.

Bardzo rzadko wybieram teksty, które są złe i się nad nimi pastwię. Tym razem postanowiłem, że uwagami podzielę się nie w formie komentarza, ale krytyki. Wynikło to ze zdenerwowania, ponieważ mam dość treści, które ślizgają się po powierzchni problemu, drażnią mnie autorzy, który pozują na filozofów współczesności, a wyraźnie brakuje im odpowiedniej wiedzy. Szanowni młodzi publicyści! Więcej warsztatu i pokory! Nie ma znaczenia czy piszecie na mechanicznej klawiaturze za 600 zł, czy na C64, jeżeli dobrze się do tego przygotujecie, jeżeli zajmiecie się kontekstem i formą, to na pewno wasza publicystyka będzie na wysokim poziomie.

Page 2 of 14

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén