Category: Eseje (Page 3 of 14)

Gdzie te autorytety?

Czy w Internecie potrzebujemy autorytetów? O ich upadku pisze Ewa Lalik i mam wrażenie, że w kilku miejscach autorce poplątały się pojęcia. Czy autorytet automatycznie jest równy legendzie? Kim w ogóle współcześnie jest autorytet? To pojęcie zmienia się wraz z czasem, w którym o nie pytamy. W świecie płynnych kategorii, w rzeczywistości postmodernistycznej, w kulturze demontażu poszczególnych instytucji pojęcie autorytetu staje się coraz mniej wyraźne.

Określenie Internetu jako przestrzeni przesiąkniętej informacjami jest słuszne, trudno z tym dyskutować. Problem selekcji treści jest poważny i konieczne będzie rozwijanie tych umiejętności w toku edukacji. Jednak muszę nie zgodzić się z następującym stwierdzeniami:

„Jednocześnie po raz pierwszy mamy możliwość nawiązywania bliższego, codziennego kontaktu z ludźmi, których wcześniej mogliśmy obserwować tylko okazjonalnie – w książkach, prasie, w radiu czy telewizji. Osoby, które stały na piedestale i niemal całkowicie kontrolowały swój przekaz, dziś wychodzą z siebie, by trafić bezpośrednio do fanów.”

Nie rozumiem, dlaczego Ewa Lalik zakłada, że rozmowa na Facebooku jest bliższym kontaktem z osobą sławną. Skąd w ogóle gwarancja, że odpisuje nam człowiek, a nie agencja zajmująca się kreowaniem wizerunku? Komunikacja w mediach społecznościowych to tylko pozór bezpośredniości, jej symulacja, jakby to określił Jean Baudrillard, a nie prawdziwe dotknięcie człowieka w jego codziennym życiu. Istotne jest tutaj dostrzeżenie tego, że w przypadku ludzi sławnych mamy do czynienia z kreacją swojego życia, a więc elementem nadbudowanym na codzienności. Bliższy kontakt uzyskujemy jedynie z pewną strukturą wynikającą często z artystycznego lub marketingowego konstruktu. Zakładamy, że pewne urywki świata osoby sławnej, do którego mamy dostęp są autentyczne, a mam wrażenie, że zapominamy o prostej sprawie: dostajemy to, co mamy zobaczyć. W świecie, w którym każdy jest marką, bo tak mówią różne – mniej lub bardziej – mądre książki, niezwykle ważnym elementem staje się kreacja, tworzenie siebie, wymyślanie siebie i właśnie to otrzymują obserwujący sławną osobę fani. Kolejną sprawą jest kontrolowanie przekazu. Osoby na piedestale są poddawane ciągłej obserwacji, sława często staje się złotą klatką, luksusowym więzieniem, z którego trudno się wydostać. Pełne sprawowanie władzy nad tym, co piszą o sławnym człowieku, jest współcześnie niemożliwe, jednocześnie trudno wskazać epokę, kiedy było to wykonalne. Brukowce nie są wynalazkiem współczesności lub Internetu, jakby to wielu chciało myśleć. Zapraszam do zapoznania się z czasopiśmiennictwem dwudziestolecia międzywojennego, a w szczególności z „Ilustrowanym Kuryerem Codziennym”, który już wtedy operował skandalami i uważnie obserwował tych najsłynniejszych. Sensacja jest popularna od wieków, Internet jej nie wymyślił.

Kolejnym problemem jest wyciąganie osób z innej epoki historycznej i wrzucanie do naszej. Dlatego pytanie, które stało się śródtytułem: „Czy Mark Twain na Twitterze po pijaku sabotowałby własną karierę?”; uważam za całkowicie bezsensowne. Porównywanie struktur komunikacji z przełomu XIX i XX wieku z tymi współczesnymi nie prowadzi do żadnych godnych uwagi wniosków. Należy pamiętać o tym, że jak na swoje czasy Mark Twain był postacią kontrowersyjną wzbudzającą zarówno podziw, jak i niechęć, dlatego dziwi mnie założenie pojawiające się w pytaniu,. Być może już wtedy jego zachowanie było przeszkodą, dlaczego Ewa Lalik tego nie sprawdziła? Nie rozumiem tej niebezpiecznej mody na pomijanie kontekstu historycznego! Kultura nie stoi w miejscu, cały czas się zmienia, a wraz z nią modyfikacjom ulegają struktury, w których żyjemy.

Zabrakło mi w tym artykule dostrzeżenia tego, że mamy legendy białe oraz czarne. Poza tym autorytety dalej istnieją, na Internecie świat się nie kończy. Pytanie należy postawić inaczej. Znacznie bardziej cenna byłaby analiza zmian w rozumieniu autorytetu jako jednej z instytucji kultury.

Rytm przemian

Po raz kolejny usiadłem i przeczytałem Blera Rafała Szłapy. Moim zdaniem jest to jeden z najciekawszych polskich komiksów, bardzo dojrzały, zarówno pod kątem treści, jak i formy. Uderza przemyślany sposób konstrukcji kadrów, niezależność w wymowie poglądów oraz zupełnie inna konstrukcja superbohatera. Tytułowy Bler mierzy się ze światem i w ostatnim komiksie wyraźnie widać, że najpierw musi wygrać sam ze sobą, a dopiero potem może ratować innych. Czy tak przedstawialiby się współcześni herosi? Czy faktycznie popkultura zmierza w kierunku bohaterów skomplikowanych i walczących z różnymi rozterkami?

Ciągle wracam do tego tematu. Poświęciłem mu już kilka wpisów, nawet poruszyłem ten problem w trakcie wywiadu z Rafałem Szłapą. Obserwuję popkulturę właśnie pod tym kątem, jest to jedno z pół, które szczególnie przyciąga moją uwagę. Dlatego zastanawiam się na odbiorem takich filmów, jak Deadpool oraz – najnowszej odsłony superbohaterskich walk – Batman vs Superman. Świt sprawiedliwości. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że takiego modelu superbohaterskości już nie chcemy. Przywykliśmy do herosa z rozterkami, do człowieka walczącego ze swoim charakterem i swoją przeszłością. Sporo na tym polu zrobił Christopher Nolan ze swoją interpretacją Batmana. Trzeba przyznać, że superbohaterowie ciągle się zmieniają, przystosowują się do współczesnego świata. Czy jest jeszcze miejsce dla takiego Supermana, jakiego znamy z lat 60? Napakowanego, bez rozterek, odważnie ratującego Metropolis przed zagładą!

Nie sądzę. Do kogo niby mógłby trafić? Do dzieci i młodzieży wychowanych na kresówce Pora na przygodę, gdzie superbohatera ze świecą szukać?Popkultura zaczęła promować zupełnie inne wzorce zachowania oraz postrzegania świata, dlatego postrzeganie jej jako nieruchomego monumentu jest poważnym błędem. Sposób postrzegania superbohaterów to wierzchołek góry lodowej! Wraz z nim możemy zastanowić się nad model odwagi oraz poświęcenia. To również się zmieniło. Zamykanie oczu na coraz silniejsze przekształcenia w popkulturze prowadzi do niezrozumienia niektórych mód oraz potrzeb jej uczestników. Kiedyś, mądre głowy z telewizji, podniosły raban, że Motomyszy z Marsa uczą przemocy, że nie prezentują żadnych konkretnych wzorców. Jednak trudno im odmówić tego, że miały całkiem przyjemną narrację i nawet solidną fabułę. Coś, czego nie potrafię powiedzieć o Porze na przygodę, a doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że moja fascynacja Motomyszami z Marsa byłaby dzisiaj trudna do wskrzeszenia wśród młodych odbiorców.

Mógłbym się obrazić i zacząć narzekać na współczesną młodzież, ale tego nie zrobię. Są wychowywani w innym świecie, zupełnie inaczej przetwarzają informacje, są przyzwyczajeni do odbioru zupełnie innych treści. Jednak najważniejsze jest to, że popkultura przyzwyczaja ich do odmiennego sposobu życia. Warto w ten sposób spojrzeć na seriale, kreskówki oraz gry komputerowe, bo bagatelizowanie ich wpływu jest najgorsze.

Boty walczą o przetrwanie

Do czego przyda nam się sztuczna inteligencja? Odłóżmy na chwilę apokaliptyczne wizje z Terminatora i uznajmy, że stworzone przez nas algorytmy nie zniszczą ludzkości. W takim razie co będziemy z nimi robić? Na pewno zmusimy je do pracy! Niech tyrają, a my, ich konstruktorzy, będziemy siedzieć i opalać się pod palmami. Albo zasłonimy okna i oddamy się cyfrowej rozrywce, wyobrażając sobie, że ratujemy wszechświat w kolejnej części naszej ulubionej gry. A gdyby tak zmusić sztuczną inteligencję, aby dla nas walczyła? Nie na wojnie, ale na jakiejś cyfrowej arenie, my byśmy tylko kibicowali. Jeżeli są wśród nas fani walk botów, to na pewno ucieszy ich wiadomość, że takie rozgrywki już się odbywają.

Areną jest pierwsza część StarCrafta. Od 2011 roku Politechnika Czeska w Pradze i Uniwersytet Komeńskiego w Bratysławie organizują SSCAIT. Pod tym długim akronimem czai się „Student StarCraft Artificial Inteligence Tournament”, czyli „Studencki Turniej Sztucznej Inteligencji w StarCrafcie”. Jak sama nazwa wskazuje, nie walczą w nim ludzie, tylko odpowiednio przygotowane boty. Jest to piekielnie ciekawa rzecz! Mecze algorytmów można oglądać na Twitchu i okazuje się, że wiele z tych botów zostało napisane w sposób ciekawy. Warto popatrzeć jak komputer zarządza zasobami, produkuje jednostki, osłania te najsłabsze i prowadzi ciągłą ekspansję. StarCraft to gra, która wymaga nie tylko zręcznych palców, ale także odrobiny zmysłu strategicznego. Wie o tym każdy fan tej serii i wszyscy grający w trybie wieloosobowym. Tylko że tak można powiedzieć o wielu innych cyfrowych strategiach. W takim razie, dlaczego organizatorzy turnieju zdecydowali się na pierwszego StarCrafta? W tej sprawie – i w kilku innych, które poruszę później – napisałem do Paul Paradiesa, który odpowiada za PR i kontakty z prasą. W rozwianiu moich wątpliwości pomagał także Michal Čertický, pomysłodawca SSCAIT. Wszystkie cytaty pochodzą z krótkiego wywiadu, który przeprowadziłem za pomocą emaila.

Aby zrozumieć początki turnieju sztucznej inteligencji, musimy cofnąć się w przeszłość. Kiedy zaczęło się SSAIT?

W 2006 roku odbył się pierwszy turniej w AAIDE. Graliśmy w ORTS, czyli w otwartą grę strategiczną czasu rzeczywistego, która była bardzo prosta, ale o wiele bardziej dostępna, ponieważ nie była obwarowana prawami autorskimi. Potem Adam Heinermann napisał BWAPI, broodwar API, a badacze zajmujący się sztuczną inteligencją uzyskali pozwolenie na wykorzystanie gry StarCraft: Broodwar w celach naukowych. Prawdopodobnie dlatego, że boty na serwerach nie były już wielkim problemem (SC:BW zostało wydane w 1998, w 2010 roku niewiele osób grało w tę wersję SC, przynajmniej poza Koreą), poza tym Blizzard zgodził się udostępnić tę grę. Wybraliśmy SC:BW ponieważ była to wspaniała produkcja, o której słyszało wiele osób. Wystarczyło dodać do tego API Heinermanna i mieliśmy gotowy fundament do stworzenia turnieju.

Konferencja AAIDE odbywa się do dziś i dotyczy sztucznej inteligencji i cyfrowej rozrywki. SSCAIT to praktyczne realizacje pewnych określonych założeń, oparte na przygotowanym wcześniej API. BWAPI działa do dzisiaj i stanowi podstawę w programowaniu botów biorących udział w turnieju. Oczywiście bardzo się rozrosło, ponieważ pojawiły się różne rozszerzenia. Ale nie ma w tym nic dziwnego, minęło w końcu kilka lat, a badania nad sztuczną inteligencją nie stały w miejscu.

Czego nauczyliśmy się o sztucznej inteligencji dzięki SSCAIT?

Jest to otwarte pytanie. Stworzenie sztucznej inteligencji, która będzie przypominała ludzki umysł, okazuje się bardzo trudne. Zajmujemy się tym od 2010 roku i nasz najlepszy bot przegrywa z graczem na poziomie D (iccup). Po pierwsze wszystkie algorytmy zostały stworzone do tego, aby walczyć między sobą. Po drugie ludzcy gracze są zaskoczeni taktyką sztucznej inteligencji w pierwszym meczu, ale szybko się uczą i przystosowują swoją strategię, dlatego kolejne spotkania kończą się nieuchronną porażką. Google Deepmind jest aktualnie wykorzystywane do badania tego problemu, ale nie jest powiedziane, że zakończą się one sukcesem. Sztuczna inteligencja pokonała nas w szachy oraz w go, jednak w RTSach wciąż nie daje nam rady. Osobiście uważam, że obserwowanie jej rozwoju przypomina przyglądanie się dziecku uczącemu się chodzić. Zrobiliśmy wiele małych kroczków, ale od 2010 roku przebyliśmy długą drogę.

Uderzyło mnie to, że wciąż radzimy sobie ze sztuczną inteligencją w grach strategicznych. Gdy Google ogłosiło, że przyszedł czas na StarCrafta, przeczytałem wiele felietonów i artykułów, w których autorzy dowodzili, że jest to kwestia nieodległej przyszłości. Okazuje się, że jest inaczej. Podstawowym problemem jest skomplikowanie botów biorących udział w turnieju. O to też zapytałem i otrzymałem bardzo ciekawą odpowiedź:

42? Ale tak na poważnie, to zależy od osoby, która tworzy dany algorytm. 4Pool jest nieskomplikowany, ale większe projekty, takie jak Skynet, ICEBot, UAlbertaBot i tscmoo są potężny oprogramowaniem. UalbertaBot ma otwarte źródło, więc każdy może przyjrzeć się jego konstrukcji. Ludzki umysł składa się z milionów neuronów, które pracują w tym samym czasie i przetwarzają niezliczone informacje. Na naszych streamach często zdarza się, że boty z mniej skompilowaną sztuczną inteligencją wygrywają z tymi, które są bardzo złożone. W pierwszym przypadku jest w nich zdecydowanie więcej człowieka, twórcy, który zaprogramował kolejkę budowania i sposób zachowania. Wielu programistów nie jest zainteresowanych samym zwycięstwem, często chcą zaprezentować określony element: micro, macro, taktykę, sposób wyszukiwania ścieżek. Dlatego mało złożone boty wciąż świetnie sobie radzą i z perspektywy badań nad sztuczną inteligencją byłoby bardzo nierozsądnie je usuwać.

Mniej skomplikowana, ustawiona na sztywno sztuczna inteligencja, lepiej radzi sobie z tą, która musi się uczyć i jest znacznie bardziej złożona. W filmach fantastycznonaukowych jest inaczej, uwaga reżyserów koncentruje się na rozumnych robotach, która przyszły nas zniszczyć i z prędkością światła nabywają cech ludzkiego charakteru oraz samoświadomości. Przykłady botów z SSCAIT pokazują, że jeszcze trochę poczekamy, zanim zobaczymy rozumną sztuczną inteligencję. Takie projekty pozbawione są medialnych wodotrysków, ponieważ nie dają światu biegających robotów lub przewracających podobnych do ludzi mechanizmów. Badania naukowe prowadzone w świecie gry pokazują granice naszego myślenia i rozumienia sztucznej inteligencji, szczególnie gdy musi ona ze sobą walczyć o przetrwanie w wirtualnym świecie. SSCAIT ma trochę z darwinizmu, przetrwa (i wygra!) najlepiej przystosowany i tutaj też sprawdza się zasada mówiąca tym, że prostsze struktury mają największe szanse na zwycięstwo.

Muzyczne losy

Za sprawą serialu Vinyl odżyły moje muzyczne wspomnienia. Jednym z najciekawszych okresów w moim życiu, był czas, w którym grałem w różnych zespołach. Pozostały mi z tego trzy gitary, wzmacniacz, efekt do elektryka i mnóstwo, czasem bardzo specyficznych, doświadczeń. Nie powiem, że okres bycia gitarzystą amatorem to był taki mały Vinyl, ale bawiłem się świetnie i uznałem, że warto przywołać kilka wspomnień. Mam nadzieje, że muzykowanie w dalszym ciągu jest istotnym elementem rozwoju młodych ludzi, a jeżeli już tak nie jest, to nie pozostaje mi nic innego jak pogrążyć się w głębokim smutku. Uruchamiam wehikuł czasu i wracam do chwil, w których dużo siedziałem z gitarą.

Zaczęło się niewinnie. Jeden z moich kolegów z gimnazjum grał na gitarze, chodził do szkoły muzycznej i słuchał death metalu. Wciągnął mnie w to. Swoje pierwsze wiosło mam po dziś dzień, żałuję, że ostatnio sporo się kurzy, ale jakoś trudno znaleźć mi motywację do grania. Dlaczego? Wyjaśnię to dopiero na końcu, który – niestety – będzie po prosty smutny. Nauczyłem się czytać nuty (dalej to potrafię!), trzymać rytm i słuchać innych, grających obok mnie osób. To takie podstawy, do których powinien jeszcze dodać umiejętność operowania ciszą, ale to opanowałem dopiero po kilku latach. Gdy moi rodzice zauważyli, że raczej będę stały w miłości do gitary, sprawili mi pierwszego elektryka. Był to Silvertone, z czegoś, co imitowało drewno, bo brzmiał tak, jakby miał korpus zrobiony ze sklejki. Wszytko, było tam złe. Progi źle wyprofilowane, gryf przemilczę, o przetwornikach nie mogę nic dobrego powiedzieć. Wtedy byłem zachwycony. Moje nastawienie zmieniła druga gitara, bo na Silvertonie pograłem ledwo kilkanaście miesięcy, ale sporo się nauczyłem.

Zrozumiałem, że nie wszystko na nim zrobię, sprzęt trochę zaczął mnie ograniczać. Wpadłem w fazę grania riffów i solówek z utworów legendarnego zespołu Death. Silvertone nie wystarczał, struny tłukły się o progi, gitara przestała trzymać strój, bo rozregulował się mostek. O ile ze swojej studniówki pamiętam niewiele (Ach! Szalona młodość!), to w mojej głowie utkwiła jedna rzecz: tego samego dnia dostałem gitarę, dzięki której pograłem w dwóch kapelech – był to Cort X-11. Przesiadka była niesamowita! Inny dźwięk, dzięki porządnie zrobionemu gryfowi poprawiła się moja technika grania i byłem w stanie opanować riff z utworu Spirit Crusher. Solówki również zaczęły wychodzić, czym oczywiście zacząłem się chwalić i dzięki temu trafiłem do pierwszej kapeli, która grała death metal.

Wcześniej również grałem z innymi, ale były to przypadkowe spotkania, które szybko przemieniały się w rozmowy przy piwie. Graliśmy w jakiejś komórce, w której bałem się zostawić sprzęt, żeby nie złapał wilgoci. Warunki były tam przerażające, ale pasowały do zespołu punk rockowego. Jednak dla mnie to było za mało – riff i walenie w stopę. Wolałem death metal! Dlatego zacząłem grywać z kumplem, który mnie w to wszystko wciągnął. Najpierw była Metallica, a potem Crystal Mountain Deatha. Myślałem, że pogramy jeszcze razem, ale tak się nie stało. Ja znalazłem zespół, próbowałem zaprosić kolegę, ale jego postawa była – delikatnie mówiąc – rozczarowująca. Nie chciał, wybrał inne zajęcie, jednak nie będę go oceniał, może wtedy myślał, że tak trzeba. Mnie było po ludzku przykro i to wydarzenie zamknęło pewien etap w muzycznej części mojego życia. Już nie grałem po komórkach, garażach, przeniosłem się do salki w Ośrodku Kultury w Będzinie.

Błękitna salka

Po wielu latach grania razem z kumplami udało mi się w końcu dostać do sali prób w Będzinie. Dla każdego, kto grał, był to pewien etap, ze zwykłego amatora grającego w domu, człowiek stawał się amatorem grającym w sali prób w Ośrodku Kultury w Będzinie. Tym można się było pochwalić, dla mnie przygody ze Scriptum i Cyjanotypią zawsze będą bardzo cenne, ale najpierw warto wytłumaczyć, dlaczego ta salka była tak ważna. Tam grały takie zespoły jak Sto Twarzy Grzybiarzy (tak przyjemniej twierdził Sebastian), Basement oraz Soulstice. Dostanie się do tej błękitnej salki, było marzeniem wielu perkusistów i gitarzystów, którzy grali metal. Mnie się udało, ale to był okres, w którym całkiem nieźle grałem i jednocześnie rozumiałem, że mogę się jeszcze wiele nauczyć.

W Scriptum, które dzisiaj jest znane jako Exhalation, bawiłem się doskonale, ale awaria wzmacniacza zakończyła naszą współpracę. Przyznam szczerze, że to było dla mnie pierwsze doświadczenie z pisaniem własnych riffów i graniem tylko i wyłącznie własnych utworów. Po kilku próbach wiedziałem, że zabawa z coverami nie jest dla mnie. Interpretacje znanych kawałków, to co innego, ale tłuczenie tego samego, co Metallica lub Iron Maiden przestało mnie bawić. Scriptum dało mi kreatywnego kopa i otworzyło mnie na autorskie myślenie o muzyce. Odpowiadałem za to, co napisałem, czasem musiałem wytłumaczyć chłopakom, co mam na myśli lub zareagować na ich krytykę. Zespół to słuchanie siebie nawzajem i gdy sekcja rytmiczna się pomyli, to leżymy wszyscy. Solówka mogła pójść źle, główny riff również, ale błąd basisty lub perkusisty kosztował nas utratę rytmu, a to zazwyczaj kończyło się zawieszeniem i pełnymi rozczarowania spojrzeniami. Szkoda, że los, a konkretnie zepsuty wzmacniacz, sprawił, że muzyczne drogi moje i Łyca się rozeszły. Myślę, że mieliśmy szansę zrobić coś interesującego razem.

Po Scriptum miałem krótką przerwę, w której trakcie grałem z Sebastianem, piekielnie dobrym basistą, w duecie. Wtedy dzieliśmy fascynację rockiem alternatywnym i zaczęliśmy odwiedzać Off Festival. Death metal wciąż był obecny w moim sercu, ponieważ nie wyobrażałem sobie wyjazdu na festiwal bez kostki oraz bluzy Deatha. Słuchałem wtedy bardzo dużo muzyki, z najróżniejszych gatunków. Trochę zaczął mnie pociągać jazz i namówiłem Sebastiana, żebyśmy zaczęli bawić się w różnego rodzaju improwizacje. Nawet wychodziło. Dzisiaj nie pamiętam, jak to się stało, że dołączył do nas Janusz, który grał na perkusji. Wróciłem do niebieskiej sali w Ośrodku Kultury w Będzinie. Graliśmy dwa razy w tygodniu, ale gdybyśmy mogli, to nie wychodzilibyśmy z prób.

Tworzyliśmy rzeczy bardzo dziwne, nietypowe. Nasza muzyka była wypadkową różnych fascynacji – Janusz ciągle opowiadał nam o takich zespołach jak Van der Graaf Generator, Fletwood Mac oraz Traffic; Sebastian pozostawał zafascynowany rockiem alternatywnym; a ja odkryłem Led Zeppelin, zostałem psychofanem Pink Floydów i namiętnie słuchałem Kind of Blue. W wyniku tego nietypowego połączenia zainteresowań powstawało coś niezwykle dziwnego. Niektóre nasze kawałki było niepokojące, inne ocierały się o funk. Postanowiliśmy, że pójdziemy w muzykę instrumentalną, nawet eksperymentowaliśmy z tworzeniem ścieżek dźwiękowych do niemych filmów. Cyjanotypia, bo tak nazwaliśmy nasz zespół, otworzyła mnie na zupełnie różne style muzyczne, od tamtej pory zupełnie inaczej słucham muzyki. To był zespół, który miał dla mnie szczególne znaczenie, ponieważ pozwolił mi na pierwsze poważniejsze zabawy z improwizacjami. Zagraliśmy nawet koncert!

Od tamtej chwili coś zaczęło się psuć. Janusz machnął jedno piwo za dużo i zgubił rytm, a Sebastian zaczął się wycofywać. U gitarzysty Clin’t Eastwood Band załatwiłem nam nagrania, bo dysponował sprzętem, na którym mogliśmy zarejestrować nasze kawałki. Nic z tego nie wyszło. W zasadzie udało się nagrać tylko ścieżki gitary, czyli moje, a potem perksuję Janusza. Gorzej było z Sebastianem. Nie pojawił się ani razu, a po wakacjach Cyjanotypia się rozpadała. Na szczęście oddali mi pieniądze za wynajem sali, które za nich założyłem. To było dla mnie dość poważne rozczarowanie i do dzisiaj nie potrafię się z niego otrząsnąć. Zawiodłem się i to bardzo, a chciałem, żeby nam się udało. Nie myślałem o sławie, milionach monet, ale o dobrej zabawie. Żałuję, że wyszło zupełnie inaczej.

Gitara na półce

Dzisiaj mój sprzęt spoczywa na półce. Gitary się kurzą, ale nie potrafię ich sprzedać. Okazjonalnie siadam i coś tam gram, ale widzę, że wyszedłem z wprawy, sporo rzeczy zapomniałem. Moja historia to żaden Vinyl, mało ćpania, picia oraz innych szaleństw, tylko granie i muzyka. Jej spisanie pozwoliło mi spojrzeć na te dwa zespoły z perspektywy. Dały mi dużo, nawet jeżeli przygody kończyły się rozczarowaniami.

Po latach przerwy mogę powiedzieć, że warto było się pomęczyć. Jeździć Czerwoną Rakietą po Janusza i ciągle rozstawiać perkusję. Po próbach w Scriptum wychodziłem ogłuszony i chyba trochę od tego ogłuchłem. Zespoły to tylko część mojej muzycznej historii. Miałem przyjemność robić praktyki w Ośrodku Kultury w Będzinie, ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Joe / Tesseract Phantogram Test (CC BY-NC 2.0)

Tesserakt!

Tesserakt. Słowo, które najbardziej kojarzy nam się z uniwersum Marvela, a w szczególności z filmem Avengers. To za sprawą tesseraktu Loki narobił bałaganu, który musieli posprzątać superbohaterowie. Jednak ten tajemniczy przedmiot nie został wymyślony wyłącznie na potrzeby komiksu. Jak to w popkulturze bywa, ma on swoje drugie dno – mianem tesseraktu określa się różne przedmioty.

Na początku było Słowo! Kto po raz pierwszy napisał coś o tesserakcie? Najciekawsze jest to, że nie byli to autorzy komiksowi, a nawet dlatego było tej osobie do tego rodzaju twórczości. W 1888 roku brytyjski matematyk Charles Howard Hinton i pisarz fantastycznonaukowy publikuje książkę A New Era of Thought. Trzeba pamiętać o tym, że pod koniec XIX wieku zupełnie inaczej postrzegano problemy naukowe, bardzo często nasze współczesne myślenie o świecie, które jest niezwykle stabilne, z niektórymi uwagami ówczesnych badaczy stoi w drażniącej sprzeczności. Bo jak ktoś mógł się zajmować ezoteryzmem na uniwersytecie i prowadzić badania nad parapsychologią? A rozprawy o czwartym wymiarze, przy których mieszano nauki ścisłe z humanistycznymi? Dzisiaj nie mieści nam się to w głowach, zaraz krzyczymy o hochsztaplerce i braku jakiejkolwiek naukowości. W XIX wieku było trochę inaczej i okres ten zaowocował wielu, często wręcz szalonymi, koncepcjami na temat konstrukcji rzeczywistości. Jednym z dzieł łączących filozofię i matematykę, a następne wychodzących w kierunku mistycyzmu, jest A New Era of Thought. Właśnie tam znaleźć można uwagi o tesserakcie.

Charles Howard Hinton zafascynowany był czwartym wymiarem. Do jego zobrazowania wykorzystał, wspominamy wcześniej tesserakt i – jak widać – w żadnym wypadku nie służył mu on do przywoływanie złych istot z kosmosu. To figura geometryczna, znana jako hipersześcian. Charles Howard Hinton dysponował niezwykła wyobraźnią. W tekście What is the Fourth Dimension kwestionuje ograniczenia związane z trójwymiarowym postrzeganiem świata. Nie uznaje znanej nam konstrukcji rzeczywistości za jedyną i całkowicie pewną. Opisuje hipotetyczne istnienie bytów cztero- lub dwuwymiarowych. Bawi się tą koncepcją, oprawia ją w geometryczne formy. Lektura obu jego tekstów wskazuje na zupełnie inny sposób postrzegania świata. Przede wszystkim wyraźnie widać potrzebę połączenia wszystko w jedno, ta holistyczne ujęcia świata wręcz zalewają czytelnika z tekstów Charlesa Howarda Hintona. Często są to odważne eksperymenty myślowe, których jedynym celem jest próba pokonania ograniczeń ludzkiego doświadczenia. To drugi element myślenia charakterystycznego dla tego matematyka – potrzeba przekroczenia granicy, odnalezienie czegoś, co jest dalej. Wpada w tym w mistyczne tony, ale nie można go za to krytykować. Jakoś musiał zapełnić te wielowymiarowe przestrzeni, a duch epoki podsuwał mu właśnie takie, często jednoznacznie mistyczne rozwiązania.

Popkultura lubi inspirować się właśnie takimi pomysłami. Z wielowymiarowością i tesseraktem właśnie tak się stało. Ta figura geometryczna zaczęła funkcjonować jako łącznik pomiędzy poszczególnymi wymiarami. Widzieliśmy to w Avengers, gdy Loki otworzył portal i Nowy Jork zalały hordy wrogo nastawionych obcych. Tesserakt został także wykorzystany do podróży w czasie. Kto oglądał Interstellar, ten na pewno pamięta scenę, w której atthew McConaughey wpada do czarnej dziury i ląduje w dziwnej przestrzeni zbudowanej z półek na książki. Został on po prostu uwięziony w hipersześcianie, w tesserakcie, co umożliwiło mu przekroczenie bariery czasu i kontakt z przeszłością. To już nie siła miłości, ale potęga hipersześcianiu! Wiem, że wiele osób krytykowało ten element filmu za zbyt duże mistyczne rozchwianie, które jest niedopuszczalne we współczesnym science fiction. Kiedyś było trochę inaczej, widać to w pierwszych powieściach z tego gatunku, nawet w tych polskich. Poza tym przy filmie pracował wybitny fizyk Kip Thorne i w książce Interstellar i nauka pokazał, że nie wszystko było tak naciągane, jak wydawało się internetowym specom od fizyki teoretycznej.

Sam tesserakt mocno wyeksploatował Marvel. Trzeba pamiętać o tym, że komiksowe świat bardzo często się rozpadają i w ten sposób powstają różne alternatywne rzeczywistości, co może prowadzić do zwielokrotnienia nazw. Ciekawym punktem wyjścia są Kamienie Nieskończoności. Jest ich sześć i każdy z nich ma inne właściwości. Natomiast, jeżeli przyjrzymy się filmom, to ujawnione zostały dopiero cztery. Jeden z nich nosił nazwę Tesserakt i pojawił się w Avengers. Same Kamienie Nieskończoności mogą przybierać różne kształty, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeden z nich stał się hipersześcianem.

Jak widać, przebył on długą drogę. Od figury geometrycznej wykorzystanej w odrobinę mistycznej teorii czterech wymiarów, do filmu o superbohaterach. W popkulturze nic nie ginie! To mistrzyni recyklingu, dlatego warto zastanowić się nad tym, czym się inspiruje.

//Obrazek wyróżniający: Joe / Tesseract Phantogram Test (CC BY-NC 2.0)

Page 3 of 14

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén