Category: Felietony (Page 1 of 27)

Filmowe granie

Castelvania. Tytuł, który zna każdy fan gier komputerowych. Platformówka wydana w 1987 roku doczekała się adaptacji filmowej. Ku mojemu zaskoczeniu – całkiem niezłej, chociaż zdecydowanie zbyt krótkiej. Obejrzałem wszystkie odcinki w jeden wieczór, chociaż szczególnym fanem estetyki anime nie jestem, i z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Najwyraźniej jest jeszcze nadzieje dla adaptacji gier komputerowych. Łatwo można się przekonać, że zazwyczaj takie przenosiny udają się, w najlepszym wypadku, przeciętnie. Większość produkcji filmowych, których scenariusze były oparte na fabułach gier, jest po prostu kiepska.

Moją ulubioną porażką jest Hitman: Agent 47. Gry uwielbiam, przeszedłem wiele razy. Pierwsza część zestarzała się graficznie, ale jest w dalszym ciągu grywalna. Jeżeli ktoś jeszcze nie wcielił się w zawodowego zabójcę, to zachęcam do upolowania produkcji i rozpoczęcia interesującej przygody. Tylko przypomnę, że mordowanie wszystkich świadków, to pójście na łatwiznę! Znacznie trudniej jest pozostać niezauważonym. A gdy już ukończycie wszystkie części, to koniecznie obejrzyjcie film. Hitman: Agent 47 to doskonały przykład całkowite spłycenia fabuły, braku zrozumienia dla serii gier oraz perfekcyjnego morderstwa dokonanego na głównej postaci. To nawet nie jest dobra produkcja sensacyjna! Hitman: Agent 47 prezentuje się jako bezmyślna strzelanina, która nie ma absolutnie nic wspólnego z nastrojem i klimatem gry. Film jest tak zły, że aż warto go obejrzeć, aby zobaczyć, jak wiele rzeczy można zepsuć, gdy nieudolnie próbuje się przenieść cyfrowy świat do filmu.

Zupełnie inaczej podchodzę do filmów, które powstały na podstawie bijatyk. Mortal Kombat, Street Fighter lub Tekken, to tytuły, które chętnie oglądam na ekranie telewizora. Tak, nie pomyliłem czasownika – oglądam, bo z graniem jest u mnie znacznie gorzej. Brakuje refleksu oraz chęci do nauki poszczególnych kombinacji. Dlatego pozostało mi oglądanie fabularyzowanych bijatyk. Jak przedstawić grę, w której dwóch graczy okłada się tak długo, aż jeden padnie? Okazuje się, że takie filmowe adaptacje nie są znowu najgorsze. Najczęściej zapożyczani są bohaterowie, czasem fabuła. Wiem, że to trudne do uwierzenia, ale w bijatykach istnieje pewna narracja. Film inspirowane produkcjami takimi jak Mortal Kombat ogląda się dla popisowych scen walk wręcz, dla poszukiwania ikonicznych ciosów, które zna każdy fan danej produkcji. Być może samo zapożyczenie postaci i – ewentualnie – atmosfery gry, to doskonała recepta na sukces?

Myślę, że za takie małe zwycięstwa mógłbym uznać Księcia Persji: Piaski czasu oraz Tomb Raidera. Znane i lubiona postacie, znośne scenariusze i realizacje w konwencji filmów przygodowych. W trakcie oglądania obu produkcji odniosłem delikatne wrażenie, że mogły to być odsłony samych gier, ich kontynuacje. Jednocześnie, jako gracz, nie czułem się specjalnie zażenowany jakością obu produkcji, czego nie mogę powiedzieć o Hitman: Agent 47. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś obejrzę dobry film, w całości inspirowany serią gier komputerowych. W końcu wirtualne światy mają wiele do zaoferowania.

Supernuda

Muszę przyznać, że serial Defenders podzielił miłośników superbohaterów. Jedni są zachwyceni, a inni, delikatnie mówiąc, rozczarowani. Ostatnio postanowiłem przekonać się na własnej skórze, czy wytrwam do końca. Niestety, okazało się, że pierwszą połowę przespałem, a szczególnie zmęczony nie byłem. Od czwartego odcinka było nawet nieźle, na tyle dobrze, że wystarczyło mi uwagi do końca. Jednak w dalszym ciągu pozostaję sceptyczny, co do seriali superbohaterskich produkcji Netfliksa.

Do Daredevila podchodziłem trzy razy i za każdym odpadałem. Po prostu to jest tak nudne, że z trudem wytrzymuję do końca odcinka. Do dzisiaj nie przebrnąłem nawet przez pierwszy sezon. Luke Cage kupił mnie na całe 50 minut, potem nawet przez moment nie myślałem o powrocie. A Iron Fist? Nie wytrzymałem nawet pilota, z Jessicą Jones było lepiej, bo dotarłem do połowy sezonu. Seriale superbohaterskie od Netfliksa porzucam z wielką łatwością. Nawet dobrze się przy nich nie bawię, pomimo że znam komiksy. Brakuje mi jakiegoś elementu, dzięki któremu będę wstanie, chociaż na moment zachwycić się opowiadaną historią.

Długometrażowe filmy o superbohaterach również potrafią mnie zmęczyć. Jednak w dalszym ciągu chętnie wracam do Iron Mana, czasem wrzucę sobie Avengers, okazjonalnie Thora. A jak mnie złapie ochota, to i Strażników Galaktyki, chociaż nie uważam tego filmu za specjalnie wyjątkowe dzieło. Powód jest banalny: przy wymienionych wcześniej tytułach, dobrze się bawię. Komiksy rządziły się prawem serii – każdy ze znanych bohaterów miał setki zeszytów, w których rozprawiał się ze złem. Problem polegał na tym, że w pewnym momencie fan czuł się zmęczony powtarzalnością wątków. Dużo można czytać o nieustraszonym Batmanie, fascynować się kolejnymi wynalazkami Tony’ego Starka, jednak w pewnym momencie przychodzi kres zainteresowania. Superbohater staje się rozciągnięty do granic możliwości i odbiorca szuka czegoś innego.

Myślę, że właśnie to rozciągnięcie jest dla mnie problem przy superbohaterskich serialach Netfliksa. Te opowieści mogłyby być krótsze, przynajmniej o połowę. Postaci szybko stają się dla mnie sztampowe i nudne. Mają jeden cel: odegrać swoją rolę, nic więcej. Brakuje mi dodatkowych elementów, warstw, które mógłbym przeglądacz. Najgorsze jest jednak to, że nie zapewniają mi żadnej rozrywki, na jakimkolwiek poziomie. Cieszę się, że ktoś sięga po mniej znanych superbohaterów. Rozumiem to, że są widzowie, którym się to podoba. Ja do nich nie należę. Mnie Defenders pokazało, jak zarzynani są Ci superherosi, w pojedynkę są nudni, a razem stają się supernudni. Pomimo mojej niesłabnącej miłości do komiksów, nie planuję kontynuować oglądania żadnej serii autorstwa Netfliksa. Może będę jeszcze próbował, gdy pojawi się coś nowego. Jednak w przypadku superherosów wolę pozostać przy filmach pełnometrażowych. Nie twierdzę, że tam nie zdarzają się dłużyzny, jednak są mniej bolesne, niż te obecne w serialu.

Gwiezdne oczekiwania

Stało się. Po długim okresie oczekiwania, po raz kolejny, wróciłem do Gwiezdnych Wojen. Już raz rozstawałem się z tą serią. Ostatnio, za sprawą oferty HBO GO, próbowałem obejrzeć wszystkie części ponownie. Odpadłem, nie udało się, walczyłem długo i poniosłem porażkę. Po raz kolejny. Przygotowania do telewizyjnej premiery Gwiezdne Wojny: Łotr Jeden spełzły na niczym. Znowu przyszło mi oglądać film bez wcześniejszego przygotowania się. I muszę przyznać, że nie było tak tragicznie.

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy rozczarowało mnie. Ledwo dotrwałem do końca, nawet ucieszyłem się, że nie kupiliśmy biletów na premierę. Do dzisiaj nie jestem w stanie obejrzeć siódmej części sagi bez ziewania i ciągłego poczucia rozczarowania. W młodych latach kochałem Gwiezdne Wojny, kasety ze starą trylogią po prostu były zajechane. Nowoczesna odsłona serii mnie nie przyciągnęła, wydała mi się bardzo plastikowa. Przebudzenie mocy odczułem jako kopię Nowej nadziei, z kilkoma drobnymi zmianami. Nie było to dla mnie istotne przeżycie, nawet jakoś szczególnie nie czekałem na ten film. Po prostu zastanawiałem się, jak zostanie zaprezentowane uniwersum Gwiezdnych Wojen, jak będą rozwijane poszczególne wątki. Być może kolejne odsłony przyniosą coś nowego, na pewno je obejrzę, z ciekawości.

Dlatego też zmierzyłem się z Łotrem Jeden i nie jestem rozczarowany. Przyjemny film akcji, bez zbędnych dłużyzn, z całkiem solidną narracją. Grze aktorskiej trudno coś zarzucić, była po prostu pozbawione sztywności, którą obserwowałem przy Przebudzeniu mocy. Może właśnie brak nadęcia pomógł mi w odbiorze Łotra? O siódmej części słyszałem w mediach miesiące przed premierą. Zapowiadany wielki powrót, wykupowanie biletów na pniu, oczekiwania, komentarze fanów, nostalgiczne wpisy w mediach społecznościowych. Wszystko to budowało we mnie przekonanie, że przyjdzie mi zobaczyć dzieło wiekopomne, otwarcie kolejnego rozdziału Gwiezdnych Wojen, kontynuację, na jaką wszyscy zasłużyliśmy. A doświadczyłem nudnego, pompatycznego filmu.

Oczekiwania odbiorców, czyli coś, co zabija dobre teksty popkultury. Najgorsze jest jednak to, że aktualnie nie kontrolujemy ich tworzenia. Nagle, w momencie konfrontacja z filmem/książką/grą, okazuje się, że mieliśmy określone „oczekiwania”, które nie zostały spełnione. Obiecano nam rozgrywkę wieloosobową i miliardy planet? Miała to być doskonała adaptacja powieści graficznej, spod ręki genialnego reżysera? Żałuję, że nie zadajemy sobie pytania, skąd biorą się nasze oczekiwania. Najczęściej wpływ na nie ma machina promocyjna, która stoi za danym tekstem kultury. Marketing opiera się na chwytliwych hasłach, na żonglowaniu nazwiskami i powtarzania niektórych stwierdzeń tak długo, aż staną się one bezdyskusyjną prawdą. Wystarczy odpowiednio przedstawić dorobek danego autora, aby odbiorca zaczął myśleć, że jego najnowsze dzieło również będzie przełamywało granice gatunków i oczaruje narracją.

Coraz częściej staram się unikać harczenia machiny promocyjnej. Tak jak zrobiłem to w przypadku Łotra Jeden. Wszyło mi to na dobre, bo nie poczułem się rozczarowany. Marketing staje się coraz bardziej agresywny. Nic dziwnego, jesteśmy zalewani treściami, nie mamy czasu na ich filtrowanie, więc informacje trzeba podawać szybko i gwałtownie. A potem oczekujemy wielkich dzieł – bo nam je obiecano – a otrzymujemy po prostu dobre teksty i jesteśmy rozczarowani.

Kosmiczna rozrywka

Wybierając się na najnowszy film Luca Bessona, spodziewałem się porządnego kina rozrwykowego. Nie oczekiwałem kolejnego arcydzieła, drugiego Piątego Elementu, następnego Leona Zawodowca. Chciałem się dobrze bawić, trochę się pośmiać, a najważniejsze było dla mnie przeniesienie się do świata z Valeriana. Tę serię powieści graficznych znam do dłuższego czasu i ucieszyłem się, gdy dotarła do mnie informacja, że Luc Besson tworzy film na podstawie przygód Valeriana i Laureline.

Nie zawiodłem się. Otrzymałem porządną porcję rozrywki, a sam film był dopracowany w każdym szczególe. Wszystkie elementy były spójne, konstrukcja narracji potrafiła wciągnąć nawet osoby, które nigdy nie miały w rękach powieści graficznych. Na początku drażniła mnie gra aktorska, momentami zbyt drewniana, potem było lepiej. Tak jakby odtwórcy głównych ról potrzebowali czasu na rozwinięcie skrzydeł. Co prawda nie wnieśli się na jakieś wyjątkowe wyżyny artyzmu, po prostu utrzymali dobry poziom, przez co film przestał tracić na wartości. Dziwią mnie osoby, które wybierają się na Valeriana i miasto tysiąca planet po to, aby zobaczyć obraz artystyczny. Od pierwszego zwiastuny widać było, że będzie to kino akcji, przygody i humoru. Na porządnym poziomie, po prostu, a to już jest dużo.

Zastanawiam się, skąd bierze się niechęć niektórych osób do kina rozrywki? Co jest złego w dobrej zabawie, podanej w solidnej formie? Miło jest czasem obejrzeć film artystyczny, jednak stronienie od obrazów związanych z popkulturą, nie prowadzi do niczego dobrego. Traci się dystans, czyli coś, co jest niezwykle istotne w trakcie odbioru tekstów kultury. Valerian Luca Bessona zbudowany jest na dystansie, co widać, w niektórych cytatach zapożyczonych z innych filmów. W scenerii fantastyki naukowej nabierają one zupełnie odmiennego wydźwięku, stają się wręcz zabawne i pokazują, jak wiele zależy od kontekstu. W świecie, który zalewany jest przez homogeniczne treści, będące wypadkową mody i taśmowej produkcji, powinniśmy się cieszyć z filmów takich jak Valerian i miasto tysiąca planet.

Użyłem dobrego słowa: cieszyć. Kultura popularna istnieje, istniała i będzie istnieć po to, aby dawać radość, aby gwarantować rozrywkę. Jeżeli każdy jej przejaw będzie beznamiętnie deptany i miażdżony, to – jako odbiorcy – nie możemy wymagać od twórców tego, aby eksperymentowali w obrębie poszczególnych gatunków. Kultura popularna to także przestrzeń poszukiwań, plątanie się gatunków, wyciąganie dawno zapomnianych tekstów i zmiany w formach prezentacji narracji. W Valerianie widać rękę doświadczonego reżysera. Osoby, która doskonale czuje się w kinie artystycznym, jak i popularnym. Niewielu to potrafi.

Idźcie na Valeriania i miasto tysiąca planet. Bawcie się, cieszcie z pięknych kadrów, dobrej narracji. Poszukajcie cytatów, zapożyczeń z bezkresnego morza popkultury. Po obejrzeniu, zamiast narzekać, zastanówcie się, kiedy ostatni raz mieliście okazję dobrze bawić się w kinie.

Kulturowe malkontenctwo

Zawsze chętnie czytam teksty zajmujące się krytyką polskiej kultury. Naiwnie myślę, że kiedyś trafię na osobę, która przedstawi program, dokładnie opisze, jakie teksty chciałaby widzieć. Z ciężkim sercem stwierdzam, że – jak do tej pory – na nic takiego nie trafiłem. Za to w Internecie pełno jest narzekania. Kino umarło, seriale leżą i kwiczą, literatura stała się zestawem szmir, a w muzyce króluje kicz.

Cięgi dostają muzyka, kino oraz literatura. Jeżeli chodzi o filmy, to nie jestem specjalistą, oglądam, czasem machnę jaką recenzję, ale mam za mało wiedzy, aby wypowiadać się na temat kondycji tej dziedziny sztuki w Polsce. Muzyki słucham, moim głównym źródłem jest Spotify oraz Progam Trzeci Polskiego Radia. Muszę przyznać, że wciąż trafiają się interesujące polskie zespoły. Dzięki Liście Przebojów Trójki poznałem Korteza, Skubasa, to w Trójce po raz pierwszy usłyszeliśmy z Żoną Organka. A Pablopavo? Kawał dobrej muzyki oraz solidnie napisane teksty. Wystarczy spojrzeć na inicjatywę „Męskie Granie”, które od kilku lat prezentuje polskich wykonawców. Nie ma tam miejsca na przypadek, na szmirę. Czyli jednak coś jest, wystarczy poszukać. Podejrzewam, że osoby zainteresowanie innymi gatunkami muzycznymi, również, bez najmniejszego problemu, wskazałby ciekawych wykonawców.

A co z polską literaturą? Tutaj nie jest tak źle, na polu kultury popularniej możemy pochwalić się interesującymi tekstami i nie mam tutaj na myśli Andrzeja Sapkowskiego i Wiedźmina. Mamy Marka Krajewskiego z kryminałami umiejscowionymi we Wrocławiu. Życzycie sobie eksperymentu? Proszę sięgnąć po powieści kryminalne Marcina Świetliciego. Ostatnio ukazał się Hel3 Jarosława Grzędowicza, dobra książka z kiepskim zakończeniem. Nie zapominajmy o Opowieściach z Meekhańskiego Pogranicza Roberta M. Wegnera! A już grzechem kardynalnym jest pominąć prozę Feliksa W. Kresa. Wierzcie mi, że o polskiej literaturze mógłbym pisać długo, wymieniając autorów mniej i bardziej znanych. Niektórzy domorośli krytycy wyrabiają sobie opinię na podstawie pozycji wystawionych na targach książki. Bywałem na nich i wcale nie odniosłem wrażenia, że polską literaturę zalewa fala kiczu, że toniemy pod tekstami miałkimi i nie ma już nic ciekawego. Podstawowym problemem naszych nadwiślańskich malkontentów jest brak umiejętności selekcji tekstów. Trzeba poszukać, sprawdzić katalogi, przejść się do biblioteki i zapytać o nowości. To bardzo proste.

Zamiast opluwać polskich autorów na lewo i prawo, krzyczeć o upadku polskiej sztuki, warto przyjrzeć się poszczególnym dziedzinom bliżej. Mamy różnego rodzaju mody, które utrzymują się dłużej lub krócej. Przetrwaliśmy marsze żywych trupów, wojny wampirów z wilkołakami. Jeżeli jakiś temat się sprzedaje, to trudno mieć pretensje do wydawców, że zamawiają takie teksty. Tak działa rynek, a teksty w kulturze uczestniczą w nim na prawach produktów. Zostało to już zauważone w książce Duch czasu (1962) francuskiego socjologa Edgara Morina. Teksty kultury zostały obdarte z aureoli wyjątkowości, dzisiaj polegają procesom produkcji oraz promocji. Paradoksalnie nie ma w tym nic złego, księgarze i wydawcy zawsze chcieli zarabiać. W dwudziestoleciu międzywojennym dom wydawniczy Gebethner i Wolff (jeden z najważniejszy z tamtego okresu) miał niezwykle szeroką ofertę. Obok klasyki polskiej literatury pojawiały się także teksty z zakresu literatury popularnej, wystarczy wskazać na Czandu. Powieść XII wieku Stefana Barszczewskiego. Zarabianie na modnych książkach nigdy nie było czymś zdrożnym.

Współcześnie brakuje nam krytyków. Osób znających daną dziedzinę sztuki i potrafiących wskazać, co jest dobre, a co złe. Oczywiście w ramach jasno określonego systemu. Brakuje cierpliwości, chęci zgłębiania tajników filmu, teatru, literatury i muzyki. Natomiast odbiorcy nie są przygotowani do odbioru tekstów z wyraźnym nastawieniem krytycznym. Dopóki to się nie zmieni, to skazani jesteśmy na zwykłe, miałkie i do bólu zbędne malkontenctwo.

Page 1 of 27

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén