Category: Felietony (Page 1 of 32)

Mój drugi rok w gamedevie

Rok temu skrobnąłem tekst na temat pierwszego roku pracy w gamedevie. Dzisiaj uznałem, że warto wrócić do tego tematu. Minęło kolejne 12 miesięcy, od dwóch lat pracuję przy tworzeniu gier. Projektuję, analizuję, zarządzam. Pilnuję, aby nic się nie rozpadło, przynajmniej od razu. Zdarza się, że muszę gasić pożary. Czasami jest ciężko, są tygodnie, w których mam ochotę tylko pospacerować z psem, obejrzeć z Żona film i poczytać książkę. Jednak lubię to zmęczenie, ponieważ towarzyszy mu poczucie wykonania określonego zadania. W tym roku miałem przyjemność obserwować, jak gracze radzą sobie z matchmakingiem, przy którym aktywnie pracowałem.

Dlatego chciałbym poruszyć kwestię odpowiedzialności za design. Piszę do Ciebie, game designerze, z głową pełną pomysłów, z chęcią tworzenia nowych mechanik lub całych gier. To wcale nie jest tak, że każdy Twój, nawet najbardziej kreatywny pomysł, będzie od razu doceniony. Rozejrzyj się. Zrozum kontekst, w jakim pracujesz. Dla kogo tworzysz daną grę? Czy chociaż trochę rozumiesz odbiorców, do których musisz trafić? Nie mam na myśli dokładnego zrozumienia społeczności, od tego jest community manager. Po prostu wypada się rozejrzeć, porozmawiać z ludźmi, na przykład osobami z obsługi klienta. Warto wiedzieć, z czym walczą Twoi odbiorcy, aby lepiej zrozumieć ich potrzeby. Tutaj nie chodzi o ograniczenie Twojej wizji, ale o jej rozwinięcie. Budowanie nowych mechanik, tworzenie gier, to skrupulatne składanie elementów. Obowiązkiem designera jest rozumienie, jak to wszystko się ze sobą łączy.

Game designerze! Iteruj swoje koncepcje, słuchaj tego, co ma do powiedzenia project manager, programista, grafik, słowem – każdy, kto z Tobą pracuje. Nie siedzisz za biurkiem sam, jesteś częścią zespołu. Kolejne 12 miesięcy w gamedevie uświadomiło mi, że w branży jest zdecydowanie zbyt dużo samozwańczych artystów, po brzegi wypełnionych oryginalnymi, wyjątkowymi i intrygującymi pomysłami. Gdzie są rzemieślnicy? Umarli? Dlaczego nikt nie chce po prostu dobrze wykonywać swojej pracy? Od razu trzeba drzeć mordę o kreatywności, o ograniczeniach, zasłaniać się wielkimi koncepcjami? Wycieranie sobie gęby fragmentami przeczytanych książek i obejrzanych materiałów z Extra Credits prowadzi do nikąd. Apeluję! Game designerze, bądź członkiem zespołu. Pracuj z innymi, szukaj kompromisów i rozwiązań, które będą w stanie zadowolić obie strony. Zanim rozpoczniesz wojnę, zastanów się, czy to o co chcesz walczyć, jest warte konfliktu. Czasem warto się szarpać z innymi, szczególnie jeżeli ma się przekonywające argumenty, ale moje doświadczenie podpowiada mi, że konieczna jest umiejętność dobrego rozróżniania. Zaakceptowanie zdania drugiej strony nie jest porażką, to element pracy game designera.

W pracy zajmuje się także analizą danych oraz projektowaniem danych do ich zbierania. Po pierwszej fascynacji wykresami i tabelkami zaczynam mieć wątpliwości. Gra jest przecież doświadczeniem, nie wszyscy gracze grają z otwartym arkuszem kalkulacyjnym. Nie wszystko musi być doskonale zbalansowane, może warto poświęć idealny matematyczny układ, na rzecz dobrej zabawy? Data driven design to modny trend, związany z wszechobecną fascynacją big data. Zastanawiam się, czy precyzyjne profilowanie i mocne opieranie zmian wyłącznie na arkuszu kalkulacyjnym, jest autentyczną odpowiedzią na potrzeby odbiorcy. Zaznaczam, że – moim zdaniem – chce się on, przede wszystkim, dobrze bawić. Może potrzebne jest tutaj dobre zdefiniowanie tego, czym owa zabawa jest? Czy dane to faktycznie odpowiedź na realne potrzeby klientów?

Nie wiem. Wciąż się nad tym zastanawiam. Mam kolejne 12 miesięcy, kolejny rok, do kolejnego wpisu. Obym do tego czasu znalazł odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Streaming narzekania

Ostatnio dopadł mnie ponury nastrój. Nic mnie nie cieszyło, nie nie potrafiło mnie zachwycić. Spojrzałem na książki, wszystkie złe. Przejrzałem katalog filmów w różnych serwisach streamingowych, same kiepskie produkcje. Postanowiłem, że sprawdzę co tam słychać nowego w muzyce. Rozczarowałem się. Bezmyślne dudnienie, brak sensu, dramat i nuda. Dlaczego nasza współczesna kultura jest tak wyprana z treści o wysokiej jakości? Dlaczego twórcy nie potrafią nas już porwać? Produkują kicz, hołubią odbiorcę kultury masowej i dostosowują się do jego gustów. Krótko piszą: nigdzie nie ma nic ciekawego.

Dość! Jeżeli ktoś regularnie zagląda na mojego blogaska, to doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że pod wpływem chandry – nie piszę. Szanuję swoje Czytelniczki i Czytelników. Pozostałych pragnę uświadomić, że nie ma nic do kultury masowej, kocham popkulturę, po prostu się w niej pławię. Dostarcza mi przyjemność, chociaż czasem bawię się źle. Wtedy zastawiam się, dlaczego tak jest, skąd wzięło się moje rozczarowanie. Zawsze staram się dotrzeć do sedna swojej niechęci, unikam atakowania tekstów na oślep. Tylko po to, aby ponarzekać, aby wylać hektolitry jadu, aby udowodnić wszystkim, że jestem prawdziwym krytykiem. Krytyk, jak sama nazwa wskazuje, krytykuje, ale coraz więcej osób robi to w sposób bezmyślny.

Wiele tekstów w Sieci, szczególne tych aspirujących do miana recenzji, opiera się na strumieniu jojczenia. Bohater zły, bo piórem można tylko ładnie pisać, a w ogóle to wszyscy i tak korzystają z długopisów. Fabuła taka sobie, nie opowiada o niczym. Narracja… Stop! Akurat tego słowa nie używają, ten rzeczownik wymaga przynajmniej minimalnej wiedzy. „Krytycy” upodobali sobie ocenianie tekstów kultury, na podstawie przestrzeni, w jakiej dana treść jest dystrybuowana. Dlatego to, co jest na Netfliksie, jest złe, straszne i kiepskiej jakości. Wszystko! Żadnych wyjątków! Muzyka na Spotify? Tragedia. Na winylach lepiej wszystko słychać, a na odtwarzaczu MP3 znalezionym na strychu, to jest już w ogóle magia. Ta spirala błędnego jojczenia kręci się ku uciesze odbiorców, którzy uwielbiają czytać, jak ktoś narzeka. Brakuje mi tylko portalu zajmującego się profesjonalnym zbieractwem krytyki bezmyślnej. Mógłby się nazywać szlachtanarzeka.pl, widzedrwiealeplacedalej.pl albo kiedystobylykolaaterazsakwadraty.eu. Jeżeli ktoś chce zmonetyzować ten projekt – śmiało! Nie chcę żadnych udziałów w takim przedsięwzięciu.

Daleki jest od twierdzenia, że wszystko, co nas otacza jest wysokiej próby. Jest pełno szmiry, współczesną kulturę trawią różne problemy. Zadaniem krytyka jest wskazywać na teksty wartościowe, umiejętnie opisywać to, co jest w nich dobre i jak są one osadzone w kontekście. Oczywiście, robi to w obrębie własnego systemu. Nie trzeba do tego pisać manifestu lub artykułu programowego. Wystarczy zrozumieć dlaczego jedne teksty się lubi, a innych nienawidzić. Tych drugich niekoniecznie musi być więcej. Negatywne recenzje również muszą mieć jakiś sens, nie mogą się opierać na założeniu „ja bym to zrobił lepiej” lub „ten autor od dawna filtruje z kulturą masową, więc wszystko, co robi to kicz, szmira i spektakularny pokaz chamstwa”.

Mniej jojczenia, więcej myślenia. Po prostu.

Zepsuty cyberpunk

Niektóre filmy są tak beznadziejne, że dystrybutorzy powinni zwracać pieniądze za stracony czas. To byłoby nawet miłe. Pójść do kina, wynudzić się jak mops i dostać bilety na inny, może bardziej interesujący, seans. A co z serwisami streamingowymi? Myślę, za pewne produkcje Netfliks powinien przedłużać subskrypcje. O jeden dzień. Bardzo żałuję, że nikt nie zwróci mi czasu, jaki poświęciłem na obejrzenie Bez słowa.

To jest doskonały przykład filmu wyprodukowanego po to, aby zmonetyzować cyberpunk. Pod koniec 2017 roku stała się to niezwykle popularna konwencja, głownie za sprawą premiery Blade Runnera 2049. Początek 2018 przyniósł nam Altered Carbon, co jeszcze mocniej rozbudziło apetyty widzów. Nie dziwię się. Mam wrażenie, że istnieje niewiele produkcji, które doskonale radzą sobie z trudnym cyberpunkiem. Tutaj potrzebny jest pomysł na świat przedstawiony, odpowiednie jego umotywowanie. Bez słowa stanowi doskonały przykład złej realizacji zasad konwencji. Jako widz wręcz potykałem się o uproszczenia, denerwowały mnie plastikowe postaci, a najbardziej drażniła mnie sztuczność świata przedstawionego. Cała narracja jest zawieszona w próżni. Przyszłość w Bez słowa przypomina nieudolnie wycięty karton. Po pierwszych dwudziestu minutach czekałem na to, aż ktoś się przewróci i zniszczy tę kiepską scenografię.

Mam wrażenie, że film miał być cyberpunkową wersją Drive. Zabrakło polotu, umiejętności poprowadzenia historii oraz porządnego głównego bohatera. Milczący człowiek w Bez słowa jest doskonałą wydmuszką. Mimika twarzy na poziomie kamienia porzuconego na polu. Aktorstwo rodem z zajęć na prywatnej Akademii Przystosowania do Roli Aktora i Płodozmianu. Irytowała mnie ta papierowa postać. Bohater pojawiał się na ekranie i swoją obecnością niewiele wnosił. Równie dobrze mogłoby go tam nie być. Jego jedynym zadaniem było utrzymywanie narracji w jednolitej formie. Po spojrzeniu na Bez słowa z perspektywy czasu widzę, że cała opowieść była drobno pocięta. Film składa się z drobnych fragmentów, które mają tworzyć spójną historię. Niestety, to się nie udało, ponieważ cała struktura po prostu się rozpada. Główny bohater ma być spiritus movens, ma być klamrą spinającą wszystko, ale ze względu na swoją słabość, doprowadza do jeszcze większego bałaganu.

Omijajcie Bez słowa szerokim łukiem! Nie dajcie się zwieść trailerom, mogą wskazywać na atrakcyjny film, ale to tylko sprytny marketingowy montaż. Film jest szczególnie przykrym doświadczeniem dla osób lubiących cyberpunk. W każdej scenie widać zupełny brak zrozumienia konwencji, błędne przekonanie o tym, że wystarczy wrzucić trochę neonów i ciemnych uliczek, aby otrzymać interesującą produkcję opowiadającą o mrocznej przeszłości. Bez słowa to bolesne rozczarowanie. Dowód na to, że najgorsze są te film, które usiłują udawać, że są dziełami interesującymi, że mają co interesującego do powiedzenia. Tam nie ma nic. Pustka, próżnia i szczątki narracji. Bolesne rozczarowanie trwające blisko dwie godziny!

Jeżeli chcecie zmarnować trochę czasu, droga wolna. Ostrzegałem.

Wieczór w kinie

Wczoraj zdecydowaliśmy, że pójdziemy kina. Na komedię. Zdaję sobie sprawę z tego, że w czasach filmów pełnych żartów fekalnoanalnych, jest to akt odwagi. Nie wszystkich to śmieszny, nie wszyscy są w stanie wytrzymać humor rodem z American Pie. Na szczęście Wieczór gier okazał się czymś zupełnie innym, produkcją mocno odbiegającą od głównego nurtu humoru. Niestety, obawiam się, że film może być trudny do zniesienia dla fanów żartu seksualnego i miłośników źle dobranych przekleństw.

Wieczór gier ma fabułę. Nie jest tylko biegiem od dowcipu, do wymiotów. Wieczór gier ma ciekawych bohaterów. To nie są tyczki, na których wiesza się mało wybredne żarty, tylko postacie mające własne historię oraz motywacje. Mało tego! W Wieczorze gier można znaleźć ciekawe dialogi! Wyraźnie widać, że są to rozmowy nastawione na komunikowanie uczuć oraz spostrzeżeń danego bohatera, a nie komunikaty mające na celu popychanie fabuły, w kierunku kolejnego niewyszykowanego dowcipu. Smaczku dodają odniesienia do popkultury. Sprawiają, że Wieczór gier staje się jeszcze zabawniejszy. Autorzy umiejętnie wyrywają z kontekstu ikoniczne zwroty i zachowania z innych filmów i sprytnie je rekonstruują. Zarówno ja, jak i moja Żona, świetnie bawiliśmy się na Wieczorze gier. Czego nie możemy powiedzieć o publiczności.

Nie oszukujmy się, do kina chadza się także po to, aby poobserwować zachowania współwidzów. Ku naszemu, mojemu i mojej Żony, zdumieniu, odnieśli wrażenie, że tylko my dobrze bawimy się na Wieczorze gier. Na sali było niewiele osób, w ten weekend miał premierę najnowszy Pitbull. A trzy tygodnie temu swoje święto mieli fani kina vegańskiego, które deklasuje wszystkie inne gatunki. Czułem, że nasi współtowarzysze filmowej podróżny, znacznie częściej śmialiby się na innym filmie. Być może był to efekt przyzwyczajenia odbiorcy do żartów rodem ze współczesnych amerykańskich komedii? W Wieczorze gier próżno szukać epatowania cyckami, śmiechu opartego na ludzkiej seksualności i gagów, których niepodważalnym fundamentem jest kupa. Daleki jestem od twierdzenia, że film jest jakoś szczególnie wyszukany. To jest po prostu porządnie wykonania komedia, wyraźnie widać warsztat twórców. Scenariusz jest dobry, aktorzy stają na wysokości zadania, niektóre kreacje trudno zapomnieć. Nawet montaż jest solidny, co – wbrew pozorom – wcale nie jest codziennością.

Cieszę się, że w ten, dobiegający już końca, weekend udało mi się obejrzeć porządnie wykonany film. Można się obrazić, powiedzieć, że to tylko rzemiosło, zero artyzmu. Jednak nie sądzę, aby było to przekonanie słuszne. Wieczór gier daje coś, czego w komediach jest coraz mniej – rozrywkę, która nie powoduje zażenowania. Każdy, kto chociaż przez chwilę próbował dobrze się bawić w filmie pełnym nowoczesnych i postępowych dowcipów, ten doskonale zna ten moment, w którym nie wiadomo, co robić. Gag powinien bawić, a jednak budzi wyłącznie powątpiewanie w zdrowy rozsądek twórców. Wieczór gier taki nie jest. Dlatego jeżeli szukacie komedii interesującej, z ciekawą historią i solidnymi postaciami, to warto zdecydować się na obejrzenie tego filmu.

Moje notatniki

Dzisiaj, z rosnącym przerażanie, stwierdziłem, że powoli kończy mi się miejsce w notatniku. Mam go od ponad roku, trochę ze mną pojeździł, zużył się i zawsze był doskonałą przestrzenią do notowania pomysłów. Mało tego! Ten zeszyt w szarej okładce zawiera w sobie szczegółowe opisy dwóch funkcjonalności do gry, przy której pracuję. Znalazłem także notatki ze zeszłorocznych Digital Dragons oraz dokładny opis połączenie i szkic logiki do stacji pogodowej. A to nie jest mój pierwszy notatnik!

Nigdy nie prowadziłem pamiętników. Próbowałem, ale szybko nużył mnie przymus codziennego spisywania myśli. Nie prowadzę fascynującego życia, nie mam tysiąca myśli na minutę. Moje notatniki doskonale to pokazują. Posiadam tendencję do rozbierania określonego problemu na części pierwsze i analizowanie ich połączeń. Stąd w moich szkicach mnóstwo strzałek, połączeń, uwag na marginesach. Treście pojawiają się one nieregularnie, stanowią wyrzut tego, co od dłuższego czasu siedzi mi w głowie. Każdy z moich notatników był swoistym uporządkowaniem mojego prywatnego chaosu. Wiele pomysłów tam umarło, a jeszcze więcej zostało zrealizowanych. Zapiski internetowe prowadzę od 2009 roku, czyli od 9 lat. Blog zawsze był dla mnie formą ćwiczeń warsztatowych, pisałem i publikowałem, po to, aby się trenować składanie słów w zdania. W dalszym ciągu tak jest.

Notatniki, to coś zupełnie innego. Bałagan, pisanie w autobusach, na przystankach, w pociągach. W każdej wolnej chwili. Zawsze, gdy dopadała mnie jakaś myśl. Czasem spisuję uwag na temat aktualnie czytanych książek, znacznie częściej tworzę szkice do artykułów. Co ciekawe, mam awersję do cyfrowych notatników. Miałem ich kilka. Próbowałem pisać za pomocą klawiatury ekranowej, korzystałem z rysika. Nic się nie sprawdzało tak dobrze, jak tradycyjny papier i ołówek. Przez długi czas korzystałem z ołówków, do dziś mam ich zapas. Nigdy nie przepadałem za długopisami. Pióro w mojej dłoni pojawiło się przez przypadek, za sprawą Łukasza, człowieka, z którym studiowałem.

To od niego dostałem pierwsze pióru. Srebrnego Parkera, z serii Vector. Długo nie mogłem się przestawić, ale w końcu ręka się przyzwyczaiła. Na pewno znacznie poprawił się mój charakter pisma, nie bazgrzę już tak jak kiedyś. Niestety, to pióro po kilku latach się zużyło. Najwięcej problemów sprawiała skuwka, która miała tendencję do odsłaniania stalówki. Kilka razy zdarzyło się, że moje papiery przybierały kolor aktualnie używanego tuszu. Dlatego w tym roku, w ramach urodzinowego prezentu od Żony, otrzymałem nowe pióro. Stare zachowałem, najwyraźniej z wiekiem robię się coraz bardziej sentymentalny.

Łukasz podarował mi pióru z życzeniem napisania szkicu pierwszej książki. Nic takiego się nie stało. Jego prezent posłużył do zapełnienia trzech notatników, od deski do deski. Dlatego nie sądzę, aby podarek się zmarnował.

Page 1 of 32

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén