Category: Felietony (Page 1 of 31)

Konfrontacje ze schematem

Wiecie, że na Nefliksie wylądowała piąta część Rekinado? Okropna, zła, pełna dziwnych ujęć, z kompletnie rozwalonym montażem. Narracja w strzępkach, film jest w zasadzie zlepkiem przypadkowych wydarzeń z motywem przewodnim, czyli z rekinado. To takie tornado z rekinami, rzecz trudna do opisania, to trzeba zobaczyć. Obejrzałem. Tak samo, jak poprzednie części. Nie żałuję poświęconego czasu.

Konfrontowanie się z takimi miernymi produkcjami daje mi sporo przyjemności. Nie ma nic gorszego, niż kiepski film zrobiony na poważnie. Taki, w którym reżyser, aktorzy, operatorzy, kaskaderzy, katering i inne osoby zaangażowane w produkcję, nie zdają sobie sprawy z mierności swoich poczynań. Może niepotrzebnie wrzuciłem katering, może kanapki były dobre, jednak o scenariuszu lub grze aktorskiej, już nie można tego powiedzieć. Człowieka chwyta dysonans – na ekranie fabuła się sypie, postacie są do bólu sztuczne, a dialogi drętwe, jednocześnie wszyscy próbują zachować poważna minę. Tak powstają najgorsze gnioty. Rekinado do nich nie należy. Tutaj od początku wiadomo, że celem filmu jest łączenie głupoty z nawiązani do popkultury. Wszystko jest doprawione zupełnym brakiem powagi. Autorzy nawet przez chwilę nie próbują przekonać odbiorcy, że jakikolwiek element filmu jest traktowany poważnie.

Jednocześnie trudno nazwać ten film dobry. To kino klasy Z, dla osób lubiących analizować złe połączenia w tekstach kultury. Strzępy fabuły zszyte najgorszej jakości dratwą. Wymuszone dialogi, przypominające najgorsze spotkania rodzinne w trakcie świąt. Właśnie dla takich atrakcji oglądam Rekinado. Później sięgam po kino gatunkowe, najlepiej, jeżeli dana realizacja doskonale wpisuje się w określoną formułę. Taki filmem okazał się Rytuał, również dostępny na Netfliksie. Opowieść o grupie mężczyzn, którzy schodzą ze szlaku, trafiają do lasu, w którym znajdują opuszczoną chatę. Nocują w niej, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, ludzie giną, między drzewami grasuje potwór. Sztampa, prawda? Znana wszystkim forma, zero zaskoczeń, łatwe do rozszyfrowania zwroty akcji.

Rytuału nie można nazwać filmem złym. Wyraźnie widać zrozumienie konwencji, jej zręczne wykorzystanie oraz świadome poruszanie się w obrębie gatunku. Nie jest to żaden majstersztyk, żadne arcydzieło, ale po prostu dobrze wykonana robota. Rytuał przypomina, że w kulturze potrzebujemy także zdolnych rzemieślników, a nie tylko wybitnych artystów. Właśnie po to, aby bawili nas zręcznie wykonanymi formami, aby utrwalali gatunki, które potem stają się punktami odniesienia. Kultura popularna ma swoje wyjątkowe teksty, ale zdarzają się one rzadko. Zdecydowanie częściej odbiorca zderza się z odlewem wykonanym na podstawie gotowej formy. Od umiejętności twórcy będzie zależał efekt, wrażenie, jakie zrobi na odbiorcy.

W końcu wszyscy lubimy zręcznie wykonane przedmioty. Nie inaczej jest z tekstami kultury. Nawet te stworzone na podstawie schematów, jeżeli są wykonane porządnie, mogą dostarczyć wielu wrażeń.

Muzyczne bagienko

Mijają kolejne tygodnie bez Trójkowej Listy Przebojów. Ominęliśmy z 12 notowań, nie czujemy potrzebny powrotu. Wszystko przez utwory, które nas denerwowały. Wiem, o gustach trudno dyskutować, ale słuchanie listy przebojów mija się z celem, gdy w całym notowaniu, jedynie kilka kawałków nie powoduje drżenia i chęci wyłączenia programu. Czekamy na zmiany, na powiew świeżości, dzięki któremu znowu odkryjemy nowych wykonawców.

W czasach serwisów streamingowych i algorytmów chęć słuchania muzycznych programów radiowych wydaje się dziwna. Spotify zna mnie lepiej, niż niejeden redaktor i na pewno, na początku każdego tygodnia, będzie w stanie zaproponować mi interesujący zestaw utworów. Takie pasujący do mojego gustu i aktualnego zapotrzebowania muzycznego. Wiele razy sparzyłem się na tym algorytmie, dostawałem zestawienia, których nie byłem w stanie przesłuchać do końca. Kiedyś, w trakcie kilku tygodni powrotu do korzeni i słuchania death metalu przeplatanego black metalem, Spotify postanowiło mnie zaskoczyć. Na listę trafił utwór Krzysztofa Krawczyka. Jak powszechnie wiadomo, jego muzyka ociera się o ciężkie gitarowe brzmienia, wielu wykonawców wzoruje się na growlu z Parostatku lub Bo jesteś Ty. Krzysztof Krawczyk, włączył się zaraz po Behemocie, co było dla mnie potężnym szokiem poznawczym.

Dlatego wciąż przeglądam playlisty niektórych audycji radiowych. Taki Minimax, którego kiedyś słuchałem nałogowo. To tam po raz pierwszy miałem przyjemność doświadczyć dźwięków zespołu Marillion. Były też inne muzyczne przygody. Za sprawą Trójki wybrałem się na OFFestival, nawet kupiłem kilka płyt zespół niezależnych. A AfroKolektyw na długo pozostanie jednym z moich ulubionych wykonawców. Czasem warto zaufać drugie człowiekowi, który dokonuje selekcji utworów. Ludzie mają różne gusta, poglądy i potrzeby muzyczne. Bywa, że z takich zderzeń wyciąga się interesujące rzeczy. Algorytm wyciągnął mi Krzysztofa Krawczyka. W porządku, przynajmniej zrozumiałem, że nie jest to muzyka dla mnie, a zestawianie jej z death metalem jest po prostu zabawne.

Nie zmienia to faktu, że od kilku tygodni mam wrażenie, że Spotify topi mnie w moim własnym, prywatnym i osobistym, muzycznym bagienku. Zero interesujących odkryć, brakuje miejsca na dotarcie do takich zespołów jak Mars Volta lub na posłuchanie jazzowych wariacji grupy Laboratorium. Eklektyzm muzyczny zawsze gwarantowało mi radio. Dzisiaj słuchał go mniej, przesiadłem się na cyfrową dystrybucję, jednak wciąż szukam interesujących dźwięków na playlistach niektórych audycji. Konfrontuję się z tym, co może mnie całkowicie odrzucić, sprawdzam wykonawców oraz zapętlam wybrane utwory. Algorytm zabił mi radość odkrywania, która dla mnie zawsze polegała na znalezieniu czegoś, co mocno odstaje od mojego dotychczasowego gustu. Te eksperymenty kończyły się różnie, jednak bez nich na pewno nie usłyszałbym wielu interesujących i wyjątkowych piosenek.

Czy Spotify kiedykolwiek wrzuciłoby mi utwory takich zespołów jak Kino, Nautilus Pompilius lub Piknik? Szczerze wątpię.

Cyfrowe doświadczenia

Czy absolutnie każde ludzkie doświadczenie musi być obecnie przefiltrowane przez ekran smartfona? Okazuje się, że ten niewielki komputer, który nosimy w kieszeni całkowicie włada naszym postrzeganiem świata. Nie mam na myśli poglądów politycznych lub ogólnego stanu umysłowego. Widziałem ludzi dosłownie obserwujących rzeczywistość za pomocą ekranu smarfona.

Kilka miesięcy temu, razem z Żoną, udaliśmy się na koncert Korteza. O wrażeniach – być może – napiszę innym razem, obecnie chciałbym skoncentrować się na widowni. Szczególnie na osobach chętnie korzystających ze smarfonów. Wielu wrzuciło fotkę na Instagrama, aby potwierdzić, że uczestniczy w kulturze. Nie mam zamiaru krytykować takiego postępowania. Od jednego zdjęcia jeszcze nikt nie umarł, zawsze to jakieś wspomnienie, nawet to wrzucone do cyfrowej rzeczywistości. Znacznie większym problemem są osoby, które nie potrafią odkleić się od ekranu. Nie tyle ciągle coś sprawdzają, pewnie czekają na lajki pod zdjęciem z koncertu, ale ślepo wpatrują się w ekran, zamiast obserwować scenę. Oczywiście, to już jest nagminne w kinie, spotkałem się z takim zachowaniem nawet w teatrze. Jednak na koncercie Korteza doświadczyłem prawdziwego ekstremum.

Dwie młode panie, w wieku studenckim, prowadziły relację na żywo z całego wydarzenia. Na zmianę siedziały z wyciągniętym smarfonem w kierunku sceny i skrupulatnie nagrywały utwór po utworze. Wszystko mogli obejrzeć ich znajomi na Facebooku. Wspaniały gest, prawda? Posłuchać sobie muzyki przetworzonej przez mikrofon smartfona. Jeżeli ktoś lubi takie partyzanckie nagrania, to życzę miłej zabawy. Natomiast cały czas zastanawiam się, co z koncertu zapamiętały trzymające smartfony panie. To, że cierpły im ręce, a chciały wrzucić jak najdłuższy materiał? A może powoli umierającą baterię? Tragedia! Jak potem wrzucą zdjęcie, że koncert się skończył! Nie odpiszą na komentarz! Nic nie będą w stanie zrobić. W ich głowach zapewne pojawiały się mroczne scenariusze, Kortez prosi do wspólnego zdjęcia, a tu NIE DA SIĘ GO ZROBIĆ, BO BATERIA PADŁA, TRZEBA KOGOŚ POPROSIĆ, JAK W ŚREDNIOWIECZU, GDY APARATY BYŁY Z KLISZĄ. Takie koszmary je męczyły na koncercie, ale chęć podzielenia się swoją radością na Facebooku ciągle brała górę.

Jaki sens ma obecność na koncercie, jeżeli scenę ogląda się na ekranie smartfona? Takie zachowanie jest pozbawione drobin zdrowego rozsądku. Trzymać w dłoniach telefon, gadać z koleżanką, pokazywać sobie ilość polubień i komentarze, i zupełnie ignorować, to co dzieje się na scenie. Artysta okazuje się tylko pretekstem do wrzucenia filmu, zrobienia zdjęcia. Doświadczenie, jakiekolwiek przeżycie, nie jest kompletne, jeżeli nie zostało wrzucone do cyfrowego świata. Nie dzielisz się materiałami z wyjazdów w mediach społecznościowych? Przykro mi, najwyraźniej prowadzisz smutne życie, siedzisz w domu, beznamiętnie klepiesz w klawisze i coś tam sobie skrobiesz na cyfrowych kartkach. Twoje życie to fikcja, bo opowiadasz o wydarzeniach i doświadczeniach, które nie zostały cyfrowo udokumentowane.

Sam dużo czasu spędzam, wpatrując się w smartfona, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby przez ekran telefonu oglądać koncert. Bzdura! Głupota! Coś takiego powinno się piętnować!

Impulsywne przeglądanie

Środa, końcówka stycznia 2018 roku. Późne popołudnie, taski zakończone, można odpoczywać. Wcześnie warto przygotować sobie jakiś obiad, żeby się siedzieć o przysłowiowym suchym pysku. Pogoda jak pod psem, zimno, nieprzyjemnie, żadnej motywacji, aby opuścić ciepłe i suche miejsce. Rozwiązania same się nasuwają – granie, czytanie, oglądanie. Poszukuję tego, przy czym odpocznę najbardziej. Wybieram ostatnią możliwość.

Będę oglądał. Nie wiem jeszcze co. Obserwuję klęskę urodzaju obrazów. Uśmiecha się do mnie YouTube. Mam tam zapisanych kilka materiałów na temat programowania oraz game designu. Nie będę myślał w środę, tym bardziej późnym popołudniem. Połowa tygodnia, trzeba uspokoić umysł, aby dotrwać do weekendu. HBO GO? Odpada! Czekam na kolejny sezon Doliny Krzemowej, może wcześniej obejrzę sobie poprzednie, ale teraz nie mam na to ochoty. Humor dotyczący cyfrowego świata bardzo mnie bawi, dopóki nie zdam sobie sprawy z tego, że wiele z tych problemów przerobiłem w trakcie pracy. Zostaje Netfliks! Niezmierzone pola nieskończonych możliwości! Słuszna droga, zbawienie miłośników oglądania filmów i seriali. Chociaż bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że jest to przestrzeń dla tych, którzy lubią przeglądać.

Przekleństwem Netfliksa jest katalog, w którym można utonąć. Nic takiego nie zdarzyło mi się w Spotify. Nigdy nie ugrzęzłem w przeglądaniu tytułów oraz wykonawców. Gdybym powiedział, że podobnie mam, gdy wpadam na Netfliksa, to zwyczajnie bym skłamał. Płacę za możliwość przeglądania obrazów w katalogu. Czasem czytam opisy, kompletnie nie zwracam przy tym uwagi na gatunek. Interesujący sposób spędzania wolnego czasu – grzebanie w ofercie serwisu streamingowego, tylko po, aby nic nie znaleźć, ale dołożyć kilka filmów do listy. Od razu człowiek staje się szczęśliwszy! Mam co oglądać, bo dodałem nowe tytuły. W czasie spędzonym na poszukiwania, na pewno mogłem obejrzeć przynajmniej dwa odcinki jakiegoś serialu…

Wyjątkowo w środę, podejrzewam, że w ostatniej chwili, zorientowałem się, że katalog zaczyna mnie wciągać jak bagno. Otrząsnąłem się! Wyrwałem się! Odniosłem mały sukces! Dlatego postanowiłem go uczcić. Wybór padł na serię Comedians in Cars Getting Coffee. Niespodzianka – nie obejrzałem wszystkich odcinków! Postanowiłem, że wybiorę rodzynki z ciasta i skoncentruję się tylko na tym, co mnie zainteresowało. Kierowałem się rozpoznawalnością nazwisk. Szyba selekcja i swoją przygodę z Comedians in Cars Getting Coffee zakończyłem w ciągu 90 minut. Obejrzałem tylko kilka odcinków, nie czuję potrzeby, aby wracać do tej serii.

Skorzystałem z wolności, którą dał mi serwis streamingowy. Nie czuję się winny. To dobrze, że mogłem sam zdecydować o swoim czasie, nawet jeżeli wcześniej musiałem zwalczyć pokusę przeglądania katalogu. Jednocześnie nie mam zadania na temat programu Comedians in Cars Getting Coffee. Kilka odcinków, kilka znanych nazwisk, materiały o różnej jakości. Dla mnie był to zapychacz czasu, idealny do obiadu odgrzanego w późne środowe popołudnie.

Strażnicy patosu

Udało mi się! Po wielokrotnym odkładaniu w końcu obejrzałem drugą część Strażników Galaktyki. Nigdy nie byłem fanem tej serii i mam wrażenie, że już nim nie zostanę. Polecano mi oba filmy jako najbardziej wyluzowane ekranizacje komiksów. Mówiono mi, że będę się doskonale bawił i śmiał do rozpuku. Nic takiego się nie wydarzyło.

Pierwsza część dostarczyła mi odrobinę rozrywki. Jednak przez cały czas miałem wrażenie, że czegoś jej brakuje, że zaprezentowana fabuła jest zlepkiem kompletnie przypadkowych wydarzeń. Postacie były dla mnie obojętnie. Ani szop, ani wyjątkowo elokwentne drzewo mnie nie zachwyciły. Pierwsza część miała swoje lepsze i gorsze momenty, odebrałem ją jako średnią, ale zapewniającą odrobinę zabawy. Liczyłem na to, że w przypadku kolejnej odsłony Strażników Galaktyki będzie podobnie. Rozczarowałem się.

Rozumiem, że superbohaterska konwencja wymaga odrobiny patosu. Ratowanie świata lub galaktyki, budowanie relacji pomiędzy postaciami, opisywanie ich historii – jest mnóstwo miejsc, w które można wstawić podniosłe sceny. Jednak musi zostać zachowana, przynajmniej szczątkowa, równowaga. Tego elementu brakuje w drugiej części Strażników Galaktyki. Patos po prostu leje się z ekranu trudnym do opanowania strumieniem, kiepskie żarty tylko pogrążają film. Gdzie humor, zabawa? Dlaczego wszystko w najnowszych Strażnikach Galaktyki jest tak nieznośnie podniosłe? Mnie ten film pokazał, że kino superbohaterskie już przeżyło swoje złote lata i teraz coraz częściej będzie oscylowało wokół nieznośnie nudnych widowisk. Z obowiązkowym superherosem w tle oraz ratowaniem świata. Bez tego się nie obejdzie!

Uwielbiam komiksy, niektóre filmy o superbohaterach oglądałem kilka razy. Jako młodzieniec uwielbiałem animowanego Batmana oraz Iron Mana. Ich najnowsze wcielenia również doceniłem. Nawet pierwsza część Avengers była dla mnie interesującym przeżyciem. Niestety, od pewnego czasu, nie potrafię wskazać konkretnej daty, czuje się zmęczony tym superbohaterskim kontekstem. Dość mam ratowania świata, gadżetów, technologii, genetycznych mutacji i bogów z Asgardu. Popkultura uwielbia wskrzeszać historie i bohaterów, niestety potrafi ich także bezpardonowo zarzynać. Wynika to z powtarzalności, z nadmiaru, z konieczności wciskania superherosów w każdą, nawet najmniejszą szparę.

Nie czekam na żadną nową odsłonę z dowolnego uniwersum. Mam dość. Odpuszczam sobie superhersów we wszystkich postaciach. Jestem zmęczony ich ciągłą obecnością na ekranie. Dla mnie druga część Strażników Galaktyki kumuluje wszystko to, co jest najgorsze w kinie superbohaterskim. Moim zdaniem zbliżamy się do nieuchronnego końca tego popkulturowego szaleństwa. Pozostaje sobie odpowiedzieć na pytanie, co będzie następne? Co i kto zostanie wskrzeszone i wystawione na pastwę odbiorców? Były wampiry, zombie, superherosi. Podejrzewam, że w najbliższym czasie będziemy świadkami narodzin nowej mody.

Page 1 of 31

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén