Category: Felietony (Page 1 of 24)

Pożeracz baterii

Moje mobilne granie, to temat trudny i długi. Nie jestem zwolennikiem tego typu rozrywki, chociaż próbowałem swoich sił w różnych produkcjach wydanych na telefony komórkowe. Drażni mnie potrzeba ładowania baterii, wkurzają mnie wszechobecne mikrotransakcje, a już najbardziej podnosi mi ciśnienie długość trwania pojedynczej sesji. Jeżeli gra jest zaprojektowana dobrze, jak chociażby Clash Royale, to jeszcze mogę poświęcić kilka minut. Jednak dłuższe przykuwanie mnie do ekranu telefonu uznaję za niepotrzebną fanaberię, szczególnie, gdy już zapłaciłem za grę.

Muszę zaprojektować nową funkcjonalność do pewnej aplikacji mobilnej. Dlatego zacząłem się zastanawiać, ile czasu mogę poświęcić na siedzenie przed telefonem i eksplorowanie wirtualnego świata. Pamiętam, że przez pewien czas grywałem w różne mobilne produkcje, najmocniej zapamiętałem takie tytuły jak Bardbarian oraz Out There. Szczególnie ta druga gra przyciągnęła mnie na dłuższy czas. Taki kosmiczny survival, z ciekawym systemem tworzenia przedmiotów oraz depresyjną historią. Natomiast Bardbarian przypominał mi wariację na temat tower defense. Biegałem po ekranie bohaterem i mordowałem zastępy złych potworów. Całkiem ciekawa i przyjemna sprawa. Obie gry pozwalały mi na zabicie czasu, gdy czekałem na środek komunikacji masowej. Raz był to autobus, a innym razem pociąg. Myślę, że wtedy średni czas trwania pojedynczej sesji wynosił u mnie około 20 minut. Sporo, ale też długo musiałem stać na dworcu lub przystanku. Dzisiaj moja sytuacja trochę się zmieniła.

Poczułem to gdy spróbowałem swoich sił w Dungeon Rushers. Gra debiutowała już na desktopach, bez problemu można ją nabyć na Steamie. Pojawiła się też wersja mobilna, która jest sprzedawana w modelu buy2play z mikrotransakcjami. Jest sklep ze skórkami dla postaci, jak komuś bardzo zależy na personalizacji krasnoluda, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby kupił oryginalny strój. Nic więcej nie ma, żadnych dodatkowych map lub specjalnych ulepszeń do własnego lochu. Jak sama nazwa wskazuje celem gry, jest ciągłe plądrowanie podziemi. Można to robić w trakcie kampanii, która jest sztampowa, ale dodatkowe wyzwania są całkiem interesujące, lub atakując lochy stworzone przez innego gracza. Takie małe PvP, które – przynajmniej ja mam takie wrażenie – nie zostało należycie rozwinięte. Jest ciekawie, można sprawdzić, jak ludzie próbują zabezpieczyć skarb i z czego lubią korzystać. Potwory, czy pułapki? Może skomplikowany labirynt? Gdyby w tym trybie można było zdobywać jakieś dodatkowe nagrody, to chętniej bym z niego korzystał.

Problemem Dungeon Rushers jest angażowanie gracza. Gra mobilna powinna być casualowa, gwarantować stosunkowo szybką progresję, aby odbiorca chętnie do niej wracał. Dopiero później, przy zbliżaniu się do engame’u, trudność rozgrywki powinna wzrastać. Dungeon Rushers prezentuje sposób angażowania gracza znany z gier PC. Jest żmudnie i powoli, sesje są długie i wymagają sporo różnych aktywności. Trzeba trochę czasu poświęcić na tworzenie przedmiotów, sprzedaż rzeczy niepotrzebnych, walkę w lochach tworzonych przez graczy i na kampanię. To dużo różnych zadań, na dodatek pojawia się jeszcze rozwijanie postaci, które jest ściśle związanie z misjami fabularnymi i wyzwaniami. Tylko tam otrzymuje się punkty doświadczenia. Jak łatwo się domyślić, taka sesja może trwać nawet 60 minut! A to bardzo, bardzo dużo, jak na grę mobilną, która nie została wydana jako free2play. Skąd znaleźć, aż tyle czasu? Może lepiej poświęcić godzinę na jakąś grę na komputerze?

Daleki jestem od skreślania Dungeon Rushers. To całkiem dobra produkcja, ale granie w nią na telefonie komórkowym nie jest najlepszym rozwiązaniem. Aplikacja doskonale pożera czas oraz baterię, jednak model rozgrywki po prostu mnie odrzuca. Na desktopie potraktowałbym niektóre dłużyzny jako coś naturalnego, ale w przypadku produkcji na urządzenia mobilne okazuje się, że rozwój postaci oraz tworzenie przedmiotów to zdecydowanie zbyt nużące zadania.

Diablo nie potrafi świętować

Skończył się luty, a mnie nagle przypomniało się, że w styczniu całkowicie zignorowałem pewne wydarzenie. Niby powinienem świętować, cieszyć się, opowiadać wszystkim, jak to fantastycznie się bawiłem. Dla każdego gracza zdobywającego pierwsze cyfrowe szlify w połowie lat 90. niezwykle istotnym tytułem jest Diablo. Po raz pierwszy zetknąłem się z drugą częścią w gimnazjum, po pewnym czasie wróciłem do pierwszej, aby zrozumieć, jak to wszystko się zaczęło. Ostatnia część, trzecia, ma wielkiego pecha, ponieważ wyraźnie widać, że Blizzardowi brakuje pomysłu na jej promocję.

Czyżby Diablo się całkowicie wypalił? Same zgliszcza? Styczniowe wydarzenie, które powiało się z okazji dwudziestolecia serii, miało być ze wszech miar wyjątkowe. W końcu jest, co świętować! Dwadzieścia lat w Sanktuarium, dwadzieścia lat mordowania hrod demonów, przez dwadzieścia lat gracze wypróbowali mnóstwo buildów, zdobyli pełne sakwy legend, a przez pewien czas nosi w nich nawet obcięte uszy! Z przykrością stwierdzam, że atrakcje przygotowane przez Blizzarda były kiepskie i obnażyły to, co czuje wielu fanów Diablo – twórcy nie mają już pomysłu na odświeżenie tej serii. Zapowiedziany powrót Nekromanty trochę przypomina „Pakiet misji Novy”, który miał przedłużyć popularność StarCrafta 2. Wyszło zupełnie na odwrót, ponieważ te dodatkowe scenariusze okazały się być  – delikatnie mówiąc – na średnim poziomie. Pozostaje mieć nadzieję, że Nekromanta wprowadzi do Sanktuarium prawdziwe zamieszanie!

Styczeń upłynął w całkowitej ciszy. Drobne wydarzenie, czyli „Ciemność nad Tristram”, nie sprawiło, że z wielką chęcią wróciłem do Diablo III. Wpadłem, utłukłem trochę potworów, znalazłem właściwy portal, obejrzałem stylizowaną grafikę i pozbierałem trochę przedmiotów. To wszystko. Jeden weekend, potem już nie miałem ochoty włączyć gry. Czy Blizzard stracił serce do swojej produkcji? Nie sądzę. Problem raczej polega na tym, że sama marka mocno spowszedniała. Gier hack’n’slash jest na kopy, sam w swojej kolekcji mam Grim Dawn i Torchlight. W siłę rośnie Path of Exile, moim zdaniem bezpośredni konkurent produkcji Blizzarda. Grinding Gear Games, które odpowiada za Wyrzutków, cały czas stara się zaskakiwać graczy. Każda liga (w Diablo III są to sezony) wprowadza jakąś interesującą mechanikę. Ostatnio było to Szczeliny (breach), z których wypadały hordy przeciwników. Została to zrealizowane inaczej, niż w Diablo III, w którym były to instancje. GGG postawiło na otwarty świat i muszę przyznać, że ta zmiana nieźle się sprawdziła.

A co daje nam, oddanym graczom, Blizzard? Nudne sezony z całkowicie beznadziejną kosmetyką. Trochę wyzwań, które można stosunkowo szybko zrobić. Zero interesujących mechanik, ciągłe odgrzewanie starego kotleta. Blizzard zdaje się nie dostrzegać tego, że gracze mają po prostu dość zdobywania poziomów po to, aby otrzymać obramowanie na portret. Na dodatek otrzymanie fragmentów zestawów psuje rozgrywkę. To powinna być nagroda za utłuczenie hord potworów, za kilkukrotne pokonanie potężnego bossa, a nie za wykonanie kilku zadań. Doskonale rozumiem to, że odbiorcy gier komputerowych lubią ułatwienia, ale rozmontowywanie jednej z istotnych mechanik produkcji, prowadzi wyłącznie do zmniejszenia jej atrakcyjności. Po co mam się starać, próbować, skoro wiem, że dostanę zestaw po odbębnieniu listy zadań?

Urodzinowe wydarzenie obnażyło bezcelowość Diablo III. Jednak ja cały czas liczę na to, że Blizzard jeszcze mnie zaskoczy i sprawi, że z wielką chęcią wrócę do Sanktuarium.

W potrzasku przeprowadzki

Przeprowadzka. Czar zmiany miejsca, piękno nowego początku, przeurocze rozmieszczanie swoich ukochanych rzeczy. Rozczaruję osoby, które widzą w setkach pudeł, rozkręconych meblach i ogólnym bałaganie, jakiś zniewalający urok. W ciągu ostatnich 8 miesięcy przeprowadziłem się 3 (słownie: trzy) razy, więc wiem na czym to polega. Być może moje cyniczne nastawienie wynika z trudnego charakteru, a także tego, że wciąż nie wybrałem sobie trenera personalnego i nie potrafię walczyć z trudnościami. Czas pogodzić się z tym, że diamentem nie będę.

A tak sobie myślę, że gdybym miał pod ręką takiego trenera, to każda z tych przeprowadzek miałaby w sobie coś wspaniałego. Za pierwszym razem byłby to trud noszenia pudeł z czwartego piętra. Taki dobry trener mojego hartowanego w stali wyzwań charakteru, powiedziałby mi, że powinienem się cieszyć, że dałem radę. Nie każdy byłby tak odważny, żeby porwać się na takie wyzwanie! Ty wygrałeś! Jesteś zwycięzcą! Brawo! Tańcz, ciesz się, bolą Cię plecy? To dobrze! To znaczy, że żyjesz, bo ból jest DOBRY! Nic z tych rzeczy, już szykuje się do skoku mój cynizm. Trzeba być ciężkim frajerem, żeby nie zamówić firmy przeprowadzkowej. Zabawa w traganie gratów z czwartego piętra w trzy osoby jeżdżące dwoma samochodami. Trener personalny wskazałby na oszczędności! Jasne! Bo benzyna w prywatnym aucie jest za darmo, a czas jest tak bardzo odzyskać.

Za drugim i trzecim razem, po bolesnej nauczce, a nie po złotych radach w cenie 100 złotych za godzinę, zamówiłem firmę przeprowadzkową. Ogarnięci ludzie, zero szkód, fachowy transport gratów. Wszystko poszło szybko i sprawnie. Plecy mnie nie bolały, meble skręciłem szybko, a pudła zawadzają do dzisiaj, chociaż przeprowadziliśmy się 9 stycznia. Brakuje nam miejsca, a konkretnie dwóch komód i szafki. Dlatego też część naszych ubrań jest dalej w pudłach. Trzeba przyznać, że rozwiązanie to nie jest wygodne, utrudnia znalezienie czegokolwiek i sprawia, że pokój wygląda tak, jakbyśmy mieli przeprowadzić się po raz czwarty. Na dodatek ciuchami zastawione mam też półki na biurku, bo niektóre elementy garderoby trzeba mieć jednak po ręką. Taki układ sprawia, że moje książki oraz istotne kartki, bez których nie mogę żyć, zaczynają walać się absolutnie wszędzie.

Trwamy w pułapce końca przeprowadzki. Już chcielibyśmy mieć wszystko rozpakowane, ale ciągle czegoś na brakuje. Być może w przyszłym tygodniu znikną ostatnie pudła i nareszcie będziemy mogli rozstawić resztę elektroniki. Kino domowe, telewizor i drukarka zostały w innym miejscu, bo po prostu nie mieliśmy gdzie ich postawić. Trudno tęsknić za skanerem, ale seriale znacznie lepiej ogląda się na urządzeniu z ekranem większym, niż 15 cali. Dlatego spokojnie czekamy. Cierpliwości mamy coraz mniej, a – jak wielokrotnie wspomniałem – nie czuwa nad nami żaden trener osobisty…

Problemy pierwszego świata?

Walka z „Moją walką”

Ze względu na to, że czytam piąty tom Mojej walki Knausgårda, moja Lepsza Połowa zadała mi jedno fundamentalne pytanie. Odwołując się do mojej miłości do literatury i wciąż tlących się we mnie potrzeb krytycznoliterackich, zapytała czy proza Knausgårda to dzieło wiekopomne. Ciekawa sprawa. Przyznam szczerze, że musiałem dobrze zastanowić się nad odpowiedzią, ponieważ wokół Mojej walki mocno pracuje (a może już „pracowała”?) machina marketingu.

Znak czasów. O poczuciu wiekopomności decyduje dział marketingu, a nie uznani krytycy. Zresztą na temat kondycji tej aktywności literackiej kilka razy już pisałem i tym razem nie mam ochoty. Wolę spojrzeć na Knaustarda, bo cztery tomy przeczytałem, jestem w trakcie piątego, a do końca został tylko jeden. Gdybym dzisiaj miał opowiedzieć, czy Knausgårda będą czytać pokolenia, czy stanie się ponowoczesnych Proustem, to powiedziałbym, że nie. Problemem Mojej walki jest wkraczająca do kolejnych tomów nuda. Od końcówki trzeciego Knausgård coraz mniej wstrząsa, wyprawa w krainę dzieciństwa norweskiego autora jest smutnych spacerem po wysypisku śmieci. Brakuje tego czegoś, co przyciąga przy pierwszym tomie i trzyma w napięciu w trakcie lektury drugiego. Dopiero w piątym czuć znowu ten dreszczyk emocji, liczę na to, że utrzyma się do samego końca, samo podsumowanie będzie takim solidnym przywaleniem w czytelniczą głowę.

Tematem Mojej walki są ciągłe próby utrzymania się na powierzchni. Potrzeby destrukcyjne wśród artystów są nam doskonale znane. Internet ciągle dostarcza nam kolejnych przykładów nadużywania alkoholu oraz innych substancji zmieniających świadomość. Knausgård stawia na inny niszczenie siebie – po prostu żyje i próbuje poradzić sobie z własnymi demonami, które wyrosły na wielu traumach. Właśnie ta traumatyczność Mojej walki uderza najbardziej. Właśnie w tym elemencie warto doszukiwać się fundamentów wiekopomności. Knausgård zaprasza czytelnika do swojego świata, do rzeczywistości pełnej problemów, który – w różnych okresach życia – nie potrafi lub nie chce pokonać. To przeraża, ale jednocześnie daje poczucie bezpieczeństwa. Każdy z nas, ponowoczesnych transcybernetychnych cyfrowych tubylców, przynajmniej raz zmierzył się z takim problemem. Knasugard zrywa ze zdigitalizowanym dystansem i wali prosto w ryj. Jest bezwzględny w swoich słowach, co odbiorcę memów oraz śmiesznych obrazków z kotami może przerazić. Ten realizm jest wręcz niepokojący. Niby wszyscy przywykliśmy do ciągłego obnażania się na Mordoksiażce, jednak Knasugard idzie krok dalej. W akapity ubiera potworne myśli, które pojawiły się w jego głowie.

Skoro to wszystko jest takie dobre i wyjątkowe, to dlaczego nie uznaję tych tekstów z wiekopomne? Bo w pewnym momencie stają się nudne, co już zasygnalizowałem w pierwszym akapicie. Wystarczy przejrzeć sposób pisania Knausgårda, zrozumieć ciągłe epatowanie hiperrealizmem i zderzyć je z codziennym cyfrowym odklejeniem od życia. Wtedy człowiek zaczyna się przyzwyczajać, Moja walka już nie przeraża, ale nuży. Dla mnie wiekompomność musi także znaleźć przełożenie w formie, a z przykrością stwierdzam, że tego tutaj nie widzę. Daleki jestem od złapania się na haczyk dzieła życia Knausgårda. Sam jestem aroganckim typem intelektualisty i w tekście wyraźnie widzę fragmenty, które za takie mogłyby uchodzić oraz te, które są wypełniaczami.

Żałuję, że tych ostatnich było tak dużo w trzecim i w czwartym tomie.

Dotarłem do kresu urlopu

Czas urlopu dobiegł końca. Trudno powiedzieć, że nagle, bo spodziewałem się, że to nastąpi. Po prostu wszystko, co dobre, prędzej czy później, dobiega kresu. Za sprawą Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku udało mi się wyrwać jakieś 10 dni urlopu (licząc z weekendami)! Jak wygląda 10 dni przerwy od pracy, człowieka, który zajmuje się pisaniem i redagowaniem tekstów, opracowywaniem zagadnień i kolekcjonowaniem różnego rodzaju danych?

Najciekawszym paradoksem jest to, że od pracy przy komputerze odpoczywam, grając i oglądając seriale na komputerze. Różnica polega na tym, że przez 10 dni robiłem to, co chciałem, a nie to co musiałem. Lista zadań spokojnie wisiała do dzisiaj, uzupełniałem tylko sprawy bieżące, o których nie mogłem zapomnieć. Zakupy, coś do zrobienia z domu, przygotowania do przeprowadzki – takie rzeczy lądowały na liście. Nie było żadnych zadań w stylu zredaguj tekst do pomocy lub przejrzyj treści na temat dodatków, nic z tych rzeczy. Wyłącznie codzienne kwestie nadające rytm codzienności. A skoro już przy rutynie jesteśmy, to ta urlopowa, przynajmniej dla mnie, składa się z dwóch elementów.

Po pierwsze siedzenie do późna. Okresy wolności od pracy zawsze kończą się dla mnie transformacją w sowę. Spędzam czas pisząc, czytając i grając, ale najlepiej czuję się wtedy, gdy na zegarku wybije druga w nocy, a ja jeszcze mam jeden akapit do napisania, jedno zadanie do zrobienia lub jeden rozdział do przeczytania. Przez te dziesięć dni wolności od korporacyjnych okowów zajmowałem się nadrabianiem cyfrowych książek. Udało mi się przebrnąć przez trzy świetne pozycje! Zaczęło się od tekstu anglojęzycznego skoncentrowanego na krytyce konsumpcyjnego trybu życia.Affluenza: How Overconsumption Is Killing Us Berreta Koehlera to jedna z ciekawszych książek, która dotyka problemu etyki marketingu. Gdy już dotarłem do ostatniej strony, zainspirowany do przemyśleń, to postanowiłem, że odpocznę od problemów współczesności i udam się w wycieczkę w przyszłości. Pomogły mi w tym dwie powieści – Hyperion Dana Simmonsa i Na fali szoku Johna Brunnera. Pierwszy tekst po prostu powalił mnie na kolana, tak dobrego science fiction nie czytałem od dawna. Interesująca konstrukcja świata przedstawionego, opowieści bohaterów oraz różne spojrzenia dotyczące tego samego problemu, czyli tajemnic planety Hyperion. Na fali szoku jest również ciekawe, jednak piękno tej książki psuje kiepski, oczywiście moim zdaniem, koniec. Zachęcam do przeczytania i jednocześnie ostrzegam przed kiczem, którego stężenie rośnie na ostatnich stronach.

A po drugie urlop, to spacery z Bestią. Długie, bo po 6 kilometrów, trudne, bo na polach pełno błota. Były to przechadzki pożegnalne, ponieważ od przyszłego tygodnia będę mieszkał w innym miejscu. Półroczny powrót na wieś został zakończony, pora wracać na prowincję! Zrobiłem trochę zdjęć, pozwoliłem wyszaleć się psu. Myślałem, że z każdego takiego spaceru, wrócę naładowany metaforami, że obudzi się we mnie idealistyczna tęsknota do miejsca mojego wychowania – nic z tych rzeczy. Najwyraźniej im jestem starszy, tym bardziej robię się pragmatyczny. Taki urok. Walczyć z tym nie będę, bo to strasznie nudne cały czas trzymać jeden rytm.

Post zostanie opublikowany o 5:55. O tej godzinie zwlekam się z łóżka. Podejrzewam, że będzie to trudne, ponieważ zarwę kolejną noc. Z rozpędu, z urlopowego przyzwyczajenia. Powoli zbiorę swoje rzeczy, spakuję klawiaturę, płatki i wyruszę do pracy. Spadł śnieg, więc warunki będą poślizgowe. Na miejscu czeka na mnie moje biurko, dwa monitory, zaśmiecony pulpit oraz kilkanaście zadań do zakończenia. To nie będzie smutny powrót, raczej radosny. Znowu będę w swojej korporutynie z zestawem codziennych tasków i spraw bieżących.

Znowu będę zaczynał dzień od słów: „Cześć, Forty! W czym mogę Ci dzisiaj pomóc?”. Bo właśnie tak nazywa się moje stanowisko.

Page 1 of 24

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén