Category: Felietony (Page 1 of 28)

Drugi sezon dziwnych rzeczy

Poprzedni weekend upłynął mi pod znakiem Stranger Things. Już w pracy nie potrafiłem wysiedzieć do końca dniówki, w domu mną po prostu trzęsło. Bardzo chciałem obejrzeć nowy sezon, a moja Żona postanowiła, że zabierzemy się za niego dopiero po powrocie ze wsi. Pierwszy wolnym termin został wyznaczony na sobotę, po godzinie 20:00. Nie odwołałem wizyty u rodziców, to by znaczyło, że jestem wręcz uzależniony od Stranger Things. Czekałem, niecierpliwie, sublimowałem to oczekiwanie. Czytałem, pisałem, spacerowałem z psem. W końcu nastał moment, w którym włączyłem pierwszy odcinek…

Przepadliśmy. Oboje. W sobotę obejrzeliśmy pierwsze trzy epizody, resztę łyknęliśmy w niedzielę. Od razu sięgnęliśmy po Beyond Stranger Things. Interesujące rozmowy na temat nowego sezony, które warto zobaczyć po obejrzeniu wszystkich odcinków. W przeciwnym razie trafi się na spoilery, co na pewno zepsuje zabawę. W poniedziałek, po niedzielnym maratonie, w trakcie przerw w pracy, zastanawiałem się, czy nowe Stranger Things było tak samo dobre, jak pierwszy sezon. Na pewno było inne, twórcy odmiennie rozłożyli akcenty w fabule, stworzyli zupełnie nową dynamikę. Dla mnie drugi sezon był solidną narracją, porządną historią, do której na pewno wrócę. Z całą pewnością mogę napisać, że bawiłem się doskonale. Tak samo, jak rok temu, gdy po raz pierwszy trafiłem do Hawkins i śledziłem losy Willa oraz jego przyjaciół.

Sięgając po drugi sezon Stranger Things, liczyłem na coś innego i dostałem to, czego oczekiwałem. Odgrzewany kotlet, czyli dokładnie taka sama konstrukcja, jak w poprzedniej odsłonie, byłaby zwykła porażką. Nie po to czekam rok na drugi sezon, ekscytuję się zajawkami, żeby dostać dokładnie taką samą historię, tylko w innym opakowaniu. Dlatego cieszę się, że bracia Dufferowie nie boją się eksperymentować i traktują narrację serialu, jako całość. Dzięki takiemu podejściu historie bohaterów zostały rozbudowane, wyraźnie zaznaczono ewolucje poszczególnych charakterów. Związki pomiędzy postaciami zostały zdynamizowane poprzez wprowadzenie nowych osób. Max wyraźnie rozbija równowagę wśród grupy przyjaciół i zmusza ich do ponownego ustalenia hierarchii. Dominantą drugiego sezonu Stranger Things są właśnie relacje między bohaterami. Być może dla fanów serialu ten zwrot może wydawać się dziwny, jednak jest w pełni uzasadniony. W końcu pierwszy sezon stanowił wyłącznie prezentację postaci, ich motywacji oraz charakterów. Rozwinięcie wręcz wymagało wprowadzenia większej ilości elementów psychologicznych i obyczajowych. Bez tego świat prezentowany w Stranger Things byłby tylko wydmuszką z jakąś tajemnicą w tle.

Drugi sezon jest świetny, ale spodoba się przede wszystkim tym osobom, które chcą ewolucji serialu, a nie odcinania kuponów. W Beyond Stranger Things bracia Dufferowie wspominali, żę chcą rozwijać swoją opowieść, rozbudowywać bohaterów oraz świat. Jednocześnie obawiam się kolejnych sezonów Stranger Things. Dzisiaj mamy okazję obejrzeć dobrze domkniętą całość, z delikatną wskazówką, że coś ciągle czai się w mroku. Kolejne odsłony mogą niepotrzebnie rozciągać fabułę lub nawet doprowadzić do tego, że interesujący serial stanie się nudnym tasiemcem o problemach nastolatków.

Pułapka weryfikacji

W zeszłym tygodniu lekko się zdenerwowałem. Przyczyna moich nerwów leży obecnie schowana w pudełku i odmawia posłuszeństwa. Nie pomagają prośby, groźby, ponowne wrzucenie softu, nawet przeniesienie danych poza bad sectory kompletnie nic nie dało. Fachowcy z serwisu próbowali – polegli. Tak zostałem posiadaczem całkiem zgrabnego przycisku do papieru. Na kolejny wietrzny dzień będzie, jak znalazł! Co mi się zepsuło? Telefon.

Tak po prostu, umarł, odmówił dalszego działa. Nic nie pomogło, a próbowałem go wskrzesić! Trafił nawet do serwisu, ale tam również nic nie udało się zrobić. Pozostało mi jedynie pogodzić się z awarią, poszukać sobie nowego telefonu i przenieść aplikacje. Na szczęście – nie mam ich zbyt wiele. Gram wyłącznie na komputerze, produkcje mobilne wciągają mnie dosłownie na moment. Dlatego mój telefon służy mi główne za narzędzie wspomagające pracę i jako urządzenie, za pomocą którego autoryzuję sobie dostęp do różnych kont. Ten ostatni element okazał się być sporym problemem.

Nagła zmiana urządzenia doprowadziła do kilku, niezbyt typowych, sytuacji. Straciłem możliwość potwierdzenia przelewu w banku, bo nie miałem innego telefonu. Okazało się, że w nic nie pogram, bo nie Steam poprosił o kod z aplikacji mobilnej, do której nie miałem dostępu. Na szczęście tutaj nie musiałem kontaktować się z biurem obsługi klienta, wystarczył reset za pomocą przesłanego emaila. Inaczej było z Blizzardem. Lubię to studio, chętnie spędzam czas w tych cyfrowych światach. Ze względu na to, że trochę pieniędzy tam wrzuciłem, postanowiłem, że dobrze będzie odpowiednio zabezpieczyć swoje konto. Najlepiej za pomocą dwuetapowej autoryzacji. Oczywiście nie pomyślałem o tym, że warto gdzieś zapisać kody konfiguracyjne i tydzień temu zderzyłem się z brutalną prawdą – bez klucza się nie dostanę. Reset? Wyłącznie za pośrednictwem biura obsługi klienta. Poszło całkiem szybko, po 10 godzinach odzyskałem dostęp, ponownie uruchomiłem dwuetapową weryfikację, ale tym razem zapisałem klucz konfiguracyjny. Przy następnej awarii będę już przygotowany.

Nie czułem się przerażony brakiem dostępu do przeglądówki mobilnej lub sieci społecznościowych. Miałem taki okres, w którym mocno ograniczyłem czas spędzony przed telefonem i wciąż staram się go zmniejszyć. Nie muszę wiedzieć wszystkiego od razu, wiadomości i artykuły poczekają na swoją kolej. W trakcie ostatniej awarii poczułem coś w rodzaju rozdrażnienia. Ciągle uważam, że dwuetapowa weryfikacja dostępu do danego konta jest równoznaczna z poprawą bezpieczeństwa, szczególnie w przypadku miejsc, w których dokonuje się płatności. Okazało się, że w wiele cyfrowych miejsc otoczyłem wysokimi murami. Jeżeli zapomnę klucza do furtki, to nie dostanę się do środka. Nie powinienem być zły, to oznacza, że zabezpieczenia spełniają swoją funkcję, ja po prostu czułem się zbyt pewnie. Nauczka była irytująca, dawno już nie wymieniłem tylu wiadomości z różnymi biurami obsługi. Pozostaje mi mieć nadzieję, że wyciągnę z niej wnioski i następnym razem ta komunikacja nie będzie potrzebna.

Rozrywkowe rozterki

Produkcje Netfliksa budzą we mnie skrajne emocje. Od trudnego do opanowania zachwytu, przez skrajne znudzenia, do zwykłej, pospolitej irytacji. Nie wszystko, co zostało pobłogosławione przez jeden z najpopularniejszych serwisów streamingowych, jest genialne. Po roku posiadania subskrypcji wyraźnie widzę, że wiele produktów mógłbym określić jako średnie. A to i tak już sporo, bo przynajmniej na nich nie zasypiam…

Blame mnie rozczarowało. Grząska nuda. Mgła to jakaś luźna interpretacja, luźnej interpretacji, dziewiąta woda po kisielu. Ostatnio mierzę się z serialem Star Trek: Discovery. Próbuję nie zasnąć, staram się dotrwać do końca odcinka. Najciekawsze było to, że pilot oglądałem trzy razy, w różnych momentach urywał mi się film. Death Note zasługuje na wyróżnienie – czegoś tak źle zbudowanego dawno nie widziałem. Rozwalająca się fabuła, dziwne wrażenie przypadkowości. Najgorsze w tym wszystkim było to, że postanowiono zabić interesującą historię opowiedzianą w mandze i w anime. Fani poczują nieprzyjemne ukłucie rozczarowania, a osoby, które nigdy nie widziały Ryuuka, mogą zrazić się do całej serii. Szkoda, bo to ciekawa opowieść, warto ją sprawdzić, jednak na pewno nie należy zaczynać od pełnometrażowej wersji z Netfliksa.

Skoncentrowanie się tylko na tym, co mnie rozczarowało, byłoby niesprawiedliwe. Dlatego muszę wspomnieć o genialnych Czarnym lustrze. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Klimat Stranger Things trafił w moje rozumienie grozy. Mam nadzieję, że kontynuacja będzie tak samo dobra, jak pierwszy sezon. Przyjemnym zaskoczeniem był także serial Ozark. Nie spodziewałem się, że tak mnie wciągnie, sezon udało się pochłonąć w ciągu jednego tygodnia. Naturalne jest to, że obok interesujących produkcji, pojawiają się także rzeczy średnie, takie zapychające cyfrową przestrzeń. Problem polega na tym, że coraz częściej odnoszę wrażenie, że tych drugich zaczyna coraz bardziej przybywać. W niektórych miesiącach nie jestem w stanie znaleźć nic dla siebie, a próby oglądania wielu zachwalanych produkcji Netfliksa, często kończą się szybkim zaśnięciem.

Czy planuję zrezygnować z subskrypcji Netfliksa? Nie, bo na chwilę obecną i tak korzystam z tego serwisu częściej, niż z usługi HBO Go. Zastanawiam się, czy opłacam dostęp dla nowych, oryginalnych produkcji. Może wolę serwisy streamingowe stały się dla mnie odpowiednikiem mojej biblioteczki – nie muszą mieć przerobionego wszystkich książek, wystarczy, że będą miał po co sięgnąć, gdy zechcę poczytać. Mam wrażenie, że podobnie działa u mnie Netfliks. Czasem odnajduję dobrze znany mi film, włączam go i dobrze się bawię. Jednocześnie śledzę nowe produkcje, ale nie oczekuję po nich olśnienia, zachwytów, arcydzieł. Wolę rozrywkę, na poziomie wyższym, niż Rekinado (tak złe, że aż dobre…), ale bez patosu z Sense8. Różnorodność gatunków i materiałów wykorzystywanych i produkowanych przez Netfliksa powinna mi to zapewnić, powinienem znaleźć coś dla siebie lub przynajmniej czekać na pojawienie się czegoś takiego. Przez ostatni miesiąc trwałem w zawieszeniu, co – mam nadzieję – wkrótce się zmieni.

OUYA, czyli przyzywanie konsolowego ducha

Temat AtariBox zainteresował mnie na tyle, że postanowiłem go kontynuować. W zasadzie sprawa jest banalnie prosta: wkrótce, fani cyfrowej rozrywki, otrzymają możliwość zakupu odgrzanego kotleta. Wszystko pięknie przybrane w nostalgię, dlatego obowiązkowo musi pojawić się temat gier retro. Właśnie takim produkcjom ma być dedykowany AtariBox. Cały czas zastanawiam się, jaki to ma sens? Może coś mi umyka i poza wyświechtanymi frazesami ta nowa konsola faktycznie wprowadzi na rynek nową jakość?

Tylko gdzie znajdzie się dla niej miejsce? Nie trudno zauważyć, że rynek jest już podzielony. Wielu ma PlayStation, są tacy, co zdecydowali się na Xboksa, coraz częściej słyszę od znajomych, że Nintentdo Switch to świetny produkt, w który warto zainwestować. Gdzie tutaj jest miejsce na AtariBox? Tym bardziej że nie zostały zapowiedziane żadne wyjątkowe tytuły, co zupełnie mnie nie dziwi. Wydawcy wolą pozostać przy sprawdzonych i już chętnie kupowanych markach. Wielki powrót Atarii może okazać się srogą porażką. W końcu już raz pojawiła się firma, która chciała wziąć szturmem rynek konsol i wywrócić go do góry nogami.

Czy ktoś jeszcze pamięta o konsoli OUYA? Nazwa łudząco podobna do tej deski, na której litery wskazują duchy. Z tym że plansza oujia stała się sukcesem, a tego nie można – niestety – powiedzieć o konsoli. Na papierze projekt wyglądał wspaniale. Urządzenie podatne na modyfikacje, wyraźne ukłony w kierunku środowisk związanych z otwartymi źródłami, marketing oparty na pokazywaniu, że konsument może zmienić świat. Efekt? Żaden. Zaczęło się pięknie, od zbiórki na Kickstarterze. Projekt pojawił się w 2012 roku, twórcy, za pomocą finansowania społecznościowego, zebrali 8.5 miliona dolarów. Trzy lata później, w 2015 roku, OUYA zostaje wykupiona przez firmę Razer. W ofercie tej firmy można znaleźć produkt o nazwie „Razer Forge TV”. Jest to konsola oparta na Androidzie, podłącza się ją do telewizora i od razu można grać w ulubione gry mobilne na wielkim ekranie w salonie. Jak wszyscy wiemy, właśnie pod takie urządzenia są one projektowane, więc na pewno każdy będzie się świetnie bawił. Co ciekawe, w specyfikacji produktu, znalazła się informacja, że „Razer Forge TV” współpracuje z kontrolerem konsoli OUYA. Nie sądzę, aby był to przypadek.

Idea była wspaniała, porywająco piękna. Projekt wsparło 60 000 osób, uwierzyli w to, że OUYA zmieni świat cyfrowej rozrywki. Mają prawo się czuć rozczarowani. Ich pieniądze poszły na marne, zapłacili za pomysł, który nie doczekał się sensownej realizacji. Myślę, że podobny los czeka AtariBox. Gry retro przestały już być tak gorącym tematem, jak było to 3 lata temu. Aktualnie wałkowany jest jeden temat, który z nową konsolą nie ma zbyt wiele wspólnego – VR. Równie mocno graczy interesuje to, że na Nintentdo Switch zostało wydane Stardew Valley. Gdzie tutaj miejsce na AtariBox? Moim zdaniem go nie ma, produkt zdechnie, ale wcześniej zdąży rozczarować, tych, którzy dali złapać się na przynętę nostalgii.

Przerażający brak pomysłów

Pozostańmy jeszcze w klimatach prozy Stephena Kinga. Ostatnio obejrzałem nie tylko To oraz Mroczną wieżą, ale także Mgłę. Serial inspirowany filmem, który był inspirowany powieścią amerykańskiego autora horrorów. Nie powiem, że byłem szczególnie zachwycony, tym bardziej, że na ostatnich odcinkach zaczynałem powoli przysypiać. Odniosłem wrażenie, że nawet najlepsza powieść grozy może zostać zabita przez bezpłciową ekranizację. Serial Mgła jest tego doskonałym przykładem.

Dlaczego lubię powieści Stephena Kinga? Za świetne opisy małych miasteczek? Porywają mnie problemy osób mieszkających stanie Maine? Nic z tych rzeczy. Po prozę Kinga sięgam, aby poczuć charakterystyczny, duszny klimat narracji. Dlatego tak dobrze zapamiętałem Lśnienie, dlatego z wielką chęcią ponownie sięgnę po To. Właśnie tej duchoty, brakuje mi w wielu ekranizacjach powieści Kinga. Tak jakby ich twórcy za wszelką cenę dążyli do pokazania rozwiązania akcji i zapominali o tym, że równie istotna jest droga do zakończenia. A co z postaci? Równie ważne! Lśnienie bez Danny’ego Torrenca’a? Niewykonalne! Trudne do pomyślenia! Natomiast serial Mgła stanowi świetny przykład na to, że można zabić cały nastrój, poprzez wprowadzenie tłumu, kompletnie nijakich osób.

Zastanawiając się nad problemami związanymi z ekranizacjami prozy Kinga, dostrzegłem również inny problem. Z trudem jestem w stanie wymienić przynajmniej trzy horrory z ostatniego roku, przy których świetnie się bawiłem. Zawsze staramy się z Żoną być na bieżąco z filmami pojawiającymi się w ofercie HBO Go oraz Netliksa, nie stronimy od wypadów do kina. Nie zmienia to faktu, że mamy coraz więcej problemów ze znalezieniem dobrego horroru. Odbijamy się od jakiś dziwnych produkcji, które spokojnie mogłyby trafić na strony serwisów pornograficznych, przysypiamy na filmach, w których nieudolnie prowadzona jest akcja. Zarówno pierwszy, jak i drugi przypadek powodują u nas poczucie zażenowania, znużenia i rozczarowania. Wiem, że jesteśmy już starsi, że zdarzam się dostrzec, kiedy pojawi się kolejny scare jump. Od horrorów oczekujemy po prostu dobrej historii i solidnej porcji rozrywki, a to chyba nie tak dużo.

Groza już nie leje się strumieniami z ekranu. Jej miejsce zastąpiły klisze, kiepskie żartu oraz nieudolnie prowadzona narracja. W wielu horrorach, które widzieliśmy w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, najbardziej przerażająca była nuda. Rozumiem, że horror to gatunek kultury popularnej i opiera się na jasno określonym formacie, że nigdy nie ucieknie od znanych i lubianych klisz. Sięgając po tego typu film, lubię być zaskoczony powiewem świeżości, jednak znacznie bardziej doceniam świadome wykorzystanie elementów gatunku. Mam wrażenie, że tego coraz częściej brakuje twórcom horrorów. Całkowicie nie rozumieją praw rządzących daną formą, niepotrzebnie silną się na oryginalne rozwiązania lub tuszą brak pomysłu scenami rozbieranymi. Straszne! Jednak czy wybierając horror, powinienem obawiać się, że za chwilę znowu zostaną zaatakowany przez brak pomysłów?

Nie sądzę.

Page 1 of 28

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén