Category: Felietony (Page 2 of 50)

Nudne interpretacje

To będzie kolejny tekst o rozczarowaniu. Tak dziwnie się złożyło, że od początku Nowego Roku na moim blogu dominuje temat irytacji. Nudy. Szeroko rozumianego rozczarowania danym tekstem kultury lub, co bywa bardziej bolesne, rzeczywistością. Nie próbuję się wybielić, w żadnym wypadku. Ten stan towarzyszy mi zawsze, ciągle się czepia. Dziwnym trafem ostatnio ciągle coś wzbudza we mnie poczucie rozczarowania. Aż chciałoby się napisać, że kiedyś to robili seriale, pisali książki, kręcili filmy, nie to, co teraz.

W ostatnich dniach skonfrontowałem się z nowym Drakulą i postnowoczesną wersją Opowieści wigilijnej. Te dwa, całkowicie odmienne, teksty kultury doczekały się odświeżonych interpretacji. Tak, „interpretacji”, a nie adaptacji. Istotne rozróżnienie. Autorzy postanowili wziąć rozpoznawalne motywy z obu powieści i trochę inaczej je ubrać. Dorzucić nowe wątki, wprowadzić konteksty, które w oryginałach nie występują. Normalna praktyka, w końcu teksty kultury są ciągle na nowo odczytywane. Wiem, szok! Dotarło to do mnie dopiero na studiach, w szkole średniej miałem wrażenie, że interpretację są wyryte w kamieniu. Takim starym, wielkim i trudnym do usunięcia. Ba! Nawet nie należało go ruszać.

Z jednej strony cieszę się, że twórcy sięgają po treści, które są rozpoznawalne. Jednak jest w tym mała pułapka. Wielu z odbiorców oczekuje nie tyle nowej interpretacji, ile próby dorównania od tego najwierniejszego, najlepszego odczytania. Przynajmniej ich zdaniem. Myślę, że takim rykoszetem dostał Drakula. Moim rozmówcy często porównywali to postnowoczesne odczytanie z realizacjami, które zapisały się w historii kultury. Z zestawienia wychodziło im, że nowy wampir jest gorszy. Tylko dlaczego? Bo jest inny? Uważam, że w takich porównaniach często sami padamy ofiarami pewnego wdrukowania sensów. Bywa, że nie tyle nam się coś podoba, co traktujemy starsze dzieło, jako lepsze, ponieważ zostało już uznane.

Rewers monety mam z głowy. Czas na drugą stronę. Nie cieszę się, że twórcy sięgnęli po te teksty, ponieważ koncertowo je zarżnęli. Realizacja była całkiem niezła, o dziwo zabrakło pomysłów na wypełnienie formy. Długie, przegadane sceny. Beznadzieje zwroty akcji. Wprowadzenie postaci, które trudno uznać za znaczące dla rozwoju głównych bohaterów. Zamiast budować poczucie tajemnicy, a może nawet zagrożenia, twórcy zdecydowali się na dodanie ogromnych ilości nudy.

Zarówno w przypadku Drakuli jak i Opowieści wigilijnej początek był niezły. Scenografia została rozstawiona, bohaterowie przedstawieni. Wraz z rozwojem fabuły pojawiało się coraz więcej luk, dziwnych niedomówień oraz zbędnych wątków. Aż w końcu akcja zdychała i na scenę wkraczał przegadany i nudny materiał filmowy. Gdyby tylko konsekwentnie poprowadzono narrację. Z pomysłem. Gdyby zaniechano prób usilnego wrzucania dodatkowych wątków do fabuły i skrócono całą opowieść, to oba teksty byłby niezłe. Wtedy dobre rzeczy nie tonęłyby w oceanie nudy.

Zbędne komplikacje

W czternastym odcinku WWWłaśnie podcastu wspomniałem o tym, co sprawia mi najwięcej trudności w trakcie projektowania rozrywki. W zeszłym roku wziąłem udział w kilku game jamach, dla sprawdzenia swoich umiejętności designera. Nie tyle programowałem gry, co próbowałem tworzyć interesujące prototypy. W wyniku podcastowej rozmowy z Łukaszem postanowiłem podzielić się kilkoma wrażeniami z moich game jamowych przygód. Od razu zaznaczę, że zawsze brakuje mi odwagi, aby zgłosić gotowy projekt.

Moją największą bolączką jest grafika. Brakuje mi elementarnego poczucia estetyki, dlatego moje zrealizowane projekty najczęściej przypominają gry, w których kwadrat goni koło i okazjonalnie strzela trójkątami. Zawsze najbardziej zależy mi na przetestowaniu prototypu, więc niespecjalnie interesuję się wyglądem. Jednak zdaję sobie sprawę, że dla ewentualnych odbiorców i jurorów moje kwadraty z napisami wykonane w Paincie mogą być przeszkodą nie do przeskoczenia. W duchu obiecałem sobie, że w tym roku zmienię swoje nastawienie. I miałem już pierwszą okazję. Nie wyszło. Dlaczego? Bo przekombinowałem grę. Dosłownie.

Godot Wild Jam” to comiesięczny game jam dla osób tworzących gry w Godocie. Jest to otwartoźródłowy silnik, często wskazywany jako istotna konkurencja dla takich molochów jak Unreal Engine 4 oraz Unity3D. W styczniu temat game jamu brzmiał – druga szansa. Rozpisałem sobie projekt na grę w gatunku time managment, czyli polegającą na zarządzaniu czasem i ograniczonymi zasobami. Odbiorca wcielałby się we właściciela kancelarii prawnej, której zadaniem byłoby oczyszczanie więźniów z różnych zarzutów. Aby podkręcić temperaturę, postanowiłem, że gra będzie rozgrywała się w świecie fantasty, w którym nawet za najmniejsze przewinienie grozi kara śmierci. Gracz miał mieć ograniczony czas na wyciągnięcie skazańca i tylko czterech pracowników, których mógł przydzielić do konkretnej sprawy. Ich zadaniem byłoby usuwanie dowodów, po wykluczeniu wszystkich, przestępca wychodził na wolność i dostawał drugą szansę. To, co opisałem, stanowiło fundament rozgrywki i przy dobrym układzie mogło być nawet zabawne. Dołożyłem dwa zasoby – złoto oraz reputację. Oba zdobywało się za oczyszczonych z zarzutów skazanych, ale jeżeli reputacja spadła poniżej zera, to kancelaria upadała. Każdy ścięty przestępca oznaczał przydzielenie ujemnych punktów.

Zrobiłem prototyp. Ustawiłem różnego rodzaju timery i stwierdziłem, że czegoś brakuje. W zasadzie cała moja gra opiera się na przeciąganiu zasobów w odpowiednie miejsca, a złoto leżało odłogiem. Stwierdziłem, że wykorzystam je w sklepie z bonusami pozwalającymi na przyspieszenie pracy prawników lub nawet na przekupienie strażników i wypuszczenie skazańca. Było mi mało! Niech bonusy lecą z ocalonych więźniów! Razem ze złotem! I może jeszcze jakaś minigra, żeby urozmaicić zabawę! MAŁO! Dodałem losowanie szansy na oczyszczenie z zarzutów, a tym samym moi pracownicy dorobili się statystyk. Jeden był lepszy w usuwaniu niewygodnych świadków, inny w niszczeniu fizycznych dowodów. Teraz zarzuty było pokazywane w formie listy i gracz mógł przydzielić pracownika do określonego miejsca lub wykorzystać złoto lub użyć specjalnego bonus lub wziąć udział w minigrze. Ale nawet usunięcie wszystkich dowodów nie gwarantowało powodzenia! Bo było jeszcze losowanie, w formie rzutu dwiema kośćmi sześciościennymi. Te wszystkie dodatki zabiły mój pomysł. Traciłem czas na dodawanie kolejnych warstw w designie i już widzę, że nie usunę pojawiających się błędów i nie poprawię na czas wydajności.

Jednak najgorsze okazało się to, że sam nie wiedziałem, o co chodzi w moim projekcie. Dodatkowe warstwy wcale nie sprawiły, że gra stała się ciekawsza. Wprost przeciwnie! Jej wytłumaczenie wymagało napisania dość skomplikowanego samouczka, a różnego rodzaju zależności pomiędzy elementami wprowadzały jedynie chaos. Warto upraszczać swoje pomysły. Obawiam się, że wielu graczy niekoniecznie ma ochotę na przeszukiwanie Sieci w celu znalezienia skrzętnego opisu mechaniki gry. Raczej szukają zabawy.

Ofiara subskrypcji

Na łamach DailyWeb często piszę o swoich niepokojach związanych z giereczkowymi subskrypcjami. Aktywnie korzystam z Humble Bundle Choice, w której mogę wybrać 10 gier z wcześniej przygotowanego zestawu na własność. Raz w miesiącu. Ale nie będę ukrywał tego, że okazjonalnie korzystam także z innych usług subskrypcyjnych. Na przykład z Uplay Plus. Jak chcę sobie pograć coś z ich katalogu, a niespecjalnie mam ochotę wydawać na to ponad 200 złotych, to aktywuję na jeden miesiąc i się bawię. Jeżeli jakiś tytuł przypadnie mi szczególnie do gustu, to go kupuję. Na promocji. Najlepiej ze wszystkimi dodatkami. Dlaczego tak robię? Mógłbym po prostu płacić co miesiąc i miałbym to samo.

I tak i nie. Nie przez przypadek wspomniałem o Humble Bundle Choice. Zasady tutaj są jasne. Klient płaci raz, wybiera tytuły, którego zainteresują z zestawu gier, a potem aktywuje je na określonej platformie dystrybucyjnej (najczęściej jest to Steam). W świetle aktualnie dominujących zasad na rynku można pokusić się o stwierdzenie, że ma je na własności. Chociaż nijak się to ma do sytuacji, w której posiada się fizyczną kopię na półce lub instalator zapisany na dysku. Nawet po aktywacji klucza, wydawca, za pośrednictwem platformy dystrybucyjnej, może zablokować dostęp do danej produkcji. Najczęściej dotyczy to tytułów zakupionych za pomocą skradzionej karty kredytowej, pisałem o tym problemie na łamach DailyWeb.

Teraz, po tym przydługim wstępie, mogę skrobnąć kilkaset znaków na temat Uplay Plus oraz innych podobnych subskrypcji. Ten abonament działa dokładnie tak samo, jak Netflix lub Spotify. Za miesięczną opłatą klient uzyskuje dostęp do potężnego katalogu gier komputerowych określonego wydawcy. W przypadku Uplay Plus są to produkcje wydane pod flagą Ubisoftu. Dlatego za 60 złotych miesięcznie można pograć w dowolną grę z serii Assassins’s Creed lub w The Division 2. Podejrzewam, że dla wielu osób jest to atrakcyjna oferta. Na dodatek wszystkie, w które są dostępne w Uplay Plus, mają aktywne wszystkie DLC. Nic tylko brać, prawda? Brzmi nawet lepiej od Humble Bundle Choice, gdzie dostępne są głównie standardowe edycje, a dodatki trzeba kupić.

Problem polega na tym, że Uplay Plus to tylko jedna wielka cyfrowa wypożyczalnia. Wystarczy problem z autoryzacją płatności, aby stracić dostęp do gier. Nie oznacza to, że wszystkie subskrypcje są od razu złe i trzeba z nimi skończyć. Warto po prostu rozumieć, z jakimi zagorzeniami się wiążą. Grę aktywowaną na moim koncie na Steamie mogę w dowolnej chwili pobrać i uruchomić. NA GoG mam nawet dostęp do instalatorów, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zrzucić się kilka ciekawych produkcji na dysk zewnętrzny. A Uplay Plus? Wystarczy jedna odbita płatności i koniec. Nie pogram. Muszę czekać na rozwiązanie problemu.

Coś takiego mnie spotkało. Na początku roku 2020 nie przeszła płatności za pomocą PayPala. System Ubisoftu zbuntował się nie tylko u mnie, w tym wątku na forum wyraźnie widać, że coś jest nie w porządku. Padłem ofiarą postnowoczesnych subskrypcji i zostałem odcięty od rozrywki. Przynajmniej tej wydanej przez Ubisoft i dostępnej w ramach abonamentu Uplay Plus. Pozostało mi napisanie zgłoszenia do obsługi klienta i czekanie na odpowiedź.

Najpopularniejsze teksty u Literata w 2019 roku

Pierwszy tekst w styczniu, to zawsze swoiste podsumowanie. Jednak nie dzielę się tutaj specjalnie statystykami dotyczącymi bloga. Piszę go co prawda od kilku ładnych lat, wcześniej były to Połącz kropki, ale nigdy nie zależało mi na specjalnej popularności. Traktuję go jak swoiste portfolio, miejsce do ćwiczenia pióra, a także miejsce, do którego trafiają treści inne, niż na DailyWeb. To co najczęściej było czytane w 2019 roku?

I miejsce – tekst o tym, czy można komuś wynająć swoje wirtualne konto. Żyje, ma się dobrze i podejrzewam, że dalej będzie często odwiedzany. W końcu subskrypcje umacniają swoją pozycję w gamedevie.

II miejsce – tutaj wylądował tekst gościnny. O najważniejszych nagrodach literackich w 2016 roku. Tak, w 2016. Na dodatek ciągle pojawia się w moich dorocznych podsumowaniach.

III miejsce – tekst o spamie, ale nie takim na mailu. O mielonce i tego, jak uwiecznił ją Monty Python.

IV miejsce – moja recenzja Świętego Wrocławia Łukasza Orbitowskiego.

V miejsce – znowu recenzja, ale tym razem gry planszowej. Terraformacja Marsa pożarła mi kilka ładnych godzin z życia.

VI miejsce – tekst na temat tego, co stało się z krytyką literacką i dlaczego nie jest już taka ważna.

VII miejsce – felieton opowiadający o grze Temple of Elemental Evil.

VIII miejsce – recenzja pierwszego sezonu Rozczarownych.

IX miejsce – felieton o moim pierwszym roku w gamedevie. Pod koniec marca miną 4 lata, od kiedy postanowiłem związać swój los z tworzeniem giereczek.

X miejsce – tekst o tym, jakie znaczenie w komiksie odgrywały superbohaterki.

Rzeźnik ze Streamingu

Nie będę ukrywał tego, że Wiedźmin jest sagą mojej młodości. Swojego czasu, gdy jeszcze zajmowałem się pisaniem o literaturze w sposób zawodowy, poświęciłem wiele słów na prozę Andrzeja Sapkowskiego. Rozmawiałem na jej temat ze studentami, ale później woleli zajmować się Grą o Tron. Skapitulowałem, ale swoją miłość do wojaży Geralta z Rivii wciąż podsycałem. Pojawiły się gry, których nie mogłem odpuścić. Wracam do nich, okazjonalnie i ciągle sobie obiecuję, że kiedyś skończę trzecią część cyfrowych przygód Rzeźnika z Blaviken.

Ze względu na duży emocjonalny związek z sagą, niespecjalnie czuję się na siłach, aby recenzować nowy serial na Netfliksie. Do dziś siedzą we mnie uczucia związane z lekturą kolejnych książek autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Na półce posiadam prawie całą sagę wydawnictwa superNOWA. Na pewno brakuje mi jednego zbioru opowiadań, ponieważ go pożyczyłem i już nie wrócił. Mam nadzieję, że wiedzie szczęśliwy żywot w innej biblioteczce. Sapkowski stał u mnie obok Tolkiena i Pilcha. Sądzę, że takie lekturowe zestawienie mocno ukształtowało moje myślenie o literaturze, a w szczególności o jej popkulturowym wydaniu. Nie czuję się na siłach, aby objąć krytycznym spojrzeniem nowe wydanie przygód Geralta z Rivii.

Tak je odbieram. Nigdy nie oczekiwałem tego, że ekranizacje będą w pełni wierne literackiemu pierwowzorowi. Na papierze można stosować sztuczki, które mogą nużyć widzów. Nie widzę sensu porównywać polskiego Wiedźmina z Wiedźminem z Netfliksa. Ten pierwszy dalej ma dla mnie specyficzny urok. Pamiętam, że kiedyś opracowałem nawet krótki wykład na temat tej próby przeniesienia przygód Geralta na srebrny ekran. Później odbyłem ciekawą dyskusję ze słuchaczem, z której wynikło, że te wersja ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Podejrzewam, że ci pierwsi rekrutowali się z osób podobnych do mnie. Saga Sapkowskiego była dla nich istotnym przeżycie z młodości. Mnie trudno oddzielić swoje przekonania od tego, co zobaczyłem na ekranie. Dla mnie recenzja, jako forma krytyki, powinna być formą wyrażenia opinii wewnątrz systemu postrzegania kultury osoby piszącej. W tym przypadku sprawa jest dla mnie jasna – mój osobisty związek z Wiedźminem stałby się niepotrzebnym dodatkiem rozmywającym moje postrzeganie.

Dlatego na temat serialu mogę powiedzieć tylko to, że dobrze się bawiłem, oglądając nową interpretację prozy Andrzeja Sapkowskiego. Cieszę, że nie jest to próba ekranizacji, stworzenia wiernej adaptacji tekstu. Jestem zwolennikiem interpretacji, zabawy historią, przesuwania znaczeń w różnych formach połączonych wspólnym fundamentem. Czekam na kolejny sezon. Dla mnie jest to podróż do wrażeń z młodości, kieruje mną nostalgia, potrzeba ponownego przeżycia tych historii. Przeniesienie się do czasu, w którym minąłem swój przystanek, ponieważ czytałem Czas pogardy i tak się wciągnąłem, że zapomniałem wysiąść z autobusu.

Geralt z Rivii towarzyszył mi w wieku dorastania. Cieszę się, że mogę go znowu zobaczyć na ekranie telewizora, gdy skończyłem już 30 lat.

Page 2 of 50

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén