Category: Felietony (Page 2 of 45)

Skrzyneczka grzechu warta

Wiedz, że coś się dzieje, gdy anglikański biskup zaczyna wypowiadać się o monetyzacji w grach. Jest to pokłosie raportu, o którym ostatnio pisałem na DailyWeb. Najwyraźniej Kościół Anglii postanowił zabrać głos i jednoznacznie stwierdził, że lootboksy w grach wodzą na pokuszenie. Szczególnie dzieci. Dla nich są bramą wiodącą ku hazardowi, a co za tym idzie są pierwszym krokiem w kierunku upadku. Możemy śmieszkować do woli, jednak dla gamedevu ta sytuacja nie powinna być zabawna.

Dlaczego tak sądzę? Do tej pory o monetyzacji gardłowali głównie gracze. Szczególnie tacy, którzy zapłacili 250 złotych za grę, a potem, z dużym zdziwieniem, stwierdzili, że jeszcze muszą się trochę dołożyć. I nie mam na myśli DLC będących wyciętymi fragmentami danej produkcji, tylko regularne mikrotransakcje i róznego rodzaju lootboksy. Wręcz wyjęte ze świata darmowych gier mobilnych. To wciąż się zdarza i trudno się dziwić graczom. Są zdenerwowani, ich ulubiona rozrywka została zamieniona w jedno wielkie kasyno. Nie przez przypadek ludzie wściekli się na Star Wars: Battlefront 2. To była kropla, która przepełniła czarę goryczy. Wcześniej była druga część Shadow of Mordor, która również dołożyła swoje. Ostatnio 2K Games, za sprawą dyskusyjnego trailera NBA 2K20, dolało oliwy do ognia.

Teraz dyskusja o monetyzacji w grach zaczyna wychodzić poza branżę i zainteresowanych klientów. Staje się kwestią społeczną, problemem, który dostrzegają politycy. A to nie oznacza nic dobrego. Przypomnę, że lwia część zarobku takich wydawców jak Electronic Arts lub Activision-Blizzard pochodzi z mikrotransakcji. W przypadku EA za 28% przychodów odpowiadała FIFA: Ultimate Team. Zabawa polega tutaj na kolekcjonowaniu kart z piłkarzami i tworzeniu z nich drużyn. Łatwo się domyślić, że zawodników pozyskuje się ze specjalnych paczek. Jest lootboks? Jest. Są przychody? Są. A czy jest to hazard? Zależy do kogo, skieruje się to pytanie. Jeżeli do przedstawicieli Electronic Arts, to odpowiedź będzie jednoznaczna – nie ma hazardu. Jest mechanika niespodzianki (suprise mechanic). Jim Sterling, dziennikarz, człowiek, który nienawidzi lootboksów i od lat krytykuje chciwość gamedevu, powie, że jest to hazard.

Uważam, że najbliższym czasie dołączą tutaj politycy. Razem z regulacjami dla gamedevowej branży. Jakieś licencje, dodatkowe opodatkowanie. Co zrobią twórcy? Podejrzewam, że wielu z nich zrezygnuje z lootboksów i zacznie szukać innych form zarabiania na swoich produkcjach. Nie zmienia to faktu, że aktualna dyskusja na temat monetyzacji może sporo zmienić w gamedevie. Nawet jeżeli nie pojawią się prawne regulacje, to istotne będzie nastawienie klientów. Już teraz, wśród graczy, szczególną estymą cieszy się model sprzedaży praktykowany przez polskie studio CD Projekt RED. Doskonale pokazała to trzecia część Wiedźmina. Żadnych mikrotransakcji, darmowe aktualizacje i płatne rozszerzenia, a nie jakieś DLCki zmieniające wygląd konia.

Czy nam się to podoba, czy nie, w gamedevie nadchodzi czas zmian. Najwięksi eksperymentują z modelami abonamentowymi, a co pozostaje twórcom niezależnym? Obawiam się, że to samo, co do tej pory, czyli trudna walka o przetrwanie.

Rozmówki kuchenne (III)

Ostatnio trafiłem w sam środek dyskusji na temat najnowszej gry CD Projekt RED. Jak to się stało? Jakim cudem wpadłem w ten cyklon? Poszedłem sobie zrobić herbatę. W ramach przerwy na śniadanie w firmie. Nie od dziś wiadomo, że najciekawsze rozmowy toczą się w kuchni lub w miejscu, w którym ludzie przechowują jedzenie oraz wodę. Tak było i tym razem.

Cyberpunk 2077 nas podzielił. Są osoby, które hype train zabrał od razu, gdy pojawił się pierwszy trailer. Mało tego! Wykupili nawet bilety na pierwszą klasę! W tej grze widzą mnóstwo ciekawej zabawy, pociąga je wirtualny świat. Jednak zauważyłem coś niepokojącego. W rozmowie często pojawiało się stwierdzenie, że Cyberpunk 2077 na pewno będzie dobry, bo pracuje nad nim CD Projekt RED. A czy oni stworzyli coś kiepskiego? Jest to kwestia subiektywna, jednak warto wspomnieć, że miłośnicy gier komputerowych uważają trylogię Wiedźmina na porządnie zrobiony produktu. Ostatnia część traktowana jest jako kultowa i ludzie są raczej zgodni, że jest to piekielnie dobra gra.

Czyżby miała tutaj działać magia CD Projekt RED? Czego się dotkną, to od razu zamienia się w złoto? Zachęcam do ostrożności. Świat gamedevu już raz spotkał się z takim czarowaniem. Głównie za sprawą działalności BioWare. To studio również było magiczne. Głównie za sprawą specyficznego modelu pracy. Informacje na ten temat pojawiły się głównie za sprawą Anthem, czyli największej giereczkowej porażki tego roku. Produkcja była chaotyczna, ciągle zmieniały się pomysły, zespoły zaangażowane w prace przerzucały się pomysłami. Efekt? Premiera okazała się klapą. Klienci dostali niezła wczesną wersję beta, której brakowało wykończenia. Miała zadziałać magia BioWare, która zawsze sprawiała, że elementy projektu wpadały we właściwe miejsca, a następnie powstało coś genialnego. Tym razem było inaczej.

Nie twierdzę, że Cyberpunk 2077 będzie spektakularną porażką. Opublikowane materiały niespecjalnie wzbudzają we mnie zachwyt. Mimo to uważam, że gra będzie po prostu dobra. Tylko czy to wystarczy graczom? W przypadku najnowszej produkcji CD Projekt RED fani zachowują się dokładnie tak samo, jak w chwili, gdy zapowiedziano Anthem lub Mass Effect: Andromedę. W przypadku tych tytułów również podkreślało się znacznie studia, które za nie odpowiadało. Historia pokazała, że nie jest to gwarantem porządnie wykonanej gry. Jednak to tylko jeden z problemów. Warto także zwrócić uwagę na rosnące oczekiwania fanów. Współczesny marketing polega na nakręcaniu odbiorców, dawkowaniu informacji, podgrzewaniu zainteresowania. Łatwo się domyślić, że taki model promocji może łatwo obrócić się przeciwko firmie. Wystarczy, że wypuszczony produkt nie będzie odpowiadał wysokim oczekiwaniom gracz. Może być bardzo dobry, z solidną narracją i rozgrywkę, jednak nie będzie genialny. A takie wrażenie było budowanie w trakcie promocji.

W przypadku gier komputerowych trzeba być ostrożnym i rozważnym. Warto, aby każdy podejmował decyzje zgodne z własny postrzeganiem świata. Ja, na przykład, zaryzykowałem z Anthem. Byłem ciekaw, czy BioWare wstanie z kolan. Nie wstało. Poleciało na ryj.

Hazard i koszykówka

Myślałem, że ten dzień niczym mnie nie zaskoczy. To miał być typowy piątek Literata. W pracy miałem kilka zadań dotyczących różnych poprawek, uporządkowanie RedMine’a, a potem nauka Pythona i analizy danych. Później zakupy i luz. Jakaś książka, giereczka, a może film? Coś na pewno trzeba napisać, bo kończy się miesiąc, a ja mam jeszcze trochę zaległości na DailyWeb. Nie planowałem klepania tekstu na bloga. Tym miałem zająć się dopiero jutro. Za sprawą pewnej giereczki postanowiłem to przyspieszyć.

Znacie gry sportowe? Takie serie jak FIFA, NBA i inne. Ja tylko z nazwy i gatunku. Nigdy nie byłem fanem takiej rozrywki. Najbardziej mnierziło mnie to, że kolejne edycje różniły się jedynie numerkiem w nazwie. Reszta w zasadzie pozostała taka sama. Mam trochę znajomych, którzy twierdzili, że tu i ówdzie poprawiono fizykę piłki, krążka czy innej rzeczy będącej przedmiotem uwielbienia w wirtualnych zmaganiach. Jednak od pewnego czasu do gier sportowych zaczęły się wkradać lootboksy. Pod postacią kart z zawodnikami. Przynosi to olbrzymie zyski wydawcom. Od razu zaznaczę, że wirtualne zbieractwo różni się od analogowego kolekcjonerstwa! Czym? A jedną rzeczą – papierowe karty możecie odsprzedać, mają określona wartość. Te cyfrowe możecie sobie wrzucić na dysk i wsadzić w wolne miejsce w komputerze. Wraz z nową edycją gry staną się całkowicie bezwartościowe. W przeciwnym razie ludzie nie kupowaliby nowych pakietów.

Myślicie, że takie postępowanie jest nieuczciwe? To skok na kasę? Tak, ale zobaczcie, co wycięło 2K w nadchodzącym wydaniu NBA 2K20.

Nie mam pojęcia, kto wpadł na to, żeby do symulatora kasyna dodać elementy koszykówki. Komuś całkowicie pomyliły się gatunki. Maszyny losujące, paczki z kartami oraz spadająca kulka. Brakuje jeszcze jakiegoś flippera. Nie dajcie się zwieść tym wspaniałym zdobyczom z trailera. To jest ustawione. Zresztą w Sieci krąży artykuł na temat podkręcania szans w skrzynkach. Specjalnie dla streamerów, aby w ten sposób zachęcać do ich kupowania. W przypadku NBA 2K20 problemem nie są same elementy wyraźnie inspirowane hazardem, ale rating. Według PEGI ta produkcja może być dostępna dla osób, które ukończyły 3. rok życia. Nawet tłumaczą się z tej decyzji. Okazuje się, że w samym trailerze są tylko wyobrażenia, inspiracje hazardem. Taka zabawa wcale nie uczy tego jak grać w kasynie. Dawno nie przeczytałem większej bzdury niż linkowane wcześniej oświadczenie.

Podstawowa rzecz – programowanie zachowań. Trudno ukryć, że najmłodsi są najbardziej plastyczni. Polegają procesowi intensywnej socjalizacji. Nagle w ich ręce wpada gra, która pokazuje, że różnego rodzaju formy hazardu są fajnie. Realną walutę, której nie zarabiają, mogą zamieniać w wirtualną… Zaraz, zaraz! Czy w ogóle rozumieją znacznie i pozycję pieniądza w kulturze? A może dla nich jest to dokładnie taki sam token, jak ten cyfrowy? W końcu, jak wiele znacie osób posługujących się gotówką? Spójrzcie na to z perspektywy dziecka. Czym różnią się nasze cyferki na kontach, od wartości, która wyświetla się na ekranie gry obok ikony z walutą premium? Dla nas jest to oczywiste, ponieważ zdajemy sobie sprawę – jedni bardziej, inni mniej – z istnienia czegoś takiego jak siła nabywcza. Za token z gry nikt nie opłaci rachunków, natomiast cyferki zgromadzone w banku, już mogą na to pozwolić.

Kluczowy jest tutaj trening różnego rodzaju umiejętności. Gry komputerowe to ważne dla współczesnej kultury medium i tak jak inne, ono również kreuje pewne postawy. Graczom może się to podobać lub nie, po prostu tak działają w społeczeństwie pozostałe teksty. Od tego nie uciekniemy, po prostu zastanowić się, jak odpowiednio sobie z tym radzić. Dla mnie, niezmiennie, jedyną odpowiedzią jest rzetelna edukacja, a nie setki regulacji, ostrzeżeń i obostrzeń.

Wiem, marzenie ściętej głowy.

Literacka ambiwalencja

Przeglądając swoje notatki, zauważyłem, że kilka stron poświęciłem prozie Jakuba Żulczyka. Przynajmniej dwukrotnie opublikowałem tutaj teksty dotyczące treści tworzonych przez tego autora. Oba były napisane w tonie raczej pozytywnym, a już na pewno pozbawionym mojego wrodzonego czepialstwa. Zastanawiające jest to, że mój stosunek do tekstów Jakuba Żulczyka najlepiej określić jako ambiwalentny.

Pamiętam czas zachwytów Zrób mi jakąś krzywdę… Wszyscy moi znajomi czytali i wszyscy byli zachwyceni. Mówili, że muszę przeczytać, że to odkrywcza literatura, wręcz nowoczesna! Spełniająca zadania, jakie stawia przed nią nowe millenium. Gwoli ścisłości – Zrób mi jakąś krzywdę… miało premierę w 2006 roku. Miałem wtedy 18 lat, literaturę ceniłem, ale dopiero na studiach zacząłem pracować nad krytycznych podejściem do tekstów. Wyobraźcie sobie, że nie sięgnąłem po Zrób mi jakąś krzywdę… Może czytałem coś innego? A może, zgodnie ze swoim charakterem, nie miałem ochoty czytać tego, co wszyscy uważają za wspaniałe?

Jednak to Zrób mi jakąś krzywdę… ciągle tłukło mi się po głowie. Sięgnąłem chyba w trakcie ostatniego roku studiów magisterskich. Z perspektywy czasu widzę, że zrobiłem to tylko po to, aby się rozczarować. Nie znalazłem w tej powieści niczego wspaniałego. Z moich starych notatek wynika, że Zrób mi jakąś krzywdę… nazwałem literaturą dla postnowoczesnych pensjonariuszek. To określenie ma swój urok i myślę, że Jakub Żulczyk potrzebował trochę czasu, aby okrzepnąć literacko. Zmorojewo i Świątynia są niezłe. Dobra literatura popularna, takie książkowe guilty pleasure. Idealne do czytania w środkach masowej komunikacji lub w ramach odpoczynku od gatunkowo cięższych lektur. Zmorojewo i Świątynia dostarczyły mi sporo zabawy, jednak moja prywatna literacka przestrzeń mogłaby się bez nich obyć. Zupełnie inaczej podchodzę do Ślepnąć od świateł i Wzgórza psów.

Niezmiennie uważam, że są to świetne książki. Z brudną, wielowarstwową narracją. Napisana z pazurem, z porządnie przemyślanymi bohaterami. Najważniejsze jest jednak to, że mają niezła fabułę. Żadnego postmodernistycznego gadania o rozpadzie opowieści. Po prostu jest historia, są dialogi i postacie. Zawsze jest także przestrzeń. W Ślepnąć od świateł i Wzgórzu psów Jakub Żulczyk mocno opisuje miejsca, w których znajdują się postacie. Faktycznie, językowych purystów, dla których w literaturze nie może się zdarzyć nawet jedno wulgarne słowo na „k”, może mierzić brud narracyjny, w którym pławi się autor. Tylko że w przypadku tych powieści nie są to nastoletnie wybryki po jabolu połączone z popisami pod trzepakiem na środku osiedla. Wulgarność języka, wulgarność świata Jakub Żulczyk zaprzęga do własnych celów. W ten sposób dynamizuje rzeczywistość przedstawioną, nadaje jej bezkompromisowości, wręcz wali nią w ryj jak naćpany chłystek na przystanku.

Dlatego tak trudno mi polecić prozę Jakuba Żulczyka. Nie twierdzę, że nie warto sięgnąć po teksty tego autora, po prostu myślę, że dwie ostatnie powieści są znacznie lepsze od pozostałych.

Pofrytkowy opar

Razem z psem spaceruję po stałej trasie. Nieczęsto coś zmieniam, czasem ją wydłużam. Wtedy chodzimy do parku, żeby bestia wyszalała się, biegając między drzewami. Jednak zdecydowanie częściej przechodzimy przez miejską plażę. Tak, w Będzinie jest coś takiego, na dodatek zostało zbudowane w rozsądny sposób i nie jest przerażająco brudno. Przyjemne miejsce na spędzenie popołudnia. Dlatego, w pogodne dni, można tam spotkać tłumy osób. Plaża miejsca powstała w ramach rewitalizacji przestrzeni.

W samym centrum wielkiej łąki. Ulubionego terenu psiarzy, którzy wciąż zapuszczali się tam ze swoimi towarzyszami. Ja również należałem do tej grupy. Na tej łące były wydeptane ścieżki, każda z charakterystycznym dla siebie nierównościami, przeszkodami i rozpraszaczami. Moja bestia, trochę większa od jamnika, uwielbiała zapuszczać się w trawy. W jakim celu? Polowała na bażanty. Chociaż muszę przyznać, że czasownik polowała nieprecyzyjne określa to, co działo się, gdy wpadała w zarośla. Zdecydowanie bardziej adekwatnym słowem byłoby płoszyła. Raz biegła, rozglądała się, a równolegle do niej zasuwał bażant. Oczywiście go nie widziała. Wraz z pojawieniem się plaży miejskiej te atrakcje zniknęły.

Łąka dalej jest, ale pozostała tylko jej niewielka część. Można się sprzeczać na temat tego, jak polskie samorządy rozumieją słowo „rewitalizacja”. Najczęściej kończy się to zabrukowaniem danego terenu, postawieniu siatki i wycięciu drzew. Efekt? Stworzenie betonowej pustyni, która cudowanie nagrzewa się w trakcie upalnego lata. Z perspektywy czasu myślę, że pojawienie się plaży miejskiej, było dobrym pomysłem. Jasne, jest trochę tej nieszczęsnej kostki, jednak jest także piasek oraz dobrze przemyślane przestrzenie do wypoczynku. Plaża miejska usunęła nagminny problem – podpalanie traw. Łąka, po której zwykłem spacerować z bestią, była cudowna, do pojawienia się pierwszego wariata kochającego ogień. W chodzeniu po zgliszczach nie było absolutnie nic przyjemnego. Duszący zapach popiołu oraz wystające patyki. Smutny widok, który zastąpiła ładnie przemyślana przestrzeń.

Jedna rzecz mnie tylko drażni, bo mnie zawsze musi coś irytować. Zapach smażonego oleju. Tam, gdzie są skupiska ludzi, musi pojawić się jakiś fastfood, a frytki to często standardowa przegryzka. Połączenie alejek, boiska do siatkówki, ładnych trawników z duszącym smrodem oleju jest po prostu ironiczne. Czy nie można serwować czegoś, co będzie mniej drażniło nos? Jakoś nie trafia do mnie wizja odpoczynku w takich oparach. Plaża miejska położona jest z dala od ruchliwej drugi, w pobliżu rzeczy. Piękne miejsce, dobra przestrzeń do odpoczynku, do odetchnięcia po ciężkim dniu. Tylko że w tym przypadku człowiek raczej zaciąga się pofrytkowym oparem, a nie powietrzem.

Nic to. Pozostaje mi pokręcić głową i wybrać się na kolejny spacer z bestią. Pewnie znowu udamy się w kierunku plaży miejskiej. W końcu to nasza stała trasa.

Page 2 of 45

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén