Category: Felietony (Page 2 of 51)

Siła wykresów

Po miesiącu spędzonym z League of Legends oraz Teamfight Tactics postanowiłem wrócić do gier, które są dla mnie szczególne ważne. Nigdy nie usuwam ich z dysku, zawsze na mnie czekają. Zmienia się jedynie odsłona, ponieważ zawsze wybieram tę uznaną za najlepszą. Jakie to tytuły? Two Points Hospital, bo to duchowy spadkobierca Theme Hospital. Surviving the Aftermath, ponieważ wierzę, że twórcy w końcu znajdą pomysł na wykorzystanie potencjały tej gry. Jest jeszcze jedna produkcja. Myślę, że aktualnie najważniejsza.

Od zeszłego roku gram w Anno 1800. Najnowsza odsłona tej genialnej serii, która towarzyszy mi w moich cyfrowych przygodach od lat. W ostatnich dniach znowu wróciłem do zarządzania swoją osadą i szczególnie doceniłem jedną z ostatnich aktualizacji, która wprowadza ekran statystyk. Piękny, przejrzysty, jasno prezentujący co dzieje się na danej wyspie. Patrzę na paski, planuję, przebudowuję łańcuchy produkcji oraz dostaw, a także ciągle zmieniam szlaki handlowe. Wszystko po to, aby zoptymalizować zyski, a potem zacząć wykupywać udziały w wyspach moich przeciwników. Gry ekonomiczne zawsze sprawiały mi przyjemność, ponieważ zmuszają mnie do ciągłego myślenia, oceniania i kalkulowania ryzyka. W przypadku Anno 1800 wprowadzenie przejrzystego ekranu statystyk wcale nie zepsuło gry. Wprost przeciwnie! Paski, cyferki oraz wykresy sprawiają, że zabawa jest jeszcze lepsza!

Zawsze uważałem, że gry ekonomiczne to w zasadzie arkusz kalkulacyjny z ładniejszą grafiką. Tak, stwierdzenie to jest bardzo ogólne, ponieważ trudno dzisiaj o dobrego tycoona. Twórcy prześcigają się w pomysłach na konteksty. Wystarczył mi rzut oka na moją listę tytułów z tego gatunku, aby zobaczyć, że kilkukrotnie zostałem wysłany w kosmos, a przynajmniej raz brałem udział w obudowywaniu cywilizacji po apokalipsie. Taka zabawa jest fana, ale w grach ekonomicznych najważniejsze jest zarządzanie. Dlatego zawsze dziwię się, gdy nie jestem w stanie dotrzeć do żadnego sensownego ekranu statystyk. Skąd mam wiedzieć, czy idzie mi dobrze? Mam klikać na wszystkie budynki, spisywać na kartce, jakie mam zapasy, a potem planować handel? Wykresy i paseczki są potrzebne w takich grach! Bez nich to żadna zabawa, tym bardziej, jeżeli trzeba szybko reagować.

Jeżeli ktoś tworzy gry, to sądzę, że powinien myśleć o takich elementach. Nie psuję one wrażeń z zabawy, raczej tylko ją podkreślają i sprawiają, że człowiek ma ochotę spędzić jeszcze więcej czasu w cyfrowym świecie. Wszystko w imię lepszej optymalizacji produkcji oraz zwiększenia przychodów. Jak sobie z tym poradzić bez ładnego ekranu statystyk? Przyznaję, że kiedyś prowadziłem zeszyty, w których wyliczałem jakich produktów potrzebuję, aby utrzymać osadę i mieć nadmiar na handel. Czasy się zmieniły, dzisiaj oczekuję, że gra zapewni mi wszystko to, co jest potrzebne do zabawy. Nawet jeżeli jest to możliwość oglądania wykresów i pasków dotyczących prowadzonej przeze mnie rozgrywki.

Starcie z klasą próżniaczą

Od dłuższego czasu walczę z pisaniem tekstu o Parasite. Najlepszy film 2019 roku, wielokrotnie nagradzony, zdobył uznanie nie tylko Akademii, ale także internetowych krytyków oraz publiczności. A ja ciągle mam z tym obrazem problem. Doceniam ciekawą fabułę, oscylującą pomiędzy czarną komedią, a dramatem społecznym. Aktorskie kreacje są wręcz hipnotyzująco przekonujące. Parasite warto obejrzeć dla samych postaci.

Charaktery są interesujące, wyraziste. Co tylko podnosi wartość filmu, ponieważ absolutnie każda bohaterka i każdy bohater coś wnosi do opowiadanej historii. Zdarzają się przecież fabuły, w których można spokojnie wyrzucić pół świata przedstawionego, a i tak będzie się, dało je opowiedzieć. W Parasite jest inaczej. Każdy ma, dosłownie, do odegrania jakąś rolę. Istotne są nie tylko wypowiedzi, ale także gesty, drobne zachowania, wskazujące na większe i mniej skazy w charakterach. Na pewno w Parasite ujęło mnie to, że absolutnie nic nie jest takie, jaki wydaje się na pierwszy rzut oka. Ten film jest pełen cichych niedopowiedzeń, niedookreśleń, które wręcz wymagają od widza zastanowienia się nad tym, co zobaczył.

Mój problem z Parasite polega na tym, że widzę w nim tylko jedną drogą interpretacji. Dla mnie jest to film o walce klas, o starciu pomiędzy osobami żyjącymi w ubóstwie, z ludźmi, którzy są obrzydliwie bogaci. To właśnie stąd bierze się cały dynamizm filmu. Wyraźnie widać, że Parasite to skomplikowany teatr, intryga uknuta po to, aby uszczknąć odrobinę bogactwa tym zamożniejszym. Przez chwilę nawet żyć ich życiem, a w pozostałych chwilach wręcz nasycać się ich blaskiem. W oczy rzuca się także to, że bogaci również grają, udają, starają się zachować twarz przed własną służbą. Oglądając Parastie, ciągłe po głowie chodziła mi Teoria klasy próżniaczej Thorsteina Veblena. Interesująca książka, której autor opisał życie i codzienne funkcjonowanie elity biznesu w Ameryce na przełomie XIX i XX wieku. Po obejrzeniu filmu warto ją przeczytać i zastanowić się, jak bardzo tez spostrzeżenia są wciąż aktualne.

Być może postnowocześność potrzebuje takich filmów? Pokazujących stratyfikację społeczeństwa i wręcz opisujących starcie tych będących najniżej, z tymi biesiadującymi na samym szczycie? Jednocześnie zastanawiam się, czy w Europie taki film miałby rację bytu. Parasite operuje w innym kontekście kulturowym, co pozwala filmowi inaczej rozkładać akcenty. Co prawda morał jest wyraźnie uniwersalny, jednak uważam, że trochę detali mi umknęło ze względu na całkowitą nieznajomość koreańskiej kultury. Właśnie dlatego zacząłem się zastanawiać, czy Europa też będzie miała swój Parasite? Z tak samo mocno zaakcentowanym konfliktem i wyrazistą charakterystyką postnowoczesnej klasy próżniaczej. Byłoby to ciekawe doświadczenie, sądzę, że mocne rozmontowanie świata z Instagrama, pozbawienie rzeczywistości cyfrowych filtrów, mogłoby stać się cenną lekcją. Oczywiście przy założeniu, że zostałoby podane tak samo jak Parasite, czyli na granicy gatunków.

Artefakt z szuflady

Postanowiłem zajrzeć do szuflady z wszelką elektroniką. To taka przestrzeń, do której trafiają już niepotrzebne, ale wkrótce przydatne sprzęty. Zdarza się, że oddają swoje układy innym urządzeniom, bywa także, że spoczywają na samym dnie szuflady. Zapomniane. Porzucone. Aż w końcu na nie trafiam, podłączam do ładowania i okazuje się, że działają. W trakcie poszukiwania kabla do aparatu trafiłem na odtwarzacz MP3, który w dalszym ciągu ma się dobrze. Pomimo tego, że przez kilka ładnych lat leżał porzucony.

Wiem, wyciągnąłem sprzęt, którego obecnie mało kto używa. Obecnie do słuchania muzyki wystarczy telefon z zainstalowanym Spotify lub włączonym YouTubem. Po co nosić dodatkowe urządzenie? I to na dodatek dedykowane jednej funkcji, czyli odtwarzaniu muzyki. Sam porzuciłem ten artefakt, po wymianie telefonu i wykupieniu abonamentu na Spotify. Przestał być przydatny, ale pamiętam, że służył mi bardzo, bardzo długo. Używałem go głównie w trakcie podróży, spacerów i w trakcie oczekiwania na środki komunikacji publicznej. Zdarzyło się, że towarzyszył mi, gdy robiłem sobie przerwę w trakcie moich dawnych rowerowych wojaży. Myślę, że dzisiaj również znalazłbym zastosowanie dla tego urządzenia. Jest niewielkie, ma własną baterię, a pamięci wystarczy na wrzucenie kilku odcinków podcastu. Idealne do pracy w ogrodzie lub przygotowywania jedzenia przy grillu, lub ognisku. Jedyny problem polega na tym, że jestem odcięty od muzyki dostępnej na Spotify i wiem, że to olbrzymi minus.

ŻYJE!

Jaki to model? SanDisk Sansa Clip+. Wybrałem go nie ze względu na niewielkie rozmiary, nawet slot na kartę microSD nie był dla mnie, aż tak istotny. Pewnie, obie kwestie były ważne, jednak największym plusem tego odtwarzacza było to, że mogłem na niego wrzucić inny firmware. Miałem do czynienia z innymi urządzeniami tego typu i zawsze drażniły mnie zastosowane interfejsu, a o wybranych przez producentów kodekach wolę milczeć. Nie wszystkie pliki dźwiękowe dało się odpalić, zainstalowanie własnych pakietów lub wtyczek nie wchodziło w grę. Trzeba było czekać na ewentualną aktualizację wydaną przez producenta. A ja chciałem mieć coś, co nie będzie całkowicie uzależnione od decyzji twórcy i pożyje dostatecznie długo. Tak, do dzisiaj kwestia celowego postarzania sprzętu jest dla mnie istotna. Z perspektywy czasu widzę, że zainstalowanie otwartoźródłowego frimeware’u na SanDisku było dobrym wyborem.

Z ciekawości sprawdziłem, czy RockBox, bo tak się nazwa wybrane przeze mnie oprogramowanie, dalej działa. Czekało mnie kolejne zaskoczenie! Społeczność w dalszym ciągu funkcjonuje. Mało tego! W listopadzie 2019 roku wydali nawet aktualizację, którą bez najmniejszego problemu zainstalowałem na swoim urządzeniu. Właśnie dlatego lubię wszelkiego rodzaju otwartoźródłowe inicjatywy. Pomimo tego, że odtwarzacze MP3 nie są już powszechnie używane, to w dalszym ciągu są pasjonaci, którzy rozwijają firmeware. Koncentrują się na obsłudze nowych kodeków lub optymalizacji działania oprogramowania, a nie na celowym drenowaniu baterii.

Jak los czeka mojego SanDiska? Myślę, że zrobię z niego przenośny odtwarzacz podcastów i będę go używał w miejscach, w których niekoniecznie chcę ryzykować uszkodzenie telefonu.

Wypad do Miasta

Ostatnio nieczęsto jeżdżę pociągami do Miasta. Trzymam się prowincji oraz jej okolicznych przestrzeni. Z przyczyn całkowicie ode mnie niezależnych musiałem udać się do Miasta. W ostatni piątek. Oczywiście wybrałem się pociągiem, bo mam blisko do dworca. Oczywiście opóźnienie było niewielkie, a sama podróż komfortowa. Nic dziwnego się nie działo, spokój, muzyka w słuchawkach. I tak mijała mi droga, aż dotarłem do Miasta.

Dawno tam nie byłem. Galeria pełna ludzi. Mijają mnie pasażerowie niosący rowery, na które wskakują i pędzą ścieżkami Miasta. Idę dalej, wiem, że muszę kupić bilet powroty. Wolę to zrobić teraz, bo później może być kolejka. Ale najwyraźniej teraz też jest. Galeria stała się wielkim centrum przesiadkowym. Ludzie pędzą na perony, mijają tłumy w przy standach w restauracji o Złotych Łukach. Widać tam zniecierpliwione twarze z napięciem oczekujące na kolejną dużą porcję frytek i hamburgera złożonego z oczekujących na wrzucenie na bułkę produktów. Wszystko w biegu, wszystko dopasowane do rytmu Galerii w Mieście. Ale ja muszę iść dalej.

Wychodzę na zewnątrz. Pod drzwiami rozbiegane oczy ludzi poszukujących dwóch złotych na bilet na piwo. Polują na tych, którzy akurat zerkają do portfeli. Mijam ulicznych grajków, z gitarami, z bębnami zrobionymi z pustych wiader po farbie. Tłuką się niemiłosiernie. Wszystko w imię wrzuconego banknotu. Przebiegam przez tory tramwajowe. Dokładnie tak samo, jak wszyscy. Spoglądam na miejsce, do którego chodziłem jeść, gdy byłem na studiach. Dalej jest, w środku dalej panuje zaduch, ale talerze są czystsze, a obsługa bardziej uśmiechnięta. Wychodzę, bo i tak przygnała mnie tutaj nostalgia i chęć sprawdzenia co się zmieniło. Kolejna restauracja pod Złotymi Łukami, pękająca w szwach od gwaru, rozświetlona ekranami telefonów. Jedzenie dalej jest w realu, chociaż relacje już buduje się wirtualnie. Ale wiem, że Oni nie widzą w tym żadnego problemu, na Cyfrowych Drogach nikt nie zaczepia o dwa złote na bilet na piwo.

Dotarłem. Do miejsca docelowego. Wiedziałem, że będę wracał, ale nie spodziewałem się wielu rzeczy.

Bębniarza z gumową głową konia. Mamroczącego coś do siebie o tym, że jest za głośno, chociaż najwięcej hałasu robił on sam. Z drugiej strony miał trochę racji, gwar na ulicy był strasznie poplątany i trudny do zniesienia.

Grupy ludzi fotografujących kawę w Strabucksie. Dawno nie widziałem tak wielu zdjęć dwóch kubków zrobionych w tak krótkim czasie. Najwyraźniej tego wieczoru pianka ułożyła się w wyjątkowo fantazyjne kształty. Zdarza się.

Kebab otwarty w pociągu. Z foliowej jednorazówki, z szelestem folii, z charakterystycznym zapachem mięsa z rury oraz surówek. Trudne do wyrzucenia wrażenia, skwitowane zmarszczonymi nosami współpasażerów.

Stukotu pociągu przelatanego powiadomieniami z telefonów. Dzwonienie Messengera idealnie wplatało się w rytm uderzeń kół o szyny. Każda wiadomość w punkt, każda opowiedz podkreślona przez wystukaną drogę.

Wróciłem. Wysiadłem na swojej stacji. Zostawiłem za sobą kebab i powiadomienia. Koniec podróży do Miasta.

Cyfrowe wojny sklepowe. Pierwszy przegrany

Discord. Słyszeliście o tej usłudze? Podejrzewam, że, nawet jeżeli nie jesteście graczami, to nazwa mogła się Wam obić o uszy. Jest to komunikator, tekstowy oraz głosowy, który pozwala na tworzenie własnych, całkowicie darmowych, serwerów. DIscord cieszy się coraz większą popularnością, w pewnych, głównie gamerskich, kręgach wygryzł już leciwego TeamSpeaka i nieumarłego Skype’a. Bywa także wykorzystywany jako zamiennik Slacka w niektórych firmach. Sam Discord chciał, przez pewien czas, być sklepem internetowym.

Plan był prosty. Z Discorda głównie korzystają gracze, więc dlaczego nie chcieliby kupić czegoś w ich sklepie? Na dodatek firma twierdziła, że zabierze jedynie 10% zysków od twórcy, a resztę mu odda. Nic tylko się skusić! Darmowe gry były dodawane do abonamentu „Nitro”, który pozwalał na korzystanie z różnych, dodatkowych funkcji Discroda. Były, czas przeszły dokonany, bo już nie ma. Wyleciały z oferty w październiku 2019 roku. Firma sama stwierdziła, że i tak nikt w nie nie grał, to po co w ogóle podpisywać umowy z wydawcami? Discord chciał być konkurencyjny, dać więcej przychodu twórcom. Tylko że 90% od zera, to dalej pięknie okrągłe zero.

Gdy Discord w 2018 roku ogłosił rozszerzenie swojej usługi o sklep, to byłem szczerze zdziwiony. Już wtedy dominowali na rynku, jeżeli chodzi o komunikatory. Niedobitki pozostały na TeamSpeaku, część z przyzwyczajenia korzystała ze Skype’a, ale cała reszta spędzała czas na Discordzie. To tam przenieśli się również twórcy gier zarówno AAA, jak i niezależnych. A to dopiero wierzchołek góry lodowej! Na Discordzie bez najmniejszego problemu można znaleźć grupy skupione wokół różnych zainteresowań. Są miłośnicy anime, fani planszówek, jak i programiści szlifujący swoje umiejętności. Discord jest kolosem, który chciał jeszcze sprzedawać gry i na tym się przejechał. A wydaje się, że w tak dużej i zróżnicowanej grupie odbiorców powinno się znaleźć wielu chętnych na zakupienie gry.

Obawiam się, że to tylko wrażenie. Jeżeli korzystacie z Discorda, to zadajcie sobie jedno, niezwykle ważne, pytanie – w jakim celu go włączacie? Żeby kupić grę? A skąd! Chcecie pogadać, przejrzeć wiadomości na serwerze, do którego dołączyliście. Nie myślicie o Discordzie w kategoriach sklepu, ale komunikatora, narzędzia pozwalającego wchodzić w interakcje. Od kupowania giereczek są inne usługi. Steam, GoG, uPlay lub Origin. Tam wydaje się pieniądze, tam buduje się cyfrowe biblioteczki lub korzysta z subskrypcji. Discord może i miał szanse, ale były one niewielkie. Użytkowników trudno przekonać do zmiany nawyków, do przebudowania myślenia na temat produktu, z którego często korzystają i już na poziomie intuicyjnym traktują go w jasno określonej kategorii.

Myślę, że Discorda można już wykluczyć z cyfrowych wojen sklepowych. Steam i Epic Store dalej się trzymają, o Katridge od Kongregate już dawno nic nie słyszałem. Z tego, co widzę, to dalej istnieje, ale obawiam się, że może podzielić los eksperymentu, na który zdecydował się Discord.

Page 2 of 51

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén