Category: Recenzje (Page 1 of 24)

Problem z Wariatem

Czekałem na Maniaca. Od pierwszego zwiastunu. Ujęła mnie nietypowa kreacja świata, zapowiedź dusznej atmosfery oraz poplątanych losów postaci. Serial skończyłem w ciągu jednego weekendu, zaraz po premierze. Chciałem z marszu coś o nim napisać, ale z biegiem czasu zauważyłem, że mam coraz więcej wątpliwości. Nie zrozumcie mnie źle! Bawiłem się przednio, Maniac był dokładnie tym, czego oczekiwałem. Jednak na pewno nie poleciłbym tego serialu każdemu netfliksowemu maniakowi.

To nie jest produkcja z gatunku „zobacz i zachwyć się.” Takie wciąż się zdarzają, jest ich coraz mniej i jestem pewien, że Maniac do nich nie należy. Z chęcią pokusiłbym się o stwierdzenie, że ten serial roztacza wokół się aurę snobizmu. Ukochanego przez internautów przekonania, że skoro Ci się nie podoba, to na pewno nie zrozumiałeś. Nie jesteś godzien dostąpić zaszczytu doświadczenia głębi Maniaca! Wrażliwość pewnie przeżarta przez Zmierzch oraz innych Grey’ów. Gdzie tam do Maniaca! Do sztuki wysokiej, którą podzielił się z nami Netfliks! Gdy widzę takie frazy, to natychmiast przestaję czytać. Nie gustuję w dyskusjach prowadzonych w takim tonie. Uważam, że na Maniaca warto spojrzeć z perspektywy, na chłodno.

Nie trzeba być od razu ślepym fanem Adorno oraz Derridy. W zupełności wystarczy trzeźwe i rozsądne spojrzenie, aby zauważyć, że Maniac to specyficzna zabawa formą. Od pierwszego odcinka narracja ulega stopniowej dekonstrukcji, fabuła jest rozbijana na frazy, które pojawiają się w mniejszych opowieściach i stopniowo prowadzą do finału. Maniac ma spoiwo w postaci bohaterów. Naukowców w laboratorium oraz dwójki badanych, którzy ciągle trafiają na siebie we wspólnym śnieniu. Serial wymaga charakterystycznej wrażliwości, wysokiej tolerancji na oniryzm oraz absurd. To taki sen wariata na sterydach. Rozpada się wszystko. Począwszy od narracji, a skończywszy na psychice postaci. Mnie, właśnie ta postępująca degradacja świata przedstawionego, najbardziej ujęła. Szczególnie istotny jest tutaj finał, w których widoczne jest ponowne stworzenie rzeczywistości, jej poskładanie z porozrzucanych elementów.

Do Maniaca trzeba mieć odpowiednie nastawienie. Miłośnicy realizmu nawet nie powinni dotykać tej produkcji, umęczą się, rozczarują. W serialu trudno znaleźć nawet cień precyzyjnego odwzorowania rzeczywistości. Ważniejsze jest to, co z otaczającym światem robi ludzka psychika. Jego przetwarzanie, rozbijanie i ponowne składanie. W tej perspektywie Maniac jest obrazem interesującym, z ciekawie zbudowanymi postaciami. Czy jest powalający? Genialny? Nie sądzę. Raczej zrealizowany z dużą starannością, co przełożyło się na wrażenie solidnie wykonanej roboty. Jednak w dalszym ciągu nie trafi do wszystkich. Serial na pewno znajdzie własną publiczność, może warto się pokusić o stwierdzenie, że jest to produkcja trafiająca do określonej niszy.

Widzowie kochający oniryzm oraz rozbijanie świata, szybko odnajdą się w Maniacu. Dla takich osób będzie to wspaniała wycieczka po zdekonstrouwanej narracji. Dla innych, cóż, oglądanie tego serialu będzie trudną do zniesienia męczarnią. Wtedy warto rozejrzeć się za innym tytułem! W końcu w katalogu Netfliksa z łatwością można się zgubić.

Cyfrowe gotowanie

W mojej przepastnej kolekcji gier komputerowych trafiają się także tytuły nietypowe. Na przykład takie, których głównym tematem jest gotowanie potraw z potworów. Bo nic tak nie poprawia humoru, jak gulasz z jednorożca lub żeberka ze smoka! Konkurs kulinarny w świecie fantasy brzmi niczym skomplikowany sen wariata. Warto wspomnieć, że to marzenie zostało zrealizowane. Dzisiaj, wiedziony ciekawością, postanowiłem zainstalować Battle Chef Brigade.

Tytuł ten był w jednym z Humble Monthly Bundle. Nawet przez moment mnie nie zainteresował, tę produkcję potraktowałem w kategoriach zapychacza. Myliłem się. Battle Chef Brigade, poza wspaniałą grafiką, oferuje także grywalność najwyższej próby. Jest to świetny materiał do analizy designu, do pokazania, że prosta mechanika jest w stanie zaoferować mnóstwo radości. Wystarczy ją odpowiednio obudować, otoczyć kontekstem i porządnie podgrzać. Myślę, że to sprawdzony przepis na stworzenie ciekawej gry, która na długo pozostanie w głowie i w sercu odbiorcy. Twórcy Battle Chef Brigade potrafią zmusić do myślenia, a w odpowiednich momentach wywołać kołatanie serca.

Sama gra opiera się na dwóch filarach. Pierwszy to klasyczna, doskonale znania i lubiana, mechanika układania podobnych obiektów w pionowe lub poziome linie. Swojego czasu Candy Crush Saga wzięła szturmem social media, szczególnie Facebooka. Ta gra również opierała się na tej mechanice. Wystarczyło ułożyć w jednej linii trzy identyczne owocki, aby zniknęły one z planszy i zmieniły się w punkty. W Battle Chef Brigade jest trochę inaczej. Każdy składnik, z którego należy przygotować potrawę, składa się z określonej ilości elementów. Należy dopasować kolory tak, aby danie zyskało na jakości oraz otrzymało wyższą ocenę od jury. Na wyższych poziomach trzeba się trochę namęczyć, aby upolować właściwą zwierzynę, a następnie odpowiednio ułożyć pozyskane składniki. Battle Chef Brigade to ciekawie obudowane cyfrowe puzzle. Gdyby nie kontekst w postaci konkursu kulinarnego, gra niczym nie odbiegałaby od pasożytujących na użytkownikach gier mobilnych. Wystarczyło dobrze ubrać znaną mechanikę, aby powstał nietuzinkowy produkt.

Drugim filarem jest nieustanna walka z czasem. Na przygotowanie dania oraz zebranie składników gracz ma zawsze kilka minut. Trzeba odpowiednio rozplanować pracę. Podzielić dostępne sekundy na pozyskiwanie surowców oraz ich obróbkę. W tych chwilach gra zaczyna robić się emocjonująca. Zauważyłem, że tykający zegar, który nieubłaganie odlicza pozostałe minuty, zmuszał mnie do poświęcenia większej uwagi temu, z czego gotuję. Battle Chef Brigade, za sprawą czasowego ograniczenia, nie zmieniło się w nudną farmę potworów, z których można przygotować rosół. Czułem, że biorę udział w konkursie, nawet jeżeli moim przeciwnikiem była sztuczna inteligencja, a nie żywy człowiek. Musiałem zdążyć, przygotować najlepsze danie zgodnie ze wskazówki danymi przez jury.

Mam pełną świadomość tego, że po ukończeniu Battle Chef Brigade szybko opuści dysk twardy mojego komputera. To solidna dobra, zabawna gra, która daje dużo przyjemności. Niezobowiązująca produkcja, przerywnik pomiędzy trudniejszymi tytułami.

Cyfrowe okruchy

Antyutopijne gry komputerowe, nie muszą rozgrywać się w postapokaliptycznych światach. Nie potrzebne są żadne elementy fantastyki naukowej, aby w ciekawy sposób przedstawić problem kontroli szeregowego obywatela. Zachęcam do rozegrania kilku partyjek w Beholdera. W tej produkcji gracz wciela się w dozorcę kamienicy.

Jednak do jego obowiązków nie będzie należało sprzątanie i zajmowanie się trawnikami. W Beholderze gracz pisze donosy na podstawie zdobytych materiałów. Dlatego koniecznie jest podsłuchiwanie lokatorów, grzebanie w ich szafach, a nawet założenie monitoringu w mieszkaniach. Zdrajca Państwa może czaić się wszędzie! Trzeba być czujnym! Muszę przyznać, że Beholder, za sprawą mrocznej atmosfery i ciężkiego klimatu, sprawił, że poczułem przytłaczający ciężar bycia donosicielem. Jednak to gra Orwell, jest znacznie bardziej przerażająca.

W tym tytule gracz wciela się obywatela przeszukującego wszelkiego rodzaju ślady cyfrowe w poszukiwaniu zagrożenia dla mieszkańców fikcyjnego państwa. Orwell pokazuje, jak wiele można wyciągnąć na temat człowieka, badając jego aktywność w mediach społecznościowych, włamując się do skrzynki emailowej lub czytając SMSy. Sama gra nie wydaje się zbyt atrakcyjna. Dużo czytania, wybiera fragmentów tekstów lub zdjęć. Na dodatek trzeba być uważnym i umiejętnie odbudowywać kontekst poszczególnych informacji. Produkcja na pewno jest skierowana do graczy ceniących sobie nietypowy charakter rozgrywki oraz powolne odkrywanie zawiłości fabuły. Ciekawe jest na pewno, że ważne są decyzje podejmowanie przez odbiorcę. W trakcie śledztwa zbiera się wyłącznie małe fragmenty informacji, koniecznie jest zbudowanie kontekstu, wyciągnięcie wniosków i wskazanie zagrożenia.

Orwell, pomimo powolnego tempa i dużej ilości tekstów, porusza problemy istotne do nowoczesnego społeczeństwa. Jakie są granice kontroli? Ile wie lub może wiedzieć o nas państwo? Jak szybko ze zwykłego obywatela można stać się terrorystą? Kto o tym decyduje? Człowiek? Sztuczna inteligencja? A może jest to wynik połączenia sił śledczego oraz komputera? Najważniejsze są cyfrowe ślady. Jak wiele z nich zostawiamy świadomie? Orwell pokazuje, że te okruchy są najważniejsze, to za ich sprawą można dowiedzieć się o zwyczajach śledzonych i obserwowanych osób. Warto spojrzeć na ten tytuł jak na przestrogę, ostrzeżenie przed ciągłym karmieniem Sieci różnymi informacjami. W grze, z takich skrawków, można budować historie, aby manipulować opinią tłumu. Orwell pokazuje, jak z osoby zaangażowanej społecznie, można zrobić wyrzutka. Wystarczy dokopać się do odpowiedniej ilości brudów, wybrać odpowiedni moment i nagle wszyscy przestają interesować się tym, co dany człowiek ma do powiedzenia. Znacznie ważniejsze są jego romanse oraz skomplikowane relacje z rodziną.

Mechanizmy przedstawione w grze niewiele różnią się od tych, które znamy z politycznych przepychanek. Orwell to ciekawa pozycja dla ludzi zainteresowanych współczesną kulturą, która jest opętaną przez digitalizowanie absolutnie każdej indywidualnej aktywności. Po przejściu gry, warto zastanowić się, czy każde urządzenie musi mieć dostęp do Sieci. Pewnie nie, w końcu nawet lista zakupów, w odpowiednich rękach, może stać się interesującą informacją, która można niecnie wykorzystać.

Miłosna intymność

Miłość. Trudny temat. Nie tylko dla nas, ludzi, ale także dla twórców. Kultura jest pełna grafomańskich uniesień. W każdej dziedzinie sztuki, chociaż może się wydawać, że prym wiedzie poezja. Teksty stworzone pod wpływem nagłego uderzenia Amora rzadko posiadają wartość artystyczną. Na pewno są cenne dla osób zaangażowanych w związek, dla reszty świata, już niekoniecznie. A dodajmy do tego jeszcze rozstanie! Dopiero wtedy rozpoczyna się artystyczne piekło!

W przypadku uczuć artyści lubią wpadać w różnego rodzaju schematy. Podobnie jak odbiorcy. Wielu miłośników popkultury, wątki miłosne, kłują w oczy. Nic dziwnego. Realizuje się je po łebkach, bez porządnego przygotowania. Bywa, że artyści sami wpadają w trudne do zniesienia sentymentalne tony lub – co jest jeszcze gorsze! – sprowadzają miłość do kilku nieudolnych scen łóżkowych. To nastawienie, że uczucie są ludzką sprawą i z łatwością można je przedstawić, staje się niebezpieczną pułapką. Myślę, że każdy może wymienić przynajmniej jeden tekst popkultury, w którym pojawiła się Wielka Miłość, ale zamiast uniesień, obecne było wyłącznie zażenowanie. Gdy już, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, przypomnicie sobie tytuł oraz towarzyszące mu wrażenia, wygrzebcie z odmętów Netfliksa film Blue Jay.

Aby go obejrzeć, wystarczy mieć około 80 minut wolnego czasu. A warto go wygospodarować. W Blue Jay historia wydaje się do bólu oklepana. W niewielkim miasteczko wpadają na siebie dwie osoby. On niedawno pochował matkę, sprząta swój rodzinny dom. Ona przyjechała do swojej siostry, która jest w ciąży. Wpadają na siebie w supermarkecie. Kiedyś sądzili, że spędzą ze sobą całe życie, ale rzeczywistość zweryfikowała te oczekiwania. Kawa prowadzi do dłuższej rozmowy, do wyrzucenia sobie wszystkich nagromadzonych cierpień. Od ich ostatniego spotkania minęło w końcu ponad 20 lat. Ładunek sentymentalizmu powinien zabijać w pierwszej minucie filmu. A jednak tak nie jest. Blue Jay zrealizowany jest mądrze, z głową, z odpowiednią atmosferą. Bez zbędnego patosu, niepotrzebnych uniesień. Intymność relacji zostaje doskonale oddana, a wszystko to, dzięki zamknięciu akcji w jednej, niewielkiej przestrzeni.

Najważniejsze elementy fabuły, rozgrywają się w rodzinnym domu bohatera. Wspomnienia, przeszłość wyłaniająca się z każdego kąta. Godziny spędzone razem, wspólne nagrania oraz niewysłane listy. Jeszcze ciekawsze, okazuje się to, co nie zostało wypowiedziane. Trzeba przyznać, że pomiędzy bohaterami istnieje napięcie, jednak trudno je nazwać erotycznym. W Blue Jay coś cały czas czai się w tle, tyka ukryta bomba, w szafie, poza flanelowymi koszulami, spokojnie zalega trup, którego bohaterowie starają się uniknąć. Aż dochodzi do konfrontacji, wybuchu, krzyku i wyjaśnienia. Miejscem rozwiązania fabuły jest tam sam dom. To tam dochodzi do finalnego oczyszczenia relacji i wyjaśnienia rozstania. Wszystko rozgrywa się pomiędzy dwójką bohaterów, świat jest obok, w niektórych momentach wręcz zdaje się nie istnieć. Za to dom, przeszłość i wspomnienia są do bólu realne i obecne.

Blue Jay to interesujące wejście w intymny świat dwójki ludzi. Zrealizowane z klasą, wzruszające i pozbawione mdłego sentymentalizmu.

Księżniczka, elf i demon

Dzisiaj skończyłem Rozczarowanych. Wystarczył jeden weekend, abym dotarł do ostatniego odcinka nowej animowanej produkcji Netfliksa. Zasiadłem przed telewizorem bez żadnych oczekiwań. Futurama była klasą samą w sobie, taki klimat trudno powtórzyć. Dlatego Rozczarowanych potraktowałem jako coś zupełnie innego. Materiał stworzony z myślą o współczesnych odbiorcy. Tytuł mniej pokręcony od przygód Ricka i Morty’ego.

Jeżeli zmęczyli Was obcy, a także pijackie żarty genialnego naukowca, to Rozczarowani mogą okazać się interesującą alternatywą. Tylko trzeba pamiętać o jednym – od pierwszego odcinka serial zmierza w kierunku nieuchronnej dekonstrukcji. Wyśmiewane i rozwalane są wszystkie znane z kultury schematy. A najmocniej dostaje po głowie – baśń. Wszyscy kojarzymy narracje o Czerwonym Kapturku lub Jasiu i Małgosi. Rozczarowani powstają z myślą o rozmontowaniu tej struktury. To opowiedzenie historii antybohaterki współpracującej z dwójką miernych pomocników. Nawet sam demon nie jest, aż tak demoniczny, jak mógłby być. A elf? Niewiele w nim magii, pochodzenie również szybko zostaje podane w wątpliwość. W Rozczarowanych wszystko jest niepewne, każdy wątek balansuje na granicy absurdu. Prawdziwą sztuką jest ciągle na niej balansować i nigdy nie spaść w bezsens. To się udało.

Obserwując poszczególne zwroty akcji, wielokrotnie rozkładałem ręce w kulturalnym geście „ALE CO TUTAJ SIĘ DZIEJE?!”. A potem okazywało się, że motywacje bohaterów są spójne z wizją świata przedstawionego. Upychanie fragmentów ciał w kominku? Myślicie, że to niemożliwe? Obejrzyjcie Rozczarowanych. A chwytanie demonów do butelek i wrzucanie ich do wulkanu? Znowu – Rozczarowani. Brawurowa zabawa z wrzucaniem przedmiotów do gorących miejsc oraz naigrywanie się z motywu egzorcyzmów, tak mocno zajechanego przez popkulturę. Wybrałem tylko dwie rodzynki z tego przepysznego ciasta. W trakcie oglądania zachęcam do poszukiwania właśnie takich odniesień. Wtedy zabawa staje się jeszcze ciekawsza, a serial nabiera dodatkowych barw. Nie bójcie się absurdu, surrealizmu niektórych prezentacji! Rozczarowani to koherentna wizja, porządnie zrealizowany serial.

Poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko i liczę na to, że kolejny sezon nie będzie odbiegał poziomem od pierwszego. W Rozczarowanych sprytnie została ukryta krytyka współczesnej kultury. Nie ma tutaj niczego nachalnego, delikatne wskazówki pojawiają się na drugim planie. Stanowią wypadkową gestów, słów oraz inspiracji pojawiających się w serialu. Być może właśnie dlatego Rozczarowani sprawili mi tak dużo przyjemności. Dopiero po obejrzeniu danego odcinka, zdawałem sobie sprawę, jakie schematy zostały zdekonstruowane. Nie pozostaje mi nic innego, jak włączyć sezon ponownie i dowiedzieć się, czego nie dostrzegłem za pierwszym razem.

Page 1 of 24

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén