Category: Recenzje (Page 1 of 21)

Wzloty i upadki Cywilizacji

Zawsze byłem fanem Cywilizacji. Syndrom jeszcze jednej tury trzyma mnie mocno przed monitorem komputera. Szóstą odsłonę kupiłem przed premierą. Ostatnie miesiące 2016 roku spędziłem na zarządzaniu cyfrowym imperium. To był jeszcze czas, w którym szósta Cywilizacja miała sporo minusów. Dopiero kolejne aktualizacje wyrównały rozgrywkę, sprawiły, że stała się ona znacznie ciekawsza.

Z perspektywy ostatnich miesięcy nie żałuję wydanych pieniędzy. Każda kolejna odsłona Cywilizacji dawała mi coś interesującego, miała w sobie coś, co mnie przykuwało do komputera. Tak jest tym razem. Gram tak długo, aż nie skończę. Narzekam na kiepską Sztuczną Inteligencję, jest lepiej, niż w listopadzie 2016 roku, ale trudno powiedzieć, że jest doskonale. Drażnią mnie te drobne DLC, w których nie ma nic interesującego, poza nową cywilizacją do zarządzania. W każdym z tych „dodatków” są jeszcze scenariusze, ale nigdy mnie do siebie nie przekonały. Łowię je na promocjach, na steamowych przecenach, bo nie widzę większego sensu w paleniu 30 złotych na rzecz niewielkiej zawartości. Natomiast rozszerzenie, to inna para kaloszy. Rise and Fall miało swoją premierę w czwartek, kosztuje blisko 130 złotych na Steamie. Od razu napiszę, że nie warto wydawać takich pieniędzy, lepiej poczekać na przecenę, która – jak sądzę – wkrótce się pojawi.

Problemem najnowszej Cywilizacji jest to, że brakuje jej sensownego spoiwa. Jeżeli weźmiemy każdą mechanikę oddzielnie, to okaże się, że same w sobie są bardzo interesujące. Szczególnie dzielnice. Pozwalają na maksymalne wykorzystanie określonego miasta oraz zmuszają do przemyślenia umiejscowienia kolejnych osadników. W praktyce sprawdzają się różnie. Nie przypominam sobie gry, w której żałowałbym wybudowania dowolnej dzielnicy. Bonus to bonus, wystarczy efekt skali w postaci dużej liczebności mieszkańców i nawet najgorsze ustawienie zaczyna być opłacalne. W dodatku zostają wprowadzeni zarządcy. Znowu, świetna sprawa, maksymalizacja specjalizacji miasta. Wykonanie – kiepskie. Ten element gry powinien być mocno sytuacyjny, zmuszający do zmian w momencie zagrożenia i żonglowania zarządcami. Nic z tego. Podobne korzyści jestem w stanie uzyskać za pomocą odpowiedniego rozmieszenia dzielnic i cudów. Znowu coś nie zagrało.

Gdzie jest mięso tej gry? Liczyłem na to, że takim spoiwem będą ery. W prezentacji przedstawione je jako gamechanger, element, którym trzeba się przejmować, bo inaczej gracza czeka klęska i zagłada. W trackie rozgrywki kompletnie się nimi nie przejmowałem. Nie czułem większej różnicy pomiędzy wiekiem złotym a ciemnym. Jednocześnie ta mechanika nie prowadzi do tworzenie interesujących historii. Zbieranie punktów potrzebny do osiągnięcia kolejnego poziomu trudno nazwać interesującym. Przez cały czas miałem wrażenie, że ery znacznie odstają do całej gry. Tak jakby zostały dodane w pośpiechu i nie zostały włączone w całość. Do niczego mi nie pasowały. Jedynym elementem faktycznie wpływającym na rozgrywkę, jest lojalność miast. Ośrodki mogą przejść po władzę innej cywilizacji. Sztuczna Inteligencja zwykła się osiedlać w pobliżu gracza, często w miejscach kompletnie pozbawionych sensu. Teraz takie lokacje po prostu się buntują i przechodzą pod panowanie nowego władcy.

Rise and Fall nie usuwa problemów toczących podstawową wersję szóstej odsłony Cywilizacji. W niektórych przypadkach nawet mocniej je akcentuje. Czekam na jakieś rozszerzenie, które znowu rozrusza grę, nada jej odpowiedni kierunek i poskładają ją w sensowną całość.

Popkulturowy świetlisty

Bright dawno trafiło na moją listę filmów do obejrzenia. Czekałem na premierę, zastanawiałem się, jak zostanie poprowadzony ten interesujący pomysł. Elfy, orkowie, krasnoludy, ludzie, latające nad nowoczesnymi miastami smoki, a obok smartfony, broń automatyczna i różdżki. Magia i technologia, obok siebie. Ciekawe połączenie, ale jak udała się realizacja?

Nie nastawiałem się na artystyczne, wysmakowane kino. Zwiastuny wyraźnie wskazywały na film akcji, w specyficznym świecie, w którym elfy zamieszkują bogate dzielnice, a orkowie tworzą getta. Rasizm nasuwa się sam i w Bright jest go pełno. Oczywiście, zadaniem filmu jest wskazanie, że pochodzenie nie warunkuje tego, czy ktoś jest dobry, czy zły. To założenie zostaje wypełnione – wyraźnie widać to w samej końcówce filmu. Poświęcenie, walka o przetrwanie, przyjaźń. Bright jest do bólu przewidywalne, sztampowe i stworzone według znanej w popkulturze formy. Co nie oznacza, że mamy do czynienia z filmem złym.

Rozumiem stawiane zarzuty, w których pojawia się wtórność oraz brak solidnego wykorzystania pomysłu. Faktycznie, w pewnym momencie Bright staje się klasycznym heroicznym fantasy, które rozgrywa się we współczesnym świecie. Jednak dla mnie nie jest to minus. Warto przypomnieć, że jest to film garściami czerpiący z popkultury i mocno z nią związany. Po co automatycznie zakładać, że Bright będzie pełne oryginalnych rozwiązań? Moim zadaniem zwiastuny wskazywały na to, że autorzy zmienili jedynie założenia świata, a do opowiedzenia fabuły chcą wykorzystać znany schemat heroicznego fantasy. Bright to kino rozrywkowe, oscylujące wokół baśni z morałem. Może się to wydawać męczące i złe, ale na pewno nie jest niepotrzebne.

Ten film postrzegam jako wstęp do nowego uniwersum. Taki prolog, opisanie założeń, wprowadzenie najważniejszych postaci oraz zbudowanie fundamentów do dalszych historii. Jednocześnie nie sądzę, aby kolejne części automatycznie były odkrywcze i oryginalne. Myślę, że autorzy będą garściami sięgali z opowieści fantasy. Jedyną różnicą będzie otoczenie. Zamiast warowni i opuszczonych starożytnych ruin, akcja będzie się rozgrywała w nowoczesnych wieżowcach. Magia oraz technologia będą się przenikały, a dla postaci posiadanie pistoletu i magicznej różdżki będzie codziennością. Kino rozrywkowe rządzi się swoimi prawami, popkultura uwielbia wielokrotnie używać tych samych schematów. Dzięki temu odbiorca szybko odnajduje się w fabule.

Mam wrażenie, że Bright – film dobry, ale nie wybitny – padło ofiarą wygórowanych oczekiwań. W Sieci pojawiło się kilka zwiastunów, odbiorcy zaczęli postrzegać obraz jako oryginalną i odkrywczą reinterpretację fantasy, jednak zapomnieli o jednym. O tym, że popkultura nie przepada za innowacyjnością, woli sięgać po znane schematy i osadzać je w innych dekoracjach. Właśnie takim filmem jest Bright.

To klasyczne bohaterskie fantasy, z wyraźnie zaznaczonym morałem oraz nowoczesnym miastem w tle. Nic więcej. Dobra rozrywka, początek nowego uniwersum, ale na próżno doszukiwać się tutaj wyjątkowej oryginalności.

Postmodernistyczna porażka

Kilka tygodni temu poczułem, jak bardzo jestem zmęczony postmodernizmem. Ten aktualnie dominujący ruch intelektualny jest niezwykle popularny wśród artystów sztuk wszelakich. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Całe studia edukowany byłem w duchu strukturalizmu, uczono mnie rozpoznawać układy sensu oraz je analizować. Moim obowiązkiem było także dostrzegać i rozmieć konteksty – kulturowy oraz historyczny. Bywały zajęcia pełne postmodernistycznych treści, ale na nich zawsze się męczyłem. To uczucie wróciło za sprawą sztuki Wojna światów.

Teatr Zagłębia znalazł się na liście moich ulubionych placówek kulturalnych za sprawą Korzeńca. Potem były też inne sztuki. Cesarz lub Siódemka – wszystkie na wysokim poziomie, zrealizowane z wyraźnie zaznaczonym pomysłem, ze świetną grą aktorską i magnetyzmem, dzięki któremu człowiek chciał, aby sztuka trwała jak najdłużej. Wojnie światów brakuje tego przyciągania. Chciałbym napisać, że była to brawurowa próba ponownej interpretacji tekstu Herberta Georga Wellsa, ale bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że była to nieudolna dekonstrukcja. Przynajmniej w oczach osoby, cierpiącej na wstręt do postmodernizmu. Dla odbiorcy lubiącego postmodernizm w wersji bezcelowej nowa Wojna światów będzie przeżyciem wręcz ekstatycznym.

Dla mnie nic tam nie gra, poza aktorami. Ci starają się, aby sztuka chociaż przez moment wywołała coś więcej, niż wzruszenie ramion. Trzeba przyznać, że trupa z Teatru Zagłębia jest zdolna, potrafi wzruszyć, przerazić i oczarować. Niestety, gdy dostaną kiepskiej jakości dramat, to ich umiejętności rozbijają się o brak pomysłu. Gdy słyszę, że ktoś podejmuje się ponownej interpretacji klasyki literatury, za taką uchodzi Wojna światów, to liczę na świeże spojrzenie na treść, na próbuje jego osadzenia w naszej nowoczesności. To, co zobaczyłem w Teatrze Zagłębia, mogę śmiało nazwać marnych eksperymentem, nadmiernym przeintelektualizowaniem, męczącą próbą osiągnięcia oryginalności. Pomysł Wellsa został po prostu bezceremonialne zarżnięty. A można z tego tekstu wyciągną mnóstwo konfliktów! Wojna światów, aż prosi się o interesująca nowoczesną interpretację!

Moje wątpliwości obudziły warsztaty (a może bardziej adekwatny będzie rzeczownik „spotkania”?) mające na celu przygotowanie odbiorcy do zrozumienia sztuki. Inaczej nie potrafię tego określić. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Moim zdaniem był to przejaw pretensjonalnego traktowania widzów, ukryty pod płaszczykiem edukacji. Jeżeli tak ma wyglądać postmodernistyczny odbiór sztuki, to może warto od razu wprowadzić taki element także do literatury? Do każdej książki broszurka zatytułowana Jak poprawnie czytać i rozumieć [tutaj wstawcie tytuł]! Ponowoczesność w pełnej krasie! Twoje rozumienie tekstu jest najważniejsze, ALE dopiero, gdy pokażemy jak je poprawnie uformować.

Wojna światów wystawiona w Teatrze Zagłębia jest dla mnie przykładem postmodernistycznej porażki. Mam nadzieję, że był to jedynie wypadek przy pracy, a nie nowy kierunek artystyczny. Doceniam eksperymenty, ale muszą mieć one jasno określony cel. W przypadku tej interpretacji go nie dostrzegam.

Świat alternatywny

W tym tygodniu skończyłem najnowszą książkę Krzysztofa Piskorskego. Czterdzieści i cztery przeniosło mnie w świat oparty na alternatywnej historii. Ludzie ujarzmili moc próżni, posługują się eterem w celu odwiedzania innych wersji rzeczywistości. Tworzą posterunki w tych alternatywnych światach, traktują je jako rezerwuary zasobów. To wszystko stanowi skomplikowane tło, bo na pierwszym planie jest Elimia Żmijewska i jej misja. Ma zabić zdrajcę, Konrada Załuskiego, wyrok na niego został wydany przez Radę Emigracyjną i Juliusza Słowackiego. Krzysztof Piskorski osadził akcję swojej powieści pod koniec XIX wieku, co pozwoliło mu połączyć mesjanizm, gnostycyzm, maszyny napędzane parą i tajemniczą siłę eteru.

Połączenie to może pierwszej chwili wydawać się szalone. Jednak autor w interesujący sposób buduje równowagę w narracji, przez co tworzy wyjątkową atmosferę. Czeterdzieści i cztery zapewnia przede wszystkim ciekawą rozrywkę, a budowaniu kontekstu służą treści z epoki (listy, poematy), które otwierają każdy rozdział. Autor doskonale się przygotował, zanurzył się w XIX wieku i w brawurowy sposób go zdemontował. Wystarczyło wprowadzić jeden element – eter i na nim oprzeć rozwój technologi. Dzięki temu świat wygląda inaczej, ale społeczeństwa są dalej ukształtowane w sposób znany nam z XIX wieku. Mamy jasny podział na klasy, w obrębie których egzystują przywoływane postacie. Krzysztof Piskorski prezentuje nie tylko świat arystokracji, sięga także po osoby o znacznie mniejszym posiadaniu. Kontrast domostw, które odwiedza Emilia Żmijewska, oddaje stan majątku poszczególnych postaci. Czterdzieści i cztery buduje przekrój społeczeństwa z końcówki XIX wieku, dodatkowo podkręcony przez wątki rewolucyjne.

Książka może wydawać się „dziwna”, momentami niepokojąca, nieprzystająca od znanych gatunków literackich. Nie warto myśleć o Czterdzieści i cztery jako o powieści science fiction. Zbyt wiele tutaj rzadko spotykanych połączeń. Zresztą dla fantastyki naukowej istotnym elementem jest nauka, której w Czterdzieści i cztery jest niewiele. Przeważają wątki mistyczne, co pozwala zakwalifikować powieść jako realizację weird fiction. Te podgatunek fantastyki powstał na przełomie XIX i XX wieku, stanowił połączenie wątków mistycznych i naukowych. Do autorów piszących tego typu narracje zalicza się H.P Lovecrafta. Krzysztof Piskorski dołącza do tej grupy za sprawą Czterdzieści i cztery. Jednak muszę zaznaczyć, że jest to książka gorsza od Cieniorytu, który mnie zachwycił.

W najnowszej powieści brakuje przekonywujących bohaterów. Gdzieś umknęły charaktery. Autor wprowadził do narracji wiele różnych osób, często znanych nam z historii powszechnej. To sprawiło, że powstał tygiel, w którym utonęły postacie wyraźnie. Nie mogą się przebić przez wielkie nazwiska, które zmieniły kształt znanego nam świata. Krzysztof Piskorski gra ciekawie postaciami historycznymi, ale odniosłem wrażenie, że zabrakło pomysłu na te fikcyjne. Cienioryt był pełen interesujących bohaterów, pomimo świetnej narracji, w Czterdzieści i cztery, najbardziej tęsknię za prawdziwymi charakterami. Bez nich powieść staje się interesujących projektem, realizacją alternatywnej historii, z którą warto się zapoznać.

Hotelowy więzień

Zdarzają się książki, nad którymi wyda się zastanowić. Pisanie o nich pod wpływem chwili nie prowadzi do niczego dobrego. Bywa, że fabuła rozwija się powoli, a narracja wskazuje na określone problemy. Trzeba odnaleźć wszystkie drobiazgi, poukładać je i odtworzyć pełną strukturę opowieści. Nie obejdzie się bez odpowiedniej dawki czasu. Na przedarcie się przez sieć sensów zawartych w Dżentelmenie w Moskwie potrzebowałem kilku tygodniu. Amor Towles stworzył książkę, do której trzeba się przekonać.

Obawiam się, że nie wszyscy czytelnicy znajdą wystarczająco dużo cierpliwości, aby dać się porwać autorowi. Narracja powoli oplata odbiorcę, w fabule na próżno szukać gwałtownych zwrotów akcji lub trupów ukrytych w szafie. Dżentelmen w Moskwie skierowany jest do osób lubiących rozbudowane charaktery i pogłębioną psychologię postaci. Tę książkę czyta się długo, ponieważ taki ma rytm. Są teksty, które od razu porywają i prowadzą czytelnika od momentu do momentu, są także teksty, które rozwijają się powoli, delikatnie rysują świat przedstawiony i stopniowo wciągają odbiorcę w intrygę. Uważam, że obie formy są potrzebne, Dżentelment w Moskiwie jest wyraźnie osadzony w tym sposobie prowadzenia historii.

To dobrze. Jeżeli ktoś lubi zagłębiać się w psychikę postaci, to jak się zmieniają w trakcie rozwoju fabuły, to powinien bez wahania sięgnąć po tekst Amora Twolesa. Główny bohater, hrabia Aleksander Rostow, stanowi wdzięczny materiał do obserwacji. Traci kontrolę nad swoim życiem, zostaje zamknięty w areszcie domowym, coraz częściej czuje się osobą niechcianą w porewolucyjnej Rosji. Ciekawe jest to, że autor powieście zdecydowanie chętniej, koncentruje swoją uwagę na jednym, zamkniętym miejscu, w Dżentelmenie w Moskwie na próżno szukać charakterystyk życia codziennego. W tym tekście najistotniejszy jest hotel Metropol, którego więźniem zostaje hrabia Aleksander Rostow. Świat hrabiego zwęża się do jednego miejsca, bohater zostaje zmuszony do zrezygnowania z wielu dotychczasowych przywilejów. Obserwowanie jak radzi sobie w nowej rzeczywistości, której istnienie znał, bywa fascynujące.

Innym, równie interesującym, tematem powieści jest czas i jego formy. Czytelnik obserwuje zmiany w sposobie postrzegania świata przez bohaterów, dostrzega przejawy postępu pojawiające się w hotelu Metropol. Jednak ciągle powraca jeden temat: przeszłość hrabiego, rzeczywistość, którą bezpowrotnie utracił. Nie ma tutaj pragnienia powrotu przywilejów lub porównywania ustrojów – znacznie ważniejsza jest tęsknota za zwyczajami, za ludźmi, którzy respektowali określone prawa, a często kierowali się kodeksem honorowym. Hrabia ubolewa nad zbydlęceniem ludzi, na wszechobecnym donosicielstwem i ciągłą pogonią za przysługiwaniem się ojczyźnie. Głównego bohatera mierzi brak zasada, usprawiedliwianie złych uczynków dobrem klasy robotnicze i udawanie, że wszyscy są zadowoleni z obecnej sytuacji. Postaci dostrzegają nagminne oszustwa, załatwienie wielu rzeczy „po znajomości”. Pojawia się chęć uczynienia życia znośniejszym, co nie zawsze jest zgodne z dawniej obowiązującymi normami moralnymi.

Dżentelmen w Moskwie to powieść o zderzeniu dwóch różnych światów – tego pełnego zasad oraz tego rewolucyjnego.

Page 1 of 21

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén