Category: Recenzje (Page 1 of 23)

Fragmenty

Jedynym z interesujących tematów podejmowanych przez twórców literatury, jest przemienianie. Istotna staje się wrażliwość na czas, umiejętność jego podziału na części, dokładność w opisywaniu poszczególnych wrażeń. Każdy robi to na swój własny sposób. Bywają książki, które chwytają temat w sposób sentymentalny. Są też tytuły zmuszające odbiorcę do konfrontacji z urywkami wspomnień. Napisanie dobrej książki składającej się wyłącznie z fragmentów czasu, to ciekawe, ale trudne, wyzwanie.

Weronika Gogola, w swojej debiutanckiej powieści Po trochu, postanowiła zmierzyć się z Czasem. Zdecydowała się na konstrukcję zbudowaną z fragmentów doświadczeń, ze wspomnień. Wszystko spięte główną bohaterką, połączone jednym człowiekiem, który dorastał. Nie szukajcie w Po trochu powieści o rozwoju młodej duszy. Rozczarujecie się. Ale! Ostrzegam! Nie szukajcie w Po trochu opowieści o utraconej młodości. Poczujecie zawód. Nie szukajcie w Po trochu skomplikowanej narracji i wielowymiarowych metafor. To nie ten adres. Weronika Gogola stawia prostotę, za pomocą której w piękny sposób opisuje jeden, znany tylko sobie, wycinek świata. Po trochu to książka magiczna, oplatająca odbiorcę wspomnieniami. Przemijanie zostaje ukazane jako nieodłączny element ludzkiego życia, a jednak Weronika Gogola uczyniła z tego aspektu coś wyjątkowego.

Przemijanie to trudny temat. Bywa, że autorzy walczą z czasem. Wpadają z trudny do zniesienia sentymentalizm. Zabierają czytelnika w podróż do świata swojego dzieciństwa i nie proponują nic więcej. Tak jakby czytanie o tym, jak Szanowny Autor ganiał się z kolegami po lesie, było samo w sobie nobilitujące. Weronika Gogola nie sięga po tak oklepany chwyt. W jej narracji jest coś wyjątkowego, lekkiego. Prezentuje swój świat, widoczny z perspektywy określonego czasu, konkretnego momentu w jej życiu. Ta lekkość jest tak cudownie wyzwalająca! W Po trochu na próżno doszukiwać się kronikarskiej precyzji, suchego podawania faktów. Lektura tej książki to podróż po doświadczeniach, wrażenia i obserwacjach. Zdarzają się momenty mocne, smutne lub przerażające. Weronika Gogola splata wszystkie aspekty życia w jeden, przepiękny, gobelin.

Po trochu to cudowna, wyjątkowa i bardzo dobra książka. Pozbawiona nieznośnego sentymentalizmu oraz męczącego patosu. Jest to porywający opis rzeczywistości widzianej oczami konkretnego człowieka w określonym momencie. Jednocześnie narracja opiera się na prostocie, na delikatnym zderzaniu poszczególnych doświadczeń. W przemijaniu uchwyconym w Po trochu jest coś hipnotyzującego, coś uspokajającego. Rytm życia, nieodłącznie związany ze śmiercią, jest fascynujący. Pojawia się w absolutnie każdym fragmencie powieści, doskonale splata się z narracją. W Po trochu nie ma nic sztucznego. Ludzki los zostaje pokazany jako zwyczajny, ale jednocześnie piękny i fascynujący.

Takie powieści nie trafiają się często. Dlatego Po trochu uważam za pozycję obowiązkową dla osób interesujących się polską literaturą.

Lekarstwo na świat

Zdarzają mi się książki, które mocno wbijają się w moją pamięć. Cieszę się, że tak jest. Nie stronię od literatury popularnej, napisanej z werwą i z pomysłem. Jednak wciąż szukam tekstów porywających, zmuszających mnie do zastanowienia się nad naturą świata. A często skonfrontowania swoich spostrzeżeń, z widokami na rzeczywistość danego autora. Pozwól rzecze płynąć Michała Cichego czytałem z przyjemnością i okazało się, że jest to książka, która pozostawia po sobie interesujące wrażenia.

Od razu zaznaczę, że to nie jest tytuł na zbliżającą się majówkę. Chyba że komuś zależy na wywowałniu u siebie długotrwałego stanu melancholii. Pozwól rzecze płynąć to książka nietypowa, całkowicie inna od tego, czym na co dzień karmi nas popkultura. Wyobraźcie sobie powolną narrację, oniryczny sposób prowadzenia opisu świata, który stoi w kontraście z doskonale realistycznym wypunktowaniem obserwowanej rzeczywistości. Tak w skrócie można opisać tekst Michała Cichego. Ze względu na zastosowane rozwiązania narracyjne, nie jest to tytuł dla wszyskich. Książka wyraźnie jest skierowana do osób lubiących niespieszną literaturę, zgoła odmienną od opowieści serwowanych w telewizji lub w Internecie.

Jednocześnie powieść Michała Cichego trudno uznać za trudną. Są książki, które wymagają wcześniejszego przygotowania, zrozumienia kontekstów społecznego, historycznego oraz kulturowego, w których powstają. Z Pozwól rzecze płynąć jest inaczej. Wystarczy niechęć do pędu, wrażliwość na świat, umiejętność dopuszczenia do siebie wizji rzeczywistości zapośredniczonej przez czułość innej osoby. Jest to trudne, przyznaję, ale w lektura powieści Michała Cichego pozwala się w tym sprawdzić. Konfrontacja z innym sposobem postrzegania życia, z innym wycinkiem rzeczywistości na pewno wzbogaca, ale wymaga także umiejętności zrozumienia oraz akceptacji drugiego człowieka. A to już nie jest takie proste, nie jest banalne. Siadając do lektury Pozwól rzece płynąć należy otworzyć się na inny wycinek rzeczywistości.

Miłośnicy pędu, codziennej gonitwy za kolejnym celem, poczują się tą książką znużeni. Niespieszny rytm narracji, rutyna kolejny dni, bogactwo codzienności, a także umiejętność pogodzenia się ze światem, wręcz wylewają się ze stron zapisanych wrażliwością Michała Cichego. Tutaj nie ma miejsca na kowali własnego losu, ich miejsce zajęli ludzie stanowiący o kolorycie danej dzielnicy. Pozwól rzecze płynąć doskonale opisuje ich skomplikowane losy, narracja wskazuje na to, że los rzuca ludźmi we wszystkich kierunkach. Czasem bywa także bezlitosny, niczym najgorszy sztorm, i topi, nie pozostawia możliwości powrotu na powierzchnię. Właśnie ze względu na tę brutalną prostotę w opisie ludzkiej egzystencji powieść Michała Cichego jest tak wspaniała. Polecam ją wszystkim osobom zmęczonym mędrkowaniem nad trudnością życia oraz tym, którzy czują się zirytowani powtarzanymi w popkulturze frazesami o sukcesie, który wystarczy sobie wyobrazić.

Pozwól rzecze płynąć to wspaniałe antidotum na świat skażony głupotą i brakiem zrozumienia.

Bestia niezdecydowana

Zawsze lubiłem zbiory opowiadań. Zestawy tekstów jednego autora, doskonały przegląd umiejętności i pomysłów. Krótka forma ma to do siebie, że jest znacznie bardziej wymagająca. Na kilkudziesięciu stronach należy zawrzeć początek, rozwinięcie i zakończenie. Jakieś zwroty akcji również by się przydały. Szczególne miejsca na mojej półce zajmują opowiadania Jerzego Pilcha oraz Jacka Dukaja. Obawiam się, że Michał Centarowski nie dołączy do tego grona.

Bestia najgorsza to zbiór sześciu fabuł. Każda napisana jest inaczej, w każdej narracja przybiera zupełnie inny kształt. Cudowne jest to, że teksty autora mają różny rytm oraz nastrój. Dzięki temu przez książkę brnie się z przyjemnością, z chęcią poznania kolejnej spojrzenia na świat. Michał Centarowski gra także gatunkami. Do literackiego garnka wrzuca absurd, grozę, fantastykę i alternatywne rzeczywistości. Połączenie może wydawać się ciężkostrawne, ale – zapewniam – jest zupełnie inaczej. Smacznie. Z klasą. Z pomysłem. W takim razie skąd moje wątpliwości? Co przeszkadza mi w docenieniu opowiadań Michała Centarowskiego? Odpowiedź jest prosta – pustka.

Wszystkie teksty w zbiorze cechuje próżnia. Przeczytałem i nic we mnie nie zostało. Nie przeżywałem fabuł tak jak Exodusu Łukusza Orbitowskiego. Nie zachwycałem się zastosowanym językiem, żadne z opowiadań nawet nie dorasta, do cudownie rozłożonych słów w Pozwól rzecze płynąć Michała Cichego. Bestia najgorsza jest ciekawą pozycją, ale jej największym minusem jest przerażający brak pomysłów na zakończenie. Gdzieś pouciekały zamknięcia narracji, przez co konstrukcje opowieści się rozpadają. Po każdym opowiadaniu czułem, że autor porzucił temat, że zabrakło mu sił, aby znaleźć dobre rozwiązanie perypetii głównych bohaterów. Przykre jest to, że kontrastuje to z ciekawymi spojrzeniami zawartymi w tekstach. Michał Centarowski, na poziomie koncepcji głównego wątku, potrafi zainteresować, potem jakby tracił cierpliwość i szybko zmierzał do średniego lub – co także zdarza się w zbiorze – kiepskiego zakończenia.

Żałuję, że nie nic we mnie nie zostało po zakończeniu Bestii najgorszej. Kilka opowiadań, na początku, mnie oczarowało, po to, aby po kilkunastu stronach boleśnie rozczarować. Doceniam literaturę dostarczającą mi rozrywkę, na tym poziomie zbiór Michała Centarowskiego doskonale się sprawdza. Jednak odniosłem wrażenie, że autor chciał także przekazać „coś więcej”. Do takich intuicji prowadzą mnie konstrukcje światów przedstawionych. Zawsze oparte na interesującej, bywa, że wręcz oryginalnie ujętej, obserwacji, która powinna prowokować mnie do przemyślenia sensów. Nic takiego się nie stało. Kończyłem opowiadaniem, kiwałem sobie głową, myślałem „dobre” lub „złe” i szedłem dalej. Bestia najgorsza nie skołniła mnie do żadnych większych przemyśleń. Czytanka. Raz lepsza, raz gorsza, czasami ciekawa, a czasami irytująca. Doświadczenie ciekawe, jednak uważam, że mógłbym się spokojnie bez niego obejść.

Fantastyczne bzdury

Miałem wielką przyjemność zobaczyć film, który gwałcił wszystko możliwe reguły fantastyki naukowej. Bzdura goniła bzdurę. Na dodatek bohaterów cechowała nieznośna bezmyślność. Konstrukcja świata przedstawionego, to ponury absurd. Gdy myślę, o tym filmie, z perspektywy kilkudziesięciu godzin od zakończenia seansu, trudno mi wskazać na pozytywne cechy. Rzadko zdarzają się tak złe obrazy, tak źle wykonane i zaplanowane. Cały czas zadaję sobie jedno pytanie – w jakim celu powstał Tytan? Kto był na tyle nieprzytomny, że postanowił sfinansować to przedsięwzięcie?

Fabuła jest prosta. Jesteśmy na Ziemi, przyszłość jest nieciekawa, powodzie, głód, opady radioaktywne. Koniec zbliża się wielkimi krokami. Dlatego mądre głowy, te amerykańskie, postanowiły, że jedyną szansą na przetrwanie gatunku, jest dotarcie na Tytana, jeden z księżyców Saturna. Warunki są tam kiepskie, delikatnie pisząc, więc konieczne jest odpowiednie przystosowanie ludzi. Za pomocą przyspieszonej ewolucji. Modyfikacje genetyczne to często wykorzystywany temat w filmach science fiction. Skutki bywają różne, najczęściej opłakane. Jednak w przypadku Tytana razi brak przygotowania twórców. Tak do końca to nie wiadomo, co wywołuje mutacje. Szprycują ochotników niebieskim płynem, potem wypadają im włosy, powoli stają się latającymi rybami. Szkoda, że nikt nie próbuje wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Później jest jeszcze gorzej. Zabrakło inwencji, aby dokładnie wyjaśnić, co ten nowy kolonista ma robić na Tytanie. W ostatniej scenie ochoczo szybuje nad oceanem metalu. Przetrwanie gatunku? Jak nic!

W 2009 roku miał premierę film Istota. Krytykowany, za nieudaną próbę skonfrontowania etyki z modyfikacjami genetycznymi. Jednak autorzy zadbali o podstawowe obudowanie fabuły. Obraz miał przynajmniej naukową otoczkę. Były eksperymenty, naukowcy, wyjaśnianie podejmowanych działań. Zupełnie inaczej jest w Tytanie. Tam brakuje nawet elementarnych podstaw naukowych. Cały eksperymenty przypomina sen szalonego naukowca, który na dodatek z trudem radzi sobie z własną specjalizacją. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak zepsuć science fiction, jak arogancko ignorować fundamenty tego gatunku i zrobić film, to koniecznie obejrzyjcie Tytana. Doskonały materiał dla osób, które czują fascynację złymi, takimi do bólu złymi, realizacjami poszczególnych form istniejących w kulturze popularnej.

Warto zwrócić uwagę na wykorzystanie motywu zagłady. Świat się kończy, ale ośrodku badawczym jest alkohol, są steki. Można spokojnie urządzić sobie grilla. Zagrożenie jest zaznaczane tylko na początku, potem już nikt nie ogląda wiadomości. Po prostu zamykają się w ośrodku, w którym jest doskonale wyposażone centrum handlowe i dają się szprycować bliżej nieokreślonymi chemikaliami. Tytan to najzwyczajniej w świecie głupi film. Często bronię Netfliksa, uważam, że na tej platformie można znaleźć mnóstwo interesujących produkcji. Niestety, takie premiery jak Tytan szkodzą marce. Pokazują, że obrazy z logiem Netfliksa są złe, nudne i bzdurne. Takie uproszczenie jest krzywdzące i zbędne. Najwyraźniej brakuje porządniej selekcji.

Efemeryczna nuda

Od kilku tygodni mierzę się z pewną książką. Siadam, myślę o niej i próbuję zrozumieć dlaczego mnie tak wymęczyła. Wiedziałem na co się piszę. Przyduchę Macieja Piotra Prusa wydał Ha!Art. Od pierwszej linijki rozumiałem, że będę miał do czynienia z eksperymentem, z tekstem będącym na pograniczu gatunków, form i narracji. Szkoda, że trafił także na pogranicze mojej cierpliwości. Porzucałem lekturę, wielokrotnie, jednak ciągle wracałem. Przyducha ma w sobie coś pociągającego. Hipnotyzuje. Niestety, czar pryska przy pierwszej irytacji.

Przyducha to pojęcie z zakresu hydrobiologii. Jest to zmniejszenie ilości tlenu w zbiorniku wodnym, może doprowadzić do śmierci ryb. Duszą się, ale nie w sosie, na żadnym talerzu nie lądują z zmieniaczami. Nie mogą oddychać, umierają niczym skazańcy, którym założono na szyję powoli zaciskającą się pętlę. Myślę, że to świetnie podsumowuje sytuację głównego bohatera w Przydusze. Zostaje zmuszony do wejścia w przygotowaną rolę, powoli traci niezależność, staje się kimś, kim nigdy nie był, ale marzył właśnie o takim życiu. To miało być wyzwolenie, a okazało się zwykłą pułapką. Na książkę warto spojrzeć, jak na studium powolnego umierania, rozpadu, utraty tlenu i przestrzeni życiowej. Powieść doskonale oddaje tę ciężką, coraz bardziej duszną atmosferę. Akcja rozgrywa się w Krakowie, którego problemy ze smogem znam cała Polska. Duszenie się w świecie przedstawionym Przyduchy ma wiele wymiarów.

Pomysł na strukturę narracji mnie oczarował. Z zainteresowaniem śledziłem kolejne etapy konstruowania efemerycznego stylu opowiadania. Tak było przez pierwsze 40 stron. Później narastało we mnie zniecierpliwienie. To, co wcześniej wydawało się odświeżająca i ciekawe, powoli stawało się trudne do zniesienia. Przyducha doskonale wypada jako miniatura, pomysł, który mógłby być zrealizowany w formie opowiadania. W przypadku dłuższej formy prozatorskiej, cała konstrukcja coraz bardziej się rozwleka i zaczyna powoli nużyć. Brakuje elementów zmieniających rytm narracji. Przyducha, wraz z rozwojem fabuły, staje się coraz bardziej jednostajna, traci swój duszny charakter. Na scenę wkracza nuda, trudna do zniesienia powtarzalność. Autor na samym początku powieści oznajmił wszystko to, co miał do powiedzenia. Kolejne akapity nie wnoszą nic ciekawego do fabuły. Brakuje ewolucji wątków, ich rozbudowania i lepszego rozwinięcia kontekstu.

Powieść Macieja Piotra Prusa jest bogata w olśniewające, genialne momenty. Zarówno językowo, jak i strukturalnie. Niestety, w konstrukcję powoli wkrada się nuda, która stopniowo psuje odbiór, zniechęca, sprawia, że czytelnik ma ochotę porzucić lekturę i zająć się inną powieścią. Tutaj nie zabrakło konsekwencji w realizacji założeń. Brakuje dostosowania pomysłu do formy. Jako tekst krótszy, prezentujący pewien intelektualny koncept, Przyduchę potraktowałbym jako coś wręcz genialnego. Szkoda, że została rozciągnięta i pozbawiona pociągającej aury.

Page 1 of 23

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén