Category: Recenzje (Page 1 of 17)

Odświeżona Zemsta

Nie warto obrażać się na współczesne interpretacje klasycznych tekstów. Tradycja oraz rozwój kultury wręcz wymagają tego, aby twórcy konfrontowali się z kanonicznymi treściami. Być może nowoczesne spojrzenie wydobędzie – dotąd ukryte – elementy? A może zbudowanie nowego kontekstu sprawi, że znany, ceniony i czasem odrobinę już zużyty tekst nabierze nowej świeżości? Jeżeli ktoś czuje potrzebę obejrzenia spektaklu, który doskonale realizuje tradycyjną treść danej sztuki, to powinien omijać szerokim łukiem Zemstę wystawioną w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu.

Sam tekst pozostał bez zmian, jednak oprawa została całkowicie przekształcona. Nie oczekujcie zamku oraz strojów z XVIII wieku. Warto przygotować się na nowoczesną, skrajnie minimalistyczną scenografię. Jednak trzeba przyznać, że białe ściany i minimalna ilość rekwizytów sprawiają, że odbiorca może skoncentrować swoją uwagę na tym, co najważniejsze. Tutaj istotne staje się życie w ciągłym oblężeniu. To wrażenie wynika nie tylko z konfliktu pomiędzy Rejentem, a Cześnikiem, ale także z zewnętrznego kontekstu – okazuje się, że świat spektaklu jest ściśle kontrolowany przez konwenanse, hierarchie oraz potrzebę oddawania czci Bogu. Znajduje to swój wyraz w postawie bohaterów, w religijnych śpiewach, które przerywają akcję oraz w strojach postaci. Zemsta została zrealizowana w militarnym stylu, momentami przypomina chwilę zaraz po puczu, bo wszyscy chodzą w mundurach i wyraźnie są uwięzieni w sztywnej, wojskowej hierarchii.

Najbardziej interesującą postacią w Zemście okazuje się Papkin. I tutaj również doszło do interesującego przestawienia kontekstu. Postać tę gra kilku aktorów, z bohatera uczyniono po prostu tytuł, pozycję, którą objąć może każdy z nadania Cześnika. W momentach kryzysu, gdy aktualny Papkin zostaje zapędzony w kozi róg i nie może już wybrnąć z sytuacji za pomocą swoich przechwałek, tytuł Papkina otrzymuje inny aktor. Zmiana zostaje podkreślona poprzez przekazanie, charakterystycznej dla tej postaci, peruki. Zachowana zostaje ciągłość podjętych decyzji, ale już sama zmiana sposobu prowadzenia roli, wpływa na odbiór Papkina. Każdy aktor wydobywał z tej postaci coś zupełnie innego, inaczej ustawiał akcenty, przez co postać ta zyskiwała dodatkowe warstwy. Szczególnie istotny był tutaj ruch sceniczny. Na wyróżnienie zasługuje taniec, w którym Papkin zaleca się do Klary, w wykonaniu Aleksandra Blitka. Właśnie w takich drobiazgach widać siłę, którą można wyzwolić ze znanego wszystkim tekstu.

A bunt młodych, czyli burzliwy związek Klary i Wacława? Nie został pominięty. Poprzez wtłoczenie aktorów w mundury sprawiło, że ich relacje nabrały dodatkowej dynamiki. Przestały być wyłącznie złamaniem zakazu nałożonego przez rodzinę, stały się wręcz próbą przełamania tabu, pokazania, że w urzeczowionych osobach wciąż istnieją emocje. Aktorzy w mundurach przypominają maszyny stworzone na podstawie jednej formy, zatracają swoje człowieczeństwo. Dopiero emocje powstałe w wyniku konfliktu sprawiają, że zostaje ono przywrócone, a najlepiej obserwuje się ten proces na przykładzie Klary i Wacława.

Zemsta może kojarzyć się odbiorcy z komedią piętnującą wady Polaków. A okazuje się, że za pomocą interesującej interpretacji można, wykorzystując tekst Aleksandra Fredry, zadać pytanie o zagrożenia płynące z uprzedmiotowienia człowieka.

Dreszcze rozczarowania

W pierwszym akapicie ostatniej recenzji wspomniałem o dwóch innych książkach, które przeczytałem. Były to thriller i kryminał. Jeden tekst po prostu mnie rozczarował, a drugi spełnił pokładane w nim nadzieje. Zacznę od tego, który okazał się pomyłką, kiepską rozrywką, chociaż na taką się nie zapowiadał. Krucyfiks Chrisa Cartera wygląda na ciekawą pozycję, wyłącznie wtedy, gdy przeczyta się tekst na okładce. Sama treść książki jest znacznie, znacznie gorsza, momentami wręcz niepokojąco kiepska.

Chris Carter wykorzystuje znany w popkultrze schemat – policjant z połamanym życiem, psychopata, którego niby udało się złapać i niespodzianka, bo okazuje się, że posadzono złego człowieka. Morderca powraca, wycina charakterystyczny dla siebie znak na kolejnych ofiarach i nawet kontaktuje się z detektywem! Wszystko dokładnie tak samo, jak kilka lat temu, gdy Robert Hunter prowadził poprzednią sprawę. Oczywiście najważniejszym elementem takiego thirllera jest pojedynek pomiędzy policjantem, a psychopatą, próbą doścignięcia niebezpiecznego człowieka i to, że za każdym razem wymyka się on głównemu bohaterowi. To powinien być fundament, na którym budowane będzie napięcie. Z przykrością stwierdzam, że właśnie tej podstawy brakuje w powieści Chrisa Cartera.

Narracja po prostu kuleje, jest nierówna. Czytelnik jest wprowadzany w kolejne sceny w sposób przypadkowy, często wręcz nieprzemyślany, co powoduje rozładowanie budowanego napięcia. Gdy już wydawało mi się, że coś zacznie się dziać, że zaczynam odczuwać tej charakterystyczny pojedynek pomiędzy protagonistą i antagonistą, auto jednym ruchem rozpraszał całą nagromadzoną energię. Sprawiały to papierowe, niewiarygodne postacie, którym brakowało duszy. Trudno było mi uwierzyć w Roberta Huntera, nie czułem jego wyjątkowości, a była ona wciąż przywoływana przez autora. Detektyw w thrillerze musi być zupełnie inny od tego, w powieści kryminalnej. Potrzeba jest dodatkowa warstwa, jakaś mroczna tajemnica utrudniająca życie, czasem motyw cudownego śledczego, który wszystko stracił. W przypadku Krucyfiksu brakuje odpowiedniego punktu zaczepienia, przez co cała narracja w powieści rozlatuje się na małe kawałki.

Każda z postaci wygląda tak, jakby została przeniesiona z innego świata przedstawionego. Oczywiste jest to, że klasowa i pochodzeniowa różnorodność w powieści jest plusem, jednak gdzieś muszą pojawić się punkty styczne. Tych brakuje w Krucyfiksie! Autor za wszelką cenę chce upiększyć świat przedstawiony, sprawić, aby nabrał wielu interesujących odcieni, niestety okazuje się, że brakuje tutaj jakiegokolwiek spoiwa. Thriller ma powodować dreszcze, a nie sprawiać, że odbiorca będzie się zastanawiał, dlaczego główne postaci zachowują się tak, jakby ktoś je wyrwał z sagi Zmierzch. Do tego potrzeba jest interesująca historia oraz przekonywający bohaterowie.

Jedyne co jest ciekawe w Krucyfiksie, to pomysł. Wykonanie jest po prostu roczarowujące.

Czytanie wymuszone

Muszę przyznać, że ostatnie książki nie dostarczyły mi zbyt wielu interesujących czytelniczych przeżyć. Wyjątkowo zacznę od największego rozczarowania, ponieważ zupełnie się go nie spodziewałem. Przed książką, którą tak mnie zawiodła, przeczytałem thriller i powieść kryminalną. Wiedziałem czego się spodziewać, literatura popularna ma swoje jasne zasady. Dlatego w przypadku tekstów na wskroś artystycznych oczekuję czegoś innego, odmiennego przeżycia artystycznego. Zwykł mi go dostarczać Jerzy Pilch, którego zawsze byłem wiernym fanem i propagatorem.

Moja przygoda z prozą tego autora zaczęła się od Miasta utrapienia. Tekst ten pozostaje moją ulubioną książką Jerzego Pilcha. Potem już było z górki i czytałem absolutnie wszystko to, co wpadło mi w ręce, a było podpisanie imieniem i nazwiskiem autora Pod Mocnym Aniołem. Za każdym razem przeżywałem istne olśnienie, z trudem opuszczałem efemeryczny świat przedstawiony, z rozpaczą porzucałem oplatającą czytelnika narrację, której Jerzy Pilch jest mistrzem. Właśnie tego wszystkiego zabrakło mi w Portrecie młodej Wenecjanki, podobnych książek napisano setki. Opowieści o rozstaniach, utraconych miłościach znamy wszyscy. Co prawda w Portrecie młodej Wenecjanki momenty pilchowskiego olśnienia, ale brakuje szkieletu, na którym trzymałaby się narracja. Gdzieś w tle majaczy genialny pomysł, idea, która mogłaby pociągnąć całą fabułę – spis rozczarowań miłosnych. A z czytelniczego doświadczenia wiem, że Jerzy Pilch jest mistrzem tworzenia wszelkiego rodzaju spisów.

Literatura artystyczna powinna być wyzwaniem intelektualnym, a Portret młodej Wenecjanki jest strawą mdłą, całkowicie pozbawioną wyrafinowania. Nic tam się nie sprawdza. Brakuje wielowarstwowej narracji, celnej ironii, zabawy słowem, scalania świata z porozrzucanych rozczarowań. Miłości, która w założeniu ma być tematem tej powieści, nie ma w ogóle – ani między bohaterami, ani między tekstem, a czytelnikiem. Przez cały czas miałem wrażenie, że Portert młodej Wenecjanki jest literaturą opartą na wymuszeniu. Ktoś zmusza się, aby pisać, a ktoś inny zmusza się, aby czytać. Z przykrością stwierdzam, że jest to pierwsza powieść Jerzego Pilcha, która nie pozostawiła we mnie żadnego śladu. Więcej radości dały mi średni thriller i całkiem solidny kryminał, które czytałem wcześniej. Jeżeli ktoś ma zaczynać wielką przygodę z prozą Jerzego Pilcha, niech POD ŻADNYCH POZOREM nie sięga po Portret młodej Wenecjanki. Może się to skończyć rozczarowaniem i niechęcią wobec autora.

Rozumiem, że Jerzy Pilch zmaga się z chorobą utrudniającą tworzenie literatury. Jednak moim obowiązkiem, jako osoby opisującej swoje wrażenia z konfrontacji z tekstem, nie jest usprawiedliwianie dzieł średnich, dzieł pozbawionych polotu i będących sztampowymi zlepkami literackich impresji. A Portret młodej Wenecjanki po prostu obfituje w te wszystkie elementy. Nie pozostaje mi nic innego, jak pogodzić się z rozczarowaniem i sięgnąć po inną książkę. Być może inny autor mnie nie zawiedzie i dostarczy mi intelektualnych wyzwań i estetycznych przeżyć?

Walka o honor!

W For Honor gram od premiery. Do zainteresowania się tą produkcją, skłoniła mnie beta. Wtedy byłem na tyle zachwycony, że widziałem w tym tytule jedną z najciekawszych gier tego roku. To przekonanie powoli się we mnie wypala i coraz częściej mam wrażenie, że Ubisoft po prostu nie wie, co zrobić z For Honor. Najtrudniejszą sprawą jest finansowanie gry, mikrotransakcje wyglądają na całkowicie nieprzemyślane. Niestety, jest to dopiero wierzchołek góry lodowej…

Nastały dziwne czasy. Gracz idzie do sklepu, wydaje 200 złotych na grę, a potem jest zachęcany do kolejnych wydatków. Waluta? Spoko! Wystarczy przelew i już będziesz bogaczem w wirtualnym świecie! Status czempiona, żeby szybciej podnieść rangę i zdobyć lepsze przedmioty? Żaden problem, ale tylko na pewien czas! Potem trzeba zapłacić znowu, żeby dalej korzystać przyspieszenia. Jakiś season pass, żeby dostać kilka bonusów i mieć wcześniejszy dostęp do nowych postaci? Też da się zrobić! Gdybym nie wiedział, że For Honor jest sprzedawane jako buy2play, byłbym święcie przekonany, że to jest jakiś model monetyzacji gry free2play! W najnowszej produkcji Ubisoftu doszło do dziwnego pomieszania. Gracz może wydać na grę 200 złotych, mieć do niej dostęp, ale jest zachęcany do zrobienia kolejnego przelewu, aby cieszyć się z nowych gestów lub dodatków i strojów. Czyżby to miał być model sprzedaży gier w 2017 roku? Zapłać raz, dopłacaj, ile chcesz?

W pierwszym tygodni gry, gdy przeglądałem sklep, ucieszyło mnie to, że wszystko, absolutnie wszystko, mogę kupować za wewnętrzną walutę. Skrzynki z ekwipunkiem, ulepszenia, stroje, dodatki, nowe egzekucje i inne przedmioty służące do personalizacji postaci. Uważałem, że to dobra rozwiązanie, jednak nie znałem wtedy tempa, z jakim otrzymuje się stal, czyli tę wewnętrzną walutę. Po czterech tygodniach stwierdzam z całą pewnością, że na odblokowanie wszystkich postaci i wszystkich dodatków, trzeba poświęcić zdecydowanie zbyt dużo czasu. For Honor może pochwalić się szalonym grindem rodem z azjatyckich MMORPG wydawanych w modelu F2P. Tylko że w przypadku produkcji Ubisoftu już raz zapłaciłem. Rozumiem, że w ten sposób otrzymałem tylko dostęp do gry i teraz mogę cieszyć się z maszynki do grindu? Ograniczając swoje potrzeby wyłącznie do jednej postaci, musiałbym grać regularnie przynajmniej przez rok, aby odblokować wszystkie elementy. Załóżmy, że jestem w stanie, na jedną dłuższą sesję rozgrywki (2 godziny) zdobyć 1000 sztuk stali. Pomagają w tym głównie rozkazy, czyli specjalne misje, które można wykonywać codziennie. Oznacza to, że na nową emotkę, wprowadzoną w piątek, muszę zbierać przez tydzień! A to tylko jedna postać! Tak, jeden gest potrafi w For Honor kosztować 7000 sztuk stali! Najgorsze jest jednak to, że po wykonaniu wszystkich rozkazów tempo przyrostu waluty znacznie spada. Zostają tylko nagrody za ukończone mecze, przez co człowiek wpada w bezmyślny grind i zaczyna tracić przyjemność z gry.

Blizzard świetnie rozwiązał problem skrzynek. Dostaje się je za granie, za osiąganie kolejnych poziomów. Czuję, że są elementem gry, nagrodą za to, że ciągle wracam do tej produkcji. W For Honor mam wrażenie, że twórcy chcą tylko jednego – żebym w końcu się złamał i zapłacił, bo wtedy będę miał lepiej, a jest to bardzo niebezpieczna strategia, ponieważ może doprowadzić do odpływu graczy!

A gdzie podział się balans?

Im więcej czasu spędzam w For Honor, tym bardziej czuję, że produkcja powoli staje się niegrywalna. W pojedynku, gdzie bonusy z ekwipunku są wyłączone, wszystko jest w porządku. Do czasu pojawienia się lagów. Od początku nie byłem przeciwnikiem rozwiązania peer2peer, w którym nie ma dedykowanego serwera, tylko dochodzi do nawiązywania połączenia pomiędzy graczami. Jednak coraz częściej mam wrażenie, że twórcy wciąż niewystarczająco zoptymalizowali strukturę połączeń sieciowych. Prawda jest brutalna: jeżeli gra jest stabilna, lagi pojawiają się rzadko, to dla końcowego użytkownika nie ma znaczenia, czy jest to serwer dedykowany, czy peer2peer. For Honor jest produkcją, w której liczą się milisekundy, czas reakcji to fundament dobrego bloku, dobry refleks wpływa na wynik starcia. Okazjonalne synchronizacje rozgrywki oraz częste lagi sprawiają, że radość z gry po prostu się ulatnia. A szkoda, bo gdy For Honor działa dobrze, to nie mogę się oderwać. Niestety, w ostatnim tygodniu nie było takich dni.

Balans ekwipunku również pozostawia wiele do życzenia. Walka z osobą, która dysponuje znacznie lepszym uzbrojeniem, to samobójstwo. Ciągłe wchodzenie w tryb zemsty, gdzie następuje podniesienie ataku, a kondycja nie spada. W zasadzie powinno się poczekać na to, aż przeciwnik straci możliwości zadania dodatkowych obrażeń i zacznie ponosić koszt ataku. Nic z tego! Dwa bloki, może jedno trafienie i znowu! Aktywowany tryb zemsty! Dodatkowe życie, obrażenia, nieskończona kondycja. Ciągłe używanie tej opcji można zawdzięczać ekwipunkowi na wysokim poziomie. Tylko dlaczego w meczu grają także osoby posiadające wyłącznie podstawowe uzbrojenie? Najwyraźniej system dobierania graczy całkowicie ignoruje poziom i jakość ekwipunku. Tydzień po premierze może to nie był zbyt duży problem, jednak obecnie staje się to coraz bardziej uciążliwe.

W For Honor brakuje długofalowej progresji ekwipunku. Najwyraźniej nie przemyślano tempa, z jakim gracze będą zdobywali lepsze przedmioty oraz tego, co się z tym wiąże. To miała być gra premiująca umiejętności, refleks, opanowanie umiejętności postaci, a okazuje się, że jest to produkcja polegająca na zbieraniu coraz lepszych przedmiotów oraz używaniu dwóch ataków. Chciałbym się cieszyć z czasu, który spędzam na wymachiwaniu mieczem i sztyletem, jednak coraz częściej towarzyszy mi wyłącznie frustracja. Bo jak mam się czuć, gdy przez lagi moja postać znowu źle wykonuje kombinację ciosów? Powinienem cieszyć się z tego, że mój przeciwnik jest praktycznie nieśmiertelny, bo ciągle wchodzi w tryb zemsty? Pojedynki, zarówno te 2 na 2 oraz 1 na 1, są bardzo fajne, jednak pozostałe tryby (dominacja, eliminacja oraz bitwa) również oferują interesujący klimat. Niestety, przez brak balansu tracą swój charakter i stają się pojedynkiem na szybkość we wchodzeniu w tryb zemsty.

Co dalej?

Przyznam szczerze, że nie wiem, co stanie się z For Honor. Trudno mi nawet przewidywać, jak będzie wyglądała przyszłość gry, ponieważ minął dopiero miesiąc od premiery. Jednak już teraz widać wiele palących problemów, z którymi powinni zmierzyć się twórcy. Nic nie wskazuje na to, że to szybko się stanie. W tym tygodniu gracze otrzymali, aż 12 (!) nowych gestów! Dwanaście animacji, po 7000 sztuk stali każda, po jednej na każdą postać! Nic tylko się cieszyć… A gdzie jakieś poprawki związane z balansem? Może przydałoby się małe osłabienie niektórych zestawów uzbrojenia? Kto nie zmierzył się z berserkerem w ciągłym trybie zemsty, ten nie wie, co to znaczy brak balansu w For Honor.

Najgorsze jest to, że gdybym opisał wrażenia po pierwszym tygodniu, to byłbym zachwycony. Polecałbym grę każdemu fanowi rąbania mieczem i liczył na to, że For Honor znajdzie swoją niszę i będzie w niej dominował. Dzisiaj mam wrażenie, że twórcy trwonią potencjał tej produkcji. Obawiam się, że drugiej szansy nie będzie…

Mruczący mściciel

Miałem mocno serialowy początek roku. Wciąż rozgrzebane jest OA, po długim ociąganiu postanowiłem zacząć swoją przygodę z Breaking Bad. Skończyłem dwie produkcje – Tabu i Młodego papieża. Oba seriale mają tyle samo przeciwników, co zwolenników. W tym tekście nie chcę zajmować się genialną kreację Jude’a Law, ale równie interesującą postacią Jamesa Delaney’a.

Głównego bohatera Tabu, czyli wspomnianego w lidzie Jamesa, zagrał Tom Hardy. Muszę przyznać, że sposób przedstawienia człowieka pragnącego zemsty był przekonujący. James Delaney z jednej strony budzi sympatię, bo ma przemyślany plan działania, ale potrafi też wzbudzić w odbiorcy przerażanie i odrazę. Szczególnie gdy ze zwierzęcą brutalnością rozprawia się z nasłanymi na niego zabójcami. Jucha obficie wylewa się na ziemię, a James Delaney ma tendencję do pojadania serduszek z pokonanych wrogów. Co czyni z niego postać przerażającą, dodanie do tego nieustępliwości sprawia, że główny bohater Tabu staje się metodycznym i zimnym mścicielem.

Sama konstrukcja serialu jest oparta na znanym w kulturze motywie powracającego mściciela. Jeżeli nie wiecie, kim jest hrabia Monte Christo, to jak najszybciej postarajcie się nadrobić tę zaległość! Gwarantuje Wam, że zapoznanie się z tym bohaterem powieści Aleksandra Dumasa pozwoli na pełniejsze spojrzenie na postać Jamesa Delaney’a. Twórcy serialu Tabu postanowili dodać szczyptę tajemnic w postaci specyficznego powiązania bohatera ze światem duchów. Istotne są dwa wydarzenia: indiańskie pochodzenia matki Jamesa Delaney’a oraz jego – do końca niejasny – pobyt w Afryce. W wyniku zderzenia tych dwóch elementów staje się groźnym łowcą, ponieważ w serialu pojawiają się duchy, zwidy oraz zmory, których intencje są nieoczywiste, jednak odbiorca ma w pełni uzasadnione prawo podejrzewać, że pomagają one bohaterowi w osiągnięciu celu.

Droga mściciela jest trudna i najeżona pułapkami. Bohater Tabu, poza umiejętnością komunikowania się ze światem duchów, doskonale manipuluje innymi postaciami. Cała intryga opiera się, na umiejętnym rozgrywaniu poszczególnych strać – zarówno tych fizycznych, jak i psychologicznych. Właśnie w głowach postaci wydarzają się najciekawsze bitwy, doskonale sieje w nich zamęt główny bohater. Być może właśnie dlatego tak dobrze ogląda się serial Tabu. Stworzenie postaci, która swoją siłę opiera na umiejętności manipulowaniu ludźmi, sprawia, że odbiorca cały czas zastanawia się, co tym razem wymyśli James Delaney, kogo i jak oszuka. Sami twórcy starają się wręcz podkreślać ten aspekt poprzez wrzucanie bohatera w sytuacje – jak na początku się wydaje – całkowicie bez wyjścia.

Warto zaznaczyć, że Jamesa Delaney’a nigdy nie wyciągnęły z lochów duchy. Dodanie tajemnych sił działających w serialowym świecie, nie oznacza, że twórcy automatycznie zrezygnowali z realizmu.

Page 1 of 17

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén