Category: Recenzje (Page 1 of 20)

Zabawy z czasem

Czasem na mój czytnik trafiają dziwne książki. Nie mam na myśli ich formatu lub sposobu w jaki zostały napisane, ale treść. Ich nietypowość objawia się odmiennym ujęciem tematu, narracją, która wkręca się w mózg i postaciami, których historie na długo zostają w pamięci. Właśnie w takim sposób mógłbym opisać książkę Czasomierze Davida Mitchella. Jeżeli jeszcze jej nie czytaliście, to najwyższy czas spróbować. Solidna lektura z interesującą koncepcją czasu.

David Mitchell brawurowo prowadzi dyskusję na temat wieczności życia, na temat przemijania. Do swojej powieści wprowadza postaci posiadające możliwość wysysania energii z ludzi, a także osoby, które po śmierci przechodzą reinkarnację i zapamiętują swoje poprzednie życie. Jak widać, nie jest to sztampowy konflikt wampirów i wilkołaków, ale walka o dominację nad czasem. W opowieść zostają wpleceni zwykli ludzie, posiadający pewnie predyspozycje, ale prowadzący spokojną egzystencję. Do czasu, aż zostają wplątani w trwającą od wielu wieków walkę pomiędzy dwoma frakcjami, z których jedna pragnie wiecznej egzystencji, nawet za cenę życia innych ludzi.

Książka jest ciekawa, autor potrafi przyciągnąć czytelnika, jednak zauważyłem, że lektura Czasomierzy ciągle mi się dłużyła. Tekst odkładałem z wielu różnych powodów: miałem coś innego do przeczytania, nie miałem czasu na mierzenie się z gęstą narracją książki, bywało że najzwyczajniej w świecie nie miałem ochoty na prozę Davida Mitchella. Jednak wracałem, często, tak długo, że dotrwałem do samego końca i nie żałuję czasu poświęconego na lekturę. Odnoszę wrażenie, że Czasomierze są skrojeni dla konkretnego czytelnika. Osoba lubiąca wielowątkowe opowieści, skomplikowane intrygi, których zakończanie nie jest oczywiste, a także ciągłe plątanie losów poszczególnych postaci, szybko poczuje, że znalazła tekst idealny. Pozostali czytelnicy mogą poczuć się zmęczeni.

Właśnie pojawiający się element zmęczenia narracją Davida Mitchella zaczął mnie intrygować. Gęsta, bogata w treść narracja mocno pobudza wyobraźnię. Autor doskonale wciąga czytelnika w świat przedstawiony, ale – jednocześnie – zmuszą do ciągłego tworzenia obrazów, przetrwania swoich słów i budowania przestrzeni. To potrafi zmęczyć. Kolejne miejsca, przeskoki w czasie, a także nowe postacie oraz pojawianie się tych już poznanych, wymuszają ciągłe napięcie. Lektura Czasomierzy wyraźnie wymaga maksymalnego skupienia, moment nieuwagi może spowodować całkowite zagubienie w kolejnej nici narracji. Czytelnik musi być czujny, aby w delikatnych wtrąceniach odnaleźć pełną treść historii. W Czasomierzach wiele dzieje się pomiędzy słowami, pomiędzy wydarzeniami, a już najważniejsze jest śledzenie, jak starzeją się i zmieniają postacie. Na dodatek zmianom podlegają także relacje pomiędzy nimi.

Czasomierze opisują trzydzieści lat istnienia świata wykreowanego przez Davida Mitchella. To bardzo dużo czasu, mnóstwo miesięcy, które należy w jakiś sposób wypełnić. Ze względu na gęstą narrację, trudno wskazać chociaż odrobinę próżni.

Brak obojętności

Zawsze lubiłem filmy Christophera Nolana. Do trylogii o Batmanie wciąż wracam, Memento zapamiętam na długo, Prestiż to prawdziwy majstersztyk, a Interstellar widziałem już wiele razy i ciągle nie mam dość. Bezsenność przemilczę, bo się wynudziłem. Ostatnio wybrałem się wraz z Żoną na Dunkierkę. Oczekiwaliśmy filmu po prostu interesującego, a mieliśmy przyjemność obejrzeć solidnie wykonany i przemyślany obraz. Christopher Nolan po raz kolejny postanowił rozmontować czas, przez co odbiór Dunkierki może być zaburzony. Jednak na samym końcu wszystkie wątki doskonale się splatają.

Wyzwaniem na pewno było stworzenie filmu wojennego, w którym jedynie przez moment widać wroga. Bohaterom towarzyszom wystrzały oraz wybuchy, walczą o przetrwanie, dzięki czemu atmosfera Dunkierki jest gęsta i ciężka. Widz jest atakowany poprzez dźwięk, na usta ciśnie się stwierdzenie, że wojny nie da się przyciszyć. U Christophera Nolana jest ona hałaśliwa, często na granicy wytrzymałości, jednak dzięki temu sceny ostrzałów wręcz wżynają się w umysł. Trudno o nich zapomnieć, trudno zignorować płynące z ekranu zagrożenie, Dunkierka zmusza do uwagi. Po wyjściu z filmu czułem się wyczerpany, co było wynikiem bycia w stanie ciągłej gotowości. Christopher Nolan tak poprowadził narrację w filmie, aby odbiorca czuł się poddenerwowany, zaniepokojony, a w końcu zaskoczony.

Dunkiera jest dowodem na doskonałą znajomość praw gatunku, jakim jest film wojenny. Wiedzieliśmy różne realizacje ten formy, jednej bardziej, a inne mniej udane. Wielu reżyserów koncentruje swoją uwagę na kwestii przetrwania – cywilów oraz żołnierzy. Chistopher Nolan również podejmuje ten problem, jednak swoją uwagę koncentruje głównie na wojsku. W sposób przerażający portretuje stres, jakiemu poddawani są żołnierze. Elementem wzmacniającym poczucie zagrożenia jest ewakuacja z Dunkierki, odwrót, któremu towarzyszy otoczenie przez niemiecką armię. Reżyser pokazuje wojnę, jako maszynę, która mieli ludzi, zabija ich, łamie charaktery, ale czasem popycha do bohaterskich działań.

Człowieczeństwo staje się towarem deficytowym. Gdy wszyscy walczą o przetrwanie, nawet sojusznik szybko może są się wrogiem i zostać wytypowanym do poświęcenia. Istotniejsza jest przynależność do określonego pułku, w obrazie Christophera Nolana nie ma miejsca na sentymenty. Ich miejsce zajmuje brutalność, chęć przetrwania za wszelką cenę i poczucie rezygnacji. Odwrót, otoczenie przez wrogą armię, ludzie tłoczący się na pomoście, brak statków – wszystko to negatywnie wpływa na moralne żołnierzy. Na dodatek w tle cały czas pojawiają się wątki polityczne, rozkazy, które trzeba wykonać, ale nie zawsze można się z nimi zgodzić. Dunkierka to film wojenny składający się z wielu elementów. Jeżeli ktoś jeszcze nie widział najnowszego obrazu Christophera Nolana, to powinien nadrobić te zaległości. Siłą Dunkierki jest to, że nikogo nie pozostawia obojętnym. Z kina wychodzi się przerażonym, zachwyconym lub rozczarowanym, ale na pewno nie obojętnym.

Konieczna konfrontacja

Sięgając po Siódemkę Ziemowita Szczerka wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Wcześniej, wraz z Żoną, udaliśmy się na spektakl do Teatru Zagłębia, który był oparty właśnie na tym tekście. Jednak, co okazało się w trakcie lektury, książka ma zupełnie inny wydźwięk. Trzeba przyznać, że autor dotyka skomplikowanych problemów, mierzy się z demonami, które nękają Polaków. Jednocześnie nigdzie nie wskazuje sposób, w jaki można sobie z tym wszystkim poradzić. Siódemka Ziemowita Szczerka nie jest tekstem mesjanistycznym, to precyzyjny opis, w którym świat się rozpada.

Główny bohater odbywa podróż drogą krajową numer siedem. Trasa ta ma w sobie coś wyjątkowego – przecina całą Polskę, od południa do północy, od gór do morza. Nic dziwnego, że autor postanowił, że przejazd siódemką stanie się początkiem rozważań o byciu polakiem, o miejscu Polski w historii. W prozie Ziemowita Szczerka nie ma ani krzty odpustowego patriotyzmu, którym w ostatnich miesiącach jesteśmy karmieni. Autor postanowił zderzyć czytelnika z okropnymi stereotypami, z bolesnymi uproszczeniami, które są pielęgnowane przez Polaków. Trudno odmówić zmysłu doskonałego obserwatora, gdy sięga po język blokowisk i pokazuje, jak odbijają się nim frazesy powtarzane przez polityków. Lektura Siódemki to nieustanne poszukiwanie w sobie szkolnych i politycznych naleciałości, doszukiwanie się w sobie uproszczeń wyciąganych przez Ziemowita Szczerka.

Świat ukazany w Siódemce tylko pozornie posiada jakikolwiek porządek. Na początku podróży wydaje się jasno ustalony – bohater ma cel, otaczający go krajobraz jest mocno osadzony w polskiej codzienności. Wraz z kolejnymi stronami, a także pod wpływem pewnego eliksiru, bohater powoli zaczyna przedzierać się przez kolejne fasady, aż zostaje sam na sam z jądrem widocznego porządku. Nagle okazuje się, że to, co do tej pory obserwował, było szalonym chaosem, to spotykani ludzie spajali poszczególne elementy w całość. Pod brudną warstwą zastygłej lawy nie ma żadnego żaru, bohater zauważa coś zupełnie innego – rezygnację, kultywowanie uproszczeń, brak potrzeby poszukiwania krytycznego spojrzenia.

Siódemka to interesująca powieść, zmuszająca do myślenia, do spojrzenia na swoje poglądy z pewnej perspektywy. Tekst na pewno nie jest zgody z aktualnie obowiązująca linią polityczną, jednak uważam, że zadawanie pytania o polskość, jest po prostu konieczne. Ziemowit Szczerek poszukuje jej kwintesencji w świecie codziennym, pośród ludzi, którzy żyją według własnej rutyny. Fabuła Siódemki rozgrywa się w trakcie podróży, nawiązuje do poetyki kina drogi. Poprzez zmieniający się krajobraz, poprzez spotykanych ludzi, główny bohater Ziemowita Szczerka zderza się z codzienną polskością. Precyzyjnie uderza w pozornie stabilne elementy polskości, rozbija je i zmusza do zastanowienia się, z jakiej materii składa się nasza narodowa tożsamość.

Jestem pod wrażeniem języka zastosowanego w powieści, a także umiejętności obserwacji autora. Jego sposób opisu świata, często brutalny i bezpośredni, do mnie przemawia i uważam, że Siódemka powinna być lekturą obowiązkową, dla każdego, kto stara się myśleć w sposób samodzielny.

Sztampowy romans

Evna to trzeci i zarazem ostatni tom serii Krucze pierścienie. Dotrwałem do końca! Jednak nie podzielam opinii, którą wydawca próbuje sprzedać na skrzydełku książki. Siri Pettersen stworzyła trzy długie tomy, na różnym poziomie. Pierwszy był do bólu nudny, w drugim pojawiła się pewna stabilizacja, co na pewno było zasługą jasnego pomysłu na fabułę. Trzeci, zamykający serię, jest dobry, po prostu dobry. Na próżno szukać tutaj kunsztu znanego z powieści J. R. R. Tolkiena, nie ma sensu zestawiać autorki z Ursulą Le Guin i jej Ziemiomorzem. Krucze pierścienie, do ostatniego zdania, to dobra literatura popularna. Nic więcej. Coś dla osób poszukujących solidnie wykonanego czytadła fantasy.

To nie jest tak, że cały cykl po prostu mnie znużył. Pierwszy tom był średni, w drugim nagle zaczął się rodzić pomysł na opowieść, a trzeci realizuje założenia z poprzedniego. Autorka stawia na rozwijanie i kontynuację wątków, stara się je zamknąć, aby nie pozostawić czytelnika z poczuciem straconego czasu. Domysłów jest niewiele, Evna od samego początku dąży do wielkiego konfliktu, do starcia o panowanie na światami. Spadają maski, postaci dowiadują się, kim właściwie są, a historia magicznej rzeczywistości wykreowanej przez Siri Pettersens, zostaje zamknięta i uzupełniona. W zakończeniu jest mała furtka, która może pozwolić na kontyuację serię, jednak mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Krucze pierścienie są zamknięte. Evna pokazuje, jak długą drogą przebyła autorka. Udało jej się z nudnej struktury, stworzyć coś ciekawego, zajmującego i przynoszącego sporo przyjemności. W dalszym ciągu jest to czytadło zbudowane na połączeniu romansu oraz fantasy. Jednak dzięki rozbudowie świata przedstawionego Krucze pierścienie zaczęły być ciekawe. W Evnie zostają rozwinięte wątki dotyczące konstrukcji społecznej, zależności pomiędzy klasami oraz ucisku wywieranego przez arystokrację na biednych. Nie myślcie, że Siri Pettersen odkryła w sobie krytyka społeczeństwa, po prostu udowadnia, że jest świetną obserwatorką i potrafi portretować niektóre zależności. Bez tych elementów ostatni tom stałby się kopią drugiego, czyli narracją będącą powieścią kryminalną z odrobiną magii.

Evna jest dobrym zamknięciem serii. Na uwagę zasługuje scena oblężenia oraz oszustwo dokonane przez główną bohaterkę. Jednak irytuje ciągłe wtrącanie wątku romansowego, który nie rozwija się od początku książki. Miłość pomiędzy postaciami jest miałka, pozbawiona emocji i trudno ją nazwać interesującą. Od pierwszego zdania widać, że będzie to sztampowa relacja, popkulturowa para, która nie może być ze sobą, ale na końcu będzie. Przewidywalność tego wątku męczy, rozbija niezłą narrację w Evnie. Na pewno związek pomiędzy Hirką i Rimim mógł stanowić interesujące wzbogacenie świata przedstawionego, jednak został spłycony i poprowadzony w takich sposób, że często wydaje się zbędny.

Zakończyłem swoją przygodę z Kruczymi pierścieniami. Nie żałuję, być może sięgnę po kolejne książki Siri Pettersen, jeżeli się takie pojawią. Jednak uczynię to tylko wtedy, gdy nie będą miał żadnej innej pozycji do czytania.

Odrobina świeżości

Otwierając Zgniliznę, nie nastawiałem się na wyjątkowe doznania. Pierwszy tom Kruczych pierścieni, czyli Dziecko Odyna, dostarczył mi przydługawych akapitów oraz mało porywającej akcji. Obawiałem się, że te problemy przeniosą się do kolejnej odsłony cyklu, a najbardziej przerażała mnie możliwości ich dalszego rozwoju. Jeszcze więcej nudny? Jeszcze więcej bzdurnych wątków romansowych? A może przyszedł czas na pojawienie się postaci podobnych do wampirów? W końcu motyw krwi był już wykorzystany w pierwszym tomie, wystarczy tylko pójść jeden krok dalej.

Zgnilizna jest lepsza od Dziecka Odyna. W drugim tomie wyraźnie widać, że autorka powieści zaczyna zastanawiać się nad tym, jakiego gatunku powieści chce pisać. Już nie ma wieloakapitowych prezentacji postaci, zniknęły gdzieś wątłe połączenia wątków. Siri Pettersen postawiła tym razem na rozbudowanie charakterów. W Zgniliźnie postaci zostają rozwinięte, a nie wyłącznie zaprezentowane i opisane. Zostają im dodane skomplikowane motywacje, zdarza się nawet, że przeżywają dylematy moralne! Ku mojemu zaskoczeniu dochodzi do kilku interesujących zwrotów akcji! Jeżeli Dziecko Odyna uznać za próbę skopiowania historii ze Zmierzchu, to Zgniliznę należy potraktować jako powiew samodzielnego myślenia, ciekawą i zakończoną sukcesem próbę oryginalności.

Obawiałem się romansidła w klimacie fantasy. Wszystkie elementy zostały już przygotowane. Młoda dziewczyna, mająca wyraźne cechy człowieka, zakochuje się w istocie pochodzącej z zupełnie innego świata. Miłość ciągle ich do siebie zbliża, ale nie dane jest im bycie razem. Różni ich wszystko, jednak największa barierą jest to, że pochodzą z różnych klas społecznych. On jest arystokratą, a ona osobą z ludu. Te wszystkie elementy mają się doskonale w Dziecku Odyna. Nużące opisy wzdychania i tęsknoty pojawiają się rzadziej w Zgniliźnie. Główna bohaterka pragnie poznać siebie, swoje pochodzenia oraz świat, do którego powinna była należeć. Na drugim planie pojawiają się niebezpieczne istoty, potężne, prastare. W Zgniliźnie istotny jest konflikt światów, walka o władzę i starcie, które może zagrozić skomplikowanej równowadze. Przynajmniej takie wrażenie odnosi się na samym początku. Gdy akcja wystarczająco się rozwinie, czytelnik zaczyna obserwować, jak postaci tracą kolejne maski. Zbawiciel światów może okazać się ślepym z nienawiści szaleńcem.

Gdybym zaczął lekturę Kruczych pierścieni od drugiego tomu, czyli od Zgnilizny, to nie czułbym takie znużenia. W powieści zostało połączonych wiele gatunków. Jest fantasy, odrobina powieści grozy, a nawet szczypta kryminału. Po prostu jest to tekst lepiej przemyślany, z dobrze rozłożonymi akcentami. Być może warto uznać Zgniliznę za bardziej dojrzałą, oczywiście w pisarskim znaczeniu. Z niezdecydowanej debiutantki Siri Pettersen powoli zaczyna ewoluować w autorkę interesującej trylogii fantasy. Nie jest to coś na miarę Władcy Pierścieni, mimo to zaczyna dostarczać dobrej rozrywki, a to można uznać za punkt zaczepienia.

Page 1 of 20

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén