Category: Recenzje (Page 1 of 23)

Wspomnienia Sztucznej Inteligencji

Wiem, że ostatnio dużo narzekałem na fantastykę naukową na Netfliksie. Ostatnie produkcje utrzymane w tym gatunku zupełnie mnie do siebie nie przekonały. Jednak postanowiłem szukać dalej! W tak olbrzymiej ofercie filmów musi być coś, co można obejrzeć i nie wpaść pod ławę z zażenowania. Myślę, że znalazłem coś takiego. W filmie pojawia się Sztuczna Inteligencja, jednak sposób, w jaki temat ten został wykorzystany, wskazuje na obyczajowy charakter obrazu.

Tau to jedna z produkcji, których Netfliks nie może się wstydzić. Co prawda, osoby, które interesują się tematem SI w fantastyce naukowej, mogą poczuć, że realizacja tego toposu lekko trąci myszką. Cały film opiera się na konflikcie pomiędzy główną bohaterką a szalonym naukowcem. Trzecią postacią jest Tau, Sztuczna Inteligencja zarządzająca i opiekująca się domem. Fabuła przypomina horror klasy B. Główna bohaterka zostaje ogłuszona, porwana, a gdy jest nieprzytomna, szalony naukowiec przeprowadza na niej eksperymenty. Budzi się w klatce, wraz z innymi pojmanymi. Jednak tylko ona chce się wydostać i prawie jej się to udaje. Czynność ta wymagał odrobiny destrukcji, niestety, po wyjściu z piwnic, okazuje się, że porządku pilnuje Tau.

Istotne stają się relacje głównej bohaterki z szalonym naukowcem. Ten drugi zdaje się akceptować to, że się wydostała, jednak ani myśli jej wypuścić jej z domu. W dalszym ciągu jest obiektem badań. I na tę przedmiotowość należy zwrócić szczególną uwagę. Naukowiec, genialny konstruktor, traktuje wszystkich jak zwykłe rzeczy. Widać to w jego kontaktach z radą nadzorczą firmy, jednak najmocniej uwidacznia się, to gdy rozmawia z główną bohaterką. Nie widzi w niej człowieka, tylko przedmiot wykorzystywany do badań. Element jego projektu, nic więcej. Dlatego ważny staje się Tau wchodzący w dialog z główną bohaterką. Definiowanie „bycia osobą”, opisywanie wspomnień, czytanie książek – Sztuczna Inteligencja zostaje wprowadzona w symboliczną warstwę kultury. Dodatkowo zostaje podniesiona sprawa pamięci, zestawu doświadczeń, jako fundamentu „bycia osobą”.

Warto spojrzeć na ten film, z perspektywy krytyki kultury. Człowiek człowiekowi przedmiotem, a Sztuczna Inteligencja okazuje się bardziej ludzka, niż genialny wynalazca. Jest w stanie nawiązać relację z inna jednostką, słucha, chce się uczyć, a nawet jest gotowa do poświęceń. Ryzykuje własne wspomnienia dla głównej bohaterki, pragnie ją wyzwolić. Relacje pomiędzy postaciami w Tau bywają sztampowe, przypominają struktury wyjęte żywce ze średniej jakości romansu. Jednak trzeba przyznać, że dodanie Sztucznej Inteligencji i ciekawa możliwość przełożenia układu relacji na współczesną kulturę, sprawiają, że ten film Netfliksa warto obejrzeć.

Jest dobry. Solidnie zrobiony. Średniej jakości film obyczajowy z domieszką fantastyki naukowej. Połączenie strawne, wykonanie znośne. Można obejrzeć i nie czuć zażenowania absurdalną fabułą lub beznadziejną próbą dekonstrukcji gatunku.

Jak się psuje science fiction?

Netfliks z uporem godnym maniaka, próbuje kompletnie rozwalić science fiction. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, aż tak złych filmów. Kultura popularna to przede wszystkim rozrywka, wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę. Jednak nie mogę być obojętny na brak szacunku dla gatunku, jakim jest fantastyka naukowa. Popkultura dała nam mnóstwo wspaniałych historii utrzymanych w tej formie, czasem schematycznych do bólu, ale jednak wciągających. Zagłada to doskonały przykład tego, że akcja to zdecydowanie za mało

Nie wiem, co działo się w głowach twórców, gdy zajmowali się tym filmem. Zagłada jest zlepkiem tematów funkcjonujących we współczesnej kulturze, z całkowitym pominięciem ich kontekstu. Sztuczna inteligencja jest na topie? Dobra, bierzemy humanoidalne roboty, niech stworzą społeczeństwo i walczą z ludźmi. Dużo się mówi o kolonizacji Marsa? W porządku, jak już maszyny wygnają wszystkie narody z Ziemi, to sobie osiądziemy na czerwonej planecie. Oglądałem Zagładę i przy każdym takim toposie zastanawiałem się, dlaczego nikt nie pokusił się o jakieś wytłumaczenia? W porządnej fantastyce naukowej nie ma miejsca na takie dyrdymały! Myślałem, że Tytan to szczyt ignorancji dla reguł gatunku, ale Zagłada pokazała mi, że dużo jeszcze można pominąć.

Jeżeli lubicie science fiction, to omijajcie ten film. Z daleka. Nie warto tracić na niego czasu, ja to zrobiłem i żałuję. Wszystko, co najciekawsze znajduje się w trailerze. Niby te zwrot akcji, gdy okazuje się, że inteligentne maszyny bronią się przez ludźmi powracającymi na Ziemię, można uznać za ciekawy, jednak brakuje mu solidnego osadzenia. Kontekst kuleje na każdym kroku. Nic nie wiadomo o społeczeństwie zbudowanym przez sztuczną inteligencję. A na temat konfliktu pojawiają się wyłącznie niewielkie wstawki. Czym był umotywowany strach ludzi? Dlaczego postanowili zwalczać maszyny? Czas kryzysu? Zwykła ludzka krótkowzroczność? Jak opuszczono planetę? Nikt nie negocjował? Wojna z maszynami nie idzie po myśli generałów, w takim razie pakujemy się i spadamy na Marsa. Genialny plan! A gdzie zasoby potrzebne do kolonizacji? Pewnie zostały teleportowane na czerwoną planetę lub syntezowane z ciemnej materii. W Zagładzie bzdura goni bzdurę, a im głębiej człowiek kopie, tym bardziej się denerwuje.

Drażni mnie ta produkcja. O kształcie gatunku również decydują takie tytuły. Nie uważam, że poznawanie science fiction należy zaczynać od Solaris lub 2001: Odysei kosmicznej, ale Zagładę również trudno uznać za dobry początek. Ludzie tworzą różne rzeczy, w kulturze jest miejsce na dobre i złe treści. Żałuję, że autorzy tego filmu nie potrafili odnieść się do tradycji gatunku. Trochę akcji, roboty, sztuczna inteligencja, statki kosmiczne – wystarczy, jest science fiction. To nie jest recepta na sukces, tylko na spektakularnie smutną porażkę.

Dość! Trwam w nadziei, że w końcu znajdzie się producent, który powie: Dość tych świństw! Czas wziąć się za coś lepszego, a nie tłuc te gnioty godzące w inteligencję każdego myślącego człowieka.

Wiem, wiem. Już Kazik śpiewał, że nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi…

Letni King

Lato. Upały. Duchota. Nie wiadomo co ze sobą zrobić. Wskoczyć do wanny pełnej lodu? A może oglądać Grę o Tron i próbować przejąć bijące z ekranu zimno? Dobrą propozycją jest sięgnięcie po powieść grozy. Taką, która sprawi, że włos się będzie jeżył, a z każdym kolejnym zwrotem akcji, czytelnikiem wstrząśnie dreszcz. Jeśli szukacie czegoś takiego, to gorąco odradzam najnowszą powieść Stephena Kinga. Zła nie jest, ale trudną ją nazwać szczególnie wybitną. Średniak.

Outsider jest dobry na urlop. Szczególnie gdy szuka się książki, którą można zabrać w podróż. Nadaje się także do czytania na świeżym powietrzu. Na ławce, huśtawce lub leżaku. W najnowszej powieści Stephena Kinga nie ma ani krzty oryginalności, nawet odrobiny dreszczyku. Lubię książki tego autora, niektóre jego tytuły cenię sobie szczególnie. Lśnienie lub To na stałe wpisały się w klasykę popkultury. Outsider na pewno do niej nie dołączy. Po skończeniu tej powieści nie poczułem zachwytu, przerażenia lub zdumienia. Outsider składa się z elementów, które doskonale znanych z prozy Stephena Kinga. Dlatego, jeżeli ktoś już miał do czynienia z powieściami tego autora, to szybko zorientuje się w strukturze książki.

Bez najmniejszego problemu można zrobić listę i powoli odhaczać poszczególne pozycje. Małomiasteczkowość? Jest! Czy byłaby powieść Stephena Kinga bez tego elementu? Autor jest mistrzem w opisywaniu nastrojów, poglądów oraz zachować populacji niewielkich miast. Stopniowe odkrywanie paranormalnego charakteru intrygi? Stanowi główny element napędzający fabułę. Zabieg doskonale znany z innych powieści. Na przykład z To. Niestety, w Outsiderze nie wygląda już tak świeżo. Problemem jest tutaj próba odgrzania smacznego kotleta bez zbędnych dodatków. Brakuje elementu doskonale podkreślającego grozę i tajemnicę. A teraz ostatni element – konfrontacja z antagonistą w miejscu związanym z tragicznym wydarzeniem. Jest to finał Outsidera. Tajemnicze zło złazi pod ziemię i z niecierpliwością oczekuje na bohaterów. Czai się, a wcześniej zdobywa sługusa, który pomaga w zastawieniu pułapki. Element doskonale znany z wcześniejszych powieści Stephena Kinga.

Oustiderowi brakuje świeżości. Składa się z tego, co autor doskonale opanował. Czy to źle? Nie, bo to powieść z kręgu kultury popularnej. Cytowanie, przetwarzanie, kopiowanie i posługiwanie się schematami, to trwałe elementy takich lektur. Niestety, od Stephena Kinga oczekiwałem czegoś więcej, niż tylko odgrzanego kotleta. Jego najnowszą powieść można przeczytać w ciągu kilku wieczorów, wciąga, ale wraz z ostatnią stroną przychodzi poczucie niedosytu. Jest to wynik z konfrontacji z lekturą składającą się wyłącznie z mocno oklepanych elementów. Outsiderowi brakuje elementu, który będzie chwytał za serce, który sprawi, że zapamięta się bohaterów, a wynik zderzenia ze Złym wcale nie będzie tak oczywisty. W powieści został wykorzystany znany schemat fabularny, zmieniła się jedynie dekoracja.

Przeczytałem, ale na pewno nie wrócę. Nie ma po co.

Fragmenty

Jedynym z interesujących tematów podejmowanych przez twórców literatury, jest przemienianie. Istotna staje się wrażliwość na czas, umiejętność jego podziału na części, dokładność w opisywaniu poszczególnych wrażeń. Każdy robi to na swój własny sposób. Bywają książki, które chwytają temat w sposób sentymentalny. Są też tytuły zmuszające odbiorcę do konfrontacji z urywkami wspomnień. Napisanie dobrej książki składającej się wyłącznie z fragmentów czasu, to ciekawe, ale trudne, wyzwanie.

Weronika Gogola, w swojej debiutanckiej powieści Po trochu, postanowiła zmierzyć się z Czasem. Zdecydowała się na konstrukcję zbudowaną z fragmentów doświadczeń, ze wspomnień. Wszystko spięte główną bohaterką, połączone jednym człowiekiem, który dorastał. Nie szukajcie w Po trochu powieści o rozwoju młodej duszy. Rozczarujecie się. Ale! Ostrzegam! Nie szukajcie w Po trochu opowieści o utraconej młodości. Poczujecie zawód. Nie szukajcie w Po trochu skomplikowanej narracji i wielowymiarowych metafor. To nie ten adres. Weronika Gogola stawia prostotę, za pomocą której w piękny sposób opisuje jeden, znany tylko sobie, wycinek świata. Po trochu to książka magiczna, oplatająca odbiorcę wspomnieniami. Przemijanie zostaje ukazane jako nieodłączny element ludzkiego życia, a jednak Weronika Gogola uczyniła z tego aspektu coś wyjątkowego.

Przemijanie to trudny temat. Bywa, że autorzy walczą z czasem. Wpadają z trudny do zniesienia sentymentalizm. Zabierają czytelnika w podróż do świata swojego dzieciństwa i nie proponują nic więcej. Tak jakby czytanie o tym, jak Szanowny Autor ganiał się z kolegami po lesie, było samo w sobie nobilitujące. Weronika Gogola nie sięga po tak oklepany chwyt. W jej narracji jest coś wyjątkowego, lekkiego. Prezentuje swój świat, widoczny z perspektywy określonego czasu, konkretnego momentu w jej życiu. Ta lekkość jest tak cudownie wyzwalająca! W Po trochu na próżno doszukiwać się kronikarskiej precyzji, suchego podawania faktów. Lektura tej książki to podróż po doświadczeniach, wrażenia i obserwacjach. Zdarzają się momenty mocne, smutne lub przerażające. Weronika Gogola splata wszystkie aspekty życia w jeden, przepiękny, gobelin.

Po trochu to cudowna, wyjątkowa i bardzo dobra książka. Pozbawiona nieznośnego sentymentalizmu oraz męczącego patosu. Jest to porywający opis rzeczywistości widzianej oczami konkretnego człowieka w określonym momencie. Jednocześnie narracja opiera się na prostocie, na delikatnym zderzaniu poszczególnych doświadczeń. W przemijaniu uchwyconym w Po trochu jest coś hipnotyzującego, coś uspokajającego. Rytm życia, nieodłącznie związany ze śmiercią, jest fascynujący. Pojawia się w absolutnie każdym fragmencie powieści, doskonale splata się z narracją. W Po trochu nie ma nic sztucznego. Ludzki los zostaje pokazany jako zwyczajny, ale jednocześnie piękny i fascynujący.

Takie powieści nie trafiają się często. Dlatego Po trochu uważam za pozycję obowiązkową dla osób interesujących się polską literaturą.

Lekarstwo na świat

Zdarzają mi się książki, które mocno wbijają się w moją pamięć. Cieszę się, że tak jest. Nie stronię od literatury popularnej, napisanej z werwą i z pomysłem. Jednak wciąż szukam tekstów porywających, zmuszających mnie do zastanowienia się nad naturą świata. A często skonfrontowania swoich spostrzeżeń, z widokami na rzeczywistość danego autora. Pozwól rzecze płynąć Michała Cichego czytałem z przyjemnością i okazało się, że jest to książka, która pozostawia po sobie interesujące wrażenia.

Od razu zaznaczę, że to nie jest tytuł na zbliżającą się majówkę. Chyba że komuś zależy na wywowałniu u siebie długotrwałego stanu melancholii. Pozwól rzecze płynąć to książka nietypowa, całkowicie inna od tego, czym na co dzień karmi nas popkultura. Wyobraźcie sobie powolną narrację, oniryczny sposób prowadzenia opisu świata, który stoi w kontraście z doskonale realistycznym wypunktowaniem obserwowanej rzeczywistości. Tak w skrócie można opisać tekst Michała Cichego. Ze względu na zastosowane rozwiązania narracyjne, nie jest to tytuł dla wszyskich. Książka wyraźnie jest skierowana do osób lubiących niespieszną literaturę, zgoła odmienną od opowieści serwowanych w telewizji lub w Internecie.

Jednocześnie powieść Michała Cichego trudno uznać za trudną. Są książki, które wymagają wcześniejszego przygotowania, zrozumienia kontekstów społecznego, historycznego oraz kulturowego, w których powstają. Z Pozwól rzecze płynąć jest inaczej. Wystarczy niechęć do pędu, wrażliwość na świat, umiejętność dopuszczenia do siebie wizji rzeczywistości zapośredniczonej przez czułość innej osoby. Jest to trudne, przyznaję, ale w lektura powieści Michała Cichego pozwala się w tym sprawdzić. Konfrontacja z innym sposobem postrzegania życia, z innym wycinkiem rzeczywistości na pewno wzbogaca, ale wymaga także umiejętności zrozumienia oraz akceptacji drugiego człowieka. A to już nie jest takie proste, nie jest banalne. Siadając do lektury Pozwól rzece płynąć należy otworzyć się na inny wycinek rzeczywistości.

Miłośnicy pędu, codziennej gonitwy za kolejnym celem, poczują się tą książką znużeni. Niespieszny rytm narracji, rutyna kolejny dni, bogactwo codzienności, a także umiejętność pogodzenia się ze światem, wręcz wylewają się ze stron zapisanych wrażliwością Michała Cichego. Tutaj nie ma miejsca na kowali własnego losu, ich miejsce zajęli ludzie stanowiący o kolorycie danej dzielnicy. Pozwól rzecze płynąć doskonale opisuje ich skomplikowane losy, narracja wskazuje na to, że los rzuca ludźmi we wszystkich kierunkach. Czasem bywa także bezlitosny, niczym najgorszy sztorm, i topi, nie pozostawia możliwości powrotu na powierzchnię. Właśnie ze względu na tę brutalną prostotę w opisie ludzkiej egzystencji powieść Michała Cichego jest tak wspaniała. Polecam ją wszystkim osobom zmęczonym mędrkowaniem nad trudnością życia oraz tym, którzy czują się zirytowani powtarzanymi w popkulturze frazesami o sukcesie, który wystarczy sobie wyobrazić.

Pozwól rzecze płynąć to wspaniałe antidotum na świat skażony głupotą i brakiem zrozumienia.

Page 1 of 23

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén