Category: Recenzje (Page 1 of 22)

Bestia niezdecydowana

Zawsze lubiłem zbiory opowiadań. Zestawy tekstów jednego autora, doskonały przegląd umiejętności i pomysłów. Krótka forma ma to do siebie, że jest znacznie bardziej wymagająca. Na kilkudziesięciu stronach należy zawrzeć początek, rozwinięcie i zakończenie. Jakieś zwroty akcji również by się przydały. Szczególne miejsca na mojej półce zajmują opowiadania Jerzego Pilcha oraz Jacka Dukaja. Obawiam się, że Michał Centarowski nie dołączy do tego grona.

Bestia najgorsza to zbiór sześciu fabuł. Każda napisana jest inaczej, w każdej narracja przybiera zupełnie inny kształt. Cudowne jest to, że teksty autora mają różny rytm oraz nastrój. Dzięki temu przez książkę brnie się z przyjemnością, z chęcią poznania kolejnej spojrzenia na świat. Michał Centarowski gra także gatunkami. Do literackiego garnka wrzuca absurd, grozę, fantastykę i alternatywne rzeczywistości. Połączenie może wydawać się ciężkostrawne, ale – zapewniam – jest zupełnie inaczej. Smacznie. Z klasą. Z pomysłem. W takim razie skąd moje wątpliwości? Co przeszkadza mi w docenieniu opowiadań Michała Centarowskiego? Odpowiedź jest prosta – pustka.

Wszystkie teksty w zbiorze cechuje próżnia. Przeczytałem i nic we mnie nie zostało. Nie przeżywałem fabuł tak jak Exodusu Łukusza Orbitowskiego. Nie zachwycałem się zastosowanym językiem, żadne z opowiadań nawet nie dorasta, do cudownie rozłożonych słów w Pozwól rzecze płynąć Michała Cichego. Bestia najgorsza jest ciekawą pozycją, ale jej największym minusem jest przerażający brak pomysłów na zakończenie. Gdzieś pouciekały zamknięcia narracji, przez co konstrukcje opowieści się rozpadają. Po każdym opowiadaniu czułem, że autor porzucił temat, że zabrakło mu sił, aby znaleźć dobre rozwiązanie perypetii głównych bohaterów. Przykre jest to, że kontrastuje to z ciekawymi spojrzeniami zawartymi w tekstach. Michał Centarowski, na poziomie koncepcji głównego wątku, potrafi zainteresować, potem jakby tracił cierpliwość i szybko zmierzał do średniego lub – co także zdarza się w zbiorze – kiepskiego zakończenia.

Żałuję, że nie nic we mnie nie zostało po zakończeniu Bestii najgorszej. Kilka opowiadań, na początku, mnie oczarowało, po to, aby po kilkunastu stronach boleśnie rozczarować. Doceniam literaturę dostarczającą mi rozrywkę, na tym poziomie zbiór Michała Centarowskiego doskonale się sprawdza. Jednak odniosłem wrażenie, że autor chciał także przekazać „coś więcej”. Do takich intuicji prowadzą mnie konstrukcje światów przedstawionych. Zawsze oparte na interesującej, bywa, że wręcz oryginalnie ujętej, obserwacji, która powinna prowokować mnie do przemyślenia sensów. Nic takiego się nie stało. Kończyłem opowiadaniem, kiwałem sobie głową, myślałem „dobre” lub „złe” i szedłem dalej. Bestia najgorsza nie skołniła mnie do żadnych większych przemyśleń. Czytanka. Raz lepsza, raz gorsza, czasami ciekawa, a czasami irytująca. Doświadczenie ciekawe, jednak uważam, że mógłbym się spokojnie bez niego obejść.

Fantastyczne bzdury

Miałem wielką przyjemność zobaczyć film, który gwałcił wszystko możliwe reguły fantastyki naukowej. Bzdura goniła bzdurę. Na dodatek bohaterów cechowała nieznośna bezmyślność. Konstrukcja świata przedstawionego, to ponury absurd. Gdy myślę, o tym filmie, z perspektywy kilkudziesięciu godzin od zakończenia seansu, trudno mi wskazać na pozytywne cechy. Rzadko zdarzają się tak złe obrazy, tak źle wykonane i zaplanowane. Cały czas zadaję sobie jedno pytanie – w jakim celu powstał Tytan? Kto był na tyle nieprzytomny, że postanowił sfinansować to przedsięwzięcie?

Fabuła jest prosta. Jesteśmy na Ziemi, przyszłość jest nieciekawa, powodzie, głód, opady radioaktywne. Koniec zbliża się wielkimi krokami. Dlatego mądre głowy, te amerykańskie, postanowiły, że jedyną szansą na przetrwanie gatunku, jest dotarcie na Tytana, jeden z księżyców Saturna. Warunki są tam kiepskie, delikatnie pisząc, więc konieczne jest odpowiednie przystosowanie ludzi. Za pomocą przyspieszonej ewolucji. Modyfikacje genetyczne to często wykorzystywany temat w filmach science fiction. Skutki bywają różne, najczęściej opłakane. Jednak w przypadku Tytana razi brak przygotowania twórców. Tak do końca to nie wiadomo, co wywołuje mutacje. Szprycują ochotników niebieskim płynem, potem wypadają im włosy, powoli stają się latającymi rybami. Szkoda, że nikt nie próbuje wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Później jest jeszcze gorzej. Zabrakło inwencji, aby dokładnie wyjaśnić, co ten nowy kolonista ma robić na Tytanie. W ostatniej scenie ochoczo szybuje nad oceanem metalu. Przetrwanie gatunku? Jak nic!

W 2009 roku miał premierę film Istota. Krytykowany, za nieudaną próbę skonfrontowania etyki z modyfikacjami genetycznymi. Jednak autorzy zadbali o podstawowe obudowanie fabuły. Obraz miał przynajmniej naukową otoczkę. Były eksperymenty, naukowcy, wyjaśnianie podejmowanych działań. Zupełnie inaczej jest w Tytanie. Tam brakuje nawet elementarnych podstaw naukowych. Cały eksperymenty przypomina sen szalonego naukowca, który na dodatek z trudem radzi sobie z własną specjalizacją. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak zepsuć science fiction, jak arogancko ignorować fundamenty tego gatunku i zrobić film, to koniecznie obejrzyjcie Tytana. Doskonały materiał dla osób, które czują fascynację złymi, takimi do bólu złymi, realizacjami poszczególnych form istniejących w kulturze popularnej.

Warto zwrócić uwagę na wykorzystanie motywu zagłady. Świat się kończy, ale ośrodku badawczym jest alkohol, są steki. Można spokojnie urządzić sobie grilla. Zagrożenie jest zaznaczane tylko na początku, potem już nikt nie ogląda wiadomości. Po prostu zamykają się w ośrodku, w którym jest doskonale wyposażone centrum handlowe i dają się szprycować bliżej nieokreślonymi chemikaliami. Tytan to najzwyczajniej w świecie głupi film. Często bronię Netfliksa, uważam, że na tej platformie można znaleźć mnóstwo interesujących produkcji. Niestety, takie premiery jak Tytan szkodzą marce. Pokazują, że obrazy z logiem Netfliksa są złe, nudne i bzdurne. Takie uproszczenie jest krzywdzące i zbędne. Najwyraźniej brakuje porządniej selekcji.

Efemeryczna nuda

Od kilku tygodni mierzę się z pewną książką. Siadam, myślę o niej i próbuję zrozumieć dlaczego mnie tak wymęczyła. Wiedziałem na co się piszę. Przyduchę Macieja Piotra Prusa wydał Ha!Art. Od pierwszej linijki rozumiałem, że będę miał do czynienia z eksperymentem, z tekstem będącym na pograniczu gatunków, form i narracji. Szkoda, że trafił także na pogranicze mojej cierpliwości. Porzucałem lekturę, wielokrotnie, jednak ciągle wracałem. Przyducha ma w sobie coś pociągającego. Hipnotyzuje. Niestety, czar pryska przy pierwszej irytacji.

Przyducha to pojęcie z zakresu hydrobiologii. Jest to zmniejszenie ilości tlenu w zbiorniku wodnym, może doprowadzić do śmierci ryb. Duszą się, ale nie w sosie, na żadnym talerzu nie lądują z zmieniaczami. Nie mogą oddychać, umierają niczym skazańcy, którym założono na szyję powoli zaciskającą się pętlę. Myślę, że to świetnie podsumowuje sytuację głównego bohatera w Przydusze. Zostaje zmuszony do wejścia w przygotowaną rolę, powoli traci niezależność, staje się kimś, kim nigdy nie był, ale marzył właśnie o takim życiu. To miało być wyzwolenie, a okazało się zwykłą pułapką. Na książkę warto spojrzeć, jak na studium powolnego umierania, rozpadu, utraty tlenu i przestrzeni życiowej. Powieść doskonale oddaje tę ciężką, coraz bardziej duszną atmosferę. Akcja rozgrywa się w Krakowie, którego problemy ze smogem znam cała Polska. Duszenie się w świecie przedstawionym Przyduchy ma wiele wymiarów.

Pomysł na strukturę narracji mnie oczarował. Z zainteresowaniem śledziłem kolejne etapy konstruowania efemerycznego stylu opowiadania. Tak było przez pierwsze 40 stron. Później narastało we mnie zniecierpliwienie. To, co wcześniej wydawało się odświeżająca i ciekawe, powoli stawało się trudne do zniesienia. Przyducha doskonale wypada jako miniatura, pomysł, który mógłby być zrealizowany w formie opowiadania. W przypadku dłuższej formy prozatorskiej, cała konstrukcja coraz bardziej się rozwleka i zaczyna powoli nużyć. Brakuje elementów zmieniających rytm narracji. Przyducha, wraz z rozwojem fabuły, staje się coraz bardziej jednostajna, traci swój duszny charakter. Na scenę wkracza nuda, trudna do zniesienia powtarzalność. Autor na samym początku powieści oznajmił wszystko to, co miał do powiedzenia. Kolejne akapity nie wnoszą nic ciekawego do fabuły. Brakuje ewolucji wątków, ich rozbudowania i lepszego rozwinięcia kontekstu.

Powieść Macieja Piotra Prusa jest bogata w olśniewające, genialne momenty. Zarówno językowo, jak i strukturalnie. Niestety, w konstrukcję powoli wkrada się nuda, która stopniowo psuje odbiór, zniechęca, sprawia, że czytelnik ma ochotę porzucić lekturę i zająć się inną powieścią. Tutaj nie zabrakło konsekwencji w realizacji założeń. Brakuje dostosowania pomysłu do formy. Jako tekst krótszy, prezentujący pewien intelektualny koncept, Przyduchę potraktowałbym jako coś wręcz genialnego. Szkoda, że została rozciągnięta i pozbawiona pociągającej aury.

Historia ucieczki

Nie będę ukrywał tego, że jestem fanem twórczości Łukasza Orbitowskiego. Czytuję jego książki, bloga, olbrzymie wrażenia robią na mnie jego teksty. Ciekawe, świeże, oparte na interesującej zabawie słowem. Jednak najważniejsze jest to, że Łukasz Orbitowski należy do grona nielicznych autorów, którzy konstruują porywające fabuły. Niestety, żyjemy w czasach dobrze odżywionego postmodernizmu. Z łatwością można znaleźć takich, dla których niestabilna, bezwładna narracja jest cnotą, a nie przywarą.

Skoro tak mnie zachwyca proza Łukasza Orbitowskiego, to jak jest z jego ostatnią książką? Z Exodusem? Przede wszystkim należy zaznaczyć, że najnowszy tytuł napisany przez tego autora, mocno odbiega od pozostałych w jego dorobku. Nie poziomem, poprzeczka stylu i fabuły jest wysoko. Exodus opowiada o uciekaniu od świata, od problemów, od życia. To powieść drogi, której głównym motywem jest usilne oddalanie się, unikanie przerażającej przeszłości. Łukasz Orbitowski doskonale konfrontuje swojego bohatera z innymi, również wykluczonymi, postaciami. Wyrzuceni poza margines społeczeństwa funkcjonują w odmiennym świecie. Exodus to podróż po różnych rzeczywistościach, obserwacje działań bohaterów oraz sztuka brania odpowiedzialności za to, co się uczyniło. Początek książki to wyraźna ucieczka od, natomiast zakończenie wskazuje na zmianę w charakterze głównego bohatera. Powrót, próba przepracowania tragedii – stają się elementami konstytuującymi ucieczkę do.

W takim razie, w czym Exodus jest inny od pozostałych książek Łukasza Orbitowskiego? Pisarz przecież uwielbia uciekających bohaterów, kocha ich wrzucać w rzeczywistości wynaturzone, przemienione i niebezpieczne. Moim zdaniem Exodus to doskonałe przypieczętowanie ewolucji pisarskiej Łukasza Orbitowskiego. Myślałem, że po Szczęśliwej ziemi niczym mnie już nie zaskoczy, że po prostu będę się delektował jego kolejnymi książkami. Myliłem się. Autor, którego próbowano zaszufladkować, przypiąć mu łatkę naczelnego pisarza grozy, umiejętnie wyrywa się tej klasyfikacji. Exodus to dramat społeczny, opis powolnego psychologicznego wypalenia, doświadczenie rozpadu osobowości. To jest niezwykle dojrzała książka, poruszająca tematy trudne, oparta na płynnej narracji. W przeciwieństwie do innych tytułów Łukasza Orbitowskiego Exodus wprowadza czytelnika do świata brutalnie realistycznego. Próżno szukać efemerycznej, drgającej rzeczywistości. Tym razem wali ona w mordę, przewraca, kopie po żebrach, a potem skacze na kręgosłup.

Przyjemność lektury wynika z doskonałe narracji, ze świetnie splecionej fabuły i przekonywujących bohaterów. Ciężar opowieści oraz trudna do zniesienia śmierdząca atmosfera świata przedstawionego, są świetnie rozłożone po całej powieści. Łukasz Orbitowski precyzyjnie rozkłada kontrapunkty, zwodzi czytelnika, stara się ukryć rozłażący się po fabule brud. A potem nagle go wywleka, zmusza odbiorcę do konfrontacji. Zmusza do przeżycia opowieści i właśnie dlatego warto przeczytać Exodus.

Piękne struktury narracji są wciąż pociągające i żywe. Na szczęście.

Zepsuty cyberpunk

Niektóre filmy są tak beznadziejne, że dystrybutorzy powinni zwracać pieniądze za stracony czas. To byłoby nawet miłe. Pójść do kina, wynudzić się jak mops i dostać bilety na inny, może bardziej interesujący, seans. A co z serwisami streamingowymi? Myślę, za pewne produkcje Netfliks powinien przedłużać subskrypcje. O jeden dzień. Bardzo żałuję, że nikt nie zwróci mi czasu, jaki poświęciłem na obejrzenie Bez słowa.

To jest doskonały przykład filmu wyprodukowanego po to, aby zmonetyzować cyberpunk. Pod koniec 2017 roku stała się to niezwykle popularna konwencja, głownie za sprawą premiery Blade Runnera 2049. Początek 2018 przyniósł nam Altered Carbon, co jeszcze mocniej rozbudziło apetyty widzów. Nie dziwię się. Mam wrażenie, że istnieje niewiele produkcji, które doskonale radzą sobie z trudnym cyberpunkiem. Tutaj potrzebny jest pomysł na świat przedstawiony, odpowiednie jego umotywowanie. Bez słowa stanowi doskonały przykład złej realizacji zasad konwencji. Jako widz wręcz potykałem się o uproszczenia, denerwowały mnie plastikowe postaci, a najbardziej drażniła mnie sztuczność świata przedstawionego. Cała narracja jest zawieszona w próżni. Przyszłość w Bez słowa przypomina nieudolnie wycięty karton. Po pierwszych dwudziestu minutach czekałem na to, aż ktoś się przewróci i zniszczy tę kiepską scenografię.

Mam wrażenie, że film miał być cyberpunkową wersją Drive. Zabrakło polotu, umiejętności poprowadzenia historii oraz porządnego głównego bohatera. Milczący człowiek w Bez słowa jest doskonałą wydmuszką. Mimika twarzy na poziomie kamienia porzuconego na polu. Aktorstwo rodem z zajęć na prywatnej Akademii Przystosowania do Roli Aktora i Płodozmianu. Irytowała mnie ta papierowa postać. Bohater pojawiał się na ekranie i swoją obecnością niewiele wnosił. Równie dobrze mogłoby go tam nie być. Jego jedynym zadaniem było utrzymywanie narracji w jednolitej formie. Po spojrzeniu na Bez słowa z perspektywy czasu widzę, że cała opowieść była drobno pocięta. Film składa się z drobnych fragmentów, które mają tworzyć spójną historię. Niestety, to się nie udało, ponieważ cała struktura po prostu się rozpada. Główny bohater ma być spiritus movens, ma być klamrą spinającą wszystko, ale ze względu na swoją słabość, doprowadza do jeszcze większego bałaganu.

Omijajcie Bez słowa szerokim łukiem! Nie dajcie się zwieść trailerom, mogą wskazywać na atrakcyjny film, ale to tylko sprytny marketingowy montaż. Film jest szczególnie przykrym doświadczeniem dla osób lubiących cyberpunk. W każdej scenie widać zupełny brak zrozumienia konwencji, błędne przekonanie o tym, że wystarczy wrzucić trochę neonów i ciemnych uliczek, aby otrzymać interesującą produkcję opowiadającą o mrocznej przeszłości. Bez słowa to bolesne rozczarowanie. Dowód na to, że najgorsze są te film, które usiłują udawać, że są dziełami interesującymi, że mają co interesującego do powiedzenia. Tam nie ma nic. Pustka, próżnia i szczątki narracji. Bolesne rozczarowanie trwające blisko dwie godziny!

Jeżeli chcecie zmarnować trochę czasu, droga wolna. Ostrzegałem.

Page 1 of 22

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén