Category: Recenzje (Page 2 of 34)

Nie tylko na święta…

Na liście tematów mam tekst o bajce Klaus. Moja Żona zauważyła, że nikt nie będzie czytał materiału o filmie animowanym nawiązującym do Świąt Bożego Narodzenia pod koniec lutego. Ma trochę racji, bo faktycznie sezon na takie bajki się skończył. Tylko że Klaus ma cudowną narrację, piękną historię, to wzruszająca, wyjątkowa opowieść o tym, że nawet najbardziej podzieloną społeczność można połączyć. Właśnie tak odczytuję tę bajkę.

Zachęcam do obejrzenia Klausa i spojrzenia na niego z perspektywy historii o budowaniu mostów. Istotną kwestią jest tutaj podzielona społeczność małej, wręcz rzuconej na krańcu bajkowego świata, mieściny. Są tak zapamiętali w konflikcie, który ponoć trwa od wieków, że przestają dostrzegać to, co ich łączy. A jest to miejsce, są to wspólne przeżycia, poświęcają wszystko tylko po to, aby trwać w ciągłej, nieustannej konfrontacji. Najmłodsi mieszkańcy są wychowywani w atmosferze podziałów, nie znają innego świata. Dlatego tak łatwo przychodzi im kontynuowanie niechlubnej tradycji. Pomijam przemianę głównego bohatera, ponieważ uważam, że dla tego wątku warto już obejrzeć Klausa.

W ostatnim czasie obejrzałem wiele filmów animowanych. Był Grinch, przewinęło się Rio 2, sięgnąłem nawet po Toy Story 4, ale żaden z nich nie zapadł mi tak w pamięć jak Klaus. Co jest dość ciekawe, ponieważ wymienione przeze mnie tytuły również kładą olbrzymi nacisk na budowanie mostów, na poszukiwanie porozumienia. Mam wrażenie, że w przypadku Klausa doskonale zagrała chęć opowiedzenia własnej interpretacji historii o Świętym Mikołaju. Kluczowe są tutaj emocje, przekazywane w sposób subtelny oraz wymowny. Nie ma żadnego nawalania łzawymi opowieściami, którymi raczą widza bohaterowie. Te mniejsze narracje zostały doskonale wplecione w główny wątek, podkreślają jego znaczenie oraz dodają głębi do relacji pomiędzy postaciami. Nie dziwię się, że Klaus został nominowany do Oscarów. Takich świetnych opowieści jest niewiele, sądzę, że bardzo nam ich brakuje.

Nie dajcie się zwieść świątecznej otoczce! Klaus to film animowany na każdy czas, na dowolny okres. Pięknie narysowany, wspaniale udźwiękowiony. Pozbawiony patosy, bogaty w różnego rodzaju przeżycia. Obejrzenie tej bajki to interesujące doświadczenie. Przypomnienie, że takie treści nie muszą być naiwne lub za wszelką cenę antropomorfizować otaczający widza świat. Siłą Klausa jest to, że twórcy postawili na szczerość, zdecydowali się opowiedzieć prostą historię w pięknym otoczeniu. Tak jakby ktoś przypomniał sobie o tym, że najlepsze narracje to te, które można przeżyć na wielu płaszczyznach. Bez potrzeby przedzierania się przez kolejne warstwy cytatów oraz całego tego przeintelektualizowanego szajsu.

Jeśli czekać na kolejny sezon Altered Carbon lub zanudził was Narcos: Meksyk, to Klaus będzie idealną odskocznią. Pozycja obowiązkowa dla osób, które cenią sobie sens w fabule oraz mądrze poprowadzone narracje.

Powietrze gęste od zła

Film Małgosia i Jaś trudno mi uznać za horror. Zdarzają się w nim momenty, w których podskakuje się na krześle, ale nie one są najważniejsze. Znacznie większą wagę ma duszny charakter obrazu. Film często przypomina koszmarne halucynacje, zwidy godne odpowiedniego nasycenia się muchomorami. Gdybym miał poszukać filmu, który swoim nastrojem silnie nawiązuje do tego, co widziałem w Małgosi i Jasiu, to zdecydowanie wybrałbym Sinister. Ten sam poziom zła w powietrzu.

Zmiana w tytule nie jest przypadkowa. Baśń znajmy jako Jasia i Małgosię, w przypadku filmu to dziewczyna staje się najważniejsza. Tak samo jest w fabule. Wyraźnie widać, że jest to narracja opowiadająca o odkrywaniu czających się w Małgosi mocy. Od pierwszych scen wyraźnie odstaje od otaczającego świata. Nie tylko zachowaniem, ale także tym, co mówi. Jak cień podąża za nią Jaś. Zawsze jest pod jej opieką. Dlatego ich wędrówka po mrocznych lesie nabiera znamion początków przemiany. Zmuszeni walczyć o swoje życie, poszukujący żywności i schronienia zaczynają się od siebie oddalać.

Właśnie w tę przestrzeń zaczyna wchodzić zło. Przybiera postać kobiety, która pragnie zaopiekować się Małgosią i Jasiem. Karmi ich, jej stół jest zawsze suto zastawiony, pomimo że w okolicy nie ma absolutnie żadnych zwierząt, a w okolicy panuje głód. Na dodatek zaczyna uczyć Małgosię o ziołach i zaczyna traktować ją jak swoją wychowankę. Dopiero konfrontacja z przerażającą prawdą budzi w Małgosi wątpliwości. Zdaje sobie sprawę ze swojego przywiązania do brata, a także z tego, że musi iść własną drogą. Ich ścieżki się nie pokrywają, każde musi pójść w swoją stronę. Momentem rozstania i oświecenia jest zabicie złej czarownicy, pokonanie dzielącego ich zła. Jednocześnie jest to chwila, w której zdjęty zostaje urok. Małgosia i Jaś są w stanie pokonać iluzje, które stworzyła wiedźma.

Ten film wyraźnie prezentuje silną, rozwijającą się bohaterkę. Uwaga widza jest skupiona na jej przeżyciach, na jej psychice, a także na tym, co dzieje się w jej głowie. Co często jest najważniejsze w całej fabule. Stąd bierze się niezbyt dynamiczna akcja. Chwilami film przypomina dramat, ponieważ w wielu scenach występują maksymalnie dwie osoby – Małgosia oraz wiedźma. Jaś jest wyraźnie postacią drugoplanową, wręcz celowo staje się tłem, po to, aby znów znalazł się na pierwszej linii wydarzeń. Jest ściśle związany z momentem oświecenia, który przeżywa Małgosia. Sądzę, że w wielu chwila staje się nawet katalizatorem przemiany, ponieważ często występuje w jej koszmarach. Jako ta część jej umysłu, która domaga się uwagi i przełamuje iluzje czarownicy.

Małgosia i Jaś to interesująca interpretacja znanej baśni. Jej postnowoczesne odczytanie, które na pewno nie jest przeintelektualizowane. Na pochwałę zasługuje duszny charakter opowieści, ciągle podkreślany przez niewielką ilość światła oraz małe pomieszczenia. Świat przedstawiony zostaje sprowadzony dosłownie do kilku miejsc i w każdych z nich czai się zło. W różnych formach.

Bolesny brak logiki

Z niemałym zdumienia przeczytałem o popularności serialu Ty. Pamiętałem, że kiedyś go obejrzałem, razem z Żoną, i byliśmy nawet zadowoleni. Produkcja trafiła do naszej szufladki pełnej materiałów oznaczonych jako guilty pleasure. Drugi sezon? Opowieści, w której wiadomo, kim jest główny bohater? Oboje uznaliśmy, że warto ponownie oddać się prostej przyjemności płynącej z ekranu. Włączyliśmy drugi sezon serialu Ty i skończyliśmy go w jeden weekend. Wrażenia? Mieszane. Mocno mieszane.

Zacznijmy od tego, że pierwszy sezon również nas nie powalił. Raczej dostarczył sporo rozrywki. Obejrzeliśmy go w jeden weekend, nie żałując niczego, ale też nie wracaliśmy w rozmowach do tego serialu. Odhaczone, niezłe, faja zabawa i koniec wspomnień. Drugi sezon zostanie z nami na pewno na dłużej. Problem polega na tym, że nie za sprawą wyjątkowo ciekawej historii lub interesującej realizacji, kadrów i pracy kamery. Drugi sezon serialu Ty to zestaw przerażających bzdur, które odbierają przyjemność oglądania perypetii głównego bohatera. Poprzednia seria była spójna narracyjnie, miała wyraźne zakończenie, dobre rozwinięcie i solidnie nakreślony początek. Nawet postacie były niezłe. W drugim sezonie wyraźnie coś poszło nie tak, jak wcześniej.

Główny bohater, psychopata owładnięty manią miłości, pozostał ten sam. Nie ma już zaskoczenia, ponieważ od pierwszych minut wiadomo, że będzie to morderca z potrzebą trzymania ludzi w szklanej pułapce. Postacie drugoplanowe wypadają już gorzej. Często są płaskie, brakuje im sensownych motywacji, pojawiają się tylko po to, aby wypowiedzieć jakieś frazy. Pragnie się dobrego przeciwnika dla głównego bohatera, kogoś, kto zmieni dynamikę relacji pomiędzy postaciami, ale takiej osoby nie ma. Jest tylko jego lustrzane odbicie, również owładnięte potrzebą dziwnie rozumianej miłości i posiadające mroczną tajemnicę. Jednak to za mało, aby udźwignąć cały serial! Po prostu relacje pomiędzy tymi dwiema postaciami od pierwszych minut wydawała się mało wiarygodna i dziwnie kiczowata. Tak jakby została wprowadzona tylko po to, aby historia wygląda odrobinę inaczej, niż w pierwszym sezonie.

A już najgorsze były ubytki w logice! Trup w bagażniku samochodu w pełnym słońcu? Żaden problem. Zero smrodu. Krew z rozciętego gardła na podsadzce w magazynach na wynajem? Komu chciałoby się sprzątać? Nie ma sensu, nikt nie zwróci uwagi. Takich sytuacji jest więcej! Najgorsze jest to, że pojawiają się praktycznie w każdym odcinku, co niszczy pseudokryminalny charakter serialu. Przyznaję, że pierwszy sezon również nie zawsze trzymał się mocno logiki, ale przynajmniej zachowano jej pozory. W najnowszej odsłonie odpuszczono nawet to! Postacie nie myślą, nie łączą faktów, działają tak, jakby za każdym razem ktoś resetował im pamięć. Dlatego zakończenie serialu, wielkie olśnienie osoby niewykazującej nawet trzech żyjących szarych komórek, trudno mi uznać za przekonujące.

Jest marne. W drugim sezonie serialu Ty przyjemność z oglądania zostaje zastąpiona brakiem logiki.

Powtórzona formuła

Na Netfliksie znajdzie mnóstwo różnego rodzaju kryminałów. Jednym z ciekawszych jest seria The Sinner. Dwa sezony, dwie różne historie, ten sam detektyw. Smutny, zmęczony życiem, ale dalej przenikliwy, pragnący odkryć prawdę. Często na wszelką cenę i wbrew przełożonym. Takim postaciom się kibicuje! Chce się je oglądać! W kryminale faktycznie istotna rolę odgrywa detektyw, bo to w końcu on popycha całą akcję naprzód. Jednak równie ważna jest historia. Dlatego otwiera kolejny tekst, w którym będę się przyglądał narracji.

Oba sezony The Sinner mają podobną budowę. Otwiera je niepokojące morderstwo. Często całkowicie niespodziewane. A jednak już w pierwszej sekwencji opowieści widać pewne zachowania, do których później zostanie dołączony odpowiedni kontekst. To są drobiazgi. Rozmowy telefoniczne postaci lub nawet muzyka puszczona na plaży. Te elementy mają olbrzymie znaczenie, o którym widzowie dowiadują się później. Często już po odkryciu wszystkich pozostałych tajemnic. Ciekawe się to ogląda, ponieważ nawet najdrobniejsze gesty nabierają wielkiej wagi. Prosty zabiega, ale dodaje uroku całek narracji.

Oczywiście w centrum wszystkich wydarzeń znajduję się Tajemnica. To właśnie ją pragnie odkryć detektywnym, chociaż on sam nie jest całkowicie pozbawiony mrocznej natury. Każdy z sezonów opowiada nie tylko o jakieś tragedii, która doprowadziła do otwierającego serial morderstwa, ale także o samym detektywie. Powoli pokazywana jest jego historia, dzięki czemu widzowie coraz lepiej rozumieją, dlaczego znalazł się w takim, a nie innym miejscu swojego życia. Drugą linią jest faktyczna Tajemnica, leżąca u podstawy poznania Prawdy na temat zabójcy, ofiary i morderstwa. W tym aspekcie oba sezony są bardzo podobne. Opisują ludzi wykorzystanych przez różnego rodzaju grupy, często wręcz dręczonych psychicznie, a nawet poddanych długotrwałej manipulacji. Wyraźnie widać, że narracja w The Sinner ma wyraźną formę, która jest wypełniana odmienną treścią.

Uderza mnie także małomiasteczkowość tego serialu. The Sinner nie wrzuca akcji do wielkiego miasta, w którym każdy jest anonimowy, a zło najczęściej przynoszą przyjezdni. Przynajmniej na poziomie stereotypu. The Sinner zawsze zabiera widza do niewielkiej miejscowości, do przestrzeni, gdzie każdy zna i kojarzy swojego sąsiada. Na dodatek absolutnie zawsze, na drugim planie, czają się rzeczy, o których nikt nie chce mówić. W przypadku pierwszego sezonu dotyczy to przeszłości głównej bohaterki, ale w drugiej odsłonie twórcy postanowili sięgnąć po cięższy kaliber. Zdecydowali się na zobrazowanie skomplikowanych relacji pomiędzy komuną posiadającą własne zasady, wręcz sektą, a mieszkańcami małego miasteczka, którzy niekoniecznie pochwalają takie zachowania, ale gotowi są je wykorzystać do własnych potrzeb. Manipulacja, nadużycia oraz żerowania na ludzkich tragediach wręcz wylewają się z ekranu w drugim sezonie.

The Sinner nie jest genialnym tekstem, o którym można napisać setki artykułów. Raczej obejrzałem solidnie wykonane rzemiosło. A to już nieźle.

Narracja miłości

Czas na pierwszy poświąteczny tekst! Na dodatek zaległy. Co miesiąc przygotowuję sobie listę tematów do podjęcia na blogu oraz DailyWeb. Z realizacją bywa różne, czasem się udaje, ale zdarza się, że jakiś tekst mi zostanie. Właśnie tak stało się z recenzją Historii małżeńskiej Miał być spis wrażeń, podzielenie się uwagami, jednak nie mam na to ochoty. Po prostu mam wrażenie, że film nie siedział we mnie na tyle, abym chciał przy nim trochę pomajstrować. Zresztą naczytałem się już różnych recenzji. Dlatego, aby utrzymać rytm zgodny z poprzednimi moimi tekstami, chciałbym rzucić okiem na narrację w Historii małżeńskiej.

W ostatnich tygodniach nie miałem szczęścia do fabuł. Ciągle coś mnie drażniło, psuło mi odbiór danej opowieści. Raz były to bzdurne zabiegi reżysera, a innym razem pisarski brak zdecydowania. Przypadek Historii małżeńskiej jest inny. Wyraźnie widać, że pomysł na fabułę był, jasno zostały określone postacie, a także ich motywacje. Ten film ma porządny rytm, raz jest spokojną opowieścią o miłości, aby po chwili stać się pełnym wrzasków wyrzutem pełnym pretensji oraz przemilczanych spraw. Dynamika opowieści została zbudowana wokół dwóch postaci i wyraźnie widać, że otaczający je świat jest dla nich formą pudła z różnymi sensami. Wyciągają je wtedy, gdy są im potrzebne, po to, aby później je schować i poszukać czegoś, co zwali z nóg przeciwnika. Taki układ relacji powoli spala energię postaci, co jeszcze bardziej podnosi wartość narracji.

Historia małżeńska przypominają o tym, że wcale nie trzeba wykorzystywać mnóstwa elementów, aby zaprezentować interesującą opowieść. W tym przypadku wystarczyły dwie osoby oraz zderzania, które są prowokowane przez ich charaktery oraz relację. Co jest idealną podstawą dla wielu różnych rozwiązań. Można stworzyć historię o dopalającej się miłości, o konflikcie, który zostaje przezwyciężony, a nawet o ponownym odkryciu własnych uczuć. Prostota Historii małżeńskiej decyduje o ich sile. To nie jest jakaś wielowarstwowa, plącząca się sama w sobie, narracja, ale porządnie skrojona opowieść o dwóch osobach oraz ich skomplikowanej miłości. W tej historii dochodzą do głosu arogancja i egocentryzm, po obu stronach, w takim samym natężeniu. Co jeszcze bardziej nakręca dynamiczną relację pomiędzy postaciami a światem, w jakim funkcjonują.

Problemem każdej opowieści jest dobre zakończenie. Mam wrażenie, że w przypadku Historii małżeńskiej nie zostaje wykorzystany cały ładunek emocjonalny włożony w tworzenie postaci. Ich konflikt dziwnie się rozmywa, traci na znaczeniu, a liczyłem na to, że do ostatnich minut będzie kluczowym elementem napędzającym fabułę. Gwałtowne wciśnięcie hamulca i zasugerowanie nowego kierunku w relacjach wydaje się interesującą formą zamykającą historię. Jednak, moim zdaniem, w tym przypadku nie zdaje egzaminu. Być może zaproponowana klamra niekoniecznie dobrze łączy rozbudzone charaktery? Powinna zgasić arogancję i egocentryzm, a odniosłem wrażenie, że jedynie je uśpiła. Pojawiło się oczekiwanie na kolejny wybuch, który już nie następuję.

Historia małżeńska to ciekawa opowieść sprawdzająca, jaki ładunek emocjonalny widz jest w stanie znieść, zanim stanie się obojętny. Takie historie warto oglądać.

Page 2 of 34

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén