Category: Recenzje (Page 2 of 29)

Tajemnice statków kosmicznych

Nightflyers nie dostanie drugiego sezonu. Netfliks planował długi serial, historię rozłożoną na kilka części. Jednak zabrakło zainteresowanie ze strony widzów. Najwyraźniej oparcie opowieści na noweli stworzonej przez George’a R. R. Martina to trochę za mało, aby zabawić odbiorców. Moim zdaniem ten serial nie był zły. Jego największym problemem było ciągłe odkładanie wyjaśnień na później.

W serialach kochamy tajemnice, porządnie zrobione cliffhangery, które zmuszają do włączenia kolejnego odcinka. Przypadek Nightflyers pokazuje, że jednak czasem warto wprowadzić odbiorcę do świata przedstawionego. Ciągłe utrzymywanie dystansu w końcu męczy. Serial znacznie zyskuje na wartości, gdy widz rozumie motywacje postaci oraz ich historie. W Nightflyers tego brakowało. Z perspektywy czasu trudno mi wybrać dobrze zbudowany charakter. Tak jakbym wszystkim czegoś brakowało, a to coś miało dopiero pojawić się w kolejnych sezonach. A te nie nastąpią, więc w zasadzie osoby, które tak jak ja, obejrzały pierwszą serię do końca, pozostaną zawieszone. U mnie dominuje poczucie niedosytu, podsycane przez zwykłe rozczarowanie.

Po pierwszych dwóch odcinkach pomyślałem, że to będzie takie Solaris na sterydach. Mniej łażenia po okręcie i snucia istotnych, egzystencjalnych pytań, więcej akcji, zderzeń i konfliktów pomiędzy postaciami. W tle – obcy, ich wpływ na załogę oraz tajemnica statku. Fundamenty wyglądają interesująco, powiedziałbym, że nawet zachęcająco. Problemem jest konstrukcja, która została na nich zbudowana. Nightflyers robi dużo, aby zrazić do siebie odbiorcę. Do historii wrzucane są wątki na później, takie kąski, które zapowiadają porządne danie. Tylko że ono się nie pojawia. W wyniku czego odbiorca zaczyna się gubić w kolejnych liniach fabularnych. Nie wiadomo dokąd zmierza serial, po co przytaczane są niektóre historie, jakie motywacje mają poszczególne postacie. Moja Żona, właśnie z powodu niechęci twórców do wyjaśniania tajemnic, zrezygnowała z oglądania Nightflyers. Ja wytrzymałem do końca, ale po ostatnim odcinku odniosłem wrażenie, że zaprezentowano mi jedynie ułamek historii. Nawet nie nazwałbym go najciekawszym. Moim zdaniem pierwszy sezon został zaplanowany jako przydługi prolog. Dopiero w kolejnych seriach akcja miała się rozwinąć.

Może Nightflyers miało zmienić się w Zagubionych w przestrzeni kosmicznej? Postacie zamknięte w dryfującym okręcie, lecące na spotkanie z obcą formą życia. Ten obraz, z finałowego odcinka, zostaje w pamięci. Jednak brakuje mu odpowiedniego kontekstu, porządnego umiejscowienia w przeszłości poszczególnych postaci. Pierwszy i ostatni sezon Nightflyers przypomina kiepsko zszyty patchwork. Serialowi brakuje odpowiedniego wyrazu, twórcy niechętnie dzielili się wiedzą z odbiorcami i liczyli na to, że jednak połkną przynętę. Problem polega na tym, że ciągle ją odsuwano. Dlatego nie dziwią mnie złe wyniki oglądalności i niewielkie zainteresowanie ze strony widzów. Przy takiej chybotliwej konstrukcji, trudno o sukces. Nie zaprzeczam, że lubię tajemnice, ale tylko wtedy, gdy czuję, że już wkrótce pojawi się jej rozwiązanie. A tego właśnie zabrakło.

Reifikacja śmierci

W repertuarze Teatru Zagłębia pojawiła się sztuka, którą każdy powinien obejrzeć. W tym udającym szczęście świecie, na próżno szukać nawet najmniejszych śladów brudu, uprzedmiotowienia i smutku. Nowa rzeczywistość opiera się na zdjęciach, mniej lub bardziej prowokacyjnych i bulwersujących. Jest tak doskonale zakłamana, że nawet nie próbujemy wytknąć jej wszystkich bredni. „Dead Girls Wanted” zrywa zasłonę z misternie utkanych oszustw.

Ten spektakl jest olśniewający i przerażający. Jednocześnie. Głównym tematem jest śmierć kobiety, jej uprzedmiotowienie, które zaczyna się już w literaturze. Nowoczesne media tylko podłapują ten topos i ekstremalnie go wykorzystują. Sposób prezentacji śmierci w „Dead Girls Wanted” zmusza do zastanowienia się nad współczesnym porządkiem świata. Odbiorca jest świadkiem konkursu, czymś na wzór medialnie znanych wyborów miss. Tylko że w tym przypadku nie będzie stereotypowych przemów o pokoju na świecie. W „Dead Girls Wanted” są monologi. Przerażające. Ciężkie. Piętnujące zakłamanie codzienności, a także to, jak sami dajemy się uwieść różnym modom. Nie próbujemy ich zgłębić, płyniemy z prądem. Spektakl niszczy ten spokój, w sposób brutalny i bezpośredni. Przyznam, że ta metoda mnie zachwyciła. Żadnych pół środków, doskonale wymierzone uderzenie w codzienność, stereotypy i wszelkiego rodzaju skróty myślowe.

„Dead Girls Wanted” stawia trafne pytanie. Dlaczego tak bardzo nas interesuje śmierć kobiety? Nie tylko w formie fikcyjnej, w literaturze lub w filmie, ale także prawdziwych osób. W spektaklu o swoim życiu i umieraniu opowiadają różne znane osoby. Swoim cierpieniem dzieli się Nastazja Filipowna (Beata Deutschman), Whitney Huston (Łukasz Stawarczyk), Amy Winehause (Magdalena Celmer), Anna Nicole Simith (Karolina Staniec), Britney Spears (Małgorzata Saniak) oraz Lindsay Lohan (Agnieszka Kwietniewska). Ten zestaw poraża! Trafiły do niego postacie doskonale znane z kultury, w niektórych przypadkach wręcz ubóstwiane. Ich upadek, często śmierć, stał się podstawą do snucia skomplikowanych opowieści o żądzy, chciwości oraz sławie. Jednocześnie całkowicie pomięto to, że każda z nich była człowiekiem. Kultura z łatwością sprowadziła je do rangi przedmiotu. Fascynującego, pięknego i ubóstwianego, ale w dalszym ciągu przedmiotu.

Diagnoza jest smutna, może nawet przerażająca. Śmierć kobiety zostaje poddana reifikacji, wyrwana z tkanki społecznej. Prezentowana jako wynik działania czegoś pozamaterialnego, trudnego do opisana, nieuchwytnego dla każdego uczestnika kultury. A w monologach wypowiadanych ze sceny wyraźnie widać, że wszystkie upadki miały swoje realne i niepodważalne powody. Śmierć również zostaje obdarta z fascynującego uroku i ukazana jest proces rozkładu ciała. „Dead Girls Wanted” wyrywa ten temat z niebytu, uziemia go. W wyniku czegoś wszystkie opowiadające postaci odzyskują swoje człowieczeństwo. Świadomość tego, z jaką łatwością odmawia im się, bycia człowiekiem przeraża.

Moim zdaniem jest to piekielnie ważny spektakl, z którym każdy powinien się skonfrontować. Wątpię, aby jakikolwiek odbiorca pozostał obojętny.

Fałszywa komiksowość

Obejrzałem Polar. Chociaż sądzę, że czasownik „obejrzałem” nie oddaje wagi czynności. Lepszy byłby „wymęczyłem” lub „przetrwałem”. Ten film jest doskonałym przykładem tego, co dzieje się, gdy ludzie tworzą teksty wyłącznie pod dyktando zysku. Tak jakby wrzucenie na początek filmu słów „na podstawie komiksu” usprawiedliwiało braki w wielu innych aspektach. Co z tego, że główną rolę gra Madds Mikkelsen, skoro dostał materiał mierny i beznadziejny?

Nie widzę nic dobrego w tym filmie. Cały materiał przypomina zwykły skok na kasę. Nieudolną próbę wybicia się na popularności Johna Wicka. W centrum fabuły również znajduje się zawodowy morderca, który postanowił zerwać z wykonywaną profesją. Można to uznać za interesujący punkt wyjścia, jednak na tym fundamencie wypadałoby coś zbudować. Potrzebna jest realizacja, której wyraźnie w Polarze brakuje. Dla mnie ten film jest tylko pomysłem, wydmuszką, z której ktoś metodycznie i z godnym pochwały uporem, wyrzucił zawartość. Polar jest boleśnie pusty, nieudolny fabularnie, a na dodatek próbuje sprzedać swoją miernotę, zasłaniając się komiksem.

Może się udawać, że przeniesienie sensów do filmu z powieści obrazkowej, jest banalne. Oba media operują obrazem, zamykają treść wewnątrz konkretnego kadru. Jednak to tylko pozór. Mam wrażenie, że twórcy filmy Polar zapomnieli o jednej, kluczowej, kwestii – odbiorze. Komiks się ogląda i czyta, co wymaga ciągłego zestawiania sensów wyodrębnionych ze słów z tymi zawartych w obrazie. Pojawia się interakcja, jaką jest przewracanie stron, co jest widoczne nawet w wersji cyfrowej. Uwaga odbiorcy skupia się zupełnie inaczej, niż w przypadku filmu, który – przede wszystkim – się ogląda. Obraz staje się tutaj dominantą, dlatego tak istotny dla fabuły jest montaż oraz to, co trafia do kadru. Tutaj – moim – zdaniem leży największa słabość filmu Polar.

Jest przypadkowy. Fabuła poskładana jest z różnych obrazków, które są tylko luźno ze sobą powiązane. Wiele czynności wykonywanych przez postacie, nie ma większego znaczenia dla całości filmu. Podejrzewam, że w zamyśle twórców, miało to prowadzić do estetyzacji przemocy, do upiększenia brutalności tortur oraz rozbryzgujących się głów. Dobrym przykładem realizacji tego tematu, jest film Velvet Buzzsaw. Tam przemoc zostaje poddana solidnej estetyzacji. Mało tego! Zostaje, w dość swobodny sposób, włączona w porządek sztuki wystawianej w galeriach, a więc takiej, która poszukuje uznania w oczach krytyków. A Polar? Obrazki, które w komiksie na pewno by się broniły. Istotna byłaby kreska, dynamika pomiędzy postaciami. Ważny były sposób, w jaki została ukazana akcja. W filmie po prostu brakuje solidnego rzemiosła. Jest za to marketingowa papka, trudna do strawienia i marnująca aktorski potencja Madsa Mikkelsena.

Mnie Polar przypomniał, że komiksowość rządzi się swoimi prawami. Ustawia w określony sposób odbiorcę i bez zrozumienia różnic pomiędzy tymi mediami, trudno mówić o porządnej adaptacji. W jej miejsce pojawia ohydna pulpa wylewająca się z ekranu.

Nieostra piła

Kolejny film z Netfliksowej listy został odhaczony! Tym razem padło na Velvet Buzzsaw. Z uwagi na malarskie wykształcenie mojej Żony, tytuł ten szybko stał się jednym z obowiązkowych. Obejrzeliśmy, szczególnie zachwyceni nie jesteśmy. Historia była ciekawa, realizacja na wysokim poziomie, podobnie jak aktorstwo. Jednak ciągle nam czegoś brakowało i właśnie na tym braku chciałbym się skupić. Bywa czasem tak, że człowiek skończy tekst kultury, czuje, że w sumie był niezłe, a tu nagle wkrada się nieznośne „ale”.

Dobrym wstępem do tekstu o brakach jest tweet mojego dobrego znajomego:

Łukasz ma po prostu rację!

Części narracji muszą być ze sobą w pewien sposób połączone. Kontynuując tok myślowy Łukasza, muszą być zszyte. Najlepiej, żeby się nie rozłaziły w trakcie lektury danego tekstu. Właśnie w przypadku Velvet Buzzsaw problemem szybko stają się powyciągane nitki. Porzucone wątki, które – tak przynajmniej sądzę – miały stanowić początek większej tajemnicy, ale z jakiś powodów nie zostały wykorzystane. Szczególnie utkwiły mi w głowie dwa drobiazgi. Pierwszy, to technik wciągnięty do obrazu z małpami. Niby później pojawia się wspomnienie na jego temat, o tym, że był widziany na monitoringu, jednak nikt nie wspomina o tym, co konkretnie wydarzyło się na stacji benzynowej. A drugą nitką jest śledztwo prywatnego detektywa. Teczka trafia do szuflady, główny bohater dostaje wiadomość o interesujących informacjach, ale nie podejmuje tropu. Co zupełnie nie współgra z jego charakterem! Z dokładnością, z precyzją, z umiejętnością obserwacji! Takich detali jest w Velvet Buzzsaw znacznie więcej.

Być może ten film jest po prostu pięknym obrazem? Kadry są piękne, zasługują na miano malarskich. Wyraźnie widać i czuć, że przestrzenne układy nie są przypadkowe. Są cudowanie przemyślanie. Kolory otoczenia współgrają z kostiumami postaci. Taka konstrukcja idealnie współgra z opisywanym światem galerii, artystów oraz kolekcjonerów sztuki. Historia jest ciągle na drugim planie. Wykorzystany zostaje znany w kulturze motyw żywych obrazów. Spoglądanie w kierunku Doriana Grey’a nie ma większego sensu. W Velvet Buzzsaw ważniejszy jest przeklęty wpływ obrazów, to, że sztuka zabija, tych, którzy na niej zarabiają. Można by tutaj dopisać jakąś krytykę konsumpcjonizmu, jednak nie widzę w tym większego sensu. Byłoby to równie słabe, co połączenia pomiędzy kolejnymi wątkami narracji.

Velvet Buzzsaw trudno mi nazwać rozczarowaniem. Nie oczekiwałem, że zostanę olśniony. Najlepszym określeniem dla tego filmu, jest przyjemna droga. Nie sądzę, aby film niósł ze sobą jakikolwiek dodatkowy ładunek. Powstał, żeby oczarować kadrami, trochę znużyć historią i odrobinę zdenerwować brakiem dbałości o narracyjne detale.

Przyzwoita narracja

Dalej nadrabiam zaległości w czytaniu. Ostatnio skończyłem Trawę Sheri S. Tepper. Przyznaję, że jestem rozdarty. Książka pochłonęła mnie na kilka wieczorów, byłem ciekaw dalszych losów bohaterów. A potem przyszedł ostatni rozdział, wraz z nim pojawiło się rozczarowanie. Cała misterna konstrukcja się rozsypała. Dlatego czuję się jednocześnie zachwycony i zawiedziony. Po prostu zakończenie nie przypadło mi do gustu.

W przypadku fantastyki naukowej mam spore oczekiwania co do autorów. Wymagam dobrego przygotowania, stworzenia koherentnego świata przedstawionego. Nie musi mieć od razu twardych naukowych podstaw, ale chciałbym, aby nie rozlatywał się w ostatnich rozdziałach. Podobnie myślę w przypadku prozy nastawionej na badanie społecznych zachowań. Samo opisanie kilku rytuałów, to zdecydowanie za mało. Co z praktykami codziennymi? Historią utrwalaną przez kolejne pokolenia? Dlaczego ludzie stają się tacy, a nie inni? Wytłumaczenie, że są pod kontrolą istot zamieszkujących planetę, to czasem za mało. W Trawie wiele elementów istnieje tylko po to, aby napędzać akcję powieści.

A ta ma całkiem przyjemne tempo. Ciągle coś się dzieje, za każdym wzgórzem czeka nowa tajemnica. Ich odkrywania również jest prowadzone w sposób ciekawy. Zawsze związane jest z jakimś konfliktem. Pragnienie zrozumienia sprawia, że postacie walczą o każdy kolejny wers prawdy. Czasem otwarcie, a innym razem pomiędzy wierszami. Dzięki tej dynamice Trawa wciąga, nie pozwala czytelnikowi oderwać się na dłużej. Przez cały okres lektury chciałem wracać do świata przedstawionego. Zastanawiałem się, czym teraz zaskoczy mnie autora książki, w jaką tajemnicę wpakuje bohaterów. Problemy zaczęły się, gdy przyjrzałem się tym wprowadzonym i rozwiązanym sekretom. Wtedy blask Trawy powoli blakł.

Przymiotnikiem, który najlepiej pasuje do tej powieści, jest „powierzchowny”. Odniosłem wrażenie, że autorka próbuje stworzy socjologiczne science fiction. Dużo uwagi poświęca różnym grupom zamieszkującym planety, opisuje frakcje walczące o władze na Ziemi, a nawet wplata w to wszystko elementy religijne. Taka konstrukcja nie jest zła, jednak wymaga wprowadzenia dodatkowego kontekstu. W Trawie tego brakuje. Poszczególne elementy są wrzucane do świata przedstawionego, następie, za sprawą fabuły, tworzone są delikatne połączenia pomiędzy nimi. Jednak w dalszym ciągu brakuje tutaj solidnego zaczepienia, jakiegoś haka, który ustabilizowałby rzeczywistość powieści. Gdy zacząłem poszukiwać głębi, to zacząłem boleśnie odbijać się od rozmytych sensów. Tak jakby celem nasyconej akcji fabuły, było ciągłe odwracanie uwagi czytelnika. Żeby przypadkiem nie zatrzymał się na dłużej, bo wtedy stają się widoczne szwy spajające całą narrację.

Trawa to dobra powieść, dopóki nie zaczyna się przy niej grzebać. Można przeczytać, dać się porwać, a potem zostawić. Rozmyślanie nad zaproponowaną fabułą prowadzi do bolesnego rozczarowania. Jednak nie sądzę, abym stracił czas. Bardzo dobrze się bawiłem, lubię, gdy literatura dostarcza mi przyjemności. Sama historia również była na przyzwoitym poziomie. Warto sięgnąć, jeżeli akurat nie ma się nic ciekawego do czytania.

Page 2 of 29

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén