Category: Recenzje (Page 2 of 28)

Dreszcz prześladowania

Zaczyna się weekend, więc warto rozejrzeć się za jakimś filmem! Żyjemy w czasach, w których są one na wyciągnięcie ręki. Liczone w setkach, w absolutnie każdym gatunku. A dzisiaj chciałbym Was zachęcić do obejrzenia filmu Coś za mną chodzi. Tytuł doskonale oddaje fabułę. Autorzy nie mieli na myśli jakiejś zachcianki, która nie chce wyleźć z głowy. Zdecydowali się na coś znacznie bardziej przerażającego, nawiązującego do strachu przed byciem prześladowanym i obserwowanym.

W Coś za mną chodzi za głównymi bohaterami faktycznie coś łazi. Na próżno oczekiwać jakiegokolwiek tłumaczenia genezy zjawy, która prześladuje ludzi. Po prostu jest. Idzie na człowieka, a gdy go dopadnie, to zabija. Potwór wygląda jak człowiek, często znajomy i bliski. Niestety, tylko prześladowany go widzi. Brak wprowadzenia oraz to, że dla innych postaci zjawa jest niewidoczna, budują gęstą atmosferę filmu. Bywa, że nic się nie dzieje, nikt nie ucieka, bohaterowie zaczynają się czuć bezpiecznie i zajmują się swoimi sprawami. Nagle, w kadrze pojawia się szybko idąca postać. Spokój od razu wyparowuje, na jego miejsce wchodzi zagrożenie. Przerażające, nieuniknione poczucie, że coś się zbliża i nie można tego zatrzymać.

Ciągle wiszące w powietrzu zagrożenie sprawia, że od filmu trudno się oderwać. Człowiek obserwuje postacie, zastanawia się, która z osób widocznych w kadrze jest potworem. Pojawiają się też bardziej niepokojące obrazy! Pojawienie się człowieka na dachu, który obserwuje aktualnie prześladowaną postać. Wraz z rozwojem fabuły poczucie zagrożenia staje się coraz bardziej przytłaczające i wszechobecne. Postacie są coraz bardziej zdesperowane. Walczą z czymś, co jest nieuniknione, pozostaje jedynie kwestią czasu, ponieważ na pewno gdzieś jest i cały czas się zbliża. Właśnie w taki sposób podtrzymywane jest napięcie w filmie. Szybko udziela się widzowi, przyciąga, hipnotyzuje. Wręcz wyczekuje się na idącą zmorę. W świecie, w którym horrory bywają tworzone z pomocą tysięcy kadrów z efektami specjalnymi, Coś za mną chodzi jawi się jako obraz oryginalny, inny i niepokojący.

Film jest ubogi w komputerowe przekształcanie przestrzeni. Niewiele w nim efektów specjalnych. Kamera, ludzie i zbliżająca się zjawa. Takie połączenie sprawia, że film jest dziwny. W niepokojący sposób. Na pewno cechuje go prostota delikatnie przyprawiona realizmem. Dzięki temu wywołuje dreszcz na plecach, przykuwa do ekranu. Nie sądzę, aby wszystkim taki sposób tworzenia dreszczowca się spodobał. Groza w Coś za mną chodzi jest, na swój sposób, wyjątkowa, czasami dziwna. Mimo to uważam, że warto sięgnąć po ten film. Dla samego doświadczenia inności, odbicia się od sztampowych scen z rozlewem krwi oraz duchów wyłażących z luster. W Coś za mną chodzi nie ma takich rzeczy. Jest za to trudne do zniesienia poczucie zagrożenia oraz ciągle zbliżający się potwór. Nie ma tutaj nic przesadzonego. Historia została dobrze opowiedziana, brak wprowadzenia nie przeszkadza, a wprost przeciwnie – tylko podkreśla niepokój. A potem pojawia się gęsta, hipnotyzująca atmosfera.

Zdecydowanie warto poświęcić 90 minut na Coś za mną chodzi.

Śmiertelne wygodnictwo

Będzie o literaturze, o czytaniu, o książce. Już kiedyś wspominałem, że będę wracał do pisania o swoich doświadczeniach płynących z różnych lektur. Kilka kolejnych tekstów na pewno będzie poświęconych fantastyce naukowej. Zauważyłem, że na Kindle’u mam sporo książek utrzymanych w tym gatunku. Zastanawiam się, jak wiele z nich będzie dotyczyło zagłady ludzkości, apokalipsy, którą sami sobie zgotowaliśmy. Przedrzeźniacz Waltera Tevisa prezentuje świat, w którym rządzą roboty. A ludzie? Snują się. Dogorywają. Powoli dogasają.

To nie jest zagłada rodem z Terminatora lub Matriksa. Przedrzeźniaczowi daleko nawet do jednego z odcinków Czarnego lustra, w którym grasowały wściekłe robopsy. Walter Tevis zaproponował inna wersję upadku rodzaju ludzkiego. Takiego przesyconego narkotykami, które są dystrybuowane przez maszyny. Na dodatek to właśnie roboty dbają o utrzymanie porządku w powoli dogorywających miastach. A wszystko robią na życzenie swoich konstruktorów, ludzi, którzy za wszelką cenę chcieli mieć wygodne, przyjemne życie. W Przedrzeźniaczu je mają. Co prawda rodzi się coraz mniej dzieci, gatunek jest zagrożony, ale kogo to obchodzi? Wszystkiego jest pod dostatkiem, o resztki ludzkości dbają cały czas pracujące maszyny.

Wizja końca świata, w której ludzie sami zdecydowali się na oddanie swojego losu maszynom, jest w niepokojąca. Założenie, że sztuczna inteligencja będzie sama siebie korygować i dążyć do doskonałego, idealnego porządku, wydaje się niespełnionym snem odważnego wizjonera. W Przedrzeźniaczu autor oparł na tym założeniu cały świat przedstawiony. Efekty? Opłakane. Ludzie nie potrafią czytać i są wyłączeni z porządku symbolicznego. Mało myślą, ponieważ ciągle biorą specjalne tabelki, które wprawiają ich w dobry nastrój, ale otumaniają. Społeczeństwa są obojętne, zdrętwiałe, nie zdają sobie sprawy z tego, że powoli wymierają. Nikt nie zdaje pytań. Po co miałby to robić? O wszystko dbają specjalnie zaprojektowane maszyny. Nawet same się serwisują! A ich jedynym celem jest zapewnienie dobrego samopoczucia ludziom.

W Przedrzeźniaczu świat pada ofiarą własnego wygodnictwa. Ciągłemu dążeniu do przyjemności. Skądś to znamy, prawda? Książka została po raz pierwszy wydana w 1980 roku, ale ten przerażający świat przedstawiony jest nam bliski. Coraz więcej osób ma poważne problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Współczesność woli obrazki. Za wszelką cenę dążymy do ciągłego odczuwania przyjemności. Począwszy od ślepego konsumpcjonizmu, po intelektualne lenistwo. Czy nowoczesny świat chętnie oddałby się w ręce maszyn? Takich sterujących wszystkim, dbających o wszystko? Sądzę, że w każdym społeczeństwie znalazłaby się frakcja, która chętnie by tak postąpiła. Po co się martwić? Lepiej się wycofać i zza narkotycznej zasłony obserwować powolny upadek świata. W Przedrzeźniaczu obojętność jest społecznie akceptowalna, a nawet pożądana i wtłaczana w ludzkie umysły od pierwszego dnia edukacji.

Książka Waltera Tevisa zostawiła mnie z niepokojem. Nawet lekkim przerażeniem. W końcu wszyscy kochamy proste przyjemności i najchętniej byśmy się w nich zanurzyli. Tym bardziej, że takie postępowanie jest mocno promowane przez nowoczesną kulturę. Jednak myślę, że wciąż trafiają się jednostki, które potrafią się temu przeciwstawić. Na szczęście jeszcze jej nadzieja.

Ta przeklęta interakcyjność!

Bandersnatch od Netfliksa skończony! Przyjemny wstęp do kolejnego sezonu Czarnego lustra. Ciekawe przypomnienie czym były książki paragrafowe. Cieszę się, że nie próbowano z gier komputerowych uczynić świtu interaktywności. Istotnego elementu kultury, który powinno się rozumieć szeroko, a nie sprowadzać wyłącznie do relacji człowieka z wirtualnymi światami. Nie chcę wyłącznie chwalić eksperymentu Netfliksa, ale też nie mam zamiaru go krytykować. Taki materiał był potrzebny, pokazał, jak bardzo lubimy kontrolować i wpływać.

Jednocześnie warto zadać sobie pytanie, czy faktycznie potrzebujemy takiej formy rozrywki. Bo może wciskanie wszędzie interaktywnych form, wcale nie jest koniecznością? Co ze starym, dobrym prowadzeniem narracji? Co z fabułami, które mają jasny początek i solidne zakończenie? Akurat Bandersnatch ma te elementy, a decyzje użytkownika wpływają na konkretny finał. Jednak obawiam się, że spopularyzowanie takiej filmowej formy wcale nie będzie łatwe. Każde medium odpowiednio kształtuje odbiorcę, wpływa na jego sposób postrzegania konstrukcji opowieści, a nawet projektuje oczekiwania wynikające ze struktury danej formy. Bandersnatch je rozbija, atakuje. Podobnie jak powieść paragrafowa każe zmierzyć się z przyzwyczajeniem do formy książki (co później rozwija liberatura). Może na dłuższą metę będzie to męczące?

Sam zaczynałem odczuwać delikatne znużenie tym eksperymentem. Na początku decydowanie za głównego bohatera było ciekawe, ale później zaczynało robić się męczące. Problemem nie były tutaj fabularne pętle, ale moje oczekiwania wobec medium. Jak oglądam film, to nie siedzę z myszką i nie czekam na kolejny panel z decyzjami. Podobnie w przypadku powieści paragrafowej. Skakanie pomiędzy specjalnie zaznaczonymi rozdziałami w pewnej chwili robi się męczące i pojawia się w człowieku chęć jak najszybszego ukończenia opowieści. Bez konieczności ciągłego wybierania, decydowania i sprawdzania efektów. Zestawienie Bandersnatcha z grą komputerową nasuwa się samo, także za sprawą głównego motywu, ale nie sądzę, aby było ono trafione.

Wirtualne światy wymagają większej pracy wykonanej przez odbiorcę. Stworzenie postaci, przejście samouczka, nauka sterowanie. Fabuła staje się istotną pomocą we wchodzeniu w nową rzeczywistość. Świat poznawany jest za pośrednictwem konkretnej postaci, w buty, której wchodzi odbiorca. Bandersnatch inaczej rozkłada akcenty. Odbiorca staje się demiurgiem kreujących zachowania głównego bohatera. Ma nad nim sporą władzę, ciekawie jest, gdy szyba zostaje stłuczona i okazuje się, że postać zaczyna odczuwać to, że ktoś ją kontroluje. Gry komputerowe niechętnie korzystają z tego elementu. Wpływ użytkownika jest przeźroczysty, przekładany bezpośrednio na akcje postaci. Game design często ukrywa sznurki, za które pociąga gracz. Jeżeli ktoś zrobi to w sposób mało umiejętny, w recenzjach pojawia się informacja o nieintuicyjnym sterowaniu. Na wierzch zostaje wyciągnięty wpływ gracza na świat przedstawiony oraz postać.

Bandersnatch to pytanie o formę. Zaproszenie do zderzenia się z własnymi przyzwyczajeniami. Warto się skonfrontować, jednak później dobrze jest zastanowić się nad sposobem swoim postrzegania tego tekstu. Z czego wynikał? Jakie przyzwyczajenia należało pokonać? I czy w ogóle takie doświadczenie warto powtórzyć?

Wirtualni korsarze

Ostatnie godziny 2018 roku! Z tej okazji postanowiłem przetestować grę, która kompletnie mnie nie interesowała w dniu premiery. Piraci, walki ze szkieletami, strzelanie z dział, pływanie statkami i odwiedzanie portów nigdy nie sprawiało mi zbyt wiele przyjemności. Dlatego zignorowałem premierę Sea of Thieves. Trochę poczytałem na temat tej gry, ale nie czekałem na przecenę, aby ją kupić. Z artykułów dowiedziałem się, że to No Man’s Sky, tylko że na morzu.

Trudno mi ocenić co działo się w grze w marcu 2018 roku, gdy Sea of Thieves miało swoją premierę. Historię znam tylko z tekstów opublikowanych w Sieci. Jedni chwalili, doceniali to, że tytuł skierowany jest do odbiorców casualowych, czyli takich, którzy wchodzą do wirtualnego świata raz na jakiś czas, żeby się dobrze bawić. Drudzy krytykowali brak jasnego systemu postępu w grze, monotonię, powtarzalność oraz nudę, która pojawiała się po pierwszych godzinach zabawy. Tak samo pisano i mówiono o No Man’s Sky. Jednak produkcja studia Hello Games odbiła się tym roku za sprawą aktualizacji Atlas, która wywróciła grę do góry nogami. To zupełnie inna produkcja niż w dniu premiery. Czy taki sam los spotkał Sea of Thieves?

Na Reddicie czytam, że tak. Kolejne aktualizacje sprawiły, że tytuł ten stał się ciekawszy. Bardziej wypełniony zawartością. Liczy się nie tylko samo pływanie, ale także umiejętne planowanie kolejnych wojaży. Na chwilę obecną w grze nie ma żadnych mikrotransakcji, a dotychczasowe rozszerzenia zostały udostępnione za darmo dla posiadaczy Sea of Thieves. Warto także zaznaczyć, że osoby zainteresowane wypróbowaniem tego tytułu nie muszą go od razu kupować. Wystarczy wykupić Xbox Game Pass na jeden miesiąc (40 złotych) lub zdecydować się na bezpłatny 14 dniowy okres próbny. Sea of Thieves jest dostępne także na komputerach z Windowsem 10, nie trzeba od razu biec do sklepu i kupować Xboksa. Ja z tej możliwości skorzystałem. Gra się pobrała, zainstalowała, korzystam z pada i wszystko ładnie śmiga.

W wirtualnym świecie Sea of Thieves spędziłem już 7 godzin. Pierwsze rejsy były, delikatnie mówiąc, niefortunne. W grze nie ma żadnego samouczka. Tak jakby wszystko od razu było jasne. Zabrakło mi przynajmniej jednej, wcześniej zaprogramowanej, podróży. Bez większych przeszkód, zwykły rejs z jednego punktu do drugiego. Z jakąś paczką. Dla samego zaprezentowanie podstaw. Odbieranie zleceń, pływanie statkiem, cumowanie w porcie i korzystanie z mapy. Bieganie przez 10 minut i klikanie we wszystko, co się podświetli trudno nazwać dobrą zabawą. Dopiero gdy zrozumiałem podstawowe mechaniki w Sea of Thieves, rozpocząłem swoją piracką przygodę. Po drodze zostałem jeszcze zaatakowany i obrabowany przez innych graczy. Cóż, korsarze nigdy nie mieli łatwo.

Gra jest niezła. Pływanie, wykonywanie kolejnych zleceń oraz eksplorowanie wysp daje mi sporo przyjemności. Dreszczyk niepokoju pojawia się, gdy na horyzoncie widzę drugi statek. Zaatakują? Pozwolą przepłynąć? A może po prostu wskoczą na pokład i zabiorą mój cenny ładunek? Myślałem, że w tak mało popularnej grze, częściej będę sam. Najwyraźniej mam szczęście do spotykania innych. Te zderzenia nie zawsze zapamiętałem jako przyjemne. Tego można się spodziewać. Produkcje, które nie mają jasno określonego podziału na strefy gracz kontra gracz (PvP) i gracz kontra środowisko (PvE) rzadko są przyjazne dla nowicjuszy. Trzeba liczyć się z wrogim nastawieniem innych graczy i wszystkich traktować zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania. Z tych spotkań zapamiętałem jedną, brawurową ucieczkę. W Sea of Thieves bawię się sam, więc pływam żaglówką, która jest bardzo szybko i zwinna. W trakcie jednego rejsu udało mi się umknąć przed galeonem, przy niewielkich zniszczeniach kadłuba.

Podstawowym problemem Sea of Thieves jest powtarzalność. Walczyłem ze szkieletami i już widzę, że to potyczki będą zawsze wyglądały tak samo. Łapałem zwierzęta dla gildii kupców i wiem, że za każdym razem tak będzie wyglądała ta misja. Podobnie ma się sprawa z Megalodonem oraz Krakenem. Oba stwory już spotkałem na swojej drodze. Za pierwszym razem było to emocjonujące wydarzenie, ale kolejne potyczki trudno nazwać ciekawymi. Nic się w nich nie zmieniło, potwory atakowały dokładnie w tan sam sposób. W ich zachowaniu nie było nic, co wymusiłoby na mnie zmianę wcześniej opracowanej taktyki. Sea of Thieves jest bardzo powtarzalne, co jednym może się podobać, a innych może drażnić.

Mnie ta gra, wbrew pozorom, relaksuje. Wybiera sobie misje, zarabiam pieniądze, za które kupuję różne skórki dla przedmiotów, postaci oraz statku. Pływam po wirtualnym morzu, czasem wdam się walkę ze szkieletami lub zbadam wyspę. Okazjonalnie rozwiążę zagadkę i poszukam ukrytego skarbu. Co dwa tygodnie w grze pojawiają się wydarzenia, które pozwalają na zdobycie specjalnej waluty. A za nią można kupić ekskluzywne skróki. Wszystko w Sea of Thieves kręci się wokół personalizowania wyglądu postaci oraz statku. Aż dziw bierze, że nie zostało to jeszcze zmonetyzowane.

Na pewno jeszcze trochę popływam. Przez dwa, trzy tygodnie, a potem wskoczę do innego wirtualnego świata. Może później wrócę na wirtualne morze Sea of Thieves? Kto wie.

Przymknij oko

Jednym z podstawowych plusów urlopu, jest to, że nareszcie mam czas, żeby usunąć trochę filmów z cyfrowej kupki wstydu. W czasie świąt wybór padł na Nie otwieraj oczu. Horror produkcji Netfliksa. Dlatego nie liczyłem na zbyt wiele. Tytuły spod tego szyldu bywają strasznie nierówne. Szczególnie w przypadku fantastyki naukowej. Nie otwieraj oczu to horror, co wcale nie oznacza, że od razu będzie lepiej. To niezła produkcja, chwilami irytująca, miejscami wciągająca.

Źle nie jest, ale specjalnie dobrze też. Nie otwieraj oczu rozkręca się powoli. Najważniejsze elementy są odkrywane stopniowo, szczególnie ważne jest poszarpanie chronologii. W przypadku tego filmu wydarzenia nie zostały uporządkowane od najwcześniejszego do najpóźniejszego. Nie, nie, twórcy zdecydowali się na prosty zabieg. Przeplatają przeszłość, z filmową teraźniejszością. Retrospekcje doskonale budują atmosferę grozy, wszystko dzięki zestawieniu świata upadającego, z chwilami po całkowitej destrukcji społeczeństwa. Obserwowanie bohaterki w tych dwóch planach jest ciekawe, ponieważ pozwala prześledzić, jak zmieniał się charakter postaci. Niestety, to rozdzielenie wzmacnia także błędy w scenariuszu. Być może bez tego podziału, przy zwykłej chronologii drobne potknięcia nie byłby tak widoczne.

Zdarzają się poślizgnięcia, które niszczą przyjemność z oglądania filmu. Nie otwieraj oczu to tytuł, któremu należy dać się ponieść, ponieważ jego analizowanie i rozkładnie na czynniki pierwsze, psuje zabawę. Głównym motywem jest tajemnicza siła, która sprawia, że ludzie popełniają samobójstwa. Jednak niewiele dowiadujemy się o tych wizjach, geneza tej siły również nie jest dokładnie opisana. Pojawiają się postacie, które snują domysły. Nic więcej. Zaraz pojawia się atmosfera ciągłego zagrożenia, pomiędzy bohaterami pojawia się coraz więcej napięć, które destabilizują grupę. Tutaj często brakuje dodania przeszłości niektórych osób. Bywają płascy, przeźroczyści. Scena dotycząca pozyskiwania zasobów również jest dziwna. Do SUVa udaje się zmieścić 4 osoby oraz 5 wózków wypchanych żywnością. Bez najmniejszego problemu. To są właśnie te drobiazgi, drzazgi, które odebrały mi przyjemność.

To nie jest tak, że oczekuję od każdego filmu dokładnie przemyślanego scenariusza. Nie otwieraj oczu to horror, więc elementy dotyczące rozkładu społeczeństwa, ogólnie pojętego końca świata, niekoniecznie są ważne. Jednak brak dbałości o detale bywa rozpraszający. Kino rozrywkowe wcale nie musi oznaczać popisów bezmyślności. Wypada zadbać o wypełnienie luk, aby widzowie mogli się wciągnąć w opowiadaną historię, bez obawy, że przy najdrobniejszej chęci analizy, wszystko zaczynało się rozpadać. Nie otwieraj oczu to dobry film, ale faktycznie trzeba czasem przymknąć przynajmniej jedno oko, żeby się denerwować.

Page 2 of 28

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén