Category: Recenzje (Page 2 of 26)

Niepokojące opowieści

Nareszcie dopadłem książkę Krew, pot i piksele Jasona Schriera. Dokument na temat produkcji takich tytułów jak Wiedźmin 3, Destiny lub Diablo III. Tworzenie gier komputerowych nie jest prostą sprawą. Tym bardziej, że należy zgrać mnóstwo różnych elementów. Nie mam na myśli wyłącznie zespołu, ale także czas. Ten ostatni jest kluczowy. W roku 2018 gamedev podjął dyskusję na temat crunchu, czyli zabójczych nadgodzin w trakcie produkcji gry.

W książce Krew, pot i piksele absolutnie każda historia dotyczy tego aspektu tworzenia wirtualnych światów. Żaden z wymienionych tytułów nie obył się bez długiego okresu pracy ponad siły. Dotyczy to zarówno produkcji tworzonych przez duże studia, jak i gier niezależnych, budowanych poza kontrolą wielkich wydawców. Muszę przyznać, że wszystkie te historie były jakby usprawiedliwieniem crunchu. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Budowanie przekonania o konieczności poświęcania całego swojego prywatnego życia dla stworzenia gry komputerowej, jest, moim zdaniem, poważnym zagrożeniem dla całej branży.

Nie wiem, może coś źle odczytałem. Po prostu po skończeniu książki nie odniosłem wrażenia, że crunch został potępiony. Wprost przeciwnie! Został przedstawiony jako naturalny element procesu tworzenia gry. Każda z historii przedstawionych zamknięta zostaje opisem zakończenia prac. Zdarzają się porażki, to dobrze, że pojawiły się w tym zestawie. A wynikają one ze złego zarządzanie, walki o stołki na wysokich stanowiskach lub ciągłego wtrącania inwestora albo wydawcy do procesu produkcji. Przy porażkach wyraźnie było widać zmęczenie bohaterów okresem wzmożonej pracy, co przy sukcesach mogło się rozmyć. Dla wielu twórców praca nad wymarzoną grą była spełnieniem swoich marzeń. Często, w wyniku splotu różnych okoliczności w życiu, jedyną szansą na zdobycie pieniędzy potrzebnych do opłacenia rachunków lub jedzenia. Musieli pracować ponad siły, nie mieli wyjścia, a jednocześnie nigdy nie mieli gwarancji, że poświęcony czas przełoży się na spektakularny sukces. A co w przypadku większych studiów?

W trakcie lektury cały czas miałem w głowie przekonanie o tym, że tworzenie gier komputerowych nie jest dla wszystkich, że czasem trzeba się poświęcić. Takie stanowisko zaprezentowało polskie studio CD Projekt RED, twórcy kultowej trzeciej części cyfrowych przygód Geralta. Książka Krew, pot i piksele pokazuje, że proces produkcji w wielkich studiach jest skomplikowany i wymaga dogrania mnóstwa różnych elementów. Kluczowy jest tutaj wpływ wydawcy lub inwestora. W każdej chwili coś się może zmienić lub zostać narzucone, co kompletnie rozwali dotychczasowe plany i wymusi pracę po godzinach. Często w morderczym wymiarze.

Te historie budzą grozę. Spanie pod biurkiem w pracy, odżywianie się wyłącznie śmieciowym jedzeniem, weekendy w biurze. Tylko że ukończenie gry, wydanie i zarobienie mnóstwa pieniędzy, jej sukces działają jak usprawiedliwienie dla rozkładu relacji międzyludzkich, na które crunch wpływa. Coś tutaj nie jest w porządku. Jednak nie wiem, czy wynika to ze specyficznej mentalności osób pracujących w gamedevie, a może z tego, że proces produkcji gier trudno nazwać uporządkowany? Nie wiem. Krew, pot i piksele niesie ze sobą coś niepokojącego.

Film o skradzionej tożsamości

Na Netfliksie trafiłem na film prowokujący do myślenia. Fabuła mocno zakorzeniona we współczesności, z istotnym skrzywieniem w kierunku nowych mediów. Trochę o tożsamości, trochę o ciągłej potrzebie podglądania, dużo o Internecie. Połączenie wszystkich elementów, które potrafią być przerażające, a jednak stanowią codzienność nowoczesności. Wielkimi krokami zbliża się weekend, więc myślę, że warto sięgnąć po Cam.

Główna bohaterka to camgirl. Oglądający wchodzą na stronę, dołączają do kanału i mogą oglądać na żywo (a może bardziej trafny jest czasownik podglądać?) roznegliżowaną kobietę. Bywa, że jest to połączenie striptease’u oraz pornografii, ale na pewno jest to dochodowy interes. Oczywiście, że autorki i autorzy takich programów nie prowadzą ich za darmo. Widzowie kupują wirtualną walutę, która służy im za hołd składani swoich ulubieńcom lub ulubienicom. Jak to bywa w naszych pięknych, lecz nieszczęśliwym kapitalistycznych świecie, takie materiały to żyła złota. Pieniądze płyną szerokim strumieniem. Do właścicieli portali oraz gwiazd kamerek internetowych. Streaming to jeden z niezwykle interesujących fenomenów Internetu. Skoro oglądanie graczy prowadzących zmagania w wirtualnych światach cieszy się olbrzymim zainteresowaniem, to trudno się dziwić, że aktywności cielesne również są popularne.

Jednak film Cam daleki jest od moralizowana, ucieka od patetycznych formuł o świętości ciała oraz niemoralnym zachowaniu. Co prawda przewija się to w tle, ale trudno uznać te zdania za kluczowe dla obrazu. Znacznie ważniejsza jest kwestia tożsamości w Sieci. Główna bohaterka traci ją na rzecz kopii, prawdopodobnie sztucznie wygenerowanej, chociaż tego tak do końca widzowie się nie dowiadują. Fascynujące jest to, jak z okruszków porzuconych w Internecie komuś udaje się sfabrykować człowieka. Mało tego! Ukraść mu jego miejsce w wirtualnym świecie, jak łatwo się domyślić, staje się coraz ważniejszy. Film warto rozpatrzeć w kategoriach przestrogi, ostrzeżenia przed dzieleniem się absolutnie wszystkim w Sieci. Karmimy tego potwora różnymi informacjami, a rzadko zastanawiamy się, do czego można je wykorzystać.

Cam to doskonały przerywnik dla ludzi czekających na kolejny sezon Czarnego lustra. Podobna tematyka, brak możliwości oddzielenia wirtualnego świata od rzeczywistości oraz zderzenie postaci z nowoczesną formą tożsamości. Tutaj nie ma zwycięzców, przegrani są wszyscy. Można wzruszyć ramionami i powiedzieć, że czasy się zmieniły i świat też jest inny, jednak czy to zwalnia kogokolwiek z myślenia? Z poszanowania granic jednostek? A może wciąż pokutuje wiara w to, że w Internecie jesteśmy anonimowi? Jeżeli dalej jesteście przekonani co do tego, że nie można was wyśledzić w Sieci, polecam obejrzenie Cam oraz Czarnego lustra. W obu przypadkach lęki ponowoczesności nie zostały nawet o milimetr przerysowane.

Oślepiające Zło

Ile szumu narobiło Ślepnąć od świateł! Polski serial produkcji HBO na podstawie prozy Jakuba Żulczyka. Obraz brudny, efemeryczny, poszarpany, tak mocno inny od tego, co nam serwuje nam popkultura. Serial podzielił fanów narracji ze srebrnego ekranu. Jedyni widzą powiew geniuszu, a inny łatwą do przejrzenia hochsztaplerkę. Gdybym miał podsumować nastawianie odbiorców w stosunku do serialu, to powiedziałbym, że jest podobne jak moje do powieści Jakuba Żulczyka. Specjalną estymą nie darzę, ale Zmorojewo Ślepnąc od świateł traktuję jako teksty świetne. Niekoniecznie wybitne.

Serial zapamiętam jako ciężką przeprawę. Brnąłem jak przez bagno, jednak nie uznaję tego zawadę. Sposób prezentacji świata przedstawionego, Warszawy oraz jej nocnego życia, przytłaczał. Był gęsty we wrażenia, często skrajne, wyniszczające nerwy. Konfrontacje pomiędzy bohaterami oraz ich język były jak kowadła, które ktoś mi zrzucał na głowę.Siedziałem oczarowany, oglądałem, brnąłem i czekałem na kolejne uderzenie. Dla mnie Ślepnąc od świateł nie jest obrazem, który można obejrzeć w ciągu jednego dnia.Potrzebny jest dystans. Chwila na przetrawienie tego, co przed chwilą się zobaczyło.

Jednak to nie główny bohater przykuł moją uwagę. Znacznie bardziej zainteresowała mnie kreacja Daria, w którego wcielił się Jan Frycz. Postać ta już w książce była przerażająca. W serialu to czyste Zło, uosobienie siły,której jedynym celem jest destrukcja. Z Dariem zderza się każdy.Nawet Warszawa. Nikt z tych strać, nie wychodzi cało. Dario idzie po trupach, nagina świat do swojego sposobu widzenia. Działa bez najmniejszego wahania. Chwilami traktowałem go jako potop, o który modli się główny bohater. Jednak ta siła nie przynosi oczyszczenia, wprost przeciwnie! Ściąga na dno, zmienia kierunki prądów, jest gotowa w dowolnym momencie pozbawić indywidualnego życia i wlać w bohatera swój własny sens. Dario to metodyczne szaleństwo. Obłęd sterowany przez silną wolę. We wszystkich decyzjach widać Zło działające w sposób celowy i pozbawiony przypadku. A jego omnipotencja sprawia, że jest jeszcze bardziej przerażający.

Temat Zła w kulturze jest fascynujący. Poruszony został w obu częściach Detektywa.Zło w Ślepnąć od świateł ma wymiar metafizyczny. Przenika, rozdziera, powoli wkrada się do głów bohaterów. Nadanie mu ludzkiej postaci, często demonicznej, sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej namacalne. To nie jest jakiś tam demon z piekła rodem, tylko siła, której nikt nie może powstrzymać. Człowiek, zły do szpiku kości. Znający tylko własną moralność. Osoba traktująca świat jako wroga, którego należy zniszczyć. A najlepiej zrobić to krok po kroku. Metodycznie. Boleśnie.

Ślepnąć od świateł to opowieść o potopie, który następuje w najmniej oczekiwanym momencie. Nie zmywa syfu. Po prostu niszczy znany świat, a w zamian daje pustkę.

S Vivek / RED HOT MUSIC- No Shallow thoughts (CC BY-NC-ND 2.0)

Nieznośność egzystencji

Od kilku dni katuję Marginal, czyli najnowszą płytę Pablopavo i Ludzików. Nie jestem nią zaskoczony ani zwiedzony. To jest dokładnie to, czego oczekuję od Pawła Sołtysa. Każda z 13 piosenek opowiada jakąś historię. Daleko tym narracjom o znanych popkulturowych opowieści o radości, śmiechu i nieprzemijaniu. Pablopavo kontynuuje opisywanie innego, mniej pastelowego, świata. Marginal pozwala odpocząć od społecznościowej papki, którą, mimochodem, pod nos podsuwa mi Sieć.

Media społecznościowe wspaniale kreują naszą rzeczywistość. Świat elegancji, zdjęć z wyjazdów. Ciągła radość, nowe samochody, same sukcesy, zero potknięć. Doskonałość wypisana na Facebooku, Instagramie, Snapchacie i innych mediach, które pożerają terabajty transferu. Gdzie miejsce na błąd? Na potknięcie? Na porażkę, na ubrudzenie się w błocie codzienności? Nie ma tego! Ten wykreowany świat jest pozbawiony cieni. Jest pełen oślepiającego, sztucznego światła. Buduje to pragnienie ogrzewania się w blasku lokalnych gwiazd. Bo chcemy wszyscy być eleganccy, doskonale wycięci, dokładnie tak, jak bohaterowie prostych narracji w ulubionych serialach. Właśnie! Czy faktycznie tego chcemy? A może to pragnienie jest sztucznie podsycane przez kolorowy marketing?

Pablopavo w piosence Szmerem częstuje słuchacza następującą frazą: „Znowu hygge, dobrostan i szczęście, a ja chciałbym się tylko nie wypieprzyć na zakręcie. Dobrostan brzmi jak orwellowskie państwo…”. W tych wersach zostaje złapana wizja codzienności rodem ze zdjęć Instagrama. Każdy, kto korzysta z tego portalu, doskonale pamięta zdjęcia książki o hygge. Nagle wszyscy chcieli znaleźć poczucie komfortu, spokoju oraz bezpieczeństwa. Ach! Te deklaracje o ucieczce od konsumpcjonizmu wypisywane cyfrowymi zgłoskami na portalach łechcących próżność! Paweł Sołtys ma rację. Dobrostan to orwellowskie państwo, w którym dominującą rolę odgrywają media społecznościowe. Wszyscy dążymy do poczucia równowagi, a nie wszyscy jesteśmy w stanie osiągnąć ten stan. Jesteśmy tak boleśnie różni, że dla wielu ludzi stanem naturalnym jest konflikt. Nie poczucie komfortu, ale jego ciągłe rozszarpywanie, niszczenie. Dobrostan z mediów społecznościowych jest bezruchem, umieraniem, trwaniem w sztucznej, doskonałej bańce.

Marginal opowiada o świecie, który zostaje wykluczony, wyłączony z igrzysk udawanego szczęścia. Margines codzienności, obszary pomijane, celowo niezauważane. Teksty łączy jedna rzecz – nieznośny ciężar ludzkiej egzystencji. Słychać to w słowach w piosence Karwoski, a jeszcze mocniej widać w teledysku. Dostrzeżenie tego, że rzeczywistość rozczarowania jest wspólna dla wszystkich, jest przeżyciem koniecznym i trwałym, może wydawać się przerażająca. Jednak Pablopavo brnie dalej. Nie zatrzymuje się. W kolejnych utworach, z niebywałą wprawą. prezentuje margines codziennego kolorowego świata. Zderza odbiorcę z innym widzeniem przestrzeni, mniej kolorowym, gorzkim, ale nie pozbawionym specyficznej lekkości. Opowieści zebrane na płycie Marginel powinny przytłaczać. Tak nie jest. Wpędzają jedynie w stan melancholii.

Dla mnie jest to jedna z najlepszych polskich płyt wydanych w tym roku.

Zemsta uwięzionego bóstwa

Wielkimi krokami zbliża się Halloween. Święto strachów oraz dobry moment na zrobienie sobie wieczoru z horrorami. Na pewno pojawi się pewien problem, z którym warto już teraz się skonfrontować. Przed rozpoczęciem oglądania filmu, należy go wybrać. To tak jak z wyruszaniem w drogę, najpierw należy zebrać drużynę. A to, jak powszechnie wiadomo, łatwe nie jest. Współczesne horrory szybko zmieniają się w nudne wydmuszki, w których przerażająca jest jedynie nuda.

Jeżeli macie dość tego zjawiska, to zachęcam do obejrzenia Apostoła. Jest na Netfliksie, w końcu to film wyprodukowany przez tę platformę streamingową. Horror jest mocno osadzony w gatunku. Dla mnie szczególnie widoczne były inspiracje Osadą. Główny bohater wyrusza na poszukiwania swojej porwanej siostry. Trafia do odciętej od świata społeczności, która skrywa przerażającą tajemnicę. Te kilka chatek otacza las, straszny i czyhający na ludzi. Obowiązkowo pojawiają się tunele, które przemierza bohater oraz potwory zrodzone z nienawiści. Apostoł potrafi przestraszyć, to ciekawy horror. Godny uwagi, ponieważ nie jest pozbawiony fabuły oraz narracji. A to już rzadkość we współczesnym świecie.

Tajemnica odkrywana jest powoli, stopniowo. Żadnego podawania na tacy. Widz razem z bohaterem poznaje historię osady, a także przywódców społeczności. Ważne staje się ich zepsucie, to, że udają wielkich mężów, a tak naprawdę są pozbawionymi ludzkich uczuć potworami. W Apostole uderza brak człowieczeństwa, bezgraniczne posłuszeństwo oraz usilne pragnienie kontroli. Władza zdaje się deprawować mężów-przewodników, szczególnie jednego z nich. Szybko staje się tyranem, despotą rządzącym twardą, zaciśniętą pięścią. Wymaga pełnego posłuszeństwa wobec siebie, twierdzi, że tylko on potrafi ocalić od głodu całą społeczność. Jest przekonany o swoich racjach i gotowy, za wszelką cenę, przejąć kontrolę nad ludźmi. Udaje mu się to, ale zmuszony zostaje zapłacić wysoką cenę.

Wątki paranormalne również są poprowadzone w ciekawy sposób. Najprościej byłoby wybudować osadę na cmentarzu, a potem wprowadzić zombie, żeby wszystkich zjadły. W Apostole pierwsze skrzypce gra figura bóstwa, opiekunki wyspy. Więziona i karmiona krwią, najpierw zwierząt, a potem ludzi, dba o to, aby ziemia rodziła plony. Niestety, zaczyna się buntować i wszystko gnije, ludzie głodują. Apostoł opowiada o chorym pragnieniu kontroli, o uwięzieniu istoty silniejszej od mieszkańców wyspy. Oczywiście po wyzwoleniu przychodzi czas na spektakularnie wybuchową zemstę. Jednak nie będę zdradzał szczegółów, ponieważ autorzy zadbali o to, aby ostatnie sceny doskonale dopełniły całą opowieść.

Apostoł to tylko jedna z propozycji. Godna uwagi, interesująca, z porządnie napisaną fabułą. Warto wciągnąć ją na listę halloweenowych horrorów.

Page 2 of 26

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén