Category: Recenzje (Page 2 of 35)

Spalona opowieść

Włączając czwarty sezon Domu z papieru, nie oczekiwałem zbyt dużo. Liczyłem na porcję dobrej rozrywki, delikatnie podszytej tajemnicami i misternymi planami. Poprzednie odsłony były nieźle zbudowane, nawet pod kątem narracyjnym. Co prawda uważam, że są to seriale jednorazowe, ponieważ przy kolejnym oglądaniu tracą fundamentalną wartość dla tych obrazów, czyli element zaskoczenia. Czwarty sezon jest inny.

Moim zdaniem zdecydowanie gorszy od poprzednich. Dom z papieru od pierwszego odcinka była dla mnie formą rozrywki, która opracowała pewną formułę prowadzenia narracji. Jest Profesor, jest zamknięta przestrzeń, jest zespół powoli zżerany przez konflikty i – w końcu! – jest zaskakujący finał, w którym wszystko wpada we wcześniej przygotowane miejsca. Każdy sezon jest w ten sposób budowany, co nie jest złe. Przypominam, że popkultura kocha takie schematy. Niestety, problem polega na zużywalności tych form. Jedne niszczeją szybciej, a inne wolniej. Dom z papieru jest cudownym przykładem stopniowego rozpadu formuły.

Ten proces zdecydowanie przyspiesza w trakcie czwartego sezonu. Rozumiem konieczność wprowadzenia dodatkowej warstwy w postaci przeżyć cementujących związek Profesora i poszczególnych przedstawicieli zespołu, ale te elementy tylko podkreślają różnego rodzaju niedociągnięcia w opowieści. Dla mnie punktem kulminacyjnym była strzelanina. Długa, bez konieczności wymieniania magazynków oraz oparta na tym, że wszyscy pudłują. Jako były gracz Dungeons and Dragons rozumiem, że można mieć kiepską serię rzutów na celność i kilka krytycznych porażek, mimo to sceny zaprezentowane w Domu z papieru wołają o pomstę do nieba. Odczułem dysonans. Serial jest oparty na różnych ciągach logicznych, które urzeczywistniają plan Profesora, jednak na czas gwałtownej wymiany ognia, związki przyczynowo-skutkowe ulegają zawieszeniu. Kule cały czas uderzają w ściany, przeciwnik unika ich ze zwinnością Neo z Matriksa. Straszna, irytująca bzdura, która mocno wpłynęła na moje negatywne postrzeganie czwartego sezonu Domu z papieru.

Przyznaję, że ostatni odcinek to powrót do dawnej formy. Tylko że to za mało. Obawiam się, że kolejna odsłona serii może okazać się jeszcze gorsza. Bardziej poszatkowana i pędząca w kierunku nieuchronnego rozpadu sensów. Obawiam się, że serial powoli zmienia w maszynę, która pozwala na odcinanie kuponów związanych z popularnością postaci. Rozumiem, że dla nich również można oglądać kolejne odcinki, jednak ja potrzebuję jeszcze niezłego kontekstu. Sceny, na której mogłyby wchodzić w relacje, przestrzeni konfliktów, a także różnych zwrotów akcji. Tego było niewiele w czwartym sezonie. Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy mnie pozytywnie zaskoczą w kolejnej odsłonie. Na chwilę obecną jestem rozczarowany, chociaż nie oczekiwałem zbyt wiele.

Dom z papieru dołączył do mojej listy seriali, które powoli się wypalają. Tracą blask i stają się karykaturami własnej popularności. Interesujących pomysłów w czwartym sezonie jest niewiele, za to za dużo jest niepotrzebnego kombinowania.

Akira Hsu / Simply and funny (CC BY-NC-ND 2.0)

Kosmiczne kolonie

RimWorld to jedna z najdziwniejszych i najbardziej wciągających gier, w jakie kiedykolwiek zainstalowałem. Mam ją od wczesnej alphy, swoją pierwszą kolonię stworzyłem jeszcze zanim ten tytuł trafił na Steama. Nie żałuję nawet minuty spędzonej na gaszeniu pożarów oraz warzeniu piwa. RimWorld jest piękny. W taki przerażający sposób. Czy w ogóle mogłem przejść obojętnie obok nowego dodatku? Nie mogłem. Lista wprowadzonych zmian cały czas mnie kusiła.

DLC Royalty swoją nazwą zdradza temat rozszerzenia. O królewskość chodzi, o dostojeństwo, o szeroko rozumiane szlachectwo, a nawet o bunt przeciwko upadającego Imperium. Dodanie do gry tytułów wpływających na potrzeby kolonistów jest zmianą niewielką, ale brzemienną w skutkach. Nagle moje osady zaczęły przypominać małe miasteczka z wydzielonymi dzielnicami. Osobno mieszkają arystokraci, a osobno plebs, który na nich pracuje. W pocie czoła stawia budynki, fedruje, rąbie drewno oraz przyrządza potrawy. Ci lepsi, ci z tytułami, spędzają czas w warsztatach. Warzą piwo, tworzą cudowne rzeźby, handlują i przyjmują gości. Na dodatek często się odurzają, plebs ma ograniczony dostęp do narkotyków oraz alkoholu. Tak, RimWorld zawsze sprawiał, że budziły się we mnie despotyczne instynkty.

A już prawdziwym majstersztykiem są proceduralnie generowane zadania. RimWorld zawsze opierał się na reagowaniu na nieprzychylne wydarzenia. Pożary, najazdy, nagłe załamania mieszkańców osady lub – bardziej pospolite – fale upałów. Właśnie takie przypadki napędzały rytm całą zabawę. Mogłem mieć cudowną, rozbudowaną osadę, bogatych mieszkańców, ale wystarczało tylko kilka potknięć, chwilowy brak uwagi, aby trafił wszystko. Teraz pojawiły się jeszcze zadania. Z różnymi nagrodami, jednak najważniejszą jest awansowanie w społecznej hierarchii Imperium. Dlatego warto je wykonywać. Tylko że to jest RimWorld i nie da się tak po prostu wyprodukować kilkuset cegieł bez odpowiedniego przestawienia cyklu produkcyjnego kolonii. Może jest coś ważniejszego? Na przykład zebranie dojrzewających plonów? A nagrody kuszą, zachęcają do podjęcia ryzyka, do oddelegowania jednego mieszkańca, do zaryzykowania… Nie będę ukrywał, że czasem kończyło się to dla mnie tragicznie. Raz wolałem urządzić bankiet, niż zadbać o ciepłe ubrania dla mieszkańców. Większość wymarzła, a niedobitków porwali najeźdźcy. RimWorld to nieobliczalna gra.

Jesteśmy w trudnym momencie historycznym. Wszystkich zachęca się do siedzenia w domu. Dlatego uważam, że takie gry jak RimWorld mogą uprzyjemnić ten okres. Zarządzanie własną wirtualną społecznością jest naszpikowane różnymi pułapkami. W trakcie gry na pewno pojawią się wyzwania, z którymi trzeba będzie sobie poradzić. Głowa od razu będzie zajęta! Konieczność zapewnienia zapasów na zbliżającą się zimę lub odparcie ataku zbuntowanych robotów – oto przykłady cyfrowych problemów! Ich rozwiązanie zawsze wymaga dużo poświęcenia, a czasem nawet całkowitej zmiany planów.

RimWorld. Piękna gra. Nic to! Wracam do mojej małej osady! Trzeba zapełnić magazyn ryżem, żeby mieszkańcy mogli bez problemu przetrwać zimę!

Charakterna narracja

Polska literatura grozy ma to siebie, że nie zawsze jest w stanie oczarować czytelnika. Warto także pamiętać o tym, że odbiorcy tego gatunku często zaczytują się w powieściach Stephena Kinga. To właśnie na postawie powieści tego autora odbiorcy budują system oczekiwań wobec popliterackich horrorów oraz thrillerów. Mogliby poczytać Stefana Grabińskiego i zobaczyć, że można sięgać w kierunku metafizyki w mniej bezpośredni sposób. Ale czasy są, jakie są, literatura Stephena Kinga jest rozpoznawalna i kształtuje gusta. Ani to dobrze, ani źle, tak po prostu jest.

Co nie oznacza, że nasi pisarze nie próbują wykorzystać rozpoznawalnego przez czytelników schematu. Od razu zaznaczę, że proza Łukasza Orbitowskiego jest tutaj kiepskim przykładem. Autor cudownego Kultu oraz wciągającego Exodusu w swojej wcześniejszej twórczości wyraźnie nawiązuje do konstrukcji świata podobnej do tej z powieści Stefana Grabińskiego. Po schemat Stephena Kinga chętniej sięga Artur Urbanowicz w powieści Inkub. Akcja rozgrywa się na Suwalszczyźnie, w niewielkiej miejscowości Jodoziory. Nie oczekujcie przaśnej wsi i chłopomanii rodem z Młodej Polski. Artur Urbanowicz wykorzystuje przestrzeń pozamiejską do straszenia. Na jej przykładzie pokazuje, że peryferia mają swoje mroczne tajemnice i niewiele osób przejmuje się ludźmi, którzy tam mieszkają.

Inkub jest powieścią napisaną w porządnym, wciągającym rytmie. Jest książką, z którą trzeba uważać! Gdy już narracja wessie czytelnika, to trudno się od niej oderwać. Konstrukcja fabuły przypomniała mi układy wątków, które znam z powieści Stephena Kinga. Szczególnie z tych ostatnich, czyli z Outsidera lub Instytutu. Pojawia się tajemnicza postać, a wokół niej zaczynają się dziać niepokojące rzeczy. Jej wpływ działa wręcz destrukcyjnie na okolicznych mieszkańców. Chorują, wariują, zaczynają się nawzajem mordować. Oczywiście ludzie próbują racjonalizować te wydarzenia, doszukują się przyziemnych wytłumaczeń. Co prowadzi do ich zguby, sprawia, że nie dostrzegają zbliżającego się niebezpieczeństwa. Aż pojawia się ktoś, kto zaczyna drążyć i dostrzega misterną intrygę. Tej strukturze najbliżej do Outsidera Stephena Kinga. Tam również pojawia się tajemnicza postać powodująca brzemienne w skutkach zamieszanie.

Mocną stroną powieści Artura Urbanowicza są charaktery. Silne, wyraziste, mające własne motywacje, a także indywidualne języki. Często związane z wykonywaną profesją lub wcześniejszymi doświadczeniami. Co sprawia, że fabuła staje się nasycona różnymi głosami. A w przypadku powieści grozy szczególnie ważne jest to, aby częściej do czytelnika zwracały się postacie. Narrator, jeśli nie bierze bezpośredniego udziału w akcji, powinien pozostać na trzecim planie i służyć jedynie pomocą w zorientowaniu się w przestrzeni i wydarzeniach. Przyznaję, że to doskonale widać w Inkubie, gdzie narracja spleciona została z wielu różnych nitek nawiązujących do odmiennych wątków.

Inkub to porządna literatura. Ciekawa i warta lektury. Książka zdecydowanie nie zawiedzie miłośników popkulturowej grozy. Pozostali na pewno zostaną do ostatniego zdania, ponieważ będą chcieli poznać zakończenie. Artur Urbanowicz się nie spieszy, powoli prowadzi odbiorcę po meandrach ciekawej narracji.

Popkulturowy przelew krwi

Stało się! Polska kinematografia doczekała się slashera z prawdziwego zdarzenia. To nie jest sarkazm! Wczoraj obejrzałem W lesie dziś nie zaśnie nikt i jestem w szoku. Okazało się, że na polskim filmie można się nieźle bawić. Od razu zaznaczę, że nie jest to szczyt sztuki filmowej, raczej zabawa gatunkiem, co i tak jest już dużym krokiem do przodu. Przynajmniej w oczach człowieka, który alergicznie reaguje na polskie filmy i często ich unika. Czasem daję się przekonać, ale moja Żona doskonale wie, że do tego potrzebne jest bardzo dużo cierpliwości.

Do W lesie dziś nie zaśnie nikt nie trzeba było mnie długo przekonywać. Wyjątkowo. Chciałem zobaczyć film, którym był reklamowany jako pierwszy polski slasher. Taką frazę zauważyłem, gdy ostatnio byliśmy w kinie, jeszcze w czasach przed zarazą. Kupił mnie ten zwrot. Jednocześnie nie oczekiwałem zbyt dużo po takim obrazie. Liczyłem przynajmniej na to, że twórcy dostosują swój pomysł do gatunku, że nie będą próbowali go jakoś ulepszyć. Potraktować z morderczą powagą. Widziałem już wiele takich slasherów na poważnie. Łączyło je to, że z trudem wytrwałem do końca.

Tym razem czekało mnie zaskoczenie. W lesie dziś nie zaśnie nikt zostało zrealizowane z dużym dystansem. Co widać w dialogach postaci, a także samych wydarzeniach. Skojarzenia z popkultorowo rozpoznawalnymi slasherami są jak najbardziej na miejscu. Ten film zbudowany jest na takich utrwalonych skojarzeniach, które wręcz atakują osoby, które lubią slashery. Widać w tym lekką zabawę, trochę drwinę z gatunku, ale to nie psuje przyjemności z oglądania. Pokazuje, że twórcy wiedzieli, co robią. Rozumieją prawa rządzące popkulturą i się do nich stosują, nie próbują ich zmienić. Tym samym udowadniają, że w Polsce można zrobić zabawny film. Bez konieczności sięgania po drętwe żarty lub beznadziejne romantyczne narracje. Najwyraźniej w tym pięknym, lecz nieszczęśliwym kraju są ludzie, którzy potrafią bawić się charakterystycznymi dla popkultury opowieściami.

To nie jest zły filmy. Wystarczy po prostu pamiętać o tym, że nie pretenduje on do sztuki opowiadającej ponadczasowe historie. W leśnie dziś nie zaśnie nikt jest rozrywkową opowieścią, do oglądania przy pełnym nasyconych tłuszczów żarciu przepijanym napojami mniej lub bardziej alkoholowymi. Na pewno znajdzie się na czyimś zestawieniu niezobowiązujących filmów na helloweenową imprezę. Do obejrzenia, do pośmiania się, do zauważenia, że polscy twórcy coraz lepiej radzą sobie z popkulturą. Nawet ci zajmujący się filmem, ponieważ pisarze od lat czują ją doskonale. Najwyraźniej film potrzebował więcej czasu, aby odbić się od bruku przesłodzonego romantyzmu i uderzyć w slasher.

Czy W leśnie dziś nie zaśnie nikt leje się krew? Tak. Na dodatek w rytm słów wypowiadanych przez ciekawe postacie. A wiece co jest najlepsze? W tym filmie słychać dialogi! Nie trzeba go oglądać z napisami, co kilka raz mnie spotkało w trakcie kontaktu ze współczesną polską kinematografią.

Konflikty charakterów

Nie będę ukrywał, że czekałem na drugi sezon Altered Carbon. Poprzedni zainteresował mnie na tyle, że postanowiłem sięgnąć po książki. Po przeczytaniu pierwszego tomu stwierdziłem, że mam do czynienia ze średnią prozą i postanowiłem trzymać się ekranizacji. O niebo lepszej, ponieważ koncentrującej się na tym, co w powieści było najciekawsze. W przypadku drugiego sezonu nie mam literackiego punktu odniesienia i raczej nie będę miał. Niespecjalnie chcę sięgać po prozę, która mnie rozczarowała. Na szczęście serial odebrałem inaczej i czekam na kolejne odsłony Altered Carbon.

Co mnie tak zachwyciło w nowej odsłonie serialu? Aby wyjaśnić tę kwestię, muszę zwrócić uwagę na istotne wątki w pierwszym sezonie. Wtedy Altered Carbon szczególnie koncentrowało się na układzie sił w społeczeństwie, w którym wykluczono śmierć. Świadomość była digitalizowana i wrzucana do nowych powłok, czyli ciał. Nieśmiertelność na wyciągnięcie ręki? Dla każdego? Nie. Altered Carbon wyraźnie pokazywało, że korzystali z niej głównie najbogatsi, a reszcie pozostało czekać na przydział nowej powłoki. Bywało, że ludzi nie było stać na spłacenie świeżutkiego ciała i ich świadomość była ponownie zamrażana. Czekali dalej. Takeshi Kovacs, jako główny bohater, został zatrudniony przez bogacza, aby wyjaśnić tajemnicę jego śmierci. Zginął, ale jego świadomość została wgrana do nowego klona.

Główny bohater był postacią zawieszoną pomiędzy dwoma światami. Tym bogatym oraz tym ubogim. Przenikał ich granice w trakcie prowadzonego śledztwa, dzięki czemu widz mógł dowiedzieć się, jak wyglądało społeczeństwo zaprezentowane w świecie Altered Carbon. Zdaję sobie sprawę z tego, że przez różnego rodzaju rozważania prowadzone przez postacie w serialu, mogła ucierpieć akcja, jednak uważam, że w interesujący sposób zostało pokazane to, jak usunięcie śmiertelności wpływa na ludzi. Drugi sezon Altered Carbon dalej bada granice człowieczeństwa, ale robi to z innej perspektywy. Tym razem kluczowa staje się rola jednostki, jej przeżycia oraz doświadczenia. Serial schodzi do poziomu pojedynczego przeżycia, zamiast dalej opowiadać o konstrukcji całego systemu.

Ta zmiana sprawiła, że serial stał się bardziej dynamiczny. W drugim sezonie pojawiła się skomplikowana sieć relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami, co przełożyło się na dynamikę ich relacji. Na pierwszym planie nie był już system, ale ludzie. Ich przeszłość, a także to, jak radzą sobie z własnymi uczuciami. Najnowsze Altered Carbon nie bywa już bezosobowe. Cała narracja składa się w dużej mierze z konfliktów pomiędzy charakterami. Mają różne motywacje i dopiero wraz z rozwojem fabuły zaczyna im przyświecać wspólny cel. W drugim sezonie jest zdecydowanie mniej, strać pomiędzy człowiekiem a systemem. Zastąpiły je zderzenia mocnych charakterów, chcących osiągnąć określone cele.

Nawet jeśli ktoś był rozczarowany pierwszym sezonem Altered Carbon, to polecam skonfrontowanie się najnowszą odsłoną. Jest inna, trochę bardziej gęsta, ale tak samo mroczna i przytłaczająca antyutopijnym charakterem świata.

Page 2 of 35

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén