Category: Uncategorized (Page 1 of 3)

Powrót narracji?

W zeszłym tygodniu zostały rozdane „Game Awards”. To takie specjalne wyróżnienia dla wyjątkowych giereczek. W różnych kategoriach. Może warto się pokusić o to, że są to gamedevowe Oscary? Trochę tak, ponieważ wyróżnione tytuły przeżywają drugą młodość. Tak jakby nagle zostały ponownie dostrzeżone przez redakcje i recenzentów. Myślę, że właśnie coś takiego spotka produkcję Disco Elysium. Stworzoną i wydaną przez estońskie niezależne studio ZA/UM.

Co w tej grze jest takiego wyjątkowego? To doskonały przykład powrotu do tytułów całkowicie skupionych na narracji i odgrywaniu ról. Korzenie Disco Elysium sięgają głęboko, aż do kultowych i wciąż rozpoznawalnych gier Dungeouns and Dragons oraz Warhammer: 40 000. W obu przypadkach mamy do czynienia z grami fabularnymi, wymagającymi wejścia w rolę, stania się bohaterem danej fabuły. Cała zabawa polega na tym, aby odpowiednio reagować na propozycjw Mistrza Gry. Oczywiście konieczna jest znajomość świata, umiejętność poruszania się po jego różnych aspektach. A czasem trzeba po prostu czuć tworzoną postać, aby dobrze się bawić. Właśnie na wrażeniu bycia wewnątrz wirtualnej rzeczywistości zostało oparte Disco Elysium.

Nie będę od razu obwieszczał zmartwychwstania fabuł w grach komputerowych. Jedna niezależna produkcja to trochę za mało. Mimo to uważam, że coś zaczyna się zmieniać. Nawet recenzenci zaczęli większą uwagę poświęcać opowiadanym historiom! Jakby dostrzeżono potężne możliwości w wirtualnych światach. Już nie tylko strzelanie, zwiedzanie jaskiń i zdobywanie nowych broni. Opowieść! Interesujące postacie! Interakcja ze światem zapośredniczona przez rozwijane umiejętności cyfrowego bohatera. Takie gry już kiedyś były, wiele z nich przeszło do historii gatunki. Sam spędziłem setki godzin w starych Falloutach oraz w kultowych Wrotach Baldura. Przyznaję, że właśnie takich doświadczeń mi brakuje, dlatego wciąż szukam narracyjnych gier komputerowych. Nawet jeżeli twórcy postawią na powrót fabuł, to musi pojawić się odpowiedź ze strony odbiorców. Być może jest nadzieja?

Na ten tweet trafiłem kilka dni przed ogłoszeniem wyników „Game Award”. Niekoniecznie uznaję go za wskaźnik trendu, to wypowiedź jednej osoby. Pochlam się nad tweetem, ponieważ zwrócił mi uwagę na coś, nad czym się nie zastanawiałem. Dungeons and Dragons pojawiło się w serialu Stranger Things, który na pewno oglądały różne grupy wiekowe. Młodsi i starsi, ciekawscy pewnie sięgnęli po nowe podręczniki lub skorzystali z rodzinnych zbiorów, znaleźli się także tacy, którzy postanowili poszukać starszych wydań. Jeżeli do gier usiądzie pokolenie wychowane na Dungeons and Dragons, planszówkach i karciankach, to gamedev będzie musiał odpowiednio dostosować swoje produkcje. Bezmyślne klikanie, budowanie postępu na samych cyferkach i umiejętności pozbawione znaczenia, nie będą traktowane jako coś interesującego.

Do łask wkradną się te światy, które zaproponują ciekawe, całościowe doświadczenia. Samo strzelanie i zbieranie uzbrojenia już nie wystarczy.

Na marginesie „Irlandczyka”

Irlandczyk. Film Martina Scorsese, od obejrzenia na Netfliksie. Trwa 3 godziny, więc trzeba przygotować się na długi seans. Chciałbym napisać, że jestem zachwycony aktorstwem oraz niezwykle interesująca historią, której głębia odbija się w błyskotliwych dialogach. Chciałbym, ale nie mogę, bo po prostu bym skłamał. Mam problem z Irlandczykiem, obejrzałem go w zeszłym tygodniu, a do dzisiaj nie potrafię jednoznacznie określić, czy jest to wielkie Kino, przez olbrzymie K. Do czego nawiązuję? Do wypowiedzi reżysera Irlandczyka, w której postanowił w mocnych słowach skrytykować filmy superbohaterskie.

Dla Martina Scorsese kino Marvela i pochodne, to forma parków rozrywki, niemająca absolutnie nic wspólnego z filmami narracyjnymi, czyli takimi, które poruszają ważne kwestie i opowiadają istotne historie. Jednocześnie reżyser Irlandczyka doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nowoczesność tworzy ruchome obrazy pod widza, z uwzględnieniem badań rynku, a także upodobań odbiorców. Aż chciałoby się rzecz, że wytwórnie kierują się big data w trakcie kreowania nowych światów! I będzie w tym dużo prawda. Warto pamiętać, że postnowoczesne teksty w dużej mierze opierają się na danych zebranych z różnych miejsc. Począwszy od polubionych postów na Instagramie, przez lokalizację, a skończywszy na historii udostępnień postów na Facebooku. Jeżeli teraz przyjrzycie się Waszej historii, która trafia do Sieci, to szybko zauważycie, że z tym wymiarów można ulepić personę z jasno określonymi zainteresowaniami. W świetle big data wszyscy jesteśmy mniej tajemniczy, niż nam się wydaje.

To nie jest coś, o czym często myślimy, a jednak każdego dnia dzielimy się z Siecią mnóstwem informacji, które, po odpowiednim skorelowaniu, pozwalają biznesowi tworzyć różne produkty. Dlatego uważam, że Martin Scorsese nie tyle skrytykował kino superbohaterskie, ile odniósł się do współczesnej kondycji kultury. W wypowiedzi opublikowanej na łamach internetowe wydania „New York Timesa” reżyser Irlandczyka, zwrócił także uwagę na to, że dla istnienia kina kluczowe są indywidualności. Podkreślił, że nawet w strukturze hollywoodzkich istniało pewne tarcie, dzięki któremu powstało wiele interesujących produkcji. Dzisiaj pierwsze skrzypce gra biznes, co Martin Scorsese, uważa za niebezpieczne.

Mam wrażenie, że media za bardzo skoncentrowały się na krytyce filmów superbohaterskich. Tak jakby dotknięcie niezwykle popularnych obrazów, rozjuszyło ich fanów. Moim zdaniem, w wypowiedzi Martina Scorsese jest coś więcej. O makdonaldyzacji kultury mówi się od wielu lat, ale obecnie przekroczyliśmy inny próg. Pomimo egocentrycznego charakteru postnowoczesenej kultury, za wszelką cenę próbujemy wyrugować indywidualność ze sztuki. Niezależnie od tego, jaką formę weźmiemy. Dominują twory tworzone i szlifowane przez zespoły marketingowców i analityków, tak długo, aż nie zostaną docięte do aktualnych gustów odbiorców. Artystyczne wypowiedzi są dzisiaj niebezpieczne.

To skąd bierze się mój problem z Irlandczykiem? Jest faktycznie indywidualną wypowiedzią artystyczną, jednak mam wrażenie, że zawarte z nim sensy zostały odrobinę za bardzo rozwodnione przez długość filmu. Gdyby był godzinę krótszy, to jestem pewien, że w dalszym ciągu stanowiłby interesującą krytykę kultury opartej na przemocy i milczeniu.

Czas oszronionych szyb

Serwisy pogodowe są zgodne. Nadchodzi znaczne ochłodzenie, koniec pięknej jesieni i słonecznego października. Czas przygotować się na skrobanie szyb, pierwsze przymrozki oraz gołoledź. Wraz z tym wszystkim pojawią się także kierowcy, którzy lubią sobie ograniczać widoczność. Wiecie, ludzie z zaparowanymi szybami, nerwowo machający szmatkami, chusteczkami lub innymi przedmiotami na światłach. Wszystko, żeby zobaczyć coś więcej, niż rozmazane światełka. Bywa, ochłodzenie potrafi zaskoczyć. Podobnie jak niedziałające ogrzewanie w samochodzie.

Obecnie nie mam takiego problemu, ale w Golfie II bywało różnie. Do dziś jeździ i do dziś można go w zimę prowadzić w krótkim podkoszulku. Po kilku minutach zaczyna robić się gorąco, po dłuższej jeździe klimat jest wręcz tropikalny. Otwieranie szyb na niewiele się zdaje. Prosta droga do złapania ostrego przeziębienia oraz nerwicy. To drugie spowodowane zostanie przez ciągle parujące szyby. Z fizyką się nie wygra, gorące powietrze miesza się chłodnym, co szybko ogranicza widoczność. Pomyślicie, że warto to naprawić? Podjęto kilka prób. Wszystkie spełzły na niczym. Ja przesiadłem się do innego samochodu, Golf II pozostał autem na lato. Wtedy można po prostu zamknąć nawiew, w pełnym słońcu kostniejące dłonie nie są szczególnym problemem.

Nigdy nie byłem specjalnym miłośnikiem upałów. Wolę aktualną temperaturę, tylko drażni mnie plucha na drogach. Deszcz utrudniający prowadzenie, ludzie, który uważają, że skoro wydali na auto pół miliona złotych monet i mają wszystkie najnowsze osiągnięcia techniki oraz działające ogrzewanie, to mogą szaleć. Są bezpieczni. Z poślizgu wyprowadzi ich specjalny system. Przed zderzeniem ostrzeże mrugająca kontrola i sygnał dźwiękowy. Szkoda, że nic nie chroni ich oraz najbliższego im otoczenia, przed najzwyklejszą głupotą. Uczyłem się jeździć, prowadząc Golfa II. ABS? W życiu. Wspomaganie kierownicy? Zapomnijcie. System kontroli trakcji? Raczej ciągłe skoncentrowanie na drodze. Działające ogrzewanie zimą? Po co komu jakieś luksusy? Do dziś jeździ, ja nie ufam wynalazkom. Jak są, to dobrze, ale i tak wolę uważać. Wszelka elektornika bywa zawodna, nic nie zastąpi zdrowego rozsądku. Chociaż pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, żę jest inaczej,

Po tym radosnym okresie przyjdzie czas śniegu. A także szaleńców jeżdżących na letnich oponach. W zeszłym roku obserwowałem, jak przedstawiciel tego gatunku przemierzał miasto z zawrotną prędkością 40 kilometrów na godzinę. Na drodze śnieg zmieszany z piaskiem. Trudno o gorszą przyczepność. Za kierownicą zestresowany mężczyzna w średnim wieku przyklejony do kierownicy i wpatrzony w przednią szybę. Na lewym pasie. Niezapomniany widok. Dlatego nie bądźcie szaleńcami, wymieńcie opony przed pierwszym śniegiem. Po co się stresować? Chyba że w ten sposób się rozgrzewać, bo padło Wam ogrzewanie. Co prawda w niczym to nikogo nie usprawiedliwia, ale powiedźmy, że stanowi marny kontekst do zwykłej ludzkiej głupoty.

Nic to. Pewnie w przyszłym tygodniu trochę sobie podrapię o 6:30 szybę.

Wczesny dostęp, szybkie rozczarowanie

Stosunkowo niedawno, bo w trakcie weekendu, wdałem się w dyskusję na temat wczesnego dostępu. Nie jestem miłośnikiem tego modelu dystrybucji. Mam wiele złych doświadczeń związanych z grywalnymi prototypami publikowanymi na Steamie. Nigdy nie kupowałem takich gier, unikałem ich jak ognia. Do mojej biblioteki trafiały egzemplarze recenzenckie, które – bardzo często – nigdy z wczesnego dostępu nie wychodziły. Za to znacznie częściej znikały.

Czym dla mnie obecnie stał się wczesny dostęp? Zaraz po crowdfundingu drugą co do wielkości zmorą gamedevu. W przypadku finansowania społecznościowego zasady są jasne. Jest opis zbiórki, charakterystyka ryzyka, lepiej lub gorzej opisany pomysł. Wspierający wie na, co się pisze, a przynajmniej tak mu się wydaje. Z realizacją bywa różnie. Czasem trzeba czekać kilka lat na wydanie gry, którą się sfinansowało. Nieczęsto zdarza się, że takie projekty znikają, razem z wpłaconymi pieniędzmi. Po prostu trzeba się z tym liczyć, tak bywa w przypadku crowdfundingu. Wczesny dostęp jest znacznie gorszy.

Ta etykietka jest dla mnie sygnałem ostrzegawczym. Daleki jestem od zakładania, że twórcy próbują mnie oszukać, po prostu jestem już zmęczony byciem beta testerem. W przypadku wczesnego dostępu na dodatek za to płacę, a i tak nie mam gwarancji, że gra będzie rozwijana. Mało tego! Twórcy rzadko dają możliwość pobrania wersji demonstracyjnej. Szkoda, w przypadku wczesnego dostępu myślę, że warto zdobyć się na taki gest. W ramach uczciwości. Pokazać niewielki wycinek gry, nad którą się pracuje, część opublikowanej całości. Gorzej, jeżeli nie ma się wystarczająco dużo materiału na przygotowanie wersji demonstracyjnej. Warto wtedy zadać sobie pytanie, czy wydanie gry we wczesnym dostępie było dobrym krokiem. Może lepszym pomysłem byłoby poszukanie wydawcy? Nawet crowdfunding byłby lepszą decyzją.

Zresztą co w zasadzie daje wczesny dostęp? Mniej agresywne opinie odbiorców? W 2019 roku, w gamedevie, nie ma litości, nie ma czasu na przebaczenie. Według danych SteamSpy w lutym opublikowano 697 gier! Warto także pamiętać o tym, że dzisiaj nawet produkty traktowane jako skończone, trudno za takie uznać. Idea wczesnego dostępu była nadużywana przez wszystkich. Zarówno przez dużych wydawców, jak i przez niewielkie niezależne studia. Najwyraźniej klienci chętnie kupowali takie produkcje, ponieważ wydawanie gier nieukończonych stało się normą. Ze świecą szukać tytułów, które w dniu premiery można uznać za maksymalnie dopracowanie. Niestety, współcześnie warto poczekać rok obserwując kolejne aktualizacje i dopiero wtedy zdecydować się na zakup. Tak było w przypadku No Man’s Sky, pierwszej części The Division lub Rainbow Six Siege. Wszystkie te tytuły potrzebowały przynajmniej roku, aby stać się solidnymi grami. A kto je testował? Oczywiście, że klienci, którzy wyłożyli pieniądze licząc na to, że otrzymają nieźle wykonany produkty.

Podsumowując – w świecie, w którym wszystkie gry są wydawane we wczesnym dostępie, ta etykieta straciła jakąkolwiek wartość i nie ma najmniejszego znaczenia.

Pilnujcie chronologii!

Kolejność, w jakiej wydawane są książki Jørna Liera Horsta, jest zastanawiająca. Stosunkowo niedawno, bo w sierpniu 2017 roku, została wydana powieść Felicia zaginęła. Każdy fan twórczości tego pisarza na pewno się ucieszył, ale dla mnie była to przygoda niegodna zapamiętania. Na bieżąco czytam wydane w Polsce książki Jørna Liera Horsta i wracania do pierwszych tomów serii z Williamem Wistingiem, budzi we mnie delikatny niepokój.

To nie są złe powieści kryminalne, ale nie są też dobre. Raczej wyraźnie pokazują sposób, w jaki autor rozwija postać oraz narrację. W pierwszych tomach wiele wątków zostaje otwartych, a główny bohater dopiero nabiera doświadczenia. Przez zderzenia ze swoją późniejszą wersją, wypada kiepsko. Zaburza to odbiór całej powieści, przy Felicia zaginęła, ciągle odnosiłem wrażenie, że czytam coś niezwykle średniego, coś, co zupełnie nie angażuje mojej uwagi. A jednocześnie pamiętałem wrażenia z późniejszych powieści Jørna Liera Horsta. O dobrze zaplanowanej narracji, z wyrazistym głównym bohaterem. Obawiam się także tego, że wielu czytelników, nieznających prozy norweskiego autora, potraktuje sierpniową premierę, jako najnowszą książkę. Wtedy mogą poczuć się rozczarowani, bo Felicia zaginęła, to do bólu przeciętna powieść kryminalna.

Dobrzy pisarze, którzy upodobali sobie ten gatunek, często rozwijają się w interesujący sposób. Rozbudowują narrację, zmieniają rytm fabuły, sięgają po elementy psychologiczne lub socjologiczne. A już najistotniejszy jest rozwój głównego bohatera, detektywa, któremu niestraszne są brutalne morderstwa i skrajnie skomplikowane tajemnice. Dopiero lektura zgodna z chronologią tworzenia kolejnych powieści, pozwala na dokładne prześledzenie rozwoju warsztatu danego pisarza. Przeczytanie najnowszej odsłony, a potem sięganie po poprzednie prowadzi do bolesnych rozczarowań. Wynika to z przyzwyczajenia do innego, bywa, że dojrzalszego, sposobu budowania struktury książki. Każdy się uczy, pisanie powieści również wymaga ciągłej pracy nad swoim warsztatem, dlatego często wcześniejsze teksty bywają znacznie gorsze od późniejszych.

Dlatego, jeżeli zaczynacie przygodę z powieściami Jørna Liera Horsta, sprawdźcie najpierw, po którym tom sięgacie. Polskie wydania nie są zgodne z chronologią publikacji! To zaburza odbiór, może niepotrzebnie rozczarować i zrazić do prozy Jørna Liera Horsta, którego kryminały, te późniejsze, są porządnie napisane. A muszę przyznać, że autor potrafi także zaskoczyć czytelnika interesującym wątkiem lub nawiązaniem do sytuacji społecznej. Niestety, nie ma tego w pierwszych tomach opowiadających o Williamie Wistingu. Te teksty bliższe są odtwórczym realizacjom reguł rządzących kryminałem czarnym. Niewiele w nich nowatorstwa, znacznie więcej jest wiernej realizacji zasad. Takie książki są potrzebne, jednak wyznaczają wyłącznie początek drogi danego autora. Jeżeli omyłkowo zostaną potraktowane przez czytelnika, za najnowsze odsłony, może to doprowadzić do zwykłego zniechęcenia.

Page 1 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén