Category: Uncategorized (Page 1 of 2)

Czas oszronionych szyb

Serwisy pogodowe są zgodne. Nadchodzi znaczne ochłodzenie, koniec pięknej jesieni i słonecznego października. Czas przygotować się na skrobanie szyb, pierwsze przymrozki oraz gołoledź. Wraz z tym wszystkim pojawią się także kierowcy, którzy lubią sobie ograniczać widoczność. Wiecie, ludzie z zaparowanymi szybami, nerwowo machający szmatkami, chusteczkami lub innymi przedmiotami na światłach. Wszystko, żeby zobaczyć coś więcej, niż rozmazane światełka. Bywa, ochłodzenie potrafi zaskoczyć. Podobnie jak niedziałające ogrzewanie w samochodzie.

Obecnie nie mam takiego problemu, ale w Golfie II bywało różnie. Do dziś jeździ i do dziś można go w zimę prowadzić w krótkim podkoszulku. Po kilku minutach zaczyna robić się gorąco, po dłuższej jeździe klimat jest wręcz tropikalny. Otwieranie szyb na niewiele się zdaje. Prosta droga do złapania ostrego przeziębienia oraz nerwicy. To drugie spowodowane zostanie przez ciągle parujące szyby. Z fizyką się nie wygra, gorące powietrze miesza się chłodnym, co szybko ogranicza widoczność. Pomyślicie, że warto to naprawić? Podjęto kilka prób. Wszystkie spełzły na niczym. Ja przesiadłem się do innego samochodu, Golf II pozostał autem na lato. Wtedy można po prostu zamknąć nawiew, w pełnym słońcu kostniejące dłonie nie są szczególnym problemem.

Nigdy nie byłem specjalnym miłośnikiem upałów. Wolę aktualną temperaturę, tylko drażni mnie plucha na drogach. Deszcz utrudniający prowadzenie, ludzie, który uważają, że skoro wydali na auto pół miliona złotych monet i mają wszystkie najnowsze osiągnięcia techniki oraz działające ogrzewanie, to mogą szaleć. Są bezpieczni. Z poślizgu wyprowadzi ich specjalny system. Przed zderzeniem ostrzeże mrugająca kontrola i sygnał dźwiękowy. Szkoda, że nic nie chroni ich oraz najbliższego im otoczenia, przed najzwyklejszą głupotą. Uczyłem się jeździć, prowadząc Golfa II. ABS? W życiu. Wspomaganie kierownicy? Zapomnijcie. System kontroli trakcji? Raczej ciągłe skoncentrowanie na drodze. Działające ogrzewanie zimą? Po co komu jakieś luksusy? Do dziś jeździ, ja nie ufam wynalazkom. Jak są, to dobrze, ale i tak wolę uważać. Wszelka elektornika bywa zawodna, nic nie zastąpi zdrowego rozsądku. Chociaż pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, żę jest inaczej,

Po tym radosnym okresie przyjdzie czas śniegu. A także szaleńców jeżdżących na letnich oponach. W zeszłym roku obserwowałem, jak przedstawiciel tego gatunku przemierzał miasto z zawrotną prędkością 40 kilometrów na godzinę. Na drodze śnieg zmieszany z piaskiem. Trudno o gorszą przyczepność. Za kierownicą zestresowany mężczyzna w średnim wieku przyklejony do kierownicy i wpatrzony w przednią szybę. Na lewym pasie. Niezapomniany widok. Dlatego nie bądźcie szaleńcami, wymieńcie opony przed pierwszym śniegiem. Po co się stresować? Chyba że w ten sposób się rozgrzewać, bo padło Wam ogrzewanie. Co prawda w niczym to nikogo nie usprawiedliwia, ale powiedźmy, że stanowi marny kontekst do zwykłej ludzkiej głupoty.

Nic to. Pewnie w przyszłym tygodniu trochę sobie podrapię o 6:30 szybę.

Wczesny dostęp, szybkie rozczarowanie

Stosunkowo niedawno, bo w trakcie weekendu, wdałem się w dyskusję na temat wczesnego dostępu. Nie jestem miłośnikiem tego modelu dystrybucji. Mam wiele złych doświadczeń związanych z grywalnymi prototypami publikowanymi na Steamie. Nigdy nie kupowałem takich gier, unikałem ich jak ognia. Do mojej biblioteki trafiały egzemplarze recenzenckie, które – bardzo często – nigdy z wczesnego dostępu nie wychodziły. Za to znacznie częściej znikały.

Czym dla mnie obecnie stał się wczesny dostęp? Zaraz po crowdfundingu drugą co do wielkości zmorą gamedevu. W przypadku finansowania społecznościowego zasady są jasne. Jest opis zbiórki, charakterystyka ryzyka, lepiej lub gorzej opisany pomysł. Wspierający wie na, co się pisze, a przynajmniej tak mu się wydaje. Z realizacją bywa różnie. Czasem trzeba czekać kilka lat na wydanie gry, którą się sfinansowało. Nieczęsto zdarza się, że takie projekty znikają, razem z wpłaconymi pieniędzmi. Po prostu trzeba się z tym liczyć, tak bywa w przypadku crowdfundingu. Wczesny dostęp jest znacznie gorszy.

Ta etykietka jest dla mnie sygnałem ostrzegawczym. Daleki jestem od zakładania, że twórcy próbują mnie oszukać, po prostu jestem już zmęczony byciem beta testerem. W przypadku wczesnego dostępu na dodatek za to płacę, a i tak nie mam gwarancji, że gra będzie rozwijana. Mało tego! Twórcy rzadko dają możliwość pobrania wersji demonstracyjnej. Szkoda, w przypadku wczesnego dostępu myślę, że warto zdobyć się na taki gest. W ramach uczciwości. Pokazać niewielki wycinek gry, nad którą się pracuje, część opublikowanej całości. Gorzej, jeżeli nie ma się wystarczająco dużo materiału na przygotowanie wersji demonstracyjnej. Warto wtedy zadać sobie pytanie, czy wydanie gry we wczesnym dostępie było dobrym krokiem. Może lepszym pomysłem byłoby poszukanie wydawcy? Nawet crowdfunding byłby lepszą decyzją.

Zresztą co w zasadzie daje wczesny dostęp? Mniej agresywne opinie odbiorców? W 2019 roku, w gamedevie, nie ma litości, nie ma czasu na przebaczenie. Według danych SteamSpy w lutym opublikowano 697 gier! Warto także pamiętać o tym, że dzisiaj nawet produkty traktowane jako skończone, trudno za takie uznać. Idea wczesnego dostępu była nadużywana przez wszystkich. Zarówno przez dużych wydawców, jak i przez niewielkie niezależne studia. Najwyraźniej klienci chętnie kupowali takie produkcje, ponieważ wydawanie gier nieukończonych stało się normą. Ze świecą szukać tytułów, które w dniu premiery można uznać za maksymalnie dopracowanie. Niestety, współcześnie warto poczekać rok obserwując kolejne aktualizacje i dopiero wtedy zdecydować się na zakup. Tak było w przypadku No Man’s Sky, pierwszej części The Division lub Rainbow Six Siege. Wszystkie te tytuły potrzebowały przynajmniej roku, aby stać się solidnymi grami. A kto je testował? Oczywiście, że klienci, którzy wyłożyli pieniądze licząc na to, że otrzymają nieźle wykonany produkty.

Podsumowując – w świecie, w którym wszystkie gry są wydawane we wczesnym dostępie, ta etykieta straciła jakąkolwiek wartość i nie ma najmniejszego znaczenia.

Pilnujcie chronologii!

Kolejność, w jakiej wydawane są książki Jørna Liera Horsta, jest zastanawiająca. Stosunkowo niedawno, bo w sierpniu 2017 roku, została wydana powieść Felicia zaginęła. Każdy fan twórczości tego pisarza na pewno się ucieszył, ale dla mnie była to przygoda niegodna zapamiętania. Na bieżąco czytam wydane w Polsce książki Jørna Liera Horsta i wracania do pierwszych tomów serii z Williamem Wistingiem, budzi we mnie delikatny niepokój.

To nie są złe powieści kryminalne, ale nie są też dobre. Raczej wyraźnie pokazują sposób, w jaki autor rozwija postać oraz narrację. W pierwszych tomach wiele wątków zostaje otwartych, a główny bohater dopiero nabiera doświadczenia. Przez zderzenia ze swoją późniejszą wersją, wypada kiepsko. Zaburza to odbiór całej powieści, przy Felicia zaginęła, ciągle odnosiłem wrażenie, że czytam coś niezwykle średniego, coś, co zupełnie nie angażuje mojej uwagi. A jednocześnie pamiętałem wrażenia z późniejszych powieści Jørna Liera Horsta. O dobrze zaplanowanej narracji, z wyrazistym głównym bohaterem. Obawiam się także tego, że wielu czytelników, nieznających prozy norweskiego autora, potraktuje sierpniową premierę, jako najnowszą książkę. Wtedy mogą poczuć się rozczarowani, bo Felicia zaginęła, to do bólu przeciętna powieść kryminalna.

Dobrzy pisarze, którzy upodobali sobie ten gatunek, często rozwijają się w interesujący sposób. Rozbudowują narrację, zmieniają rytm fabuły, sięgają po elementy psychologiczne lub socjologiczne. A już najistotniejszy jest rozwój głównego bohatera, detektywa, któremu niestraszne są brutalne morderstwa i skrajnie skomplikowane tajemnice. Dopiero lektura zgodna z chronologią tworzenia kolejnych powieści, pozwala na dokładne prześledzenie rozwoju warsztatu danego pisarza. Przeczytanie najnowszej odsłony, a potem sięganie po poprzednie prowadzi do bolesnych rozczarowań. Wynika to z przyzwyczajenia do innego, bywa, że dojrzalszego, sposobu budowania struktury książki. Każdy się uczy, pisanie powieści również wymaga ciągłej pracy nad swoim warsztatem, dlatego często wcześniejsze teksty bywają znacznie gorsze od późniejszych.

Dlatego, jeżeli zaczynacie przygodę z powieściami Jørna Liera Horsta, sprawdźcie najpierw, po którym tom sięgacie. Polskie wydania nie są zgodne z chronologią publikacji! To zaburza odbiór, może niepotrzebnie rozczarować i zrazić do prozy Jørna Liera Horsta, którego kryminały, te późniejsze, są porządnie napisane. A muszę przyznać, że autor potrafi także zaskoczyć czytelnika interesującym wątkiem lub nawiązaniem do sytuacji społecznej. Niestety, nie ma tego w pierwszych tomach opowiadających o Williamie Wistingu. Te teksty bliższe są odtwórczym realizacjom reguł rządzących kryminałem czarnym. Niewiele w nich nowatorstwa, znacznie więcej jest wiernej realizacji zasad. Takie książki są potrzebne, jednak wyznaczają wyłącznie początek drogi danego autora. Jeżeli omyłkowo zostaną potraktowane przez czytelnika, za najnowsze odsłony, może to doprowadzić do zwykłego zniechęcenia.

Straszne klauny

Idąc na nowe To, nie oczekiwałem dialogu z legendarnym filmem. Na filmie chciałem się dobrze bawić, gdzieś zaginęła we mnie potrzeba zestawiania nowych interpretacji, z tymi już uznanymi. Stare To oglądałem w wieku, w którym nie powinienem i pamiętam, że trudno było mi zapomnieć o tym niepokojącym klaunie. Dzisiaj horrory mogę oglądać, ograniczenia wiekowe przestały być przeszkodą. Jednocześnie wiem, że zmieniło się moje poczucie estetyki. W końcu z wielką niecierpliwością czekam na kolejny sezon Stranger Things, wiele razy obejrzałem Obecność, a ostatnio świetnie bawiłem się na Wizycie.

Przed pójściem na To, obejrzałem wszystkie dostępne w Internecie materiały. Uderzył mnie w nich klimat podobny do Stranger Things. Nie mam na myśli podobieństw fabularnych, tego, że głowni bohaterowie to osoby w wieku młodzieńczym i nastoletnim. Uderzyła mnie podobna estetyka, podobny sposób budowania napięcia i tworzenia filmowej opowieści. Być może to tylko moje wrażenie, ale uważam, że moda na Stranger Things powoli zaczyna wpływać na reżyserów i scenarzystów. Spodziewam się obrazów, które wyeksploatują ten sposób opowiadania historii do granic możliwości. Nowe To stanowi dla mnie dowód na to, że estetyka Stranger Things przebiła się już do kina.

Dość już tych przydługich przemyśleń! Muszę przyznać, że bawiłem się świetnie, film trzymał mnie w napięciu do samego końca, mimo że doskonale znam tę historię. Niezwykle udana okazała się kreacja Pennywise’a. Był, na swój specyficzny sposób, przerażający. Doskonale dopełniał charakterystyczny klimat filmu i jako antagonista nowego To sprawdził się znakomicie. Cały czas zastanawiam się, ile jest sensu w porównywaniu starej i nowej interpretacji Stephena Kinga. Oba filmy dzieli dokładnie 27 lat różnicy, co nie jest przypadkowe, i przez ten czas zmienili się zarówno odbiorcy, jak i środki wyrazu. Nowe ciekawie prowadzi narrację, bywa zabawne, bywa przerażające. Dla fanów horrorów będzie to na pewno ciekawe doświadczenie, a miłości prozy Stephena Kinga również znajdą coś dla siebie. To po prostu trzeba zobaczyć i nie sądzę, aby ciągłe stawianie na piedestale starszej wersji jest słuszną postawą.

Popkultura kocha cytować samą siebie, uwielbia odświeżać znane teksty. Dopóki autor wprowadza jakieś nowe, ciekawe elementy lub przynajmniej nawiązuje do aktualnych koncepcji, nie mamy do czynienia z odgrzanym kotletem. Po prostu odbiorca dostaje nową interpretację danego dzieła, zrealizowaną według wizji innego człowieka. Skoro nowe To drażni delikatne rogówki filmowych purystów, to może kolejnym krokiem powinno być zakazane ciągłe wystawianie tych samych dramatów? Odbiorcy mają nabożną czcią oglądać stare interpretacje i się nimi zachwycać, bo zostały już uznane za wyjątkowe, legendarne i zmieniające historię danego gatunku? Tak się po prostu nie można! Nowe To jest doskonałym dowodem na to, że potrzebujemy nowego spojrzenia, że mechanizmy rządzące popkulturą wciąż działają i mają się dobrze.

Tylko szkoda, że na kolejną część przyjdzie nam trochę poczekać. Jednak pozostaje mieć nadzieję, że Pennywise wróci równie przerażający.

Świątynia Pierwotnego Zła jest wciąż otwarta!

Zawsze fascynowały mnie wszelkiego rodzaju społeczności moderskie, które z zapałem rozwijają gry. Z wielką chęcią korzystam z takich modyfikacji, ponieważ często całkowicie zmieniają one charakter danej produkcji. Każdy, kto spędził kilka godzin, dbając o kolonię kosmicznych rozbitków w RimWorld wie, że instalując kilka modów stworzonych przez graczy, można znacznie utrudnić sobie rozgrywkę. A wielu fanów Torchlight II na pewno nie może się obyć bez SynergiesMOD. To jest świetny przykład modyfikacji, która daje grze drugie życie. Gdy dowiedziałem się o tym, że ktoś próbuje wskrzesić Icewind Dale, to od razu zadałem sobie jedno pytanie: po co?

Nie wiem, jak wiele osób tęskni za podróżami po Dolinie Lodowego Wichru. Sam spędziłem kilkanaście godzin, eksplorując tę nieprzychylną krainę, jednak nigdy nie czułem potrzeby, aby ponownie przejść tę grę. Pierwsza część Icewind Dale ukazała się w 2000 roku, zyskała przychylność prasy oraz odbiorców. Chociaż ta druga grupa czasem traktuje tę produkcję, jako uproszczone Baldur’s Gate. Trzeba przyznać, że Icewind Dale było bardziej nastawione na walkę i o wiele bardziej dynamiczne, co może tłumaczyć brak niuansów fabularnych. Poza tym, Baldur’s Gate ustawiło wysoko poprzeczkę, o czym świadczy to, że gry cRPG wciąż są porównywane do tej produkcji. W takim razie jak Icewind Dale mogło w ogóle zagrozić tej dominacji? W żaden sposób, musiałoby być przynajmniej tak samo rozbudowane, a takie nie było. Rozumiem, że ktoś może tęsknić za Doliną Lodowego Wichru i dla takich osób, w 2015 roku, wypuszczono Icewind Dale: Enchanded Edition. Dlatego tak zdziwiłem się, gdy trafiłem na informację, że powstaje modyfikacja, która przenosi graczy do tego świata.

Zacząłem kopać. Icewind Dale: ToEE Total Conversion zadziała wyłącznie, gdy gracz posiadana pewną, już całkowicie zapomnianą, produkcję. Mam na myśli Temple of Elemental Evil. Podejrzewam, że wyłącznie psychofani gier cRPG pamiętają o tej produkcji. Została ona wydana w 2003 roku przez Troika Studio. Stworzyli także trochę bardziej znane Arcanum oraz – oparte na grze papierowej grze RPG – Vampire: The Masquerade. To wszystko, żadna z gier nie uzyskała, aż takiej popularności, aby studio mogło pracować dalej. Wiedziałem, że Arcanum ma wielu oddanych fanów, ale nie miałem pojęcia, że są osoby, które wciąż wracają do Temple of Elemental Evil. Moje doświadczenia z tą produkcją są przykre. Temple of Elemental Evil nie tyle obfitowało w interesujące wątki fabularne, co było po prostu bogate w różnego rodzaju błędy. Po ciekawym (i wciąż niedocenionym!) Aracanum było to zwykłe rozczarowanie.

A tu nagle okazało się, że Temple of Elemental Evil wciąż żyje. Ludzie tworzą modyfikacje, które sprawiają, że gra ciągle ma coś ciekawego do zaoferowania. To wspaniały dowód na to, że dla gier komputerowych najważniejsi są oddani fani, którzy nawet ze średniej produkcji, są w stanie wycisnąć ostatnie soki. Przykładem jest pomysł przeniesienia historii z Doliny Lodowego Wichru. Skoro została wypuszczona ulepszona wersja, to po co to robić? Odpowiedź jest banalna: dla zabawy i dla oddanych fanów.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén