Tak! To jest ten cudowny moment w roku! Już czas, aby każde miejsce zaroiło się od twarzy! Muszą być wszędzie! Z hasłami, koniecznie o dobrobycie, o naprawie, o lepszym świecie. Okazjonalnie jest coś o środowisku. Bo, jak doskonale wszyscy wiemy, nic tak nie poprawia stanu gleby, jak tysiące ulotek rozrzuconych na trawnikach i polanach. Wiecie, że ta inwazja twarzy rozkręca się stopniowo? A potem jeszcze przez jakiś czas trwa, bo nie ma komu sprzątać. Środowisko, takie ważne.

Obwieszone płoty i ogrodzenia. Spojrzenia, twarze. Różne. Spokojne, rozbiegane, sfotoszopowane na bezgraniczną miłość i uczciwość. Ręce na widoku. Wyrażają szczerość oraz brak ukrytych zamiarów. Tak napisali, tak piszą, we wszystkich poradnikach dotyczących marketingu, wpływu na ludzi i zwierzęta. Więc trzeba tak robić, zachodzi konieczność zaproponowania uczciwej decyzji. Dlatego wiszą, dlatego przypominają o swoim istnieniu. Obiecują, a ręce mają na widoku i człowiek od razu wie, że dotrzymają słowa. Dlatego warto postawić krzyżk na tej lub innej przeszłości. Twarz ucziwa, ręce na widoku, szczerość i waleczność na plakatach. Będą długo powiewały na słupach i ogrodzeniach.

Będą jeszcze ulotki. Porzucone w różnych dziurach. Wtykane wszędzie, a najczęściej lądujące do w śmietniku. Wiatr będzie je roznosił przez jakiś czas. Z niezmiennie uśmiechniętą twarzą. Potem tusz zacznie rozmywać deszcz i obietnice, wyliczenia, kalkulacje uczciwości, staną się niewidoczne. Rozmazane. Niepewne? Bo słabym tuszem wydrukowane. Dobrze, że twarz wciąż widoczna, a że trochę się śmieci? Komu to zaszkodzi, żadna wyspa ulotek nie krąży po świecie, więc nie ma problemu. Nie istnieją problemy, są tylko rozwiązania, bo ludzie z plakatów, ulotek i billboardów skupieni się na szukaniu odpowiedzi, a nie na tworzeniu kolejnych przeszkód. To jest najważniejsze! A było to widoczne, wystarczyło się wpatrzeć w zdjęcie, żeby w każdych oczach dostrzec błysk odpowiedzi, wiarę, nadzieję, krainę mlekiem, miodem i miłością płynącą.

Są też zdjęcia rodem z legitymacji szkolnych. Z podpisem, obowiązkowo, bo inaczej zniżki na Prawdę będą nieważne. Uśmiechy do fotografa, żeby koledzy i koleżanki z ławki się nie śmiali. W klasie, wiadomo, wszyscy mają podobne obrazki przyczepione zszywaczem do karteczki identyfikującej osobę. Teraz też tak jest. Podobne odcienie, garnitury, garsonki i krawaty. Wszyscy odlani z do jednej formy, ale podpisani. Żeby twarz utarła się z nazwiskiem, jak jajka na kogel mogel. Wszystko w zgodzie z podręcznikami pisanymi przez spin doktorów, trenerów wizerunku oraz innych ludzi, którzy bez namysłu doradzają oklejenie świata swoją twarzą. Bo warto, bo się utrze, bo przechodnie zapamiętają.

A potem widać napojonych wędrowców dyskutujących z płotami. Wykrzykujących różne poglądy i grożących wydrukowanej twarzy. Pustawa butelka w dłoni, głowa pełna szumiących myśli, gardło zdarte w wyniku wygłoszonej kontry. Nikt nie odpowiada. Za nic. Przed nikim.