Castelvania. Tytuł, który zna każdy fan gier komputerowych. Platformówka wydana w 1987 roku doczekała się adaptacji filmowej. Ku mojemu zaskoczeniu – całkiem niezłej, chociaż zdecydowanie zbyt krótkiej. Obejrzałem wszystkie odcinki w jeden wieczór, chociaż szczególnym fanem estetyki anime nie jestem, i z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Najwyraźniej jest jeszcze nadzieje dla adaptacji gier komputerowych. Łatwo można się przekonać, że zazwyczaj takie przenosiny udają się, w najlepszym wypadku, przeciętnie. Większość produkcji filmowych, których scenariusze były oparte na fabułach gier, jest po prostu kiepska.

Moją ulubioną porażką jest Hitman: Agent 47. Gry uwielbiam, przeszedłem wiele razy. Pierwsza część zestarzała się graficznie, ale jest w dalszym ciągu grywalna. Jeżeli ktoś jeszcze nie wcielił się w zawodowego zabójcę, to zachęcam do upolowania produkcji i rozpoczęcia interesującej przygody. Tylko przypomnę, że mordowanie wszystkich świadków, to pójście na łatwiznę! Znacznie trudniej jest pozostać niezauważonym. A gdy już ukończycie wszystkie części, to koniecznie obejrzyjcie film. Hitman: Agent 47 to doskonały przykład całkowite spłycenia fabuły, braku zrozumienia dla serii gier oraz perfekcyjnego morderstwa dokonanego na głównej postaci. To nawet nie jest dobra produkcja sensacyjna! Hitman: Agent 47 prezentuje się jako bezmyślna strzelanina, która nie ma absolutnie nic wspólnego z nastrojem i klimatem gry. Film jest tak zły, że aż warto go obejrzeć, aby zobaczyć, jak wiele rzeczy można zepsuć, gdy nieudolnie próbuje się przenieść cyfrowy świat do filmu.

Zupełnie inaczej podchodzę do filmów, które powstały na podstawie bijatyk. Mortal Kombat, Street Fighter lub Tekken, to tytuły, które chętnie oglądam na ekranie telewizora. Tak, nie pomyliłem czasownika – oglądam, bo z graniem jest u mnie znacznie gorzej. Brakuje refleksu oraz chęci do nauki poszczególnych kombinacji. Dlatego pozostało mi oglądanie fabularyzowanych bijatyk. Jak przedstawić grę, w której dwóch graczy okłada się tak długo, aż jeden padnie? Okazuje się, że takie filmowe adaptacje nie są znowu najgorsze. Najczęściej zapożyczani są bohaterowie, czasem fabuła. Wiem, że to trudne do uwierzenia, ale w bijatykach istnieje pewna narracja. Film inspirowane produkcjami takimi jak Mortal Kombat ogląda się dla popisowych scen walk wręcz, dla poszukiwania ikonicznych ciosów, które zna każdy fan danej produkcji. Być może samo zapożyczenie postaci i – ewentualnie – atmosfery gry, to doskonała recepta na sukces?

Myślę, że za takie małe zwycięstwa mógłbym uznać Księcia Persji: Piaski czasu oraz Tomb Raidera. Znane i lubiona postacie, znośne scenariusze i realizacje w konwencji filmów przygodowych. W trakcie oglądania obu produkcji odniosłem delikatne wrażenie, że mogły to być odsłony samych gier, ich kontynuacje. Jednocześnie, jako gracz, nie czułem się specjalnie zażenowany jakością obu produkcji, czego nie mogę powiedzieć o Hitman: Agent 47. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś obejrzę dobry film, w całości inspirowany serią gier komputerowych. W końcu wirtualne światy mają wiele do zaoferowania.