Format „Hell’s Kitchen” zna każdy – mniej lub bardziej – świadomy odbiorca mediów. Dwie grupy kucharzy, jeden wściekły szef-nadzorca i wielka nagroda. Uczestnicy (nie)umiejętnie obrzucają się błotem lub mułem z dna lokalnej rzeki. Jednak program niesie pewne przesłanie: do zwycięstwa potrzebna jest współpraca, za liderem stoi zorganizowany zespół. Jednym ten program podoba się bardziej, innym mniej. Są tacy, którzy nie widzą inkarnacji Gordona Ramsay’a w Modeście Amaro. Ale nie o tym, chcę pisać, bo już zaczynają się pojawiać analizy polskiej edycji „Piekielnej Kuchni”. Ja chciałbym zobaczyć ten format przełożony na studia doktoranckie.

„Hell’s PhD” (czyli Piekielny Doktorat) nie miałby zastąpić egzaminu. Zamiast niego komisja mogłaby oglądać filmiki na YouTubie albo przeglądać publikacje kandydata. Potem następowałaby ścisła selekcja i w Piekielnym Zakładzie znalazłyby się dwie grupy: mężczyźni i kobiety. Szefem-nadzorcą mógłby zostać utytułowany profesor, który goniłby potencjalnych doktorów do roboty. Nagroda? To proste. Etat na uczelni i dwuletni grant naukowy. Wygrywa – oczywiście! – najlepszy.

Szable w dłoń!

Konkurencje dotyczyłyby takich zagadnień jak: sprawdzanie kolokwiów, pisanie abstraktów, przygotowywanie referatów na konferencje i pisanie artykułów. Jako kara pojawiałoby się zaliczanie nieobecności studentom w ramach konfrontacji. Jeżeli myślicie, że to łatwa sprawa i jest niczym w porównaniu z przygotowywaniem kuchni i sprzątaniem tejże, to jesteście w błędzie. Niekończąca się kolejka osób, która akurat przypomniała sobie, że przekroczyła limit nieobecności i musi zaliczyć 5 lub (w porywach!) 7 spotkań, to prawdziwy koszmar każdej osoby prowadzącej zajęcia.

Zresztą pozostałe konkurencje też potrafiłyby wycisnąć z kandydatów siódme poty. Bo takie, na przykład, nieszkodliwe sprawdzanie kolokwiów. Wystarczy, że zdający je będzie miał niezwykle nieczytelny charakter pisma, a w czasach epidemii dysleksji i dysgrafii nie można człowieka oblać, za zaszyfrowane odpowiedzi. Trzeba się pomęczyć, złamać szyfr i ocenić. Abstrakt, który należy napisać koniecznie po polsku i angielsku, to taki mały potworek prześladujący wszystkich doktorantów. Niby 500 znaków, czasem i mniej, ale ile trzeba się namęczyć, aby dobrze przełożyć zagadnienia swojej dziedziny na obcy język i nie zgubić przy tym sensu. Referat na konferencje to już małe wyzwanie. Trzeba zmieścić się w 20 minutach, aby nie narazić się audytorium. A poza tym należy dostosować się do tematu konferencji, co nie zawsze jest banalne. I na zakończenie, konkurencja królewska, czyli pisanie artykułów. Obowiązkowo z poprawkami! Na to zadanie uczestnicy mieliby trochę więcej czasu. Z drugiej strony legendy o pisaniu w jeden wieczór, na 24 godziny przez deadlinem okazują się być prawdą. Ale nie bądźmy sadystami. W końcu uczestników „Hell’s PhD” czeka jeszcze zadanie główne, czyli odpowiednik serwisu z „Piekielnej Kuchni”.

Zapraszamy na… zajęcia

Każdy odcinek zamykałoby prowadzenie zajęć. 90 minutowy koszmar, ze znudzonymi słuchaczami i osobami, które notorycznie przychodzą nieprzygotowane. Zadaniem doktoranta byłoby dotarcie do jak największej liczby słuchaczy. A ci, którzy mieliby już dość stosowanych sztuczek dydaktycznych, mogliby bez problemu opuścić salę. Wyeliminowana zostałaby osoba, która straciłaby największą liczbę studentów. Prowadzący mogliby robić wszystko – oczywiście w granicach rozsądku i przyzwoitości – aby nie skończyć na samym końcu.

Zadaniem opiekuna byłoby chodzenie po salach i hospitowanie zajęć, a także motywacja. Zdania w stylu: Nie widzisz, że się nudzą?! Zrób coś! Zatańcz na ławce, narysuj im coś, działaj, rób COKOLWIEK! Wtedy doktoranci czuliby czające się za plecami rozczarowane rodziny i zniszczone marzenia. Samo dostanie się do programu, to nie wszystko, przecież dla uczestników liczyłoby się tylko zwycięstwo. A ono osiągalne byłoby tylko, gdy audytorium byłoby zainteresowane. Jednak doktoranci musieliby prowadzić zajęcia nie tylko ze swoich dziedzin, ale także na zadane przez opiekuna tematy. W drugim przypadku mieliby dzień na przygotowanie i przedstawienie sylabusa. Dopiero, gdy zaproponowana realizacja zostałaby zaakceptowana, doktorant mógłby przystąpić do prowadzenia zajęć.

Zwycięstwo!

Piekielny Doktorat nie byłby programem, w którym liczyłaby się praca drużynowa. Ten element pojawiłby się dopiero na końcu, w ramach odcinka finałowego. To właśnie w nim, potencjalni zwycięzcy, musieliby stworzyć zespoły badawcze i sformułować wnioski. Nie zapominajmy o biurokracji! Ich zadanie polegałoby na: zebraniu wszystkich pieczątek, napisaniu streszczenia wniosku w języku polskim, przygotowaniu wniosku w języku angielskim (obowiązkowo 20 stron) i opracowaniu kosztorysu. Dopiero po wypełnieniu wszystkich wymogów formalnych, ostatnia dwójka, mogłaby przedstawić swoje projekty komisji.

A gdzie w tym wszystkim pisanie doktoratu? Gdzieś obok, pomiędzy próbami przetrwania w czasach krwiożerczego kapitalizmu, pisaniem artykułów i prowadzaniem zajęć. Jak w życiu.