Obejrzałem wczoraj Zagadki Sfinksa. Było to takie tandetne science fiction, śmiesznie nieudolne połączenie Indiany Jonesa oraz Tomb Raidera. Tego typu produkcje pozwalają odpocząć po dniu spędzonym na pisaniu kolejnego rozdziału. A po Zagadkach Sfinksa zdecydowałem się podnieść poziom i po raz kolejny obejrzeć Wszystko jest iluminacją.

Utwierdziłem się w przekonaniu, że mój pies mam wiele wspólnego z bestią, która grała w tym filmie. Jest podobnie niezrównoważona, jak Sammy Davis Junior Junior. Najlepsze jest jednak to, że Wszystko jest iluminacją można odczytywać na bardzo wielu poziomach. Wręcz narzuca się aspekt językowy. Słyszę go za każdym razem, gdy Aleks mówi po angielsku. Pojawiają się wtedy szalone konteksty, które w „normalnych” konwersacjach nie miałyby miejsca. Ale wczoraj wieczorem porwał mnie inny aspekt tego filmu – rzeczy.

Główny bohater jest kolekcjonerem, zbiera różne przedmioty. Jak sam stwierdza, robi to ze strachu – boi się, że zapomni. Przedmiot kojarzy mu się z konkretnym wspomnieniem i w ten sposób buduje on mapę swojej pamięci. Jego pamiętnik przybiera formę katalogu, w którym zapisuje to, co jest dla niego ważne. Po obejrzeniu filmu zadałem sobie proste pytanie: czy współczesny człowiek przywiązuje taką wagę do rzeczy?

Otoczony

Rozejrzałem się po swoim stanowisku pracy. Na biurku leżą/stoją (niepotrzebne skreślić): laptop (bo na czymś muszę pisać), notatnik osobisty (bo gdzieś muszę notować pomysły), notatnik naukowy (bo literaturoznawcze idee potrzebują oddzielnej przestrzeni), dwa zeszyty z czystymi kartkami (bo trzeba na czymś robić notatki z tekstów), stos książek (bo coś trzeba czytać), pióro (bo czymś trzeba pisać), głośniki (bo nie przepadam za słuchaniem muzyki w słuchawkach) zdjęcie Żony (bo ktoś musi mnie pilnować, żebym pracował, a nie grał w głupie gry) oraz smartfon (bo ludzie czasem do mnie dzwonią). Okazjonalnie pojawia się kubek z herbatą. Czasem smycz lub psia obroża. I to wszystko. Pracując nad tą listą stwierdziłem, że mam same najbardziej potrzebne rzeczy. A tylko z jednej mógłbym zrezygnować – z telefonu.

Godzinę mogę sprawdzić na zegarku, który zazwyczaj noszę. Wszystkie powiadomienia mogę przejrzeć z poziomu laptopa. Zresztą w trakcie pracy odczuwam niewielką potrzebę ciągłego bycia na bieżąco, z publikowanymi w mediach społecznościowych, informacjami. Ale najciekawsze jest to, że do każda rzecz znajdująca się na moim biurku ma pewną historię. Zdjęcie Żony zrobiłem sam, kilka lat temu, nad rzeką, czyli w miejscu, którym spędzaliśmy bardzo dużo czasu. Pióro dostałem od Przyjaciela, a ten życzył mi, abym za pomocą tego prezentu napisał wspaniałą powieść. Wszelkiego rodzaju zeszyty czekają na to, by zapisać w nich jakieś historię, chciażby powstawania prostej myśli. Laptop przeszedł już wiele, a za jego pomocą zapełniłem już wiele cyfrowych stron. Głośniki to upolowana okazja, po tym jak zaczęły mnie drażnić słuchawki i płytki dźwięk z laptopa. Tylko ten nieszczęsny smartofon odstaje.

Ta elektronika

Niby spędzam przy nim bardzo dużo czasu, targam go ze sobą wszędzie. Chociaż ostatnio coraz częściej zdarza mi się wyjść na spacer bez telefonu. Zauważyłem to przez przypadek i w tym momencie dotarło do mnie, że nie jest on mi, aż tak niezbędny. Na pewno nie w każdej chwili. Muzyki mogę posłuchać z wysłużonej empetrójki, książkę poczytać w formie analogowej lub cyfrowej na Kindle’u. I to jest cała moja mobilna elektronika. Notatek nie jestem w stanie robić na żadnym ekranie, pomysł muszę mieć zapisany właśnych charakterem pisma, a nie jakimś jego cyfrowym odpowiednikiem. Dochodzi jeszcze aspekt podarowanego pióra. Trzeba z niego korzystać.

Dlatego z dużą rezerwą podchodzę do wszelkich newsów związanych z technologią ubieralną. Okulary noszę, ale nie chcę, aby przed oczyma ciągle wyświetlały mi się powiadomienia. Zegarek też mam, ale jest to prezent do Żony i nie zamieniłbym go na żaden cyfrowy odpowiednik. Zbędna mi jest opaska licząca spalone kalorie oraz pokazująca liczbę oczekujących na mnie maili. Tym bardziej kuriozalne wydają mi się pomysły inteligentnych kurtek, butów albo innych elementów ubrania.

Cały czas zadaję sobie jedno proste pytanie: po co? O ile poprawę materiału potrafię zrozumieć, bo ma to wymiar czysto pragmatyczny, to mariażu koszulki i inteligentnej technologii pojąć nie mogę. Gdzieś docierają do mnie argumentu, że takie rzeczy mogą przydać się w pewnych określonych zawodach, ale czy człowiekowi na co dzień jest to faktycznie potrzebne? I tak jesteśmy już więźniami powiadomień, które wyświetlaja nam się na smarfonach. Brakuje tylko tego, żebyśmy martwili się tym, czy według naszej kurtki powinniśmy ją zdjąć czy dopiąć kaputr, bo będzie padać.

Uważam, że rzeczy mają służyć człowiekowi, a mam wrażenie, że sytuacja ta coraz częściej się odwraca. Z upodobaniem oddajemy się we władzę przedmiotom i to one zaczynają nadawać nam znaczenia. A powinno być na odwrót.