Muszę przyznać, że ostatnie książki nie dostarczyły mi zbyt wielu interesujących czytelniczych przeżyć. Wyjątkowo zacznę od największego rozczarowania, ponieważ zupełnie się go nie spodziewałem. Przed książką, którą tak mnie zawiodła, przeczytałem thriller i powieść kryminalną. Wiedziałem czego się spodziewać, literatura popularna ma swoje jasne zasady. Dlatego w przypadku tekstów na wskroś artystycznych oczekuję czegoś innego, odmiennego przeżycia artystycznego. Zwykł mi go dostarczać Jerzy Pilch, którego zawsze byłem wiernym fanem i propagatorem.

Moja przygoda z prozą tego autora zaczęła się od Miasta utrapienia. Tekst ten pozostaje moją ulubioną książką Jerzego Pilcha. Potem już było z górki i czytałem absolutnie wszystko to, co wpadło mi w ręce, a było podpisanie imieniem i nazwiskiem autora Pod Mocnym Aniołem. Za każdym razem przeżywałem istne olśnienie, z trudem opuszczałem efemeryczny świat przedstawiony, z rozpaczą porzucałem oplatającą czytelnika narrację, której Jerzy Pilch jest mistrzem. Właśnie tego wszystkiego zabrakło mi w Portrecie młodej Wenecjanki, podobnych książek napisano setki. Opowieści o rozstaniach, utraconych miłościach znamy wszyscy. Co prawda w Portrecie młodej Wenecjanki momenty pilchowskiego olśnienia, ale brakuje szkieletu, na którym trzymałaby się narracja. Gdzieś w tle majaczy genialny pomysł, idea, która mogłaby pociągnąć całą fabułę – spis rozczarowań miłosnych. A z czytelniczego doświadczenia wiem, że Jerzy Pilch jest mistrzem tworzenia wszelkiego rodzaju spisów.

Literatura artystyczna powinna być wyzwaniem intelektualnym, a Portret młodej Wenecjanki jest strawą mdłą, całkowicie pozbawioną wyrafinowania. Nic tam się nie sprawdza. Brakuje wielowarstwowej narracji, celnej ironii, zabawy słowem, scalania świata z porozrzucanych rozczarowań. Miłości, która w założeniu ma być tematem tej powieści, nie ma w ogóle – ani między bohaterami, ani między tekstem, a czytelnikiem. Przez cały czas miałem wrażenie, że Portert młodej Wenecjanki jest literaturą opartą na wymuszeniu. Ktoś zmusza się, aby pisać, a ktoś inny zmusza się, aby czytać. Z przykrością stwierdzam, że jest to pierwsza powieść Jerzego Pilcha, która nie pozostawiła we mnie żadnego śladu. Więcej radości dały mi średni thriller i całkiem solidny kryminał, które czytałem wcześniej. Jeżeli ktoś ma zaczynać wielką przygodę z prozą Jerzego Pilcha, niech POD ŻADNYCH POZOREM nie sięga po Portret młodej Wenecjanki. Może się to skończyć rozczarowaniem i niechęcią wobec autora.

Rozumiem, że Jerzy Pilch zmaga się z chorobą utrudniającą tworzenie literatury. Jednak moim obowiązkiem, jako osoby opisującej swoje wrażenia z konfrontacji z tekstem, nie jest usprawiedliwianie dzieł średnich, dzieł pozbawionych polotu i będących sztampowymi zlepkami literackich impresji. A Portret młodej Wenecjanki po prostu obfituje w te wszystkie elementy. Nie pozostaje mi nic innego, jak pogodzić się z rozczarowaniem i sięgnąć po inną książkę. Być może inny autor mnie nie zawiedzie i dostarczy mi intelektualnych wyzwań i estetycznych przeżyć?