Jestem graczem, czego nie znosi moja Żona. Nic nie potrafię z tym zrobić. Poza pisaniem uwielbiam grać w gry komputerowe. Kolekcję mam dość pokaźną, ale wszystkie wymagają do uruchomienia przynajmniej laptopa. Nigdy nie byłem fanem rozrywki mobilnej. Mój leciwy Note służy mi za notatnik i maszynę do udostępniania plików oraz odpisywania ma maile. Ale to się już zmieniło. Przyjemniej na jakiś czas.

Zaczęło się do wypatrzenia na Humble Bundle jednej gry – Out There. Rzecz mała, z gatunku science-fiction. Wchodzi się w kombinezon astronauty, który obudził się trochę zbyt daleko od domu i teraz musi sobie jakoś poradzić. Wszystko sprowadza się do zbierania surowców, podejmowania różnych decyzji i eksplorowania mapy. Tyle. A gra towarzyszy mi od ponad miesiąca w trakcie moich podróży do Katowic. Siedzę, tak jak wielu innych, a raczej wiszę nad ekranem telefonu i klikam, stukam i przesuwam. I nagle dotarł do mnie sens mobilnej rozrywki.

Chodzi o chwilowość. Na PieCyku człowiek siada i tłucze kilka godzin, jeżeli ma czas, dostęp do prądu, picia i jedzenia. Na telefonie? Cóż, ogranicza bateria, a przecież trudno wytłumaczyć Żonie, że smartfon padł, bo jego użytkownik wcale nie był taki smart i latał statkiem (na szczęście jeszcze mi się nie zdarzyło). Mobilna rozrywka jest niezobowiązująca – na pewno wciąga, ale inaczej niż tradycyjne gry komputerowe. Kilka puknięć, przesunięć, przeskoków i już trzeba wysiadać z pociągu. Telefon wystarczy schować do kieszeni i udać się w kierunku Wydziału. Gra poczeka.

Na pewno wykorzystuję Out There jako zabijacz czasu. Albo remedium na skutki zapominalstwa. Nie zawsze pamiętam o tym, żeby zapakować książkę lub Kindle’a. I wtedy dobrze mieć naładowaną empetrójkę (też zapominam) albo telefon z jakąś grą. Oczekiwanie na pociąg mija przyjemniej i szybciej.