Dzisiaj będzie trochę o rozczarowaniach. Nie życiem, tylko serialami. Ostatnio zderzyłem się z dwoma tytułami, w których wyraźnie widać, że autorom zabrakło pomysłu na fabułę. Budowanie narracji to ciężki kawałek chleba, a samo wykorzystywanie znanych chwytów to za mało, aby mnie porwać. Nie spodziewałem się, że tak poczuję się rozczarowany, nie byłem na to przygotowany…

Zacznę od drugiego sezonu Ozark. Najpierw ucieszyłem się, że będę mógł wrócić do tego świata, poznać dalsze losy postaci. Sam serial zbudowany jest na ciekawym pomyśle. Kreatywny księgowy mafii wpada w kłopoty i musi zacząć prać pieniądze. W przeciwnym razie jego rodzinę spotka nieszczęście. Drugi sezon, przynajmniej w założeniach, miał być kontynuacją tego wątku, jednak ze znacznie silniejszym głównych bohaterem. Nie wytrzymałem do końca, odpadłem po trzech odcinkach. Narracja przypomina małomiasteczkowe House of Cards. Brakuje polotu, postacie stały się jednowymiarowe i nudne. Nie oglądam dalej i przykro mi, że zmarnowano taki potencjał.

Skoro już wspomniałem o House of Cards, to machnę kilka słów na temat finałowego sezonu. Jest to spektakularna porażka, koniec, na jaki ten serial nie zasługiwał. Jasne, w ostatnich odcinkach coraz częściej odnosiłem wrażenie, że oglądam polityczną telenowelę. Ja po prostu lubię takie narracje, opowieści o manipulowaniu ludźmi, wyborami, historie o bezwzględnych despotach. Kimś takim był Frank Underwood, którego w finałowym sezonie zabrakło. Kevin Spacey okazał się nieprzyjemnym człowiekiem w życiu prywatnym i Netfliks zrezygnował z jego usług. Naturalnym krokiem było wysunięcie na główny plan Claire Underwood, która od trzeciego sezonu stawała się coraz bardziej niebezpieczny graczem. Z przykrością stwierdzam, że scenarzyści całkowicie spłaszczyli tę postać. Zrobili z niej kobiecą wersję Franka Underwooda.

Na dodatek otoczoną przez wiele dziwnie poprowadzonych wątków. Akcja składa się z poszarpanych motywów. Wprowadzanie nowych fragmentów do narracji przypomina wyciąganie zdechłego królika z mocno sfatygowanego cylindra. Jest to niespecjalnie zajmujące. Wiele razy odniosłem wrażenie, że twórcy spieszą się z zamykaniem wątków. Tak jakby chcieli mieć już za sobą ten finałowy sezon i nigdy już nie wracać do House of Cards. Nie ma już po co. Dla mnie jest to spektakularna porażka, popis bezmyślności. Nie wierzę w to, że nieobecności Franka Underwooda nie dało się inaczej ograć. Claire Underwood to fascynująca, wieloaspektowa postać. Wyjątkowy charakter w House of Cards. Jej relacje z mężem są ważne, jednak coraz częściej do głosu dochodzi pragnienie podążania własną ścieżką. Tak jest do pierwszego odcinka finałowego sezonu. Z tej silnej indywidualności zostaje tylko pył. Narracyjnie zostaje sprowadzona do kopii męża.

Na początku listopada spotkały mnie dwa serialowe rozczarowania. Żałuję, że straciłem kilka godzin na obejrzenie całego sezonu House of Cards. Do ostatniej minuty wierzyłem, że twórcy jeszcze uratują tę historię. Zawiodłem się. Po prostu od pierwszego odcinka prowadzili bezmyślną dekonstrukcję, aż nie zostało nic z magii House of Cards.