Prawo autorskie to temat drażliwy. Zaraz włączają się skojarzenia z ACTA, ZAiKSem oraz Zatoką Piratów, a potem przypominają się wszelkiego rodzaju wojny patentowe. Problem polega na tym, że nikt nie pyta o to, czy istnieją jakieś alternatywy wobec aktualnych rozwiązań. Czy faktycznie jesteśmy skazani na wieczny strach przez pozwem za wykorzystanie sample’a lub zdjęcia?

Otóż nie. Po pierwsze należy edukować ludzi z zakresu prawa autorskiego, bo właściwie to niewiele o nim wiemy. Ja musiałem zainteresować się tym tematem z prostej przyczyny – jako doktorant często korzystam z prawa cytatu i muszę wiedzieć czym jest plagiat oraz jakie konsekwencji mnie czekają jeżeli nie będę postępował zgodnie z przyjętymi zasadami. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że sporą część mojej pracy naukowej zajmuje mi przeglądanie artykułów i pilnowanie porządku w cytatach. Bywa to paraliżujące, ale jest to temat na inny artykuł. Dzisiaj chciałbym zająć się problemem znajomości Creative Commons.

Oczywiście zapytałem najpierw swoich studentów. Mam przyjemność prowadzić zajęcia w dwóch grupach, w których łącznie mam około 40 osób. O Creative Commons słyszało około 10 studentów, ale z otwartych zasobów skorzystało 2 (słownie: dwóch!). A to już bardzo niedobrze. Okazało się, że nie wiedzą, gdzie szukać treści objętych licencjami Creative Commons. Jeżeli ktoś potrzebuje zdjęcia, to wystarczy odwiedzić Flickra i zaznaczyć odpowiednie opcje przy wyszukiwaniu zdjęć. Warto także regularnie sprawdzać stronę Otwartych zasobów. Można tam znaleźć sporo interesujących materiałów, które mogą przydać się nie tylko blogerom, ale także innym twórcom (np. tym, którzy zajmują się stronami internetowymi).

Temat Creative Commons poruszam z dwóch powodów. Pierwszy dotyczy aktualnego stanu kultury, a drugi działań różnych blogerów.

Jeden Świat, jedna Sieć!

Jeden Świat, jedna Sieć!

Blogowe zamknięcie

Mam wrażenie, że w blogosferze, w kwestii praw autorskich, panuje rozdwojenie jaźni. Z jednej strony, w wielu stopkach, straszą słowa „All Rights Reserved” lub inne wariacje na temat „Słowa są moje, nie ruszajcie bez pytania, a jak już chcecie ruszyć, to najlepiej zapłaćcie”. Na tych blogach pojawiają się bardzo często zdjęcia, którym brakuje jakiegokolwiek podpisu. Należałoby założyć, że ich twórcami są osoby prowadzące bloga, ale wrzucanie niektórych obrazków do wyszukiwarki wskazuje na coś zupełnie innego – bardzo często wykorzystywane są grafiki objęte prawami autorskimi. A na blogu nie ma na ten temat ani słowa.

Okazuje się, że MOJEJ twórczości nie można ruszyć bez pozwolenia, ale CUDZĄ to chętnie wykorzystam. Mam wrażenie, że to stwierdzenie bardzo dobrze obrazuje mentalność wielu internatów. Sam uważam, że prawo autorskie wymaga dostosowania do współczesnych praktyk kulturowych, ale nie oznacza to, że powinno zostać ono całkowicie zniesione. Dlatego apeluję do wszystkich osób, które zakładają lub prowadzą bloga: przemyślcie na jakiej zasadzie udostępniacie stworzone przez siebie treści. Wrzucając formułkę „Wszelkie prawa zastrzeżone” nie przyczyniacie się do zmiany postrzegania praw autorskich.Zresztą mam wrażenie, że wiele osób korzysta z powyższego zdania, tylko dlatego, że widziało ja na płycie DVD albo w trakcie oglądania filmu i to wszystko.

Dlatego warto wejść na stronę Creative Commons i przejrzeć licencje. Być może któraś z nich będzie idealnie pasowała do prowadzonej działalności? Wykorzystanie wybranej licencji wcale nie oznacza zrezygnowania z wynagrodzenia za swoją twórczość. Za przykład możne posłużyć Cory Doctorow, który publikuje swoje książki w oparciu o Creative Commons, ale sprzedaje je także w księgarniach. Bezmyślne powtarzania formułki „All Rights Reserved” przyczynia się do utrwalenia problemu skostniałych praw autorskich, a kultura nie stoi w miejscu – cały czas się zmienia. Pojawiają się inne nawyki odbioru i tworzenia treści. Zmiana aktualnych praw autorskich wydaje mi się nieunikniona i mam nadzieję, że wiele osób myśli podobnie.

This is COPYRIGHT!

This is COPYRIGHT!

Przemysł kulturalny

Możemy się obrażać, że współczesna kultura to beznadziejne treści dla mas. Telewizja nas ogłupia, Internet sprawia, że poznajemy rzeczywistości powierzchownie, a prasa jest zależna od wielkich korporacji, które dają kasę na reklamę. Liczy się tylko i wyłącznie zysk, pieniądz, a hajs się musi zgadzać. Ale to jest tyko jedna strona medalu. Pojawienie się przemysłu kulturalnego spowodowało zmianę w sposobie tworzenia dzieł kultury – dzisiaj raczej mówi się o ich produkcji, a pojęcie dzieła zastąpiło pojęcie tekstu. Większa ilość osób jest zaangażowana w wytwarzanie tekstów kultury – za przykład może posłużyć kino. Jeden pozytywny efekt już jest – mamy więcej miejsc pracy, bo obsadzić trzeba nie tylko biuro producenta, ale także system dystrybucji. Negatywnym efektem jest postępująca homogenizacja, której poświęcę oddzielny wpis. Wiele osób zapomina o tym, że mówienie o przemyśle kulturowym prowadzi także do zaniku pojęcia autora. Na ten temat wypowiada się Edgar Morin:

Pojęcie „twórcy”, czyli autora, tego, który tworzy substancję i formę swojego dzieła, dość późno pojawiło się w historii kultury: jest to dopiero artysta wieku XIX. Pojęcie to utwierdza się w momencie, w którym rozpoczyna się era przemysłowa. Wraz z wprowadzeniem technik przemysłowych w dziedzinę kultury zaczyna tracić na znaczeniu. Twórczość wykazuje tendencję do utożsamiania się z produkcją. [E. Morin, 569].

To oznacza, że zmianie powinno ulec także prawo autorskie, bo dotyczy ono samego twórcy. A nic takiego się nie dzieje. Pojawienie się Internetu jeszcze bardziej skompilowało ten problem, doprowadziło nawet do zaostrzenia walki różnych instytucji z użytkownikami. I właśnie ta zmiana jest interesująca. W obronie swoich tekstów występują nie tyle autorzy, co reprezentujący ich koncerny oraz struktury stojące na straży prawa autorskiego. Przy czym nie sądzę, aby tym molochom chodziło o ochronę dorobku intelektualnego twórczy – spory dotyczą raczej pieniędzy. Sytuacja staje się coraz bardziej absurdalna, a za przykład może posłużyć wprowadzony w Hiszpanii Google Tax. Będzie to podatek od linkowania treści chronionych prawem autorskim (artykuł na ten temat napisał Pan Tomasz Popielarczyk).

Takie rozwiązanie można znacznie zaszkodzić kulturze remiksu, w której wszyscy żyjemy. Ciągłe stawianie kolejnych murów, mających na celu „ochronę interesów autora”, uderza w ludzką kreatywność. Za chwilę będziemy zastanawiali się nad każdym zdaniem, bo przecież ktoś wcześniej już mógł napisać coś podobnego, podpisać swoim nazwiskiem i dorzucić „Wszelkie prawa zastrzeżone”. I koniec – nie powstanie ani artykuł, ani news, ani opowiadanie. Kreatywność umrze, a wraz z nią interesujący i barwny świat ludzkich wytworów. Celem osób promujących z Wolną Kulturę oraz Creative Commons nie jest kradzież własności intelektualnej, ale jej uwolnienie, abyśmy my, ludzie, mogli z niej korzystać.

//Ilustracje: Jeden Świat, jedna Sieć – Paul Downey (CC BY 2.0); This is COPYRIGHT – Christopher Dombres (CC BY 2.0).

//Teksty, z których korzystałem w trakcie pisania artykułu: