To będzie kolejny tekst o rozczarowaniu. Tak dziwnie się złożyło, że od początku Nowego Roku na moim blogu dominuje temat irytacji. Nudy. Szeroko rozumianego rozczarowania danym tekstem kultury lub, co bywa bardziej bolesne, rzeczywistością. Nie próbuję się wybielić, w żadnym wypadku. Ten stan towarzyszy mi zawsze, ciągle się czepia. Dziwnym trafem ostatnio ciągle coś wzbudza we mnie poczucie rozczarowania. Aż chciałoby się napisać, że kiedyś to robili seriale, pisali książki, kręcili filmy, nie to, co teraz.

W ostatnich dniach skonfrontowałem się z nowym Drakulą i postnowoczesną wersją Opowieści wigilijnej. Te dwa, całkowicie odmienne, teksty kultury doczekały się odświeżonych interpretacji. Tak, „interpretacji”, a nie adaptacji. Istotne rozróżnienie. Autorzy postanowili wziąć rozpoznawalne motywy z obu powieści i trochę inaczej je ubrać. Dorzucić nowe wątki, wprowadzić konteksty, które w oryginałach nie występują. Normalna praktyka, w końcu teksty kultury są ciągle na nowo odczytywane. Wiem, szok! Dotarło to do mnie dopiero na studiach, w szkole średniej miałem wrażenie, że interpretację są wyryte w kamieniu. Takim starym, wielkim i trudnym do usunięcia. Ba! Nawet nie należało go ruszać.

Z jednej strony cieszę się, że twórcy sięgają po treści, które są rozpoznawalne. Jednak jest w tym mała pułapka. Wielu z odbiorców oczekuje nie tyle nowej interpretacji, ile próby dorównania od tego najwierniejszego, najlepszego odczytania. Przynajmniej ich zdaniem. Myślę, że takim rykoszetem dostał Drakula. Moim rozmówcy często porównywali to postnowoczesne odczytanie z realizacjami, które zapisały się w historii kultury. Z zestawienia wychodziło im, że nowy wampir jest gorszy. Tylko dlaczego? Bo jest inny? Uważam, że w takich porównaniach często sami padamy ofiarami pewnego wdrukowania sensów. Bywa, że nie tyle nam się coś podoba, co traktujemy starsze dzieło, jako lepsze, ponieważ zostało już uznane.

Rewers monety mam z głowy. Czas na drugą stronę. Nie cieszę się, że twórcy sięgnęli po te teksty, ponieważ koncertowo je zarżnęli. Realizacja była całkiem niezła, o dziwo zabrakło pomysłów na wypełnienie formy. Długie, przegadane sceny. Beznadzieje zwroty akcji. Wprowadzenie postaci, które trudno uznać za znaczące dla rozwoju głównych bohaterów. Zamiast budować poczucie tajemnicy, a może nawet zagrożenia, twórcy zdecydowali się na dodanie ogromnych ilości nudy.

Zarówno w przypadku Drakuli jak i Opowieści wigilijnej początek był niezły. Scenografia została rozstawiona, bohaterowie przedstawieni. Wraz z rozwojem fabuły pojawiało się coraz więcej luk, dziwnych niedomówień oraz zbędnych wątków. Aż w końcu akcja zdychała i na scenę wkraczał przegadany i nudny materiał filmowy. Gdyby tylko konsekwentnie poprowadzono narrację. Z pomysłem. Gdyby zaniechano prób usilnego wrzucania dodatkowych wątków do fabuły i skrócono całą opowieść, to oba teksty byłby niezłe. Wtedy dobre rzeczy nie tonęłyby w oceanie nudy.