Ostatnie tydzień października stanowi dla mnie interesujący spektakl. Powoli budzą się osoby, które tylko czekają na to, aby napisać, że Halloween to pogańskie święto! Że sam Szatan chodzi wtedy po ziemi i szuka łatwowiernych ofiar! Po drugiej strony barykady staną ludzie, którzy nie widzą nic złego w przebraniach i szukaniu cukierków. Znają to z amerykańskich filmów, być może nawet na nich się wychowali. Dla nich to tylko zabawa. Nie stanę po żadnej ze stron. Mało mnie ten konflikt interesuje, znacznie bardziej martwi mnie zakupowe szaleństwo.

Skoro poruszam ten temat, to znaczy, że zbliża się jakiś długi weekend. W tym roku kalendarz tak się ułożył, że będą nawet dwa, zaraz po sobie. A to oznacza, że w rodaków wstąpi potrzeba kupienia absolutnie wszystkiego. Bo nie wiadomo, nic nie wiadomo. Może braknie pieczywa? WINCYJ BUŁEK DO TORBY! Albo ogórków kiszonych zagryzanych do wódki. Właśnie! Alkohol! Długi weekend bez brzdęku butelek na pewno się nie uda. Jeszcze żal w sercu, bo w żaden sposób nie można rozpalić grilla. Zrobić karkówkę z promocji na podpałce. Wtedy długi weekend byłby idealny. A w listopadzie może być ciężko. Pozostaje tylko kupowanie wszystkiego na potęgę, żeby przypadkiem czegoś nie brakło. Później się wyrzuci, bo przecież kupione na promocji. Z utęsknieniem czekam na te przelewające się śmietniki. Podziwiam umiejętność ignorowania syfu, jaki sami robimy wokół siebie.

Znajomi z pracy wiedzą, że marnowanie jedzenia po prostu podnosi mi ciśnienie. Zdarzyło się, że na kanale dotyczącym śniadań wylądowały informacje o popsutym chlebie. Albo o twarogu dojrzewającym, któremu się przejrzało. Był jeszcze pseudorosół, ale to przemilczę, bo wstyd i hańba. Staramy się dbać o żywność w pracy. Serio. Rzeczy kupowane do firmowych śniadań są zjadane, nawet zaczęliśmy zapisywać daty otwarcia poszczególnych rzeczy, żeby wiedzieć, jak długo leżą w lodówce i co ma w pierwszej kolejności trafić na kanapki. Da się. Można mądrze zarządzać konsumpcją. Rozumiem, że trudno się oprzeć tym wszystkim promocjom, przecenom czającym się na każdym kroku. A trzeba, należy stawić opór bezmyślnej konsumpcji. Tłumaczenie, że może braknąć i lepiej wziąć na zapas jest szkodliwe. Spójrzcie na śmietniki w poniedziałek. Popatrzcie na żywność, która została wywalona. Pooglądajcie sobie fruwający plastik.

Drażni mnie to, że spędzamy czas na dyskusjach o wyższości Dziadów nad Halloween, ale jakoś nikt nie potrafi pójść po rozum do głowy i zrobić mniejszych zakupów. Pewnie zaraz pomyślicie, że nasze decyzje nie mają sensu, że wszystkim rządzą korporacje/reptilianie/masoni/niepotrzebne skreślić. Wbrew pozorom nasze indywidualne decyzje mają znaczenie. Dla naszego najbliższego otoczenia. Dlatego mam nadzieję, że gdy po długim weekendzie spojrzycie na przelewający się śmietnik, to nie będzie osobami, które dołożyły do niego sporą cegiełkę. Nie warto. Warto pamiętać o tym, że jeżeli rozwalimy tę planetę, to nie będziemy mieli miejsca na kłótnie o różnicach kulturowych.