Strona 2 z 74

Mruczący mściciel

Miałem mocno serialowy początek roku. Wciąż rozgrzebane jest OA, po długim ociąganiu postanowiłem zacząć swoją przygodę z Breaking Bad. Skończyłem dwie produkcje – Tabu i Młodego papieża. Oba seriale mają tyle samo przeciwników, co zwolenników. W tym tekście nie chcę zajmować się genialną kreację Jude’a Law, ale równie interesującą postacią Jamesa Delaney’a.

Głównego bohatera Tabu, czyli wspomnianego w lidzie Jamesa, zagrał Tom Hardy. Muszę przyznać, że sposób przedstawienia człowieka pragnącego zemsty był przekonujący. James Delaney z jednej strony budzi sympatię, bo ma przemyślany plan działania, ale potrafi też wzbudzić w odbiorcy przerażanie i odrazę. Szczególnie gdy ze zwierzęcą brutalnością rozprawia się z nasłanymi na niego zabójcami. Jucha obficie wylewa się na ziemię, a James Delaney ma tendencję do pojadania serduszek z pokonanych wrogów. Co czyni z niego postać przerażającą, dodanie do tego nieustępliwości sprawia, że główny bohater Tabu staje się metodycznym i zimnym mścicielem.

Sama konstrukcja serialu jest oparta na znanym w kulturze motywie powracającego mściciela. Jeżeli nie wiecie, kim jest hrabia Monte Christo, to jak najszybciej postarajcie się nadrobić tę zaległość! Gwarantuje Wam, że zapoznanie się z tym bohaterem powieści Aleksandra Dumasa pozwoli na pełniejsze spojrzenie na postać Jamesa Delaney’a. Twórcy serialu Tabu postanowili dodać szczyptę tajemnic w postaci specyficznego powiązania bohatera ze światem duchów. Istotne są dwa wydarzenia: indiańskie pochodzenia matki Jamesa Delaney’a oraz jego – do końca niejasny – pobyt w Afryce. W wyniku zderzenia tych dwóch elementów staje się groźnym łowcą, ponieważ w serialu pojawiają się duchy, zwidy oraz zmory, których intencje są nieoczywiste, jednak odbiorca ma w pełni uzasadnione prawo podejrzewać, że pomagają one bohaterowi w osiągnięciu celu.

Droga mściciela jest trudna i najeżona pułapkami. Bohater Tabu, poza umiejętnością komunikowania się ze światem duchów, doskonale manipuluje innymi postaciami. Cała intryga opiera się, na umiejętnym rozgrywaniu poszczególnych strać – zarówno tych fizycznych, jak i psychologicznych. Właśnie w głowach postaci wydarzają się najciekawsze bitwy, doskonale sieje w nich zamęt główny bohater. Być może właśnie dlatego tak dobrze ogląda się serial Tabu. Stworzenie postaci, która swoją siłę opiera na umiejętności manipulowaniu ludźmi, sprawia, że odbiorca cały czas zastanawia się, co tym razem wymyśli James Delaney, kogo i jak oszuka. Sami twórcy starają się wręcz podkreślać ten aspekt poprzez wrzucanie bohatera w sytuacje – jak na początku się wydaje – całkowicie bez wyjścia.

Warto zaznaczyć, że Jamesa Delaney’a nigdy nie wyciągnęły z lochów duchy. Dodanie tajemnych sił działających w serialowym świecie, nie oznacza, że twórcy automatycznie zrezygnowali z realizmu.

Literat przegląda Internet #75

Koniec listy i intensywnego tygodnia. We wtorek odwiedziłem „StartUp Games Sosnowiec” i muszę przyznać, że odczucia mam mieszane. Na pewno miło było spotkać młodych ludzi, których pasją są gry komputerowe i człowieka, który te gry lubi i niezwykle przepada za popcornem. To jest temat na zupełnie inny wpis.

Copyright claim na YouTubie? Niektórzy przesadzają…

… szczególnie Nintendo.

A skoro już przy Switchu jesteśmy, to w Sieci pojawił się materiał o problemach z najnowszą konsolą Nintendo. Nie znam skali, a obejrzenie kompilacji awarii na pewno nie jest dobrym sposobem na wyrobienie sobie zdania o Switchu. Oglądacie na własną odpowiedzialność!

Inteligentna prezerwatywa? Hmmm…

UpLink powraca!

Legendarne cierpienie

Unikam gier RPG. Po prostu nie mam na nie czasu. Rozgrzebałem kilka tytułów, staram się je ukończyć w – mniej lub bardziej – wolnych chwilach. Drażnią mnie moje nawyki. Muszę zajrzeć do każdej skrzynki, sprawdzić każdą możliwość, przetestować wszystkie ścieżki rozwoju drużyny. Dlatego tak niemiłosiernie długo przechodzę każdego cyfrowego RPGa. Jednak w przypadku Torment: Tides of Numenera musiałem zrobić wyjątek. W końcu produkcję tę zapowiadano jako duchowego spadkobiercę Planescape: Torment, a była to jedna z wyjątkowych gier RPG.

28 lutego 2017 roku przepadłem dla świata. Pobrałem grę i cyfrowa rzeczywistość po prostu mnie wessała. Muszę przyznać, że pierwsze zderzenie z Torment: Tides of Numenera było trudne. Nowoczesne gry mocno mnie rozleniwiły, trochę przywykłem do tego, że dostaję absolutnie wszystko na tacy, a ścieżka fabularna po prostu świeci się na ekranie. Nic z tego nie znalazłem w najnowszym Tormencie. Już sam początek wyraźnie nawiązuje do starych cyfrowych RPGów, w których było sporo czytania i decydowania o losie bohatera w dialogach. Okazuje się, że już na samym starcie można zakończyć grę – wystarczy wykazać się nieostrożnością w spadaniu. Cudowny element! Doskonałe wprowadzenie do świata i jasna prezentacja mechaniki.

W Troment walka nie jest najistotniejsza. Ważne jest to, co dzieje się wokół bohatera. Każda lokacja ma swój interesujący charakter. Bebechy, Mały Rynek i Karawanseraj – przypadły mi szczególnie do gustu. Interesujące rozstawienie NPCów sprawia, że eksploracja jest samą przyjemnością, a wyławianie drobnych smaczków dodaje głębi rozgrywce. W Torment odnajdą się gracze lubiący czytać opisy, oglądać oryginalne struktury architektoniczne i prowadzić rozmowy. Tak, o tym cyfrowym świecie można najwięcej dowiedzieć się z dialogów. Każda z postaci, z jaką przyjdzie się spotkać cyfrowemu bohaterowi, ma w sobie wyjątkowy rys. Przez 9 godzin rozgrywki nawet przez moment nie czułem, że prowadzę rozmowę z jakiś ogólny układem linii dialogowych, nie czułem, że postacie są do siebie podobne. Wprost przeciwnie – każda miała odrębny charakter wynikający z osobistej historii. Dlatego każdego prosiłem, aby opowiedział coś o sobie.

W ten sposób zbierałem wiedzę na temat świata, w który zostałem wrzucony. Wspaniałe doświadczenie, bardzo mi go brakowało. Gry RPG zawsze przyciągały mnie ze względu na wielowarstwowe rzeczywistości, uwielbiałem dreszczyk emocji, gdy przeszukiwałem kolejne lokacje w Baldur’s Gate. W Torment: Tides of Numenera znowu to poczułem! Dużo przyjemności dało mi rozmawianie z NPCami, poznawanie ich stanowiska i wpływanie na ich wybory. Twórcy mocno przyłożyli się do projektowania zadań. Jest ich stosunkowo niewiele, w Torment nikomu nie grozi przydługawy dziennik z tysiącem wpisów, ale każdy quest niesie ze sobą interesującą historię. Wykonywanie zadań przypomina uzupełnianie mozaiki – z każdym rozwiązaniem gracz otrzymuje kolejną opowieść o świecie, który eksploruje. A sam sposób, w jaki zostanie zakończone dane wydarzenie, jest również ważny! Te wrażenia, interpretacje akcje, również wpływają na to, jak odbiera się świat w Torment: Tides of Numenera.

Dla mnie ta podróż jeszcze trwa, ale odczuwam ten cyfrowy świata jako smutny i mroczny, a jednocześnie pełen interesującej wiedzy, która tylko czeka na odkrycie. Uważam, że Torment: Tides of Numenera to gra wyjątkowa, jednak jej konstrukcja jest wyraźnie skierowana do graczy, którzy preferują zanurzanie się w cyfrowym świecie, a nie jego szybkie przechodzenie. To jest cyfrowa gra fabularna, wyjątkowy kąsek dla wszystkich ceniących solidną narrację. Dla tych wolących dynamiczną akcję są na rynku różnego rodzaju strzelanki. Fanów ciekawych opowiadań zachęcam do sięgnięcia po tę grę i proszę o jedno: unikajcie wszelkiego rodzaju solucji. Poznawajcie świat powoli, rozkoszujcie się nim, twórzcie własną historię, bo właśnie dla takiej podróży został stworzony najnowszy Torment.

Diablo nie potrafi świętować

Skończył się luty, a mnie nagle przypomniało się, że w styczniu całkowicie zignorowałem pewne wydarzenie. Niby powinienem świętować, cieszyć się, opowiadać wszystkim, jak to fantastycznie się bawiłem. Dla każdego gracza zdobywającego pierwsze cyfrowe szlify w połowie lat 90. niezwykle istotnym tytułem jest Diablo. Po raz pierwszy zetknąłem się z drugą częścią w gimnazjum, po pewnym czasie wróciłem do pierwszej, aby zrozumieć, jak to wszystko się zaczęło. Ostatnia część, trzecia, ma wielkiego pecha, ponieważ wyraźnie widać, że Blizzardowi brakuje pomysłu na jej promocję.

Czyżby Diablo się całkowicie wypalił? Same zgliszcza? Styczniowe wydarzenie, które powiało się z okazji dwudziestolecia serii, miało być ze wszech miar wyjątkowe. W końcu jest, co świętować! Dwadzieścia lat w Sanktuarium, dwadzieścia lat mordowania hrod demonów, przez dwadzieścia lat gracze wypróbowali mnóstwo buildów, zdobyli pełne sakwy legend, a przez pewien czas nosi w nich nawet obcięte uszy! Z przykrością stwierdzam, że atrakcje przygotowane przez Blizzarda były kiepskie i obnażyły to, co czuje wielu fanów Diablo – twórcy nie mają już pomysłu na odświeżenie tej serii. Zapowiedziany powrót Nekromanty trochę przypomina „Pakiet misji Novy”, który miał przedłużyć popularność StarCrafta 2. Wyszło zupełnie na odwrót, ponieważ te dodatkowe scenariusze okazały się być  – delikatnie mówiąc – na średnim poziomie. Pozostaje mieć nadzieję, że Nekromanta wprowadzi do Sanktuarium prawdziwe zamieszanie!

Styczeń upłynął w całkowitej ciszy. Drobne wydarzenie, czyli „Ciemność nad Tristram”, nie sprawiło, że z wielką chęcią wróciłem do Diablo III. Wpadłem, utłukłem trochę potworów, znalazłem właściwy portal, obejrzałem stylizowaną grafikę i pozbierałem trochę przedmiotów. To wszystko. Jeden weekend, potem już nie miałem ochoty włączyć gry. Czy Blizzard stracił serce do swojej produkcji? Nie sądzę. Problem raczej polega na tym, że sama marka mocno spowszedniała. Gier hack’n’slash jest na kopy, sam w swojej kolekcji mam Grim Dawn i Torchlight. W siłę rośnie Path of Exile, moim zdaniem bezpośredni konkurent produkcji Blizzarda. Grinding Gear Games, które odpowiada za Wyrzutków, cały czas stara się zaskakiwać graczy. Każda liga (w Diablo III są to sezony) wprowadza jakąś interesującą mechanikę. Ostatnio było to Szczeliny (breach), z których wypadały hordy przeciwników. Została to zrealizowane inaczej, niż w Diablo III, w którym były to instancje. GGG postawiło na otwarty świat i muszę przyznać, że ta zmiana nieźle się sprawdziła.

A co daje nam, oddanym graczom, Blizzard? Nudne sezony z całkowicie beznadziejną kosmetyką. Trochę wyzwań, które można stosunkowo szybko zrobić. Zero interesujących mechanik, ciągłe odgrzewanie starego kotleta. Blizzard zdaje się nie dostrzegać tego, że gracze mają po prostu dość zdobywania poziomów po to, aby otrzymać obramowanie na portret. Na dodatek otrzymanie fragmentów zestawów psuje rozgrywkę. To powinna być nagroda za utłuczenie hord potworów, za kilkukrotne pokonanie potężnego bossa, a nie za wykonanie kilku zadań. Doskonale rozumiem to, że odbiorcy gier komputerowych lubią ułatwienia, ale rozmontowywanie jednej z istotnych mechanik produkcji, prowadzi wyłącznie do zmniejszenia jej atrakcyjności. Po co mam się starać, próbować, skoro wiem, że dostanę zestaw po odbębnieniu listy zadań?

Urodzinowe wydarzenie obnażyło bezcelowość Diablo III. Jednak ja cały czas liczę na to, że Blizzard jeszcze mnie zaskoczy i sprawi, że z wielką chęcią wrócę do Sanktuarium.

Literat przegląda Internet #74

Ten tydzień minął mi pod znakiem eksploracji świata Torment: Tides of Numenera. Wyjątkowe doświadczenie, a sama gra to pozycja obowiązkowa dla fanów cyfrowych RPGów. Interaktywna rozrywka to nie wszystko! Tym bardziej, że w Internecie pojawiło się sporo ciekawych treści.

Najpierw trafiłem na wywiad z Markiem Oramusem, polskim pisarzem science fiction. Sam tekst ukryty jest za paywallem, ale myślę, że warto.

Okazuje się, że PiS zawiódł nawet konserwatystów. Ciekawa opinia.

Facebook pomoże samobójcom. Już kiedyś o tym czytałem, ale uważam, że o takich zastosowaniach mediów społecznościowych warto przypominać.

Jeszcze raz Facebook! Jednak tym razem o cenzurze nagości.

Julia Kiran ambasadorką produktów HP!

Page 2 of 74

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén