Strona 2 z 86

Supernuda

Muszę przyznać, że serial Defenders podzielił miłośników superbohaterów. Jedni są zachwyceni, a inni, delikatnie mówiąc, rozczarowani. Ostatnio postanowiłem przekonać się na własnej skórze, czy wytrwam do końca. Niestety, okazało się, że pierwszą połowę przespałem, a szczególnie zmęczony nie byłem. Od czwartego odcinka było nawet nieźle, na tyle dobrze, że wystarczyło mi uwagi do końca. Jednak w dalszym ciągu pozostaję sceptyczny, co do seriali superbohaterskich produkcji Netfliksa.

Do Daredevila podchodziłem trzy razy i za każdym odpadałem. Po prostu to jest tak nudne, że z trudem wytrzymuję do końca odcinka. Do dzisiaj nie przebrnąłem nawet przez pierwszy sezon. Luke Cage kupił mnie na całe 50 minut, potem nawet przez moment nie myślałem o powrocie. A Iron Fist? Nie wytrzymałem nawet pilota, z Jessicą Jones było lepiej, bo dotarłem do połowy sezonu. Seriale superbohaterskie od Netfliksa porzucam z wielką łatwością. Nawet dobrze się przy nich nie bawię, pomimo że znam komiksy. Brakuje mi jakiegoś elementu, dzięki któremu będę wstanie, chociaż na moment zachwycić się opowiadaną historią.

Długometrażowe filmy o superbohaterach również potrafią mnie zmęczyć. Jednak w dalszym ciągu chętnie wracam do Iron Mana, czasem wrzucę sobie Avengers, okazjonalnie Thora. A jak mnie złapie ochota, to i Strażników Galaktyki, chociaż nie uważam tego filmu za specjalnie wyjątkowe dzieło. Powód jest banalny: przy wymienionych wcześniej tytułach, dobrze się bawię. Komiksy rządziły się prawem serii – każdy ze znanych bohaterów miał setki zeszytów, w których rozprawiał się ze złem. Problem polegał na tym, że w pewnym momencie fan czuł się zmęczony powtarzalnością wątków. Dużo można czytać o nieustraszonym Batmanie, fascynować się kolejnymi wynalazkami Tony’ego Starka, jednak w pewnym momencie przychodzi kres zainteresowania. Superbohater staje się rozciągnięty do granic możliwości i odbiorca szuka czegoś innego.

Myślę, że właśnie to rozciągnięcie jest dla mnie problem przy superbohaterskich serialach Netfliksa. Te opowieści mogłyby być krótsze, przynajmniej o połowę. Postaci szybko stają się dla mnie sztampowe i nudne. Mają jeden cel: odegrać swoją rolę, nic więcej. Brakuje mi dodatkowych elementów, warstw, które mógłbym przeglądacz. Najgorsze jest jednak to, że nie zapewniają mi żadnej rozrywki, na jakimkolwiek poziomie. Cieszę się, że ktoś sięga po mniej znanych superbohaterów. Rozumiem to, że są widzowie, którym się to podoba. Ja do nich nie należę. Mnie Defenders pokazało, jak zarzynani są Ci superherosi, w pojedynkę są nudni, a razem stają się supernudni. Pomimo mojej niesłabnącej miłości do komiksów, nie planuję kontynuować oglądania żadnej serii autorstwa Netfliksa. Może będę jeszcze próbował, gdy pojawi się coś nowego. Jednak w przypadku superherosów wolę pozostać przy filmach pełnometrażowych. Nie twierdzę, że tam nie zdarzają się dłużyzny, jednak są mniej bolesne, niż te obecne w serialu.

Literat przegląda Internet #99

Lista przebojów za mną, kolejny tydzień również. Dość ciężki, bo sporo rzeczy wpadło do ogarnięcia, ale udało się dotrwać do piątku! Z niecierpliwością czekam na wtorek, bo wtedy premierę będzie miał Absolver.

A tymczasem Blizzard tworzy ciekawe animacje.

O tym artykule z „Reutersa” usłyszymy wszyscy.

Zaćmienie Słońca jako zwiastun zagłady.

Nadciąga nowa Godzilla!

Praca na komputerze w trybie offline?! To tak się da?!

Literat przegląda Internet #98

Czas na krótki zestaw tekstów, które ostatnio wygrzebałem z przestrzeni Internetu. Powrót po urlopie nie okazał się, aż tak bolesny, więc znalazłem trochę sił, aby w domu poczytać i pooglądać.

Sztuczna inteligencja w grach komputerowych. Jaka powinna być?

John Bain opowiada o trudnościach w zarządzaniu społecznością.

Jakie skojarzenia niesie za sobą słowo bloger?

Umberto Eco ostrzegał przed faszyzmem. Ciekawa interpretacja.

Inne spojrzenie na kryzys związany z marką „Tiger”.

Gwiezdne oczekiwania

Stało się. Po długim okresie oczekiwania, po raz kolejny, wróciłem do Gwiezdnych Wojen. Już raz rozstawałem się z tą serią. Ostatnio, za sprawą oferty HBO GO, próbowałem obejrzeć wszystkie części ponownie. Odpadłem, nie udało się, walczyłem długo i poniosłem porażkę. Po raz kolejny. Przygotowania do telewizyjnej premiery Gwiezdne Wojny: Łotr Jeden spełzły na niczym. Znowu przyszło mi oglądać film bez wcześniejszego przygotowania się. I muszę przyznać, że nie było tak tragicznie.

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy rozczarowało mnie. Ledwo dotrwałem do końca, nawet ucieszyłem się, że nie kupiliśmy biletów na premierę. Do dzisiaj nie jestem w stanie obejrzeć siódmej części sagi bez ziewania i ciągłego poczucia rozczarowania. W młodych latach kochałem Gwiezdne Wojny, kasety ze starą trylogią po prostu były zajechane. Nowoczesna odsłona serii mnie nie przyciągnęła, wydała mi się bardzo plastikowa. Przebudzenie mocy odczułem jako kopię Nowej nadziei, z kilkoma drobnymi zmianami. Nie było to dla mnie istotne przeżycie, nawet jakoś szczególnie nie czekałem na ten film. Po prostu zastanawiałem się, jak zostanie zaprezentowane uniwersum Gwiezdnych Wojen, jak będą rozwijane poszczególne wątki. Być może kolejne odsłony przyniosą coś nowego, na pewno je obejrzę, z ciekawości.

Dlatego też zmierzyłem się z Łotrem Jeden i nie jestem rozczarowany. Przyjemny film akcji, bez zbędnych dłużyzn, z całkiem solidną narracją. Grze aktorskiej trudno coś zarzucić, była po prostu pozbawione sztywności, którą obserwowałem przy Przebudzeniu mocy. Może właśnie brak nadęcia pomógł mi w odbiorze Łotra? O siódmej części słyszałem w mediach miesiące przed premierą. Zapowiadany wielki powrót, wykupowanie biletów na pniu, oczekiwania, komentarze fanów, nostalgiczne wpisy w mediach społecznościowych. Wszystko to budowało we mnie przekonanie, że przyjdzie mi zobaczyć dzieło wiekopomne, otwarcie kolejnego rozdziału Gwiezdnych Wojen, kontynuację, na jaką wszyscy zasłużyliśmy. A doświadczyłem nudnego, pompatycznego filmu.

Oczekiwania odbiorców, czyli coś, co zabija dobre teksty popkultury. Najgorsze jest jednak to, że aktualnie nie kontrolujemy ich tworzenia. Nagle, w momencie konfrontacja z filmem/książką/grą, okazuje się, że mieliśmy określone „oczekiwania”, które nie zostały spełnione. Obiecano nam rozgrywkę wieloosobową i miliardy planet? Miała to być doskonała adaptacja powieści graficznej, spod ręki genialnego reżysera? Żałuję, że nie zadajemy sobie pytania, skąd biorą się nasze oczekiwania. Najczęściej wpływ na nie ma machina promocyjna, która stoi za danym tekstem kultury. Marketing opiera się na chwytliwych hasłach, na żonglowaniu nazwiskami i powtarzania niektórych stwierdzeń tak długo, aż staną się one bezdyskusyjną prawdą. Wystarczy odpowiednio przedstawić dorobek danego autora, aby odbiorca zaczął myśleć, że jego najnowsze dzieło również będzie przełamywało granice gatunków i oczaruje narracją.

Coraz częściej staram się unikać harczenia machiny promocyjnej. Tak jak zrobiłem to w przypadku Łotra Jeden. Wszyło mi to na dobre, bo nie poczułem się rozczarowany. Marketing staje się coraz bardziej agresywny. Nic dziwnego, jesteśmy zalewani treściami, nie mamy czasu na ich filtrowanie, więc informacje trzeba podawać szybko i gwałtownie. A potem oczekujemy wielkich dzieł – bo nam je obiecano – a otrzymujemy po prostu dobre teksty i jesteśmy rozczarowani.

Literat przegląda Internet #97

Piątek! Ostatnie dni urlopu. Siedzenie, czytanie, gra. Po prostu odpoczywam. Jeszcze się nie nudzę, nie czuję nawet, abym zbliżał się do tego momentu. To dobrze, że jeszcze daleko mi do zmęczenia się urlopem.

Sklep z laptopami kuzniewski.pl ogłosił upadłość.

Dlaczego piractwo jest lepsze od G2A? Poczytajcie sami.

TVP umiera, ale zauważyli to już wszyscy. Teraz problemem może być pozyskanie reklamodawców.

Polskie Radio również nie przędzie najlepiej…

Januszy i Grażyn nad morzem broni Wojtek „Żubr” Boliński.

Page 2 of 86

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén