Strona 2 z 122

Ostatni dzień października

Ostatnie tydzień października stanowi dla mnie interesujący spektakl. Powoli budzą się osoby, które tylko czekają na to, aby napisać, że Halloween to pogańskie święto! Że sam Szatan chodzi wtedy po ziemi i szuka łatwowiernych ofiar! Po drugiej strony barykady staną ludzie, którzy nie widzą nic złego w przebraniach i szukaniu cukierków. Znają to z amerykańskich filmów, być może nawet na nich się wychowali. Dla nich to tylko zabawa. Nie stanę po żadnej ze stron. Mało mnie ten konflikt interesuje, znacznie bardziej martwi mnie zakupowe szaleństwo.

Skoro poruszam ten temat, to znaczy, że zbliża się jakiś długi weekend. W tym roku kalendarz tak się ułożył, że będą nawet dwa, zaraz po sobie. A to oznacza, że w rodaków wstąpi potrzeba kupienia absolutnie wszystkiego. Bo nie wiadomo, nic nie wiadomo. Może braknie pieczywa? WINCYJ BUŁEK DO TORBY! Albo ogórków kiszonych zagryzanych do wódki. Właśnie! Alkohol! Długi weekend bez brzdęku butelek na pewno się nie uda. Jeszcze żal w sercu, bo w żaden sposób nie można rozpalić grilla. Zrobić karkówkę z promocji na podpałce. Wtedy długi weekend byłby idealny. A w listopadzie może być ciężko. Pozostaje tylko kupowanie wszystkiego na potęgę, żeby przypadkiem czegoś nie brakło. Później się wyrzuci, bo przecież kupione na promocji. Z utęsknieniem czekam na te przelewające się śmietniki. Podziwiam umiejętność ignorowania syfu, jaki sami robimy wokół siebie.

Znajomi z pracy wiedzą, że marnowanie jedzenia po prostu podnosi mi ciśnienie. Zdarzyło się, że na kanale dotyczącym śniadań wylądowały informacje o popsutym chlebie. Albo o twarogu dojrzewającym, któremu się przejrzało. Był jeszcze pseudorosół, ale to przemilczę, bo wstyd i hańba. Staramy się dbać o żywność w pracy. Serio. Rzeczy kupowane do firmowych śniadań są zjadane, nawet zaczęliśmy zapisywać daty otwarcia poszczególnych rzeczy, żeby wiedzieć, jak długo leżą w lodówce i co ma w pierwszej kolejności trafić na kanapki. Da się. Można mądrze zarządzać konsumpcją. Rozumiem, że trudno się oprzeć tym wszystkim promocjom, przecenom czającym się na każdym kroku. A trzeba, należy stawić opór bezmyślnej konsumpcji. Tłumaczenie, że może braknąć i lepiej wziąć na zapas jest szkodliwe. Spójrzcie na śmietniki w poniedziałek. Popatrzcie na żywność, która została wywalona. Pooglądajcie sobie fruwający plastik.

Drażni mnie to, że spędzamy czas na dyskusjach o wyższości Dziadów nad Halloween, ale jakoś nikt nie potrafi pójść po rozum do głowy i zrobić mniejszych zakupów. Pewnie zaraz pomyślicie, że nasze decyzje nie mają sensu, że wszystkim rządzą korporacje/reptilianie/masoni/niepotrzebne skreślić. Wbrew pozorom nasze indywidualne decyzje mają znaczenie. Dla naszego najbliższego otoczenia. Dlatego mam nadzieję, że gdy po długim weekendzie spojrzycie na przelewający się śmietnik, to nie będzie osobami, które dołożyły do niego sporą cegiełkę. Nie warto. Warto pamiętać o tym, że jeżeli rozwalimy tę planetę, to nie będziemy mieli miejsca na kłótnie o różnicach kulturowych.

Czas oszronionych szyb

Serwisy pogodowe są zgodne. Nadchodzi znaczne ochłodzenie, koniec pięknej jesieni i słonecznego października. Czas przygotować się na skrobanie szyb, pierwsze przymrozki oraz gołoledź. Wraz z tym wszystkim pojawią się także kierowcy, którzy lubią sobie ograniczać widoczność. Wiecie, ludzie z zaparowanymi szybami, nerwowo machający szmatkami, chusteczkami lub innymi przedmiotami na światłach. Wszystko, żeby zobaczyć coś więcej, niż rozmazane światełka. Bywa, ochłodzenie potrafi zaskoczyć. Podobnie jak niedziałające ogrzewanie w samochodzie.

Obecnie nie mam takiego problemu, ale w Golfie II bywało różnie. Do dziś jeździ i do dziś można go w zimę prowadzić w krótkim podkoszulku. Po kilku minutach zaczyna robić się gorąco, po dłuższej jeździe klimat jest wręcz tropikalny. Otwieranie szyb na niewiele się zdaje. Prosta droga do złapania ostrego przeziębienia oraz nerwicy. To drugie spowodowane zostanie przez ciągle parujące szyby. Z fizyką się nie wygra, gorące powietrze miesza się chłodnym, co szybko ogranicza widoczność. Pomyślicie, że warto to naprawić? Podjęto kilka prób. Wszystkie spełzły na niczym. Ja przesiadłem się do innego samochodu, Golf II pozostał autem na lato. Wtedy można po prostu zamknąć nawiew, w pełnym słońcu kostniejące dłonie nie są szczególnym problemem.

Nigdy nie byłem specjalnym miłośnikiem upałów. Wolę aktualną temperaturę, tylko drażni mnie plucha na drogach. Deszcz utrudniający prowadzenie, ludzie, który uważają, że skoro wydali na auto pół miliona złotych monet i mają wszystkie najnowsze osiągnięcia techniki oraz działające ogrzewanie, to mogą szaleć. Są bezpieczni. Z poślizgu wyprowadzi ich specjalny system. Przed zderzeniem ostrzeże mrugająca kontrola i sygnał dźwiękowy. Szkoda, że nic nie chroni ich oraz najbliższego im otoczenia, przed najzwyklejszą głupotą. Uczyłem się jeździć, prowadząc Golfa II. ABS? W życiu. Wspomaganie kierownicy? Zapomnijcie. System kontroli trakcji? Raczej ciągłe skoncentrowanie na drodze. Działające ogrzewanie zimą? Po co komu jakieś luksusy? Do dziś jeździ, ja nie ufam wynalazkom. Jak są, to dobrze, ale i tak wolę uważać. Wszelka elektornika bywa zawodna, nic nie zastąpi zdrowego rozsądku. Chociaż pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, żę jest inaczej,

Po tym radosnym okresie przyjdzie czas śniegu. A także szaleńców jeżdżących na letnich oponach. W zeszłym roku obserwowałem, jak przedstawiciel tego gatunku przemierzał miasto z zawrotną prędkością 40 kilometrów na godzinę. Na drodze śnieg zmieszany z piaskiem. Trudno o gorszą przyczepność. Za kierownicą zestresowany mężczyzna w średnim wieku przyklejony do kierownicy i wpatrzony w przednią szybę. Na lewym pasie. Niezapomniany widok. Dlatego nie bądźcie szaleńcami, wymieńcie opony przed pierwszym śniegiem. Po co się stresować? Chyba że w ten sposób się rozgrzewać, bo padło Wam ogrzewanie. Co prawda w niczym to nikogo nie usprawiedliwia, ale powiedźmy, że stanowi marny kontekst do zwykłej ludzkiej głupoty.

Nic to. Pewnie w przyszłym tygodniu trochę sobie podrapię o 6:30 szybę.

Wirtualne pomyje

W tym roku League of Legends skończyło 10 lat. Tytuł ma własne mistrzostwa, w Stanach Zjednoczonych Ameryki został uznany za pełnoprawny sport. W zasadzie można powiedzieć, że przynajmniej jedno pokolenie dojrzewało wraz z League of Legends. Ścierało się na wirtualnej planszy, odblokowywało bohaterów i obrażało się na czacie. Chyba ten ostatni element zawsze najmocniej kojarzył się z produkcją Riot Games. Swojego czasu rozegrałem kilka partyjek. Z ciekawości. Szybko zderzyłem się ze słowną nienawiścią. Podobnie było w innych grach sieciowych.

Zawsze zastanawiałem się, jak wyglądają osoby, które tak mocno przeżywają wirtualne starcia. W końcu to tylko gra, nie zawsze się wygrywa. Porażka również jest częścią doświadczenia. Wiecie, że udało mi się spotkać takiego człowieka? Ku mojemu zdziwieniu, na co dzień jest oazą spokoju. Niewiele go rusza. Świat przyjmuje na chłodno. Tak się złożyło, że miałem okazję pograć z nim w Heroes of the Storm. Jedną z gier z gatunku MOBA, w której ścierają się różni bohaterowie. Przyznam, że po 15 minutach rozpętało się regularne piekło. Zarówno na kanale głosowym, jak i na czacie. Ten spokojny człowiek po prostu wybuchł. My milczeliśmy. Słuchaliśmy. Każdego słowa, tej spokojnej osoby, która rzeczywistość postrzega raczej w chłodnej tonacji. Najwyraźniej wirtualne starcia wyzwalają w nas to, co najbardziej ukryte. W tym gniew.

Muszę przyznać, że takie wylewanie emocji w trakcie cyfrowych potyczek zawsze mnie fascynowało. Rozumiem, że pomaga w tym depersonalizacji awatarów. To nie są żywi ludzie, to obiekty prowadzone przez kogoś, kto ukrywa się pod nickiem. Dlatego łatwo się krzyczy. Szansa, że ponownie trafimy na siebie, jest niewielka, wielu graczy nawet nie zapamiętuje osób, z którymi walczyło. Raczej postacie będące na mapach. Ten realny człowiek ucieka, jest zbyt oddalony, aby się nim przejmować. Stąd łatwość w wyzwalaniu emocji. Negatywne są częściej werbalizowane, bo jeżeli gra idzie, to nie ma o czym gadać. Gdy wszyscy robią, co do nich należy, trzeba tylko pilnować, aby nie stracić prowadzenia. Gorzej, gdy pojawia się widmo porażki. Wtedy zaczynają się poszukiwania kozła ofiarnego.

Zawsze w drużynie znajdzie się ktoś, kto szybko wskaże, komu akurat nie szło. Winny musi zostać szybko określony, aby inni poczuli się lepiej. Nie przegrywa się dlatego, że zabrakło chęci do współpracy lub z innej, bardziej prozaicznej, przyczyny. Na przykład przeciwnik był lepszy, a umiejętności zebranej drużyny były zbyt niskie, aby się przeciwstawić. Nie, nic z tych rzeczy. Na czacie nastąpi wskazanie na konkretnego cyfrowy byt. Tylko po to, aby wzniecić płomień nienawiści. Co jest dość smutne, ponieważ kiepska skuteczność może wynikać z mnóstwa przyczyn. Sam jakimś mistrzem nie jestem, gram po to, żeby się bawić. Jednak cyfrowego świata nie stawiam na piedestale. Zdarzało mi się opuścić potyczkę. Dla mnie zawsze to będzie tylko gra. Coś, co mogę przerwać w dowolnym momencie, przeprosić na czacie i odejść od komputera.

Później zastanawiam się, jak duże wiadro pomyj na mnie wylano.

Przebudzenie?

BlizzCon coraz bliżej! Fani z niecierpliwością czekają na potwierdzenie prac nad Diablo IV. Po zeszłorocznym fiasko z mobilną odsłoną serii nie może być gorzej. Czy aby na pewno? Skąd pewność, że święta graczy nie przyćmią jakieś protesty? Pójdźmy dalej! Polityczne deklaracje uczestników. Co zrobili Activision-Blizzard, jeżeli w tym rok cosplay zdominują osoby przebrane za Mei z Overwatch? Tylko, że nie wybiorą stroju z gry. Tylko ten z fanowskich grafik, w których postać jednoznacznie wyrażała poparcie dla protestów w Hongkongu.

Chciałoby się rzecz, że pamięć fanów jest krótka, gdyby nie to, że ciągle znajduje się ktoś, kto przypomina o kontrowersyjnych decyzjach podejmowanych przez Activision-Blizzard. Tym razem zabrać głos postanowił Kongres Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tak, to nie jest błąd. Reprezentanci napisali list do CEO Acitivision-Blizzard, w którym proszą przemyślenie stanowiska i zwracają uwagę na to, że chińskie firmy wykorzystują pieniądze w celu ograniczenia wolności wypowiedzi w amerykańskich firmach. Pojawia się nawet nazwa przodującej w tych praktykach korporacji. W liście zostaje wymieniony Tencent. Dlaczego sprawą nagle zainteresowali się amerykańscy politycy?

W tym roku już raz świat obiegły informacje na temat wojny handlowej, w której biorą udział dwa mocarstwa. Stany Zjednoczone pokłóciły się z Chinami, w związku z czym Huawei zmuszony został do ujawnienia własnego systemu operacyjnego, który ma pracować na ich telefonach. Mocarstwa już się dogadały, ale sygnał był jasny – Huawei może mieć problemy we współpracy z amerykańskimi firmami. W końcu nie wiadomo, w którym momencie dojdzie do kolejnego zawieszenia kontraktów. Cała ta sprawa dotyczy rozwoju sieci 5G. W tej technologii niezwykle istotne są wiedza i urządzenia chińskiej korporacji Huawei. Jak to się ma do gier? Do całego zamieszania z Acitivion-Blizzard? Sprawa jest prosta. Wskazanie, że z pieniędzmi z firmy Tencent idą określone wymagania co do przekazu, pokazuje, że Chiny skłonne są do kontrolowania treści. Do ich cenzury. To kolejna cegiełka przypominająca o tym, że jesteśmy świadkami zmiany w układzie sił na świecie.

Kiedyś to Stany Zjednoczone Ameryki narzucały swoją narrację za pomocą popkultury. Tak samo teraz próbują postępować Chiny. Wykupują udziały w firmach zajmujących się produkcją gier i filmów, a następnie delikatnie sugerują, jak mają wyglądać poszczególne wątki. Nie wierzycie? Zobaczcie, jak została zmodyfikowana kurtka w trailerze filmu Top Gun: Maverick. Ubisoft również musiał odpowiednio dostosować grafiki w swojej grze Rainbow Six: Siege, aby móc ją wydać w Chinach, o czym wspomniałem w tym tekście. Idźmy dalej. Riot Games, twórcy ekstremalnie popularnej gry League of Legends poprosili swoich zawodników, aby w trakcie mistrzostw powstrzymali się od politycznych komentarzy. Gwoli ścisłości, Tencent posiada 100% udziałów w Riot Games.

Tak oto dotrawiliśmy do momentu, w którym świat gier komputerowych zauważył, że pochodzenie pieniędzy jednak ma znaczenie. Czy zmieni się nastawienie konsumentów? Nie wiem. Ja przestałem grać w produkcje Activision-Blizzard i już nic od nich nie kupię. Koniec. Jako konsument mogę zagłosować portfelem i dokonuję jasnego wyboru. Nie mam zamiaru finansować firmy, która postępuje w ten sposób.

Dywizja

W ostatnich tygodniach postanowiłem spędzić czas grając w The Division 2. Jest to druga odsłona serii gier, w których społeczeństwo rozpada się w wyniku epidemii. Choroba została nazwana Grypą Dolarową, ponieważ do jej rozprzestrzenienia wykorzystano pieniądze. Wirus nie jest wynikiem naturalnej mutacji, to twór człowieka. Zaprojektowany w taki sposób, aby znacznie ograniczyć populację. Jedynie 5% ludzi posiadało naturalną odporność, a reszta, ze względu na brak odpowiedniego leczenia wywołany chaosem, miała umrzeć. W kogo wciela się grać? W agenta Strategic Homeland Division, specjalnej jednostki, której zadaniem jest przywrócenie porządku i ochrona zagrożonych.

W fabule większy nacisk położono na akcję, a mniejszy na politykę. A szkoda. Narrację w obu częściach The Division określiłbym jako średnią. Problem polega na tym, że w niektórych momentach, w pewnych wątkach, wyraźnie widać, że sami autorzy chcieli popłynąć w kierunku politycznych dyskusji. Sam świat gry jest pełen różnych frakcji, motywowanych różnymi ideologiami. Od anarchistycznych Hien, po Prawdziwych Synów, czyli byłych żołnierzy owładniętych chęcią oczyszczenia świata z zarażonych. Trudno interesująco osadzić bohaterów należących do tych ugrupowań, jeżeli pomija się politykę. Dlatego jakieś tropy się pojawiają. Niewielkie, drobne. Do tego stopnia mikre, że z łatwością można je pominąć.

Wydawcą The Division jest europejska firma Ubisoft. Jej CEO sam przyznał, że chce, aby ich produkcje zmuszały ludzi do myślenia. A jednak, powiązani z przedsiębiorstwem twórcy The Division, z zapałem odcinają się do wszelkich politycznych skojarzeń. Co może być dziwne, ponieważ pierwszą część serii umieścili w Nowym Jorku, a drugą w Waszyngtonie. Interpretacje nasuwają się same, a jednak studio odpowiedziane za tytuł, nie chce ich rozwijać. Wolą od nich uciekać, twierdzić, że sens ich opowieści jest bardziej otwarty, każdy może go szukać na własną rękę. Rozumiem, że aspekty polityczne mogą zaburzać odbiór rozrywki, ponieważ zawsze znajdą się osoby, które poczują się urażone i będą miały mnóstwo pretensji do twórców, że przestawili coś nie po ich myśli. Mam wrażenie, że wiele tekstów traci na ciągłym poszukiwaniu kompromisów. Do nich zaliczam gry z serii The Division.

Rozumiem, że żyjemy w dobie politycznej poprawności oraz ciągłego uważania, aby nie urazić tej lub innej grupy społecznej. Jednak nie można mieć pretensji do twórcy, że buduje taki, a nie inny świat przedstawiony. Może chce za jego pomocą coś skomentować? Opisać dostrzegalną rzeczywistość w inny sposób? Wszyscy mamy pełne prawo do tego, aby się nie zgadzać z określonymi poglądami. Mało tego! Nawet powinnyśmy to robić! Jednak najpierw trzeba je sobie wyrobić. W świecie, w którym nawet artyści starają się unikać politycznych koncepcji w swoich dziełach, brakuje przestrzeni do treningu. Znika pole do dyskusji. Moje nastawienie może wynikać także z tego, że literatura wciąż bywa prowokacyjna, zmusza do konfrontacji. W przypadku gier komputerowych, szczególnie tych spod skrzydeł wielkich wydawców, takie podejście jest nieobecne. A szkoda.

Page 2 of 122

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén