Strona 2 z 126

Rzeźnik ze Streamingu

Nie będę ukrywał tego, że Wiedźmin jest sagą mojej młodości. Swojego czasu, gdy jeszcze zajmowałem się pisaniem o literaturze w sposób zawodowy, poświęciłem wiele słów na prozę Andrzeja Sapkowskiego. Rozmawiałem na jej temat ze studentami, ale później woleli zajmować się Grą o Tron. Skapitulowałem, ale swoją miłość do wojaży Geralta z Rivii wciąż podsycałem. Pojawiły się gry, których nie mogłem odpuścić. Wracam do nich, okazjonalnie i ciągle sobie obiecuję, że kiedyś skończę trzecią część cyfrowych przygód Rzeźnika z Blaviken.

Ze względu na duży emocjonalny związek z sagą, niespecjalnie czuję się na siłach, aby recenzować nowy serial na Netfliksie. Do dziś siedzą we mnie uczucia związane z lekturą kolejnych książek autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Na półce posiadam prawie całą sagę wydawnictwa superNOWA. Na pewno brakuje mi jednego zbioru opowiadań, ponieważ go pożyczyłem i już nie wrócił. Mam nadzieję, że wiedzie szczęśliwy żywot w innej biblioteczce. Sapkowski stał u mnie obok Tolkiena i Pilcha. Sądzę, że takie lekturowe zestawienie mocno ukształtowało moje myślenie o literaturze, a w szczególności o jej popkulturowym wydaniu. Nie czuję się na siłach, aby objąć krytycznym spojrzeniem nowe wydanie przygód Geralta z Rivii.

Tak je odbieram. Nigdy nie oczekiwałem tego, że ekranizacje będą w pełni wierne literackiemu pierwowzorowi. Na papierze można stosować sztuczki, które mogą nużyć widzów. Nie widzę sensu porównywać polskiego Wiedźmina z Wiedźminem z Netfliksa. Ten pierwszy dalej ma dla mnie specyficzny urok. Pamiętam, że kiedyś opracowałem nawet krótki wykład na temat tej próby przeniesienia przygód Geralta na srebrny ekran. Później odbyłem ciekawą dyskusję ze słuchaczem, z której wynikło, że te wersja ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Podejrzewam, że ci pierwsi rekrutowali się z osób podobnych do mnie. Saga Sapkowskiego była dla nich istotnym przeżycie z młodości. Mnie trudno oddzielić swoje przekonania od tego, co zobaczyłem na ekranie. Dla mnie recenzja, jako forma krytyki, powinna być formą wyrażenia opinii wewnątrz systemu postrzegania kultury osoby piszącej. W tym przypadku sprawa jest dla mnie jasna – mój osobisty związek z Wiedźminem stałby się niepotrzebnym dodatkiem rozmywającym moje postrzeganie.

Dlatego na temat serialu mogę powiedzieć tylko to, że dobrze się bawiłem, oglądając nową interpretację prozy Andrzeja Sapkowskiego. Cieszę, że nie jest to próba ekranizacji, stworzenia wiernej adaptacji tekstu. Jestem zwolennikiem interpretacji, zabawy historią, przesuwania znaczeń w różnych formach połączonych wspólnym fundamentem. Czekam na kolejny sezon. Dla mnie jest to podróż do wrażeń z młodości, kieruje mną nostalgia, potrzeba ponownego przeżycia tych historii. Przeniesienie się do czasu, w którym minąłem swój przystanek, ponieważ czytałem Czas pogardy i tak się wciągnąłem, że zapomniałem wysiąść z autobusu.

Geralt z Rivii towarzyszył mi w wieku dorastania. Cieszę się, że mogę go znowu zobaczyć na ekranie telewizora, gdy skończyłem już 30 lat.

Opowieść o świętach na wsi

Święta Bożego Narodzenia. Opisywane jako moment wspólnej biesiady, rodzinnego pojednania, zadumy nad odchodzącym rokiem oraz momentem wyczekiwania na pierwszą gwiazdkę. Pewnie dla niektórych jest tak dalej, ale ja zawsze byłem dość cynicznym człowiekiem. Ze względu na swój twardy ateizm oraz podejście do rytuałów, ten okres w roku traktuję jako moment wytchnienia. Żadnej zadumy. Nie pochylam się nad Jezuskiem i Królami. Wyjeżdżam na wieś. Co roku. Żeby odpocząć, nic nie robić. Po prostu, złapać oddech, spędzić kilka dni na oglądaniu filmów, czytaniu książek i graniu w gry.

Jeżeli ktoś spędza czas z rodziną i to lubi, to nie widzę najmniejszego problemu. Mało tego! Uważam, że w drugą stronę powinno być podobnie! Jeżeli ktoś nie chce uczestniczyć w obchodach Bożego Narodzenia, to ma pełne prawo się z nich wypisać. Jak każdy dorosły, dojrzały i samostanowiący o sobie człowiek. Nie warto wpadać w pułapkę zastanawiania się na temat tego, co pomyślą inni, ani specjalnie przejmować się tym, że ignorowanie Świąt Bożego Narodzenia to atak na Tradycję. Nie dajcie się zwariować, szkoda zdrowia. Lepiej spędzić ten czas, tak jak się chcę, dla własnego spokoju. Zwykłem zastanawiać się nad tym, czy warto poświęcać swoją głowę, po to aby inni czuli się dobrze. Po wielu latach doszedłem do tego, że nie. Zawsze lubiłem być na przekór, wywracanie wszystkiego wokół mnie do góry nogami sprawia mi przyjemność, entropia jest dla mnie szansą, a nie zagrożeniem. Żyję zgodnie ze swoimi przekonaniami, a jeżeli komuś jest z tego powodu przykro, to trudno.

Mogę się nie zgadzać z różnymi poglądami na temat Świąt Bożego Narodzenia. Jednak najbardziej drażni mnie to, że pod płaszczykiem Tradycji, chrześcijańskiego przeżycia, sprzedaje się mnóstwo zwykłego badziewia. Warto spojrzeć na choinkę jak na symbol trudnej do opanowania konsumpcji. Szczególnie z prezentami, które koniecznie muszą się pod nią znaleźć. Z drzewkiem trzeba się pokazać na Instagramie! Koniecznie należy wtedy wspomnieć o nowych, wyjątkowych ozdobach, a także opowiedzieć wzruszającą historię. Nabieracie się jeszcze na to życie złożone z kolorowych obrazków? Media społecznościowe to wielki postnowoczesny tabloid, w którym obserwuje się celebrytów lub nawet pełni ich rolę. A potem, po Świętach, przychodzi czas śmietnika. Wywala się mnóstwo jedzenia, foli, plastiku, zauważyłem, że w koszach zaczęły lądować także ozdoby. Okres świąteczny to dziwny czas, szczególnie w 2019 roku, w chwili, w której coraz głośniej mówi się o tym, że do przetrwania naszego gatunku konieczne będzie ograniczenie konsumpcji.

Myślę, że ta konsumpcyjna, mrugająca choinka, powinna być dobrym momentem na zastanowienie się, co dalej będzie się działo z prezentami. Trafią na śmietnik? Do lasu? A może sprawią, że stare rzeczy będą miały drugie życie? Moje święta na wsi są pozbawione tego problemu, od lat praktykujemy z Żoną prostą zasadę – kupujemy sobie to, z czego będziemy korzystać. Minimalizm. Pragmatyzm. W zamian za suto zastawiony stół, cztery dni na resztkach i świecą lampki marnujące prąd.

Komuś zrobiło się przykro? Trudno.

Narracja miłości

Czas na pierwszy poświąteczny tekst! Na dodatek zaległy. Co miesiąc przygotowuję sobie listę tematów do podjęcia na blogu oraz DailyWeb. Z realizacją bywa różne, czasem się udaje, ale zdarza się, że jakiś tekst mi zostanie. Właśnie tak stało się z recenzją Historii małżeńskiej Miał być spis wrażeń, podzielenie się uwagami, jednak nie mam na to ochoty. Po prostu mam wrażenie, że film nie siedział we mnie na tyle, abym chciał przy nim trochę pomajstrować. Zresztą naczytałem się już różnych recenzji. Dlatego, aby utrzymać rytm zgodny z poprzednimi moimi tekstami, chciałbym rzucić okiem na narrację w Historii małżeńskiej.

W ostatnich tygodniach nie miałem szczęścia do fabuł. Ciągle coś mnie drażniło, psuło mi odbiór danej opowieści. Raz były to bzdurne zabiegi reżysera, a innym razem pisarski brak zdecydowania. Przypadek Historii małżeńskiej jest inny. Wyraźnie widać, że pomysł na fabułę był, jasno zostały określone postacie, a także ich motywacje. Ten film ma porządny rytm, raz jest spokojną opowieścią o miłości, aby po chwili stać się pełnym wrzasków wyrzutem pełnym pretensji oraz przemilczanych spraw. Dynamika opowieści została zbudowana wokół dwóch postaci i wyraźnie widać, że otaczający je świat jest dla nich formą pudła z różnymi sensami. Wyciągają je wtedy, gdy są im potrzebne, po to, aby później je schować i poszukać czegoś, co zwali z nóg przeciwnika. Taki układ relacji powoli spala energię postaci, co jeszcze bardziej podnosi wartość narracji.

Historia małżeńska przypominają o tym, że wcale nie trzeba wykorzystywać mnóstwa elementów, aby zaprezentować interesującą opowieść. W tym przypadku wystarczyły dwie osoby oraz zderzania, które są prowokowane przez ich charaktery oraz relację. Co jest idealną podstawą dla wielu różnych rozwiązań. Można stworzyć historię o dopalającej się miłości, o konflikcie, który zostaje przezwyciężony, a nawet o ponownym odkryciu własnych uczuć. Prostota Historii małżeńskiej decyduje o ich sile. To nie jest jakaś wielowarstwowa, plącząca się sama w sobie, narracja, ale porządnie skrojona opowieść o dwóch osobach oraz ich skomplikowanej miłości. W tej historii dochodzą do głosu arogancja i egocentryzm, po obu stronach, w takim samym natężeniu. Co jeszcze bardziej nakręca dynamiczną relację pomiędzy postaciami a światem, w jakim funkcjonują.

Problemem każdej opowieści jest dobre zakończenie. Mam wrażenie, że w przypadku Historii małżeńskiej nie zostaje wykorzystany cały ładunek emocjonalny włożony w tworzenie postaci. Ich konflikt dziwnie się rozmywa, traci na znaczeniu, a liczyłem na to, że do ostatnich minut będzie kluczowym elementem napędzającym fabułę. Gwałtowne wciśnięcie hamulca i zasugerowanie nowego kierunku w relacjach wydaje się interesującą formą zamykającą historię. Jednak, moim zdaniem, w tym przypadku nie zdaje egzaminu. Być może zaproponowana klamra niekoniecznie dobrze łączy rozbudzone charaktery? Powinna zgasić arogancję i egocentryzm, a odniosłem wrażenie, że jedynie je uśpiła. Pojawiło się oczekiwanie na kolejny wybuch, który już nie następuję.

Historia małżeńska to ciekawa opowieść sprawdzająca, jaki ładunek emocjonalny widz jest w stanie znieść, zanim stanie się obojętny. Takie historie warto oglądać.

Czynnik miernoty

Nie mam ostatnio szczęścia do dobrych fabuł. Ostatnio rozczarowało mnie 6 Underground, a teraz przyszedł czas na książkę. Po Czynnik diabła Craiga Russella sięgnąłem, ponieważ zobaczyłem ciekawy opis. Powieść miała łączyć w sobie wątki grozy, tajemnicy oraz kryminału. W tle mroczna międzywojenna Praga oraz zamczysko obarczone krwawą legendą. Liczyłem na porządnie utkaną fabułę, z ciekawymi bohaterami oraz jakąś przerażającą tajemnicę. W centrum narracji znajduje się młody psychiatry, który poszukuje tytułowego czynnika diabła.

Pomyślałem, że autor będzie zadawał pytanie o naturę ludzkiego zła. Może nawet pokusi się o sięgnięcie do ciekawych źródeł, tym bardziej że w powieści wiele razy zostaje podkreślone to, że główny bohater ceni sobie pisma Carla Gustawa Junga. Co otwiera pole do narracyjnego popisu, do zabawy różnymi metaforami, do zagłębienia się w legendy i mitologie, w celu wytłumaczenia morderstw dokonanych przez uwięzionych złoczyńców. Myślicie, że Craig Russell w ogóle skorzystał z tych możliwości? Skąd! Przyznaję, są w powieści delikatne zaczątki tych pomysłów. Są nawiązania do wymienionych przeze mnie idei. Niestety, przypominają wstępne szkice linii narracyjnych, które dziwnym trafem jednak znalazły się w książce. Czasem są tylko po to, aby podtrzymać przy życiu atmosferę powieści, która i tak jest w stanie agonalnym.

Podstawowym problemem Czynnika diabła jest główny bohater. Do bólu nijaki. Targany rozterkami, emocjami, wahający się i poszukujący odpowiedzi na dręczące pytania, ale przy tym wszystkim, jest mniej przekonujący od bohaterów brazylijskich telenowel puszczanych w publicznej telewizji. Główna postać powinna napędzać fabułę, prowokować do zastanawiania się nad sensami świata przedstawionego. W Czynniku diabła jest inaczej. Tutaj główny bohater dużo gada, ślizga się po powierzchni psychoanalizy i ciągłe się nad czymś zastanawia. W roli psychiatry studiującego psychikę morderców wypada nieautentycznie. Brakuje mu intelektualnej werwy, w trakcie rozmów z pacjentami przypomina znużonego nastolatka oczekującego na solidną dawkę krwawych wrażeń. Cierpi na tym cały świat przedstawiony.

Na dodatek Praga i zamczysko sprowadzone zostają do drętwych dekoracji. Są scenografią, która istnieje tylko po to, aby akcja mogła się gdzieś rozegrać. Oczekujecie interesujących miejskich legend? Tutaj ich nie znajdziecie. Praga w powieści jest tylko nazwą, niczym więcej. W przypadku zamczyska autor pokusił się o stworzenie mrocznej tajemnicy, ale jest ona dokładnie taka sama jak główny bohater. Nijaka. Dla mnie gwoździem do trumny była boleśnie nudne śledztwo. Obok rozmów z mordercami, równolegle biegnie linia narracyjna opowiadająca o seryjnym zabójcy grasującym w Pradze. Jednak w tej opowieści nie ma nic specjalnie interesującego. Pojawiają się delikatne wskazówki prowadzące do więźniów przebywających w zamczysku, detektyw okazjonalnie popisuje się umiejętnością dedukcji. Jednak przez zdecydowaną większość czasu pozostaje jakby w uśpieniu. Biernie brnie przez kolejne wydarzenia, nie stara się nadać im znaczenia.

Lektura Czynnika diabła była dla mnie mało interesującym doświadczeniem. Odniosłem wrażenie, że autor sam nie wiedział, o czym chce napisać książkę, co ciągle odbija się w marnie zrealizowanym świecie przedstawionym.

Rozrywkowe dno

Filmy akcji. Temat, który nie każdego przekonuje. Zarzuca im się miałką fabułę, określa się je jako zestaw kadrów ze strzelaniem, pościgami i rozlewem krwi. Co jest trochę krzywdzące. Trudno oczekiwać od filmu akcji, że będzie poruszał skomplikowane tematy, że podniesie społecznie ważną kwestię. Taki obraz ma dostarczyć rozrywki, sensacji i odrobiny humoru zamkniętego w dialogach. Nie zmienia to faktu, że powinien trzymać przyzwoity poziom. Być zdecydowanie lepiej zrealizowaną rozrywką niż patostream na Twitchu.

6 Underground to filmowa tragedia. Dla mnie był to trudny do obejrzenia obraz, a nie jestem osobą, która stroni od popkultury. Wprost przeciwnie, cenię sobie dobrą rozrywkę. Na przyzwoitym poziomie. A 6 Underground spokojnie może wylądować sześć stóp pod ziemią. Żart jest zamierzony. Od tego filmu lepsze są streamy w kategorii rozmowy na Twitchu! Jeżeli chcecie porównania, to obejrzycie 6 Underground, a potem wybierzcie jakiś materiał na żywo, w których ktoś zapluwa mikrofon, laptopa i kamerę zbudowaną z zmienniaka i cytryny, opowiadając o inwazji kosmitów. Dzisiaj wiem, że zdecydowanie lepiej bawiłbym się na tym drugim filmie. 6 Underground nie oferuje nic poza bezmyślnie połączonym zestawem przypadkowych kadrów.

Prototypy gier komputerowych, które lądują we wczesnym dostępie, są lepsze od tego filmu, ponieważ zdarza im się mieć jakąś fabułę. 6 Underground próbuje coś opowiedzieć, jakąś historię o zemście, stara się uwikłać widza w emocje. Wszystkie te starania spełzają na niczym, prowadzą do rosnącego rozczarowania. Filmu nie ratują pościgi i strzelaniny. W dużej mierze dlatego, że przerywane są nagłymi zbliżeniami twarzy. Bergmann wszedł za mocno? To było nietrafione dążenie do wprowadzenia kina wysokiego do marnej rozrywki? Na dodatek aktorzy są wtedy boleśnie sztywni, podobni do drewnianych lalek. Gorzej jest tylko wtedy, gdy się odzywają. Mam nadzieję, że osoba, która pisała dialogi, nie stworzy niczego więcej. Ciekawsze dyskusje rozgrywają się pod każdym nocnym na każdej wsi. Są bogatsze w żarty, zbudowane z bełkotliwych tyrad, ale przynajmniej próbują utrzymać sens. Dialogi w 6 Underground za wszelką cenę próbują rozbawić widza, sprawić, że zapluje ze śmiechu ekran telewizora. Nic z tego. Marne onelinery spowodowały u mnie jedynie wzruszenie ramion i jeszcze większą niechęć.

Po co w ogóle robi się takie filmy? Żadna rozrywka. Najśmieszniejsze w 6 Underground było lokowanie produktów. Trudno mi przypomnieć sobie kadr, w którym nie było widoczne jakieś rozpoznawalne logo. Oczywiście, ta promocja była zrealizowana z delikatnością znaną z Dzień Dobry TVN i Rodzinki.pl. Aż dziw bierze, że w pierwszych minutach nie pojawiło się ostrzeżenie, że obraz zawiera brutalne lokowanie produktu. Wszystko, co zostało pokazane w 6 Underground, kojarzmy mi się teraz z niską jakością oraz prostackim zachowaniem. A były tam luksusowe marki.

O scenach łóżkowych mogę powiedzieć tylko tyle, że gorzej nie można było ich zrealizować. Podejrzewam, że wiele camgirls proponuje ciekawsze kadry od tego, co zaserwował widzom Michel Bay, czyli reżyser 6 Underground.

Page 2 of 126

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén