Strona 2 z 99

Fantastyczne bzdury

Miałem wielką przyjemność zobaczyć film, który gwałcił wszystko możliwe reguły fantastyki naukowej. Bzdura goniła bzdurę. Na dodatek bohaterów cechowała nieznośna bezmyślność. Konstrukcja świata przedstawionego, to ponury absurd. Gdy myślę, o tym filmie, z perspektywy kilkudziesięciu godzin od zakończenia seansu, trudno mi wskazać na pozytywne cechy. Rzadko zdarzają się tak złe obrazy, tak źle wykonane i zaplanowane. Cały czas zadaję sobie jedno pytanie – w jakim celu powstał Tytan? Kto był na tyle nieprzytomny, że postanowił sfinansować to przedsięwzięcie?

Fabuła jest prosta. Jesteśmy na Ziemi, przyszłość jest nieciekawa, powodzie, głód, opady radioaktywne. Koniec zbliża się wielkimi krokami. Dlatego mądre głowy, te amerykańskie, postanowiły, że jedyną szansą na przetrwanie gatunku, jest dotarcie na Tytana, jeden z księżyców Saturna. Warunki są tam kiepskie, delikatnie pisząc, więc konieczne jest odpowiednie przystosowanie ludzi. Za pomocą przyspieszonej ewolucji. Modyfikacje genetyczne to często wykorzystywany temat w filmach science fiction. Skutki bywają różne, najczęściej opłakane. Jednak w przypadku Tytana razi brak przygotowania twórców. Tak do końca to nie wiadomo, co wywołuje mutacje. Szprycują ochotników niebieskim płynem, potem wypadają im włosy, powoli stają się latającymi rybami. Szkoda, że nikt nie próbuje wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Później jest jeszcze gorzej. Zabrakło inwencji, aby dokładnie wyjaśnić, co ten nowy kolonista ma robić na Tytanie. W ostatniej scenie ochoczo szybuje nad oceanem metalu. Przetrwanie gatunku? Jak nic!

W 2009 roku miał premierę film Istota. Krytykowany, za nieudaną próbę skonfrontowania etyki z modyfikacjami genetycznymi. Jednak autorzy zadbali o podstawowe obudowanie fabuły. Obraz miał przynajmniej naukową otoczkę. Były eksperymenty, naukowcy, wyjaśnianie podejmowanych działań. Zupełnie inaczej jest w Tytanie. Tam brakuje nawet elementarnych podstaw naukowych. Cały eksperymenty przypomina sen szalonego naukowca, który na dodatek z trudem radzi sobie z własną specjalizacją. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak zepsuć science fiction, jak arogancko ignorować fundamenty tego gatunku i zrobić film, to koniecznie obejrzyjcie Tytana. Doskonały materiał dla osób, które czują fascynację złymi, takimi do bólu złymi, realizacjami poszczególnych form istniejących w kulturze popularnej.

Warto zwrócić uwagę na wykorzystanie motywu zagłady. Świat się kończy, ale ośrodku badawczym jest alkohol, są steki. Można spokojnie urządzić sobie grilla. Zagrożenie jest zaznaczane tylko na początku, potem już nikt nie ogląda wiadomości. Po prostu zamykają się w ośrodku, w którym jest doskonale wyposażone centrum handlowe i dają się szprycować bliżej nieokreślonymi chemikaliami. Tytan to najzwyczajniej w świecie głupi film. Często bronię Netfliksa, uważam, że na tej platformie można znaleźć mnóstwo interesujących produkcji. Niestety, takie premiery jak Tytan szkodzą marce. Pokazują, że obrazy z logiem Netfliksa są złe, nudne i bzdurne. Takie uproszczenie jest krzywdzące i zbędne. Najwyraźniej brakuje porządniej selekcji.

Efemeryczna nuda

Od kilku tygodni mierzę się z pewną książką. Siadam, myślę o niej i próbuję zrozumieć dlaczego mnie tak wymęczyła. Wiedziałem na co się piszę. Przyduchę Macieja Piotra Prusa wydał Ha!Art. Od pierwszej linijki rozumiałem, że będę miał do czynienia z eksperymentem, z tekstem będącym na pograniczu gatunków, form i narracji. Szkoda, że trafił także na pogranicze mojej cierpliwości. Porzucałem lekturę, wielokrotnie, jednak ciągle wracałem. Przyducha ma w sobie coś pociągającego. Hipnotyzuje. Niestety, czar pryska przy pierwszej irytacji.

Przyducha to pojęcie z zakresu hydrobiologii. Jest to zmniejszenie ilości tlenu w zbiorniku wodnym, może doprowadzić do śmierci ryb. Duszą się, ale nie w sosie, na żadnym talerzu nie lądują z zmieniaczami. Nie mogą oddychać, umierają niczym skazańcy, którym założono na szyję powoli zaciskającą się pętlę. Myślę, że to świetnie podsumowuje sytuację głównego bohatera w Przydusze. Zostaje zmuszony do wejścia w przygotowaną rolę, powoli traci niezależność, staje się kimś, kim nigdy nie był, ale marzył właśnie o takim życiu. To miało być wyzwolenie, a okazało się zwykłą pułapką. Na książkę warto spojrzeć, jak na studium powolnego umierania, rozpadu, utraty tlenu i przestrzeni życiowej. Powieść doskonale oddaje tę ciężką, coraz bardziej duszną atmosferę. Akcja rozgrywa się w Krakowie, którego problemy ze smogem znam cała Polska. Duszenie się w świecie przedstawionym Przyduchy ma wiele wymiarów.

Pomysł na strukturę narracji mnie oczarował. Z zainteresowaniem śledziłem kolejne etapy konstruowania efemerycznego stylu opowiadania. Tak było przez pierwsze 40 stron. Później narastało we mnie zniecierpliwienie. To, co wcześniej wydawało się odświeżająca i ciekawe, powoli stawało się trudne do zniesienia. Przyducha doskonale wypada jako miniatura, pomysł, który mógłby być zrealizowany w formie opowiadania. W przypadku dłuższej formy prozatorskiej, cała konstrukcja coraz bardziej się rozwleka i zaczyna powoli nużyć. Brakuje elementów zmieniających rytm narracji. Przyducha, wraz z rozwojem fabuły, staje się coraz bardziej jednostajna, traci swój duszny charakter. Na scenę wkracza nuda, trudna do zniesienia powtarzalność. Autor na samym początku powieści oznajmił wszystko to, co miał do powiedzenia. Kolejne akapity nie wnoszą nic ciekawego do fabuły. Brakuje ewolucji wątków, ich rozbudowania i lepszego rozwinięcia kontekstu.

Powieść Macieja Piotra Prusa jest bogata w olśniewające, genialne momenty. Zarówno językowo, jak i strukturalnie. Niestety, w konstrukcję powoli wkrada się nuda, która stopniowo psuje odbiór, zniechęca, sprawia, że czytelnik ma ochotę porzucić lekturę i zająć się inną powieścią. Tutaj nie zabrakło konsekwencji w realizacji założeń. Brakuje dostosowania pomysłu do formy. Jako tekst krótszy, prezentujący pewien intelektualny koncept, Przyduchę potraktowałbym jako coś wręcz genialnego. Szkoda, że została rozciągnięta i pozbawiona pociągającej aury.

Literat przegląda Internet #128

Szykuje się kilka wolnych dni oraz wyjazd na wieś. Jesteśmy już spakowani, pies został odpowiednio przygotowany na podróż. Wstajemy, kawa i po 20 minutach opuszczamy prowincję.

Sea of Thives, czyli piraci w kałuży.

Interesujący wywiad z Dorotą Masłowską. Nie wierzę, że to napisałem…

Kilka słów na temat budowania historii w grach.

Powstaje MMO, którego istotnym elementem będzie sztuczna inteligencja.

Polski YouTube to także patologie.

Streaming narzekania

Ostatnio dopadł mnie ponury nastrój. Nic mnie nie cieszyło, nie nie potrafiło mnie zachwycić. Spojrzałem na książki, wszystkie złe. Przejrzałem katalog filmów w różnych serwisach streamingowych, same kiepskie produkcje. Postanowiłem, że sprawdzę co tam słychać nowego w muzyce. Rozczarowałem się. Bezmyślne dudnienie, brak sensu, dramat i nuda. Dlaczego nasza współczesna kultura jest tak wyprana z treści o wysokiej jakości? Dlaczego twórcy nie potrafią nas już porwać? Produkują kicz, hołubią odbiorcę kultury masowej i dostosowują się do jego gustów. Krótko piszą: nigdzie nie ma nic ciekawego.

Dość! Jeżeli ktoś regularnie zagląda na mojego blogaska, to doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że pod wpływem chandry – nie piszę. Szanuję swoje Czytelniczki i Czytelników. Pozostałych pragnę uświadomić, że nie ma nic do kultury masowej, kocham popkulturę, po prostu się w niej pławię. Dostarcza mi przyjemność, chociaż czasem bawię się źle. Wtedy zastawiam się, dlaczego tak jest, skąd wzięło się moje rozczarowanie. Zawsze staram się dotrzeć do sedna swojej niechęci, unikam atakowania tekstów na oślep. Tylko po to, aby ponarzekać, aby wylać hektolitry jadu, aby udowodnić wszystkim, że jestem prawdziwym krytykiem. Krytyk, jak sama nazwa wskazuje, krytykuje, ale coraz więcej osób robi to w sposób bezmyślny.

Wiele tekstów w Sieci, szczególne tych aspirujących do miana recenzji, opiera się na strumieniu jojczenia. Bohater zły, bo piórem można tylko ładnie pisać, a w ogóle to wszyscy i tak korzystają z długopisów. Fabuła taka sobie, nie opowiada o niczym. Narracja… Stop! Akurat tego słowa nie używają, ten rzeczownik wymaga przynajmniej minimalnej wiedzy. „Krytycy” upodobali sobie ocenianie tekstów kultury, na podstawie przestrzeni, w jakiej dana treść jest dystrybuowana. Dlatego to, co jest na Netfliksie, jest złe, straszne i kiepskiej jakości. Wszystko! Żadnych wyjątków! Muzyka na Spotify? Tragedia. Na winylach lepiej wszystko słychać, a na odtwarzaczu MP3 znalezionym na strychu, to jest już w ogóle magia. Ta spirala błędnego jojczenia kręci się ku uciesze odbiorców, którzy uwielbiają czytać, jak ktoś narzeka. Brakuje mi tylko portalu zajmującego się profesjonalnym zbieractwem krytyki bezmyślnej. Mógłby się nazywać szlachtanarzeka.pl, widzedrwiealeplacedalej.pl albo kiedystobylykolaaterazsakwadraty.eu. Jeżeli ktoś chce zmonetyzować ten projekt – śmiało! Nie chcę żadnych udziałów w takim przedsięwzięciu.

Daleki jest od twierdzenia, że wszystko, co nas otacza jest wysokiej próby. Jest pełno szmiry, współczesną kulturę trawią różne problemy. Zadaniem krytyka jest wskazywać na teksty wartościowe, umiejętnie opisywać to, co jest w nich dobre i jak są one osadzone w kontekście. Oczywiście, robi to w obrębie własnego systemu. Nie trzeba do tego pisać manifestu lub artykułu programowego. Wystarczy zrozumieć dlaczego jedne teksty się lubi, a innych nienawidzić. Tych drugich niekoniecznie musi być więcej. Negatywne recenzje również muszą mieć jakiś sens, nie mogą się opierać na założeniu „ja bym to zrobił lepiej” lub „ten autor od dawna filtruje z kulturą masową, więc wszystko, co robi to kicz, szmira i spektakularny pokaz chamstwa”.

Mniej jojczenia, więcej myślenia. Po prostu.

Historia ucieczki

Nie będę ukrywał tego, że jestem fanem twórczości Łukasza Orbitowskiego. Czytuję jego książki, bloga, olbrzymie wrażenia robią na mnie jego teksty. Ciekawe, świeże, oparte na interesującej zabawie słowem. Jednak najważniejsze jest to, że Łukasz Orbitowski należy do grona nielicznych autorów, którzy konstruują porywające fabuły. Niestety, żyjemy w czasach dobrze odżywionego postmodernizmu. Z łatwością można znaleźć takich, dla których niestabilna, bezwładna narracja jest cnotą, a nie przywarą.

Skoro tak mnie zachwyca proza Łukasza Orbitowskiego, to jak jest z jego ostatnią książką? Z Exodusem? Przede wszystkim należy zaznaczyć, że najnowszy tytuł napisany przez tego autora, mocno odbiega od pozostałych w jego dorobku. Nie poziomem, poprzeczka stylu i fabuły jest wysoko. Exodus opowiada o uciekaniu od świata, od problemów, od życia. To powieść drogi, której głównym motywem jest usilne oddalanie się, unikanie przerażającej przeszłości. Łukasz Orbitowski doskonale konfrontuje swojego bohatera z innymi, również wykluczonymi, postaciami. Wyrzuceni poza margines społeczeństwa funkcjonują w odmiennym świecie. Exodus to podróż po różnych rzeczywistościach, obserwacje działań bohaterów oraz sztuka brania odpowiedzialności za to, co się uczyniło. Początek książki to wyraźna ucieczka od, natomiast zakończenie wskazuje na zmianę w charakterze głównego bohatera. Powrót, próba przepracowania tragedii – stają się elementami konstytuującymi ucieczkę do.

W takim razie, w czym Exodus jest inny od pozostałych książek Łukasza Orbitowskiego? Pisarz przecież uwielbia uciekających bohaterów, kocha ich wrzucać w rzeczywistości wynaturzone, przemienione i niebezpieczne. Moim zdaniem Exodus to doskonałe przypieczętowanie ewolucji pisarskiej Łukasza Orbitowskiego. Myślałem, że po Szczęśliwej ziemi niczym mnie już nie zaskoczy, że po prostu będę się delektował jego kolejnymi książkami. Myliłem się. Autor, którego próbowano zaszufladkować, przypiąć mu łatkę naczelnego pisarza grozy, umiejętnie wyrywa się tej klasyfikacji. Exodus to dramat społeczny, opis powolnego psychologicznego wypalenia, doświadczenie rozpadu osobowości. To jest niezwykle dojrzała książka, poruszająca tematy trudne, oparta na płynnej narracji. W przeciwieństwie do innych tytułów Łukasza Orbitowskiego Exodus wprowadza czytelnika do świata brutalnie realistycznego. Próżno szukać efemerycznej, drgającej rzeczywistości. Tym razem wali ona w mordę, przewraca, kopie po żebrach, a potem skacze na kręgosłup.

Przyjemność lektury wynika z doskonałe narracji, ze świetnie splecionej fabuły i przekonywujących bohaterów. Ciężar opowieści oraz trudna do zniesienia śmierdząca atmosfera świata przedstawionego, są świetnie rozłożone po całej powieści. Łukasz Orbitowski precyzyjnie rozkłada kontrapunkty, zwodzi czytelnika, stara się ukryć rozłażący się po fabule brud. A potem nagle go wywleka, zmusza odbiorcę do konfrontacji. Zmusza do przeżycia opowieści i właśnie dlatego warto przeczytać Exodus.

Piękne struktury narracji są wciąż pociągające i żywe. Na szczęście.

Page 2 of 99

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén