Strona 2 z 119

Literacka ambiwalencja

Przeglądając swoje notatki, zauważyłem, że kilka stron poświęciłem prozie Jakuba Żulczyka. Przynajmniej dwukrotnie opublikowałem tutaj teksty dotyczące treści tworzonych przez tego autora. Oba były napisane w tonie raczej pozytywnym, a już na pewno pozbawionym mojego wrodzonego czepialstwa. Zastanawiające jest to, że mój stosunek do tekstów Jakuba Żulczyka najlepiej określić jako ambiwalentny.

Pamiętam czas zachwytów Zrób mi jakąś krzywdę… Wszyscy moi znajomi czytali i wszyscy byli zachwyceni. Mówili, że muszę przeczytać, że to odkrywcza literatura, wręcz nowoczesna! Spełniająca zadania, jakie stawia przed nią nowe millenium. Gwoli ścisłości – Zrób mi jakąś krzywdę… miało premierę w 2006 roku. Miałem wtedy 18 lat, literaturę ceniłem, ale dopiero na studiach zacząłem pracować nad krytycznych podejściem do tekstów. Wyobraźcie sobie, że nie sięgnąłem po Zrób mi jakąś krzywdę… Może czytałem coś innego? A może, zgodnie ze swoim charakterem, nie miałem ochoty czytać tego, co wszyscy uważają za wspaniałe?

Jednak to Zrób mi jakąś krzywdę… ciągle tłukło mi się po głowie. Sięgnąłem chyba w trakcie ostatniego roku studiów magisterskich. Z perspektywy czasu widzę, że zrobiłem to tylko po to, aby się rozczarować. Nie znalazłem w tej powieści niczego wspaniałego. Z moich starych notatek wynika, że Zrób mi jakąś krzywdę… nazwałem literaturą dla postnowoczesnych pensjonariuszek. To określenie ma swój urok i myślę, że Jakub Żulczyk potrzebował trochę czasu, aby okrzepnąć literacko. Zmorojewo i Świątynia są niezłe. Dobra literatura popularna, takie książkowe guilty pleasure. Idealne do czytania w środkach masowej komunikacji lub w ramach odpoczynku od gatunkowo cięższych lektur. Zmorojewo i Świątynia dostarczyły mi sporo zabawy, jednak moja prywatna literacka przestrzeń mogłaby się bez nich obyć. Zupełnie inaczej podchodzę do Ślepnąć od świateł i Wzgórza psów.

Niezmiennie uważam, że są to świetne książki. Z brudną, wielowarstwową narracją. Napisana z pazurem, z porządnie przemyślanymi bohaterami. Najważniejsze jest jednak to, że mają niezła fabułę. Żadnego postmodernistycznego gadania o rozpadzie opowieści. Po prostu jest historia, są dialogi i postacie. Zawsze jest także przestrzeń. W Ślepnąć od świateł i Wzgórzu psów Jakub Żulczyk mocno opisuje miejsca, w których znajdują się postacie. Faktycznie, językowych purystów, dla których w literaturze nie może się zdarzyć nawet jedno wulgarne słowo na „k”, może mierzić brud narracyjny, w którym pławi się autor. Tylko że w przypadku tych powieści nie są to nastoletnie wybryki po jabolu połączone z popisami pod trzepakiem na środku osiedla. Wulgarność języka, wulgarność świata Jakub Żulczyk zaprzęga do własnych celów. W ten sposób dynamizuje rzeczywistość przedstawioną, nadaje jej bezkompromisowości, wręcz wali nią w ryj jak naćpany chłystek na przystanku.

Dlatego tak trudno mi polecić prozę Jakuba Żulczyka. Nie twierdzę, że nie warto sięgnąć po teksty tego autora, po prostu myślę, że dwie ostatnie powieści są znacznie lepsze od pozostałych.

Pofrytkowy opar

Razem z psem spaceruję po stałej trasie. Nieczęsto coś zmieniam, czasem ją wydłużam. Wtedy chodzimy do parku, żeby bestia wyszalała się, biegając między drzewami. Jednak zdecydowanie częściej przechodzimy przez miejską plażę. Tak, w Będzinie jest coś takiego, na dodatek zostało zbudowane w rozsądny sposób i nie jest przerażająco brudno. Przyjemne miejsce na spędzenie popołudnia. Dlatego, w pogodne dni, można tam spotkać tłumy osób. Plaża miejsca powstała w ramach rewitalizacji przestrzeni.

W samym centrum wielkiej łąki. Ulubionego terenu psiarzy, którzy wciąż zapuszczali się tam ze swoimi towarzyszami. Ja również należałem do tej grupy. Na tej łące były wydeptane ścieżki, każda z charakterystycznym dla siebie nierównościami, przeszkodami i rozpraszaczami. Moja bestia, trochę większa od jamnika, uwielbiała zapuszczać się w trawy. W jakim celu? Polowała na bażanty. Chociaż muszę przyznać, że czasownik polowała nieprecyzyjne określa to, co działo się, gdy wpadała w zarośla. Zdecydowanie bardziej adekwatnym słowem byłoby płoszyła. Raz biegła, rozglądała się, a równolegle do niej zasuwał bażant. Oczywiście go nie widziała. Wraz z pojawieniem się plaży miejskiej te atrakcje zniknęły.

Łąka dalej jest, ale pozostała tylko jej niewielka część. Można się sprzeczać na temat tego, jak polskie samorządy rozumieją słowo „rewitalizacja”. Najczęściej kończy się to zabrukowaniem danego terenu, postawieniu siatki i wycięciu drzew. Efekt? Stworzenie betonowej pustyni, która cudowanie nagrzewa się w trakcie upalnego lata. Z perspektywy czasu myślę, że pojawienie się plaży miejskiej, było dobrym pomysłem. Jasne, jest trochę tej nieszczęsnej kostki, jednak jest także piasek oraz dobrze przemyślane przestrzenie do wypoczynku. Plaża miejska usunęła nagminny problem – podpalanie traw. Łąka, po której zwykłem spacerować z bestią, była cudowna, do pojawienia się pierwszego wariata kochającego ogień. W chodzeniu po zgliszczach nie było absolutnie nic przyjemnego. Duszący zapach popiołu oraz wystające patyki. Smutny widok, który zastąpiła ładnie przemyślana przestrzeń.

Jedna rzecz mnie tylko drażni, bo mnie zawsze musi coś irytować. Zapach smażonego oleju. Tam, gdzie są skupiska ludzi, musi pojawić się jakiś fastfood, a frytki to często standardowa przegryzka. Połączenie alejek, boiska do siatkówki, ładnych trawników z duszącym smrodem oleju jest po prostu ironiczne. Czy nie można serwować czegoś, co będzie mniej drażniło nos? Jakoś nie trafia do mnie wizja odpoczynku w takich oparach. Plaża miejska położona jest z dala od ruchliwej drugi, w pobliżu rzeczy. Piękne miejsce, dobra przestrzeń do odpoczynku, do odetchnięcia po ciężkim dniu. Tylko że w tym przypadku człowiek raczej zaciąga się pofrytkowym oparem, a nie powietrzem.

Nic to. Pozostaje mi pokręcić głową i wybrać się na kolejny spacer z bestią. Pewnie znowu udamy się w kierunku plaży miejskiej. W końcu to nasza stała trasa.

Odkręcony zawór

Dwa tytuły nie dają mi ostatnio spokoju. Od razu zaznaczę, że są to gry komputerowe, co ciekawe stworzone przez to samo studio. Artifact oraz Underlords, za obie produkcje odpowiada Valve, na dodatek odnoszą się do tego samego uniwersum. Gracz prowadzi bohaterów z gry DOTA 2. A jednak pomiędzy tymi tytułami jest kilka różnic. Artifact to karcianka, a Underlords to automatyczne szachy. Co ciekawe pierwszy tytuł w zasadzie powstał po to, aby ten drugi się narodził.

Artifact to jedna z najsmutniejszych gamedevowych porażek ostatnich miesięcy. Sama mechanika jest ciekawie zrealizowana. Walka toczy się na trzech planszach, zadaniem gracza jest zniszczenie dwóch wież przeciwnika. W tym celu zagrywa karty reprezentujące bohaterów, umiejętności oraz jednostki. Trzeba brać udział w grze. Obserwować ruchy przeciwnika, reagować na jego zachowania, kontrować wrzucone na planszę karty. Underlords jest mniej angażujące. Wystarczy od czasu do czasu zajrzeć, przelosować bohaterów, sprawdzić, czy pojawiły się jakieś nowe możliwości. Nic więcej. Reszta dzieje się w tle. Minimum uwagi. Zauważyłem, że w Underlords mogę grać nawet w trakcie oglądania filmu i nie tracę nic z narracji. Artifact nigdy mi na to nie pozwała.

A jednak to Underlords zdobyło większą popularność. Wystarczy zwrócić uwagę na prosty fakt – w tę grę można odpalić zarówno na desktopie, jak i na smartfonie. Na dodatek działa tutaj crossplay, co oznacza, że istnieje tylko jedna pula graczy. Artifact tego nie miał. Te elementy były w planach. Zabrakło także nagród za postępy w grze. Underlords jest znacznie lepiej przemyślanie, ponieważ twórcy korzystają z doświadczeń wypracowanych w trakcie pracy nad DOTĄ. Artifact powstał we współpracy z Richardem Garfildem i Skaffem Eliasem, twórcami kultowej karcianki Magic: The Gathering. Trzeba przyznać, że trudno im odmówić doświadczenia. Jednak mam wrażenie, że nie bardzo orientowali się w sytuacji na rynku gier komputerowych. Ich największym przeciwnikiem był i jest Hearthstone. Darmowa produkcja wydana przez Activision-Blizzard, która ustanowiła standardy dla komputerowych gier karcianych. Hearthstone w dalszym ciągu dominuje. Artifact miał być czymś innym, ale nie trafił na dobry moment.

Na rynku była już karcianka w świecie Magic: The Gathering. Darmowa, pojawiła się we wczesnym dostępie. Z mnóstwem elementów angażujących gracza. Nie zapominajmy także o innych grach tego typu. Jest ich pełno na Steamie. Łączy jest to, że zawsze mają mechaniki wciągające do dalszej gry. Tego w Artifact nie było. Na dodatek dochodzi kwestia pieniędzy. Valve otworzyło rynek dla swojej gry, na którym można było kupić dowolną kartę. Tylko dlaczego nie można było się nimi wymieniać? Tak przecież jest w przypadku Magic: The Gathering! Wprowadzenie takiej możliwości znacznie zmieniłoby odbiór całej gry, tak przynajmniej sądzę. Valve nie zdecydowało się na taki krok.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że gdy Artifact konał, to w pojawił się pewien mod. DOTA 2 została wzbogacona o modyfikację wprowadzającą automatyczne szachy. Zgadza się, Artifact stał się nawozem, na którym wyrosła popularność tego gatunku. A teraz Valve dostrzegło kolejną okazję. Wszystko wskazuje na to, że tym razem jej nie zmarnują. Underlords wyszło całkiem przyjemne i spotkało z aprobatą społeczności. A Artifact?

Wrócił na deskę kreślarską. W zespole nie ma już twórców Magic: The Gathering. Być może karcianka od Valve powstanie z martwych? Trochę na to liczę. Spędziłem wiele przyjemnych godzin w tej grze.

//Zainteresował Cię ten temat? Jeżeli tak, to koniecznie sprawdź te teksty!


Frajda cielesności

Lektury potrafią zmusić człowieka do zastanowienia się na obrazem rzeczywistości. Najlepiej czynić to w sposób nieholistyczny, poprzez wyciągniecie jednego elementu z całości i dokładnego obejrzenie. Ze wszystkich stron. Dotknięcie każdej faktury, zrozumienie formy, z jaką ma się do czynienia. Poznawanie struktur potrafi być zajmujące, fascynujące, momentami wstrząsające. Budzące pragnienie? Może. Na pewno zmuszające do dalszych poszukiwań.

Ostatnio seria przemyśleń dopadła mnie po przeczytaniu Frajdy Marty Dzido. Książki, której narrację określiłbym jako chropowatą. Pełną zadr, drzazg wbijających się naskórek. Autorka postanowiła napisać erotyk, pełen opętańczego oddania oraz nieźle zbudowanych opisów. Frajda przełamuje strach przed cielesnością. Pokazuje, że można się nią bawić, smakować w języku, obracać w narracji i wcale nie trzeba przy tym uciekać w obsceniczność opisów. Erotyka potrafi zniszczyć opowieść. Czasem przez zbyt dużą zachowawczość, a innym razem przez zbytnią śmiałość. Tylko czego oczekiwać po kraju, w którym nikt nie uczy, jak rozmawiać na temat ciała? Najwyraźniej nie ma takiej potrzeby. Wszystko młodzież zobaczy w Internecie, tylko szkoda, że nikt nie stworzy sensownej narracji dla tych obrazków.

Seks, erotyka i pornografia są związane z kulturą. Bardzo mocno, stanowią wręcz niezwykle ważne jej elementy. Nie przez przypadek społeczeństwa tworzą różnego rodzaju ograniczenia, akceptowalne praktyki, które mają definiować, określać i formować te zagadnienia. Pomijam to, że w dalszym ciągu mamy do czynienia z przekraczalnymi konstruktami. Jednak, jak to zwykle w kulturze bywa, ich negowanie przynosi konsekwencje w postaci utrwalonych, często pejoratywnych, określeń. Aż chce się zakrzyknąć o frajdzie, o której pisze Marta Dzido! O radości z cielesności, z podróży po świecie, z możliwości dotknięcia, poznania i zrozumienia faktury innej rzeczywistości. Tym drugim światem jest przecież inny człowiek. Z biegiem czasu i doświadczeń zacząłem uważać, że oddzielenie duszy od ciała, przekonanie, które wlano we mnie na lekcjach katechezy już w pierwszych latach edukacji, niesie ze sobą więcej szkody, niż pożytki. Inne spojrzenie na ten temat przyniosły ze sobą dopiero studia.

Rozczaruję osoby czekające na pikantne opisy mojej szarej egzystencji. Nic takie tutaj się nie pojawi. Ostatni akapit felietonu pragnę poświęcić książce. Do przemyślenia koncepcji ciała i duszy zainspirował mnie Erotyzm Georgesa Bataille’a. Dzieło wyjątkowe, kompleksowe, pobudzające do myślenia. Niestety (lub stety) jest to tekst na wskroś filozoficzny, który wymaga odpowiedniego przygotowania. Nie, nie mam na myśli dziwnych rytuałów, po prostu trzeba trochę poczytać, aby w pełni pojąć koncepcje Bataille’a. Myślę, że przygodę z erotyką można rozpocząć do Frajdy Marty Dzido, z jej nieskrępowaną słowami cielnością, potem kontynuować z transgresyjnością opisaną w Erotyzmie Georgesa Bataille’a. Niezmiennie fascynuje mnie przekraczalność, którą dostrzegł francuski filozof.

Kiepskie zakończenie

Jestem matką Netfliksa to doskonały przykład zmarnowanego pomysłu. Komuś w głowie obijała się idea stworzenia świata, w którym zbuntowane roboty niszczą ludzi, a potem odbudowują nasz gatunek, ale w zgodzie z maszynowymi przekonaniami. Sztuczna inteligencja uruchamia projekt „Ludzkość 2.0”. Co prawda najpierw dokonuje usunięcia wersji 1.0, przez co nie zdobywa zbyt wielkiej przychylności. Ileż wątków można tutaj poprowadzić! Twórcy doskonale prowadzili narrację, ale kompletnie zniszczyli zakończenie.

Najpierw ograniczyli percepcję odbiorcy. Jako widz dostałem dostęp jedynie do jednego schronu oraz robota wychowującego dziewczynkę. Gdzieś w tle majaczyły rozmowy na temat zarazy, która zdziesiątkowała ludzkość, dyskusje na temat bezpieczeństwa i przebywania w schronie. Budowane jest poczucie zagrożenia i odcięcia od zewnętrznego świata. Robot jest dziwny. Opiekuje się i kontroluje rozwój głównej bohaterki. Jednak jest w tym jakiś plan, projekt, które nie widać na pierwszy rzut oka. Gdyby twórcy pozostawili na scenie jedynie te dwie postacie, wyszedłby ciekawy film. Nie. Najwyraźniej w obrazie było zbyt samotnie. Dorzucili jeszcze jednego człowieka. Tym razem z zewnątrz. Tutaj wszystko zaczyna się psuć.

Postać uciekinierki, która przez przypadek dobija się do wrót schronu, jest źle napisana. Jej słabość polega na tym, że zupełnie rozwija swojego charakteru. Jest płaska. Niby ma manipulować, sprowadzić główną bohaterką na złą drogę i zniszczyć zaufane do robota. Plan dobry, realizacja kiepska. Efekt jest opłakany. Nowa postać, zamiast zdynamizować relacje, jedynie nieudolnie je niszczy. Jest sztuczna w swoich tyradach, brakuje jej wiarygodności i charyzmy. W Jestem matką zajmujące byłoby zderzenie świadomego człowieka, który przetrwał zagładę z osobą ukształtowaną przez sztuczną inteligencję. Tego nie ma. W zamian otrzymałem nudną konfrontację kukły z główną bohaterką. Na dodatek sytuację pogorszyło wyjście ze schronu.

Skoro tak długo twórcy trzymali w tajemnicy świat zewnętrzny, to oczekiwałem ciekawej prezentacji apokalipsy. Zawiodłem się. Pola kukurydzy, mgła, jakieś wybrzeże i porozrzucane kontenery. Na dodatek kukła cały czas gada, opowiada historie, które – delikatnie mówiąc – nie mają zbyt wiele sensu. Schyłek narracji pokazuje, że twórcom zabrakło pomysłu na zamknięcie. A przecież mogli wykorzystać konflikt dziecka z rodzicem, zrobić z Jestem matką nowoczesną grecką tragedię, która rozgrywa się w czasach apokalipsy. Kultura posiada setki schematów opowiadających takie historie. Najwyraźniej każdy z nich był mało atrakcyjny i najlepszym wyjściem było napisanie nudnego, psującego wrażenia z całego filmu, zakończenia.

Jestem matką warto obejrzeć, jednak nie ma sensu robić sobie nadziei na ciekawe zamknięcie. Zabrakło pomysłu. Zakończenie, zamiast być kontrapunktem dla otwarcia, jest niemrawym sypnięciem piaskiem sensu w oczy widza. Rozczarowuje.

Page 2 of 119

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén