Strona 3 z 127

Ofiara subskrypcji

Na łamach DailyWeb często piszę o swoich niepokojach związanych z giereczkowymi subskrypcjami. Aktywnie korzystam z Humble Bundle Choice, w której mogę wybrać 10 gier z wcześniej przygotowanego zestawu na własność. Raz w miesiącu. Ale nie będę ukrywał tego, że okazjonalnie korzystam także z innych usług subskrypcyjnych. Na przykład z Uplay Plus. Jak chcę sobie pograć coś z ich katalogu, a niespecjalnie mam ochotę wydawać na to ponad 200 złotych, to aktywuję na jeden miesiąc i się bawię. Jeżeli jakiś tytuł przypadnie mi szczególnie do gustu, to go kupuję. Na promocji. Najlepiej ze wszystkimi dodatkami. Dlaczego tak robię? Mógłbym po prostu płacić co miesiąc i miałbym to samo.

I tak i nie. Nie przez przypadek wspomniałem o Humble Bundle Choice. Zasady tutaj są jasne. Klient płaci raz, wybiera tytuły, którego zainteresują z zestawu gier, a potem aktywuje je na określonej platformie dystrybucyjnej (najczęściej jest to Steam). W świetle aktualnie dominujących zasad na rynku można pokusić się o stwierdzenie, że ma je na własności. Chociaż nijak się to ma do sytuacji, w której posiada się fizyczną kopię na półce lub instalator zapisany na dysku. Nawet po aktywacji klucza, wydawca, za pośrednictwem platformy dystrybucyjnej, może zablokować dostęp do danej produkcji. Najczęściej dotyczy to tytułów zakupionych za pomocą skradzionej karty kredytowej, pisałem o tym problemie na łamach DailyWeb.

Teraz, po tym przydługim wstępie, mogę skrobnąć kilkaset znaków na temat Uplay Plus oraz innych podobnych subskrypcji. Ten abonament działa dokładnie tak samo, jak Netflix lub Spotify. Za miesięczną opłatą klient uzyskuje dostęp do potężnego katalogu gier komputerowych określonego wydawcy. W przypadku Uplay Plus są to produkcje wydane pod flagą Ubisoftu. Dlatego za 60 złotych miesięcznie można pograć w dowolną grę z serii Assassins’s Creed lub w The Division 2. Podejrzewam, że dla wielu osób jest to atrakcyjna oferta. Na dodatek wszystkie, w które są dostępne w Uplay Plus, mają aktywne wszystkie DLC. Nic tylko brać, prawda? Brzmi nawet lepiej od Humble Bundle Choice, gdzie dostępne są głównie standardowe edycje, a dodatki trzeba kupić.

Problem polega na tym, że Uplay Plus to tylko jedna wielka cyfrowa wypożyczalnia. Wystarczy problem z autoryzacją płatności, aby stracić dostęp do gier. Nie oznacza to, że wszystkie subskrypcje są od razu złe i trzeba z nimi skończyć. Warto po prostu rozumieć, z jakimi zagorzeniami się wiążą. Grę aktywowaną na moim koncie na Steamie mogę w dowolnej chwili pobrać i uruchomić. NA GoG mam nawet dostęp do instalatorów, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zrzucić się kilka ciekawych produkcji na dysk zewnętrzny. A Uplay Plus? Wystarczy jedna odbita płatności i koniec. Nie pogram. Muszę czekać na rozwiązanie problemu.

Coś takiego mnie spotkało. Na początku roku 2020 nie przeszła płatności za pomocą PayPala. System Ubisoftu zbuntował się nie tylko u mnie, w tym wątku na forum wyraźnie widać, że coś jest nie w porządku. Padłem ofiarą postnowoczesnych subskrypcji i zostałem odcięty od rozrywki. Przynajmniej tej wydanej przez Ubisoft i dostępnej w ramach abonamentu Uplay Plus. Pozostało mi napisanie zgłoszenia do obsługi klienta i czekanie na odpowiedź.

Najpopularniejsze teksty u Literata w 2019 roku

Pierwszy tekst w styczniu, to zawsze swoiste podsumowanie. Jednak nie dzielę się tutaj specjalnie statystykami dotyczącymi bloga. Piszę go co prawda od kilku ładnych lat, wcześniej były to Połącz kropki, ale nigdy nie zależało mi na specjalnej popularności. Traktuję go jak swoiste portfolio, miejsce do ćwiczenia pióra, a także miejsce, do którego trafiają treści inne, niż na DailyWeb. To co najczęściej było czytane w 2019 roku?

I miejsce – tekst o tym, czy można komuś wynająć swoje wirtualne konto. Żyje, ma się dobrze i podejrzewam, że dalej będzie często odwiedzany. W końcu subskrypcje umacniają swoją pozycję w gamedevie.

II miejsce – tutaj wylądował tekst gościnny. O najważniejszych nagrodach literackich w 2016 roku. Tak, w 2016. Na dodatek ciągle pojawia się w moich dorocznych podsumowaniach.

III miejsce – tekst o spamie, ale nie takim na mailu. O mielonce i tego, jak uwiecznił ją Monty Python.

IV miejsce – moja recenzja Świętego Wrocławia Łukasza Orbitowskiego.

V miejsce – znowu recenzja, ale tym razem gry planszowej. Terraformacja Marsa pożarła mi kilka ładnych godzin z życia.

VI miejsce – tekst na temat tego, co stało się z krytyką literacką i dlaczego nie jest już taka ważna.

VII miejsce – felieton opowiadający o grze Temple of Elemental Evil.

VIII miejsce – recenzja pierwszego sezonu Rozczarownych.

IX miejsce – felieton o moim pierwszym roku w gamedevie. Pod koniec marca miną 4 lata, od kiedy postanowiłem związać swój los z tworzeniem giereczek.

X miejsce – tekst o tym, jakie znaczenie w komiksie odgrywały superbohaterki.

Rzeźnik ze Streamingu

Nie będę ukrywał tego, że Wiedźmin jest sagą mojej młodości. Swojego czasu, gdy jeszcze zajmowałem się pisaniem o literaturze w sposób zawodowy, poświęciłem wiele słów na prozę Andrzeja Sapkowskiego. Rozmawiałem na jej temat ze studentami, ale później woleli zajmować się Grą o Tron. Skapitulowałem, ale swoją miłość do wojaży Geralta z Rivii wciąż podsycałem. Pojawiły się gry, których nie mogłem odpuścić. Wracam do nich, okazjonalnie i ciągle sobie obiecuję, że kiedyś skończę trzecią część cyfrowych przygód Rzeźnika z Blaviken.

Ze względu na duży emocjonalny związek z sagą, niespecjalnie czuję się na siłach, aby recenzować nowy serial na Netfliksie. Do dziś siedzą we mnie uczucia związane z lekturą kolejnych książek autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Na półce posiadam prawie całą sagę wydawnictwa superNOWA. Na pewno brakuje mi jednego zbioru opowiadań, ponieważ go pożyczyłem i już nie wrócił. Mam nadzieję, że wiedzie szczęśliwy żywot w innej biblioteczce. Sapkowski stał u mnie obok Tolkiena i Pilcha. Sądzę, że takie lekturowe zestawienie mocno ukształtowało moje myślenie o literaturze, a w szczególności o jej popkulturowym wydaniu. Nie czuję się na siłach, aby objąć krytycznym spojrzeniem nowe wydanie przygód Geralta z Rivii.

Tak je odbieram. Nigdy nie oczekiwałem tego, że ekranizacje będą w pełni wierne literackiemu pierwowzorowi. Na papierze można stosować sztuczki, które mogą nużyć widzów. Nie widzę sensu porównywać polskiego Wiedźmina z Wiedźminem z Netfliksa. Ten pierwszy dalej ma dla mnie specyficzny urok. Pamiętam, że kiedyś opracowałem nawet krótki wykład na temat tej próby przeniesienia przygód Geralta na srebrny ekran. Później odbyłem ciekawą dyskusję ze słuchaczem, z której wynikło, że te wersja ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Podejrzewam, że ci pierwsi rekrutowali się z osób podobnych do mnie. Saga Sapkowskiego była dla nich istotnym przeżycie z młodości. Mnie trudno oddzielić swoje przekonania od tego, co zobaczyłem na ekranie. Dla mnie recenzja, jako forma krytyki, powinna być formą wyrażenia opinii wewnątrz systemu postrzegania kultury osoby piszącej. W tym przypadku sprawa jest dla mnie jasna – mój osobisty związek z Wiedźminem stałby się niepotrzebnym dodatkiem rozmywającym moje postrzeganie.

Dlatego na temat serialu mogę powiedzieć tylko to, że dobrze się bawiłem, oglądając nową interpretację prozy Andrzeja Sapkowskiego. Cieszę, że nie jest to próba ekranizacji, stworzenia wiernej adaptacji tekstu. Jestem zwolennikiem interpretacji, zabawy historią, przesuwania znaczeń w różnych formach połączonych wspólnym fundamentem. Czekam na kolejny sezon. Dla mnie jest to podróż do wrażeń z młodości, kieruje mną nostalgia, potrzeba ponownego przeżycia tych historii. Przeniesienie się do czasu, w którym minąłem swój przystanek, ponieważ czytałem Czas pogardy i tak się wciągnąłem, że zapomniałem wysiąść z autobusu.

Geralt z Rivii towarzyszył mi w wieku dorastania. Cieszę się, że mogę go znowu zobaczyć na ekranie telewizora, gdy skończyłem już 30 lat.

Opowieść o świętach na wsi

Święta Bożego Narodzenia. Opisywane jako moment wspólnej biesiady, rodzinnego pojednania, zadumy nad odchodzącym rokiem oraz momentem wyczekiwania na pierwszą gwiazdkę. Pewnie dla niektórych jest tak dalej, ale ja zawsze byłem dość cynicznym człowiekiem. Ze względu na swój twardy ateizm oraz podejście do rytuałów, ten okres w roku traktuję jako moment wytchnienia. Żadnej zadumy. Nie pochylam się nad Jezuskiem i Królami. Wyjeżdżam na wieś. Co roku. Żeby odpocząć, nic nie robić. Po prostu, złapać oddech, spędzić kilka dni na oglądaniu filmów, czytaniu książek i graniu w gry.

Jeżeli ktoś spędza czas z rodziną i to lubi, to nie widzę najmniejszego problemu. Mało tego! Uważam, że w drugą stronę powinno być podobnie! Jeżeli ktoś nie chce uczestniczyć w obchodach Bożego Narodzenia, to ma pełne prawo się z nich wypisać. Jak każdy dorosły, dojrzały i samostanowiący o sobie człowiek. Nie warto wpadać w pułapkę zastanawiania się na temat tego, co pomyślą inni, ani specjalnie przejmować się tym, że ignorowanie Świąt Bożego Narodzenia to atak na Tradycję. Nie dajcie się zwariować, szkoda zdrowia. Lepiej spędzić ten czas, tak jak się chcę, dla własnego spokoju. Zwykłem zastanawiać się nad tym, czy warto poświęcać swoją głowę, po to aby inni czuli się dobrze. Po wielu latach doszedłem do tego, że nie. Zawsze lubiłem być na przekór, wywracanie wszystkiego wokół mnie do góry nogami sprawia mi przyjemność, entropia jest dla mnie szansą, a nie zagrożeniem. Żyję zgodnie ze swoimi przekonaniami, a jeżeli komuś jest z tego powodu przykro, to trudno.

Mogę się nie zgadzać z różnymi poglądami na temat Świąt Bożego Narodzenia. Jednak najbardziej drażni mnie to, że pod płaszczykiem Tradycji, chrześcijańskiego przeżycia, sprzedaje się mnóstwo zwykłego badziewia. Warto spojrzeć na choinkę jak na symbol trudnej do opanowania konsumpcji. Szczególnie z prezentami, które koniecznie muszą się pod nią znaleźć. Z drzewkiem trzeba się pokazać na Instagramie! Koniecznie należy wtedy wspomnieć o nowych, wyjątkowych ozdobach, a także opowiedzieć wzruszającą historię. Nabieracie się jeszcze na to życie złożone z kolorowych obrazków? Media społecznościowe to wielki postnowoczesny tabloid, w którym obserwuje się celebrytów lub nawet pełni ich rolę. A potem, po Świętach, przychodzi czas śmietnika. Wywala się mnóstwo jedzenia, foli, plastiku, zauważyłem, że w koszach zaczęły lądować także ozdoby. Okres świąteczny to dziwny czas, szczególnie w 2019 roku, w chwili, w której coraz głośniej mówi się o tym, że do przetrwania naszego gatunku konieczne będzie ograniczenie konsumpcji.

Myślę, że ta konsumpcyjna, mrugająca choinka, powinna być dobrym momentem na zastanowienie się, co dalej będzie się działo z prezentami. Trafią na śmietnik? Do lasu? A może sprawią, że stare rzeczy będą miały drugie życie? Moje święta na wsi są pozbawione tego problemu, od lat praktykujemy z Żoną prostą zasadę – kupujemy sobie to, z czego będziemy korzystać. Minimalizm. Pragmatyzm. W zamian za suto zastawiony stół, cztery dni na resztkach i świecą lampki marnujące prąd.

Komuś zrobiło się przykro? Trudno.

Narracja miłości

Czas na pierwszy poświąteczny tekst! Na dodatek zaległy. Co miesiąc przygotowuję sobie listę tematów do podjęcia na blogu oraz DailyWeb. Z realizacją bywa różne, czasem się udaje, ale zdarza się, że jakiś tekst mi zostanie. Właśnie tak stało się z recenzją Historii małżeńskiej Miał być spis wrażeń, podzielenie się uwagami, jednak nie mam na to ochoty. Po prostu mam wrażenie, że film nie siedział we mnie na tyle, abym chciał przy nim trochę pomajstrować. Zresztą naczytałem się już różnych recenzji. Dlatego, aby utrzymać rytm zgodny z poprzednimi moimi tekstami, chciałbym rzucić okiem na narrację w Historii małżeńskiej.

W ostatnich tygodniach nie miałem szczęścia do fabuł. Ciągle coś mnie drażniło, psuło mi odbiór danej opowieści. Raz były to bzdurne zabiegi reżysera, a innym razem pisarski brak zdecydowania. Przypadek Historii małżeńskiej jest inny. Wyraźnie widać, że pomysł na fabułę był, jasno zostały określone postacie, a także ich motywacje. Ten film ma porządny rytm, raz jest spokojną opowieścią o miłości, aby po chwili stać się pełnym wrzasków wyrzutem pełnym pretensji oraz przemilczanych spraw. Dynamika opowieści została zbudowana wokół dwóch postaci i wyraźnie widać, że otaczający je świat jest dla nich formą pudła z różnymi sensami. Wyciągają je wtedy, gdy są im potrzebne, po to, aby później je schować i poszukać czegoś, co zwali z nóg przeciwnika. Taki układ relacji powoli spala energię postaci, co jeszcze bardziej podnosi wartość narracji.

Historia małżeńska przypominają o tym, że wcale nie trzeba wykorzystywać mnóstwa elementów, aby zaprezentować interesującą opowieść. W tym przypadku wystarczyły dwie osoby oraz zderzania, które są prowokowane przez ich charaktery oraz relację. Co jest idealną podstawą dla wielu różnych rozwiązań. Można stworzyć historię o dopalającej się miłości, o konflikcie, który zostaje przezwyciężony, a nawet o ponownym odkryciu własnych uczuć. Prostota Historii małżeńskiej decyduje o ich sile. To nie jest jakaś wielowarstwowa, plącząca się sama w sobie, narracja, ale porządnie skrojona opowieść o dwóch osobach oraz ich skomplikowanej miłości. W tej historii dochodzą do głosu arogancja i egocentryzm, po obu stronach, w takim samym natężeniu. Co jeszcze bardziej nakręca dynamiczną relację pomiędzy postaciami a światem, w jakim funkcjonują.

Problemem każdej opowieści jest dobre zakończenie. Mam wrażenie, że w przypadku Historii małżeńskiej nie zostaje wykorzystany cały ładunek emocjonalny włożony w tworzenie postaci. Ich konflikt dziwnie się rozmywa, traci na znaczeniu, a liczyłem na to, że do ostatnich minut będzie kluczowym elementem napędzającym fabułę. Gwałtowne wciśnięcie hamulca i zasugerowanie nowego kierunku w relacjach wydaje się interesującą formą zamykającą historię. Jednak, moim zdaniem, w tym przypadku nie zdaje egzaminu. Być może zaproponowana klamra niekoniecznie dobrze łączy rozbudzone charaktery? Powinna zgasić arogancję i egocentryzm, a odniosłem wrażenie, że jedynie je uśpiła. Pojawiło się oczekiwanie na kolejny wybuch, który już nie następuję.

Historia małżeńska to ciekawa opowieść sprawdzająca, jaki ładunek emocjonalny widz jest w stanie znieść, zanim stanie się obojętny. Takie historie warto oglądać.

Page 3 of 127

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén