Strona 3 z 109

Tekst napisany na wsi

Grudzień. Jak co roku siedzę na wsi. Bo tak, bo mam dość miasta, bo nuży mnie odgłos przejeżdżających pociągów, bo nie chcę już oddychać smogiem. Dlatego wyjeżdżam. W każde święta i sylwestra, często na urlop. Jeździmy razem. Ja, moja Żona i pies. Cała nasza trójka chce wtedy odpocząć od miasta, od zaduchu, od czwartego piętra. Każde miejsce ma swoje wady i zalety. Wieś też potrafi być piękna do czasu, do jednego momentu, w którym ma się jej dość.

Mieszkaliśmy na wsi. Dokładnie pół roku, w bardziej niespokojnym okresie naszego życia. Przyjechaliśmy latem, zostaliśmy na jesień i zimę. Widzieliśmy, jak na drzewach liście zmieniają kolory. Grabiliśmy je w naszym ogrodzie. A potem obserwowaliśmy zasypujący wszystko śnieg. Powoli, centymetr po centymetrze, kawałek po kawałku. Na wsi człowiek szybko traci cierpliwość do tej białej kołderki. Po odśnieżeniu placu oraz drogi, po ciągłym zastawianiu się, czy tym razem uda się wyjechać, piękno zimy szybko blaknie. Pozostaje jedynie ciągły, nieustanny wkurw. Bo znowu napadało, bo znowu trzeba biegać z szuflą, bo znowu nie wiadomo, czy uda się wyjechać. Po każdej nocy trzeba się zmierzyć z niepokojem. Tak bywa, tak jest ułożona ta rzeczywistość.

A w mieście? Odśnieżona droga, ale parking po blokiem już nie. Rozjeżdżony przez inne samochody, ślisko, ślizgawka na jezdni. Znowu niepokój, zastanawianie się. Tylko tym razem dotyczy on innych spraw. Rozważa się, czy tym razem człowiek wyjedzie spokojnie, czy nie zahaczy innego auta. Na wsi to człowiek jeszcze popiół z pieca weźmie. A w mieście? Piasek trzeba trzymać w piwnicy? A może trzeba lać pod koła wrzątek, żeby wyjechać? W mieście podstawym plusem jest mnogość środków transportu. Jak nie samochód, to pociąg. Jak nie pociąg, to autobus. Od wielkiego dzwona można nawet udać się na tramwaj. Do pracy, na zakupy, zawsze się dojedzie. Codzienność daje więcej możliwości. Coś za coś. Wymienia, barter ewentualności, handel rozwiązaniami. Każdy z tego wybiera, to co najbardziej mu odpowiada.

Dlatego zmieniamy otoczenie. Kilka razy do roku. Żeby odpocząć, złapać inny kontekst. Funkcjonować w innym kontekście. Po to mamy szklarnię, huśtawkę na świeżym powietrzu. Dla innych wrażeń, spokoju, odpoczynku. Wieś daje nam inne tempo, którego często brakuje nam w codziennym życiu. Warto mieć taki azyl. Bywa on pełen niespodzianek. Zawalona szklarnia, rozwalony garaż, podziurawiony gradem dach. Nieprzewidywalność potrafi być odczuwalna. Ale jednak wracamy. Dla tych wrażeń, tak zgoła odmiennych od naszej miejskiej codzienności.

Są święta, poranki są zimne. Trzeba palić w piecu. Pies spędza całe dnie na dworze, przychodzi do domu o 19:00 i zasypia. Leży na swoim posłaniu do samego rana, a potem znowu opuszcza dom. Tak wyglądają nasze święta na wsi. Spokój. Cisza. Nieprzewidywalność. Mroźne poranki.

Da się.

Nudne zakończenie

W końcu upolowałem trzeci tom Wojen alchemicznych Iana Tregillisa. Czekałem na to zamknięcie z wielką niecierpliwością. Jednak zawsze wybierałem inne lektury, a przez dłuższy czas zdejmowałem książki z cyfrowej kupki wstydu na Kindle’u. Ucieszyłem się, gdy odebrałem Wyzwolonego, liczyłem na solidne zamknięcie, wyjaśnienie opowiedzianych wcześniej tajemnic. Dwa poprzednie tomy trzymały wysoki poziom, były ciekawe i wciągające. Nic dziwnego, że podobnych wrażeń oczekiwałem od ostatniego.

Nie będę owijał w bawełnę – boleśnie się rozczarowałem. Narracja w Wyzwolonym za wszelką cenę pędzi ku końcowi, przemiany w znanych postaciach są delikatne, a wydarzenia istnieją tylko po to, aby zamknąć książkę. Poprzednie tomy obfitowały w filozoficzne pytania dotyczące świadomości, władzy oraz granic człowieczeństwa. W Wyzwolonym jest tylko pośpiech, chęć szybkiego ukończenia fabuły. Odniosłem wrażenie, że autor stracił serce do tej opowieści, stwierdził, że za wszelką cenę chce ją skończyć. Nawet jeżeli doprowadzi to do zbudowania zbioru słabo uzasadnionych wydarzeń i rozwodnienia wcześniejszych motywacji bohaterów.

Narracyjny chaos po prostu mnie zaskoczył. Wcześniej podobało mi się to, że każda część fabuły idealnie pasowała do pozostałych. Wprowadzane postacie nie były tylko marionetkami, ale miały własne, często bardzo ekstremalne, przekonania. Od chęci wyzwolenia mechanicznych służących, bo eksperymentowanie na nich, a nawet próby kontrolowania ludzkiego umysłu za pomocą alchemii. Przechodzenie pomiędzy takimi postawami był interesujące. Opowieść budowana była z różnych perspektywy, dzięki czemu świat przedstawiony nie wypadał płasko. Nabierał głębi, stawał się wielowątkowi, pełen odcieni szarości. Trudno było powiedzieć, kto jest zły, a kto dobry. A w tle ciągle czaiły się różne alchemiczne tajemnice, do których odkrycia dążyli wszyscy bohaterowie. Każdy na swój sposób. Autor przez dwa tomy budował napięcie i miałem nadzieję, że ostatnia odsłona będzie miała siłę rażenia bomby atomowej. Okazało się inaczej.

Cała praca poszła na marne. Ostatnio tom to nudna i mdła narracja. Z poszarpanymi bohaterami, którym odbiera się wszelki charakter. Nagle wszystkie te ciekawe postaci sprowadzone zostają do poziomu papierowych pionków. Rozgrywka jest szybka, bo autor za wszelką cenę, często nawet po trupach, dąży do zakończenia. Dowodem na brak pomysłu w rozwijaniu fabuły jest stopniowe uśmiercanie najważniejszy postaci. Po co wrzucać ich w nowy porządek i zmuszać się do tłumaczenia czemu postępowali tak, a nie inaczej? Najprościej ich wykończyć, zabić. To nie jest tak jak w Grze o Tron, w której wymieranie postaci jest wpisane w rytm narracji. W Wyzwolonym wyraźnie widać, że celem autora jest najzwyklejsze ucięcie wątku. Pozbycie się konieczności jego tłumaczenia, usunięcie tematu, który zmuszałby do dalszej pracy.

Wyzwolony to jedno z najgorszych zamknięć, jakie widziałem w literaturze. Nie mam tam nic dobrego. Szkoda mi steampunkowego świata, który został całkowicie rozwalony. Jak ktoś się nie chce rozczarować, to warto skończyć przygodę na drugim tomie Wojen alchemicznych. Tam Ian Tregillis pisze jeszcze z pomyłem i werwą, później, najwyraźniej, dopadło go zmęczenie tematem.

Sklepowe taranowanie

Wigilia już wkrótce, więc powoli będę kończył z cyklem przedświątecznych irytacji. Została do omówienia jedna rzecz, która wydarzyła się w sobotę. Ja i moja Żona popełniliśmy poważny błąd. Pewną sprawę zostawiliśmy na ostatnią chwilę. Na swoje usprawiedliwienie mamy jedynie to, że pomyśleliśmy o tym dopiero na kilka dni przed Wigilią. Pewnie myślicie, że zapomnieliśmy kupić prezentów. Nie. Strzelajcie dalej. Choinka? Skąd, grzecznie rozłożona. To pewnie karp, krzykniecie chórem! Już kupiony. Rozczarowani? Przykro mi.

Nasz pies boi się wystrzałów. Nie należymy do ludzi wypisujących w Internecie głupoty w stylu „zwierzęta są niżej w łańcuchu pokarmowym, więc mają się dostawać”, do grona skończonych kretynów wstawiających memy z owczarkiem niemieckim i yorkiem oraz niezwykle zabawnym podpisem o wojnie, huku karabinów oraz petard, też się nie zaliczamy. Nie przepraszam za ostre słowa. Zmęczyły mnie popisy głupoty w Sieci, nie podważam niczyjego prawda do własnego zdania. Po prostu trzeba liczyć się z tym, że po jego wypowiedzeniu można otrzymać łatkę skończonego idioty, który kompletnie nie rozumie, o co chodzi z rezygnacją z pokazów fajerwerków w miastach. Na (nie)szczęście stoi u progu wymierania gatunku ludzkie, bo może i jesteśmy dominującym zwierzęciem, ale to nie oznacza, że nie imają się nas reguły dotyczące życia i śmierci. Dobra, dość o tym. Miało być o jednej sprawie, a przyplątała się kolejna. Od Wigilii zmniejszam konsumpcję treści w mediach społecznościowych. Ludzie nieustannie mnie rozczarowują, najczęściej za sprawą godnych zapisania popisów głupoty.

Koniec ten przydługiej, nieco agresywnej, dygresji. Nasza bestia boi się wystrzałów, ale w tym roku postanowiliśmy zasięgnąć pomocy weterynarza. To jest ta sprawa, którą zostawiliśmy na ostatnią chwilę. Pojechaliśmy, załatwiliśmy, a potem stwierdziliśmy, że wyskoczymy na szybkie sobotnie zakupy. To był błąd. Szaleństwo przedświąteczne już trwało. Opętani tą przypadłością już szturmowali sklep, ale prawda jest taka, że po parkingach ich poznacie. Samochody zajmujące dwa miasta, groźne spojrzenia innych kierowców, podjeżdżanie pod samo wejście sklepu. A w środku? Gorzej. Gwałtowne rzucanie się na półki. Rozjeżdżanie innych wózkami, tak jakby to była jakaś konkurencja. Pewnie klienci czekali na wyniki. Rozlega się dźwięk zapowiadający informację w sklepie i podają słowa: „Gratulujemy panu z w niebieskiej kurtce! W ciągu ostatnich 10 minut uderzył pan wózkiem 12 osób. Piękny wynik! Na drugim miejscu jest pani, która przesunęła wózek innego klienta na środek przejścia tylko po to, aby wziąć mleko! Zapraszamy po odbiór cyfrowego zapisu tego spektakularność popisu chamstwa przy kasie. Będzie czym pochwalić się przy świątecznym stole!”. Tak to sobie wyobrażam.

W tym roku ostatnie dni przez świętami jakoś szczególnie dały mi w kość. Może z wiekiem robię się mniej cierpliwy, a może mam po prostu dość ludzkiej głupoty, która ostatnio przekracza ustanowione wcześniej granice. To jest efekt kiepskiej edukacji społeczeństwa. Nauczyciele są zapracowaniu, zajęci wypełnianiem tabelek, w domach królują tablety i nawyki ściągnięte z YouTube’a. Jak mam być normalnie w świecie poukładanym przez wirtualne przestrzenie pozbawione jakichkolwiek reguł?

Brudna narracja

Od razu ostrzegam, że to będzie tekst o literaturze! Myślę, że takie treści będą zdarzały się coraz częściej. Co prawda ukończyłem kulturoznawstwo, ale specjalizowałem się w kulturze literackiej. Od korzeni trudno uciec. Dlatego, gdy zacząłem urlop, zdałem sobie sprawę z tego, że spędzę go na czytaniu, pisaniu i graniu. Nawyki trudno zmienić. Dzisiaj będzie kilka słów sprowokowanych lekturą Wzgórza psów Jakuba Żulczyka. Autora, którego pierwsze powieści pozostawiły mnie kompletnie obojętnym, ale do Zmorojewa już chętniej wracam do wykreowanych przez niego światów.

Wzgórze psów to opis egzystencji ludzi z małego miasteczka. Dalej są takie miejsca w Polsce, w których wszyscy się znają, konflikty trwają przez pokolenia, a ludzie bywają jednocześnie nienawistni i życzliwi. To jest doskonały opis świata przedstawione we Wzgórzu psów. Pochłonąłem tęż książkę w kilka wieczorów. Fabuła nie jest specjalnie oryginalna, to opowieść o zagubieniu i zemście, o cierpienie oraz karze, która wszystko zmienia. Mnóstwo tekstów wcześniej podejmowało ten temat, ale jak to jest napisane! Jak cudownie gra język w rękach Jakuba Żulczyka! Dawno już nie miałem przyjemności brnąć przez tak wspaniale utkaną narrację.

Właśnie przy języku warto się zatrzymać. Tekstom Jakuba Żulczyka daleko do purystycznej postawy. Jego widzenie słów opiera się na wyrywaniu ich z codzienności. Dlatego narracja staje się szybko brudna, agresywna, naturalistyczna i przerażająca. We Wzgórzu psów jest to często walenie czytelnika w ryj językowym chamstwem, niewyszukanym formami, do których ucieka się małomiasteczkowa codzienność. Nie dziwi mnie to, że językowi puryści, ci, co pragną, aby literatura była literacka, a nie okazjonalnie chamska i do bólu codzienna, z trudem odnajdą piękno powieści Jakuba Żulczyka. Podejrzewam, że przy pierwszej kurwie odpadną, porzucą jego tekst. A szkoda, bo literaturze przydaje się takie odbicie. Ucieczka od idealnie wycyzelowanych form, czystych akapitów z bajecznymi opisami. Literackość egzystuje też w brudzie, w codziennym wkurwie, opętaniu zmysłów i agresywnej charakterystyce świata.

Daleki jestem od dyskredytowania tekstów czystych, z perfekcyjnie ułożonymi zdaniami. Lubię je, jednak nie uważam, że literatura powinna składać się wyłącznie z nich. Miło jest zejść z wieży i udać się na spacer do niebezpiecznej dzielnicy. Ile tam się dziej! Ile zagrożeń, smrodu, brudu, słownego smogu, który gryzie w oczy. Wiem, że niektórym pękają serca przy najlżejszym przekleństwie, tacy są wrażliwi i niech będą, nie dla nich Wzgórze psów. Jednak tym lubiącym słowny brud, który bywa niezwykle dynamiczny, gorąco polecam tę powieść. To jest właśnie ta paskudna literatura, nielubiana na lekcjach języka polskiego, bo nie wpisuje się w program. Ten tekst jest bardzo blisko życia, co na pewno zobaczą osoby pochodzące z małych miasteczek. Tak mocno wchodzi w tę rzeczywistość, że przejmuje z niej wszystko to, co piękne i najobrzydliwsze.

Stąd bierze się szorstki język, z tej brzydoty świata. Codzienności daleko do idealnie rozłożonych konturów, to raczej poszarpany, ciągle rozpadający się obraz. Jest literatura dążąca idealizująca świat, wpadająca w cudowne ramy czystego słownictwa i intelektualnych akapitów. Dobrze! Niech będzie jak najdłużej! Jednak niech nigdy nie stanie się formą jedyną, monopolizującą sposób narracji. Do zrozumienia otaczającego świata potrzebne są także teksty operujące słowem pełnym skaz, bliskim codzienności. Nie ma się co oburzać, trzeba się skonfrontować z tym światami. Najciekawsze rzeczy zawsze powstają w wyniku zderzenia całkowicie odmiennych form.

Korki. Nie od wina

Dzisiaj spędziłem w samochodzie 96 minut. Podróż do i z pracy zajmuje mi zazwyczaj 40 minut dziennie. A dzisiaj – nagle! – czas ten wzrósł o kolejne 56! Najgorsze jest to, że poranna podróż tego nie zapowiadała. Nawet się cieszyłem, że szybko udało mi się przejechać przez światła, nie stałe zbyt długo w centrum, a na drodze szybkiego ruchu nie było korka. Sytuacja zmieniła się diametralnie po godzinie 14:00.

Korki to pół biedy. Człowiek postoi, posłucha muzyki, trochę podenerwuje się na bezpowrotnie stracony czas. Najgorsze jest to, że przedświąteczny okres wyzwala w ludziach wszystko, co najgorsze. Wczoraj obserwowałem stłuczkę powstała w wyniku pośpiechu i bezmyślności. Rondo, brak uwagi, przekonanie, że na pewno się zdąży. Kraksa. Niewielka, lekko odrapany zderzak. Nawet laweta nie była potrzebna, kierowcy mogli się spokojnie dogadać. Jednak postanowili, że zrobią inaczej. Lepiej zatrzymać ruch na jednym pasie, drzeć na siebie mordy, urządzić spektakl dla postronnych. Zapewniam, że wszyscy kierowcy byli zachwyceni. Nic tak nie poprawia nastroju jak korek powstały w wyniku niewielkiej stłuczki.

Nie cierpię jeździć samochodem. Nigdy tego nie lubiłem. Gdy mogę, to wybieram komunikację miejską. Niestety, w przypadku dojazdu do mojej pracy, pojawia się problem: czas. Przystanek autobusowy mam blisko, zdarzało mi się korzystać z tej formy transportu, gdy zepsuł mi się samochód. Jeździłem przez kilka tygodni i nie przypominam sobie, żeby chociaż nie spędził w autobusie przynajmniej 40 minut. Wielu kierowców ignoruje pojazdy komunikacji miejskiej. Traktują je jako przeszkodę w dotarciu do celu. Wymuszają pierwszeństwo, przyspieszają, za wszelką cenę próbują wyprzedzić autobus. Tak jakby zapominali, że w środku też jeżdżą ludzie. Efekt każdy poznał na własnej skórze. Spóźnienia, długie stanie na przystankach, na rondzie, często zwykłe chamstwo innych uczestników ruchu.

Dlatego drogę do pracy przemierzam własnym autem. W ciągu tygodnia naoglądam się brawurowych popisów bezmyślności. Od ignorowania znaków, przez wyprzedzanie na ostrym zakręcie, po gwałtowne hamowanie przed przejściem dla pieszych. Tak jakby samochód odbierał umiejętność logicznego myślenie. Po zamknięciu drzwi, odpalenia silnika i włączeniu się do ruchu, zaczynam postępować w zgodzie z zasadą ograniczonego zaufania. Każdy kierowca stanowi dla mnie źródło potencjalnego niebezpieczeństwo i jestem cały czas czujny. Przed świętami szczególnie muszę uważać na innych, bo ludzi ogarnia gorączka zakupów. Dlatego tłoczą się na parkingach przed supermarketami, pędzą w terenie zabudowanym tak, jakby od ich przyjazdu zależało życie innego człowieka. A udali się wyłącznie na zakupy. Po rzeczy, po prezenty.

Na drogach widać, że za kierownice zaczyna siadać pokolenie wychowane w myśl zasady „kup więcej”. Kieruje nimi pragnienie konsumpcji, które odbiera zdrowy rozsądek.

Page 3 of 109

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén