Razem z psem spaceruję po stałej trasie. Nieczęsto coś zmieniam, czasem ją wydłużam. Wtedy chodzimy do parku, żeby bestia wyszalała się, biegając między drzewami. Jednak zdecydowanie częściej przechodzimy przez miejską plażę. Tak, w Będzinie jest coś takiego, na dodatek zostało zbudowane w rozsądny sposób i nie jest przerażająco brudno. Przyjemne miejsce na spędzenie popołudnia. Dlatego, w pogodne dni, można tam spotkać tłumy osób. Plaża miejsca powstała w ramach rewitalizacji przestrzeni.

W samym centrum wielkiej łąki. Ulubionego terenu psiarzy, którzy wciąż zapuszczali się tam ze swoimi towarzyszami. Ja również należałem do tej grupy. Na tej łące były wydeptane ścieżki, każda z charakterystycznym dla siebie nierównościami, przeszkodami i rozpraszaczami. Moja bestia, trochę większa od jamnika, uwielbiała zapuszczać się w trawy. W jakim celu? Polowała na bażanty. Chociaż muszę przyznać, że czasownik polowała nieprecyzyjne określa to, co działo się, gdy wpadała w zarośla. Zdecydowanie bardziej adekwatnym słowem byłoby płoszyła. Raz biegła, rozglądała się, a równolegle do niej zasuwał bażant. Oczywiście go nie widziała. Wraz z pojawieniem się plaży miejskiej te atrakcje zniknęły.

Łąka dalej jest, ale pozostała tylko jej niewielka część. Można się sprzeczać na temat tego, jak polskie samorządy rozumieją słowo „rewitalizacja”. Najczęściej kończy się to zabrukowaniem danego terenu, postawieniu siatki i wycięciu drzew. Efekt? Stworzenie betonowej pustyni, która cudowanie nagrzewa się w trakcie upalnego lata. Z perspektywy czasu myślę, że pojawienie się plaży miejskiej, było dobrym pomysłem. Jasne, jest trochę tej nieszczęsnej kostki, jednak jest także piasek oraz dobrze przemyślane przestrzenie do wypoczynku. Plaża miejska usunęła nagminny problem – podpalanie traw. Łąka, po której zwykłem spacerować z bestią, była cudowna, do pojawienia się pierwszego wariata kochającego ogień. W chodzeniu po zgliszczach nie było absolutnie nic przyjemnego. Duszący zapach popiołu oraz wystające patyki. Smutny widok, który zastąpiła ładnie przemyślana przestrzeń.

Jedna rzecz mnie tylko drażni, bo mnie zawsze musi coś irytować. Zapach smażonego oleju. Tam, gdzie są skupiska ludzi, musi pojawić się jakiś fastfood, a frytki to często standardowa przegryzka. Połączenie alejek, boiska do siatkówki, ładnych trawników z duszącym smrodem oleju jest po prostu ironiczne. Czy nie można serwować czegoś, co będzie mniej drażniło nos? Jakoś nie trafia do mnie wizja odpoczynku w takich oparach. Plaża miejska położona jest z dala od ruchliwej drugi, w pobliżu rzeczy. Piękne miejsce, dobra przestrzeń do odpoczynku, do odetchnięcia po ciężkim dniu. Tylko że w tym przypadku człowiek raczej zaciąga się pofrytkowym oparem, a nie powietrzem.

Nic to. Pozostaje mi pokręcić głową i wybrać się na kolejny spacer z bestią. Pewnie znowu udamy się w kierunku plaży miejskiej. W końcu to nasza stała trasa.