Człowiek musi się czymś interesować. W przeciwnym przypadku wpada w szarość życia i pozbawiony światła pasji błądzi po utartych ścieżkach egzystencji. Tak pięknie można opisywać wszelkiego rodzaju fascynacje, ale one mogą tak samo pomagać, jak i szkodzić. Współczesność postawiła ten problem zupełnie inaczej. Obdarła go z egzaltacji i metafory życia jako drogi, w zamian za to rzuciła człowieka w chaos informacji. Pierwsze (i jedyne!) przykazanie brzmi: interesuj się!

Co bardziej świadoma osoba zapyta: ale czym? I od razu wpadnie w łapy wszelkiego rodzaju speców, którzy zarządzają zainteresowaniem. Tak, bo dzisiaj wszystkim da się sterować, wkładać w tabelki, a później na ich podstawie rysować wspaniałe wykresy. Sztukę konceptualna zastąpiła sztuka statystyczna, a tam rządzi wyłącznie jeden model interpretacji: linia ma wskazywać tendencję rosnącą. I tutaj wracamy do problemu zainteresowania. Wielu chciałoby, abyś Ty, Drogi Użytkowniku, (bo Odbiorcą jesteś tylko wtedy, gdy piszę publikacje naukowe) klikał, lajkował, szerował, albo – mówiąc w sposób bardziej tradycyjny – okazał odrobinę zainteresowania, które można potem przekuć w monetę.

Teraz przechodzimy do ciekawego paradoksu: człowiek otoczony sygnałami o potencjalnych miejscach pełnych ciekawych informacji, zaczyna wpadać w obojętność. Ale nie w tę dobrą, która wynika z ograniczonej przepustowości kanałów poznawczych, tylko staje się istnieniem zajętym pochłanianiem contentu z wielu różnych źródeł, co prowadzi do tego, że nie potrafi wskazać jednej rzeczy, która go interesuje. Zamiast mieć podzielną uwagę, ma pocięte fascynacje poprzeplatane olbrzymimi połaciami obojętności.

To wszystko prowadzi do absurdalnej sytuacji, w której młody człowiek zapytany o to, czym się właściwie interesuje nie potrafi wskazać absolutnie żadnej rzeczy. I jak z nim rozmawiać? O czym mu mówić, jak pracować z takimi osobami? Pół biedy, gdy jest się urzędnikiem i ma się pod sobą takiego stażystę, gorzej gdy człowiek postanowił zostać nauczycielem. Wtedy, jego zadaniem, jest przekazanie wiedzy, a nie produkcja contentu. Co wiąże się z większym skupieniem na konkretnym problemie i złożonej jego analizie.

A to już wiele osób przerasta. Niby na maturze jest czytanie ze zrozumieniem, ale potem okazuje się, że studenci sami nie mają pojęcia co czytają i w jakim celu. Na koniec zaczynają pośrednio pytać o klucz. Wtedy, za każdym razem, opadają mi ręce i już wiem, że czeka mnie kolejna walka o ułamek zainteresowania. Najgorsze jest to, że wiem, że jestem na straconej pozycji. Moja niekorzystna sytuacja wynika z tego, że moje istnienie nie zawiera się w animowanym gifie, ani w obrazku z kotkiem. Mam swoją pasję, którą chciałbym podzielić się z innymi, ale nie przekaże jej w formie jednego zadania i zabawnej ilustracji.

Bo prawdziwa fascynacja, to coś więcej niż bezmyślne klikanie na YouTube.