W zeszłym tygodniu wyrwałem się z pętli codzienności. Wiecie, z tego poczucia, że trzeba COŚ robić, CZYMŚ się zająć, bo w przeciwnym razie marnuje się czas. A jeżeli do tego dochodzi, to spada produktywność, co jest godnym najcięższego potępienia grzechem! Nie można nic nie robić, nie wypada… Nawet odpoczywać trzeba z myślą o tym, żeby być bardziej wydajnym, gdy wróci się do kieratu codziennych spraw. A ja, przez zupełny przypadek, sprzeciwiłem się tej zasadzie. Odpoczywałem bez myślenia o tym, że będę bardziej efektywny. Mało tego!

W trackie wielkanocnego długiego weekendu nie zrobiłem nic sensownego. Nie napisałem nawet jednego słowa, nie poprawiłem ani jednego błędu w swoich programach. Jeżeli już teraz, Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku, czujesz dreszcz obrzydzenia, to nie zamknij zakładkę z tym tekstem. Dalej będzie jeszcze gorzej! Niczego się nie nauczyłem, nie obejrzałem żadnego inspirującego materiału na YouTubie, zignorowałem wszystkie podcasty, których zazwyczaj słucham. Pewnie myślicie, że coś zaplanowałem, prawda? Skąd! Z moich list rzeczy do zrobienia nie zniknęła nawet jedna rzecz. Teraz będzie najgorsze – nie czuję się z tego powodu winny grzechu obniżenia produktywności. Odpoczywałem. Spędzałem czas z Żoną i z psem. Łaziliśmy po polach lub siedzieliśmy w ogródku. Klasyczny leniwy weekend.

Wiecie, kiedy dotarło do mnie, że chyba zrobiłem coś wbrew codzienności? We wtorek, w trakcie codziennej prasówki. Przeskakiwałem po różnych tekstach, klikałem linki polecone przez znajomych i chłonąłem różne dziwnego nagłówki. Niektórzy autorzy zastanawiali się, jak nie obniżyć swojej produktywności w trakcie świąt Wielkanocnych. Wiadomo, czas z rodziną, inny rytm dnia, trudno sięgnąć po narzędzia samodoskonalenia się. Bywali tacy, co obawiali się śmierci efektywności w trakcie długie weekendu. Zgroza! Mieć tyle wolnego i nic nie zrobić, zignorować budowane nawyki?! Jak można nagle zatrzymać się w trakcie codziennego biegu, zwolnić, pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek?! Z tych wszystkich postów, artykułów oraz wpisów atakowała mnie potrzeba bycia efektywnym. Pracowania nad swoimi dobrymi nawykami, doskonalenia siebie i rozwijania nowych umiejętności.

Próbowałem tych wszystkich genialnych narzędzi, co to miały sprawić, że będę wydajny. Miałem nawet aplikację, która pozwalała mi kontrolować budowanie dobrych nawyków. Ci, co mnie znają, doskonale wiedzą, że jestem jednostką dość chimeryczną. Jak mnie coś interesuje, to się tym zajmuje. W przeciwnym razie żadna obawa przed przerwaną serią nie zmusi mnie do zajmowania się czymś, co zupełnie mnie nie obchodzi. Mam własny rytm pracy, nauki oraz poznawania nowych rzeczy. W trakcie eksperymentów z różnymi metodami budowania produktywności dotarło do mnie, że najlepiej działa jedna – wziąć się do roboty. Siadam i piszę. Zakładam psu smycz i wychodzę. Otwieram książkę i czytam. Nic więcej. Od dawna nie optymalizuję mojego czasu po pracy. Wystarczy, że robię to w trakcie moich służbowych obowiązków.

Stawianie sobie różnych celów jest fajne i jestem pewien, że wielu osobom pomaga. Mnie po prostu nie. Co to znaczy, że każdego dnia muszę napisać 400 słów? Lepiej powiedzieć sobie, że do końca tygodnie stworzę 3 niezłej jakości teksty. Co mi da to, że codziennie wylepię 600 linii w Pythonie lub C++? W programowaniu najważniejsze jest optymalne rozwiązywanie problemów, a nie bezsensowne zwiększanie objętości plików źródłowych. To są reguły, które stosuję do wszystkich swoich aktywności. Nie szukam wytłumaczeń, wolę używać zdrowego rozsądku. Dlatego myślę, że nie jestem więźniem nowoczesnej produktywności. Odpoczywam, pracuję, spędzam czas tak, jak chcę.

Dobrze się z tym czuję.