W ostatnich tygodniach skończyłem kilka książek. Jedne wbiły mi się do głowy mniej, a inne bardziej. Z Serotoniną Michela Houellebecqa mam problem. Pozostawiła mnie w rozkroku, ani w zachwycie, ani w zniechęceniu. Być może moim podstawowym błędem było nastawienie się na pokaźną porcję kontrowersyjnych idei, na ciekawą dyskusję ze współczesnym społeczeństwem. Czyli w zasadzie na to, do czego przyzwyczaił mnie ten francuski autor w swoich poprzednich dziełach.

Problem polega na tym, że Serotonina taka nie jest. Są w niej elementy charakterystyczne dla tego autora. Główny bohater jest odludkiem, który pozostaje na peryferiach społeczeństwa, chociaż powinno być inaczej. Po prostu doskonale radzi sobie z niszczenie wszystkich więzi międzyludzkich, aż w końcu zostaje wyrzutkiem. Na dodatek ratunku szuka w medykamentach mających przywrócić mu nadzieję na lepszy. Co się udaje, jednak płaci za to cenę, którą jest zanik popędu seksualnego. Narracja w Serotoninie jest pierwszoosobowa, co pozwala uznać, powieść za swojego rodzaju pamiętnik. Zapis wspomnień i stanów emocjonalnych głównego bohatera, który opowiada o sobie, ale też o świecie. O rzeczywistości, o egzystencji, o problemach postnowoczesnego mieszczucha. Tylko że to wszystko już było u Michela Houellebecqa. W poprzednich powieściach.

Rozumiem, że można dostrzegać w Serotoninie dyskusję o kształcie postmodernistycznego społeczeństwa. Faktycznie są takie wątki, jednak znacznie ciekawiej zostały poprowadzone w Mapie i terytorium. A seksualność? Zachęcam do przeczytania Platformy, również tego samego autora, tam ten temat stanowi motyw przewodni powieści. O rozpadającym się społeczeństwie, o postnowoczesnych dyskursach, które trudno nazwać przewodnikami, Michel Houellebecq’e pisał w Cząstkach elementarnych, w Poszerzeniu pola walki i w Uległości, powieści poprzedzającej Serotoninę.Na tym tle, najnowsza powieść francuskiego autora, jawi mi się jako festiwal wtórności. Trzymanie się bezpiecznego miejsca, celowe wykorzystywania tego, że postnowoczesna kultura ma krótką pamięć, krytyka literacka zdechła, a recenzenci atomizują powieści. Nie czytają ich w kontekście poprzednich testków danego autora, tylko koncentrują się na jedynym. Mam też wrażenie, że Michel Houellebecq paraliżuje internetowych intelektualistów. Napisać o nim źle? Nie wypada, bo inni się zachwycają.

Z przykrością stwierdzam, że mnie Serotoninanie zachwyciła. Przytłoczyła wtórnością obserwacji. Jest dla mnie dowodem na to, że Michel Houellebecq stracił cyniczny pazur, osiadł na laurach, poczuł się bezpiecznie w swojej bańce radykalnego w poglądach pisarza-skandalisty. Serotonina to konglomerat wcześniej wykorzystanych chwytów. Nie ma w niej nic, czego autor nie napisał wcześniej. Często są to wręcz bolesne kalki poglądów z poprzednich książek. Chciałbym, aby Serotonina była aktualna, pasowała do współczesnego chaosu świata, ale tak nie jest. Autor, podobnie jak postacie, odkleił się od rzeczywistości. Dla mnie jest to poważna skaza, ponieważ, aby wywoływać kontrowersje, trzeba najpierw solidnie orientować w aktualnym kontekście. Tego w Serotoninie brakuje.

Powieść jest po prostu zawieszona w próżni. Jeżeli ktoś ma ochotę na dorabianie sensu do wtórnej narracji, to zachęcam do lektury. Inni mogą sięgnąć po – na przykład – Tłuczki Katarzyny Wiśniewskiej. Tysiąc razy ciekawsza krytyka postnowoczesnego społeczeństwa opowiedziana z perspektywy jednej rodziny.