Od dłuższego czasu walczę z pisaniem tekstu o Parasite. Najlepszy film 2019 roku, wielokrotnie nagradzony, zdobył uznanie nie tylko Akademii, ale także internetowych krytyków oraz publiczności. A ja ciągle mam z tym obrazem problem. Doceniam ciekawą fabułę, oscylującą pomiędzy czarną komedią, a dramatem społecznym. Aktorskie kreacje są wręcz hipnotyzująco przekonujące. Parasite warto obejrzeć dla samych postaci.

Charaktery są interesujące, wyraziste. Co tylko podnosi wartość filmu, ponieważ absolutnie każda bohaterka i każdy bohater coś wnosi do opowiadanej historii. Zdarzają się przecież fabuły, w których można spokojnie wyrzucić pół świata przedstawionego, a i tak będzie się, dało je opowiedzieć. W Parasite jest inaczej. Każdy ma, dosłownie, do odegrania jakąś rolę. Istotne są nie tylko wypowiedzi, ale także gesty, drobne zachowania, wskazujące na większe i mniej skazy w charakterach. Na pewno w Parasite ujęło mnie to, że absolutnie nic nie jest takie, jaki wydaje się na pierwszy rzut oka. Ten film jest pełen cichych niedopowiedzeń, niedookreśleń, które wręcz wymagają od widza zastanowienia się nad tym, co zobaczył.

Mój problem z Parasite polega na tym, że widzę w nim tylko jedną drogą interpretacji. Dla mnie jest to film o walce klas, o starciu pomiędzy osobami żyjącymi w ubóstwie, z ludźmi, którzy są obrzydliwie bogaci. To właśnie stąd bierze się cały dynamizm filmu. Wyraźnie widać, że Parasite to skomplikowany teatr, intryga uknuta po to, aby uszczknąć odrobinę bogactwa tym zamożniejszym. Przez chwilę nawet żyć ich życiem, a w pozostałych chwilach wręcz nasycać się ich blaskiem. W oczy rzuca się także to, że bogaci również grają, udają, starają się zachować twarz przed własną służbą. Oglądając Parastie, ciągłe po głowie chodziła mi Teoria klasy próżniaczej Thorsteina Veblena. Interesująca książka, której autor opisał życie i codzienne funkcjonowanie elity biznesu w Ameryce na przełomie XIX i XX wieku. Po obejrzeniu filmu warto ją przeczytać i zastanowić się, jak bardzo tez spostrzeżenia są wciąż aktualne.

Być może postnowocześność potrzebuje takich filmów? Pokazujących stratyfikację społeczeństwa i wręcz opisujących starcie tych będących najniżej, z tymi biesiadującymi na samym szczycie? Jednocześnie zastanawiam się, czy w Europie taki film miałby rację bytu. Parasite operuje w innym kontekście kulturowym, co pozwala filmowi inaczej rozkładać akcenty. Co prawda morał jest wyraźnie uniwersalny, jednak uważam, że trochę detali mi umknęło ze względu na całkowitą nieznajomość koreańskiej kultury. Właśnie dlatego zacząłem się zastanawiać, czy Europa też będzie miała swój Parasite? Z tak samo mocno zaakcentowanym konfliktem i wyrazistą charakterystyką postnowoczesnej klasy próżniaczej. Byłoby to ciekawe doświadczenie, sądzę, że mocne rozmontowanie świata z Instagrama, pozbawienie rzeczywistości cyfrowych filtrów, mogłoby stać się cenną lekcją. Oczywiście przy założeniu, że zostałoby podane tak samo jak Parasite, czyli na granicy gatunków.