Tag: avengers

Rozmówki kuchenne (V)

Przyszedł czas na kolejną odsłonę Rozmówek kuchennych! Jest to cykl, w którym dzielę się krótkimi wrażeniami z rozmów odbytych w trakcie robienia herbaty. Tematy bywają różne. Od nastawienia do czytników e-booków, po tradycyjne dyskusje na temat kondycji postnowoczesnego gamedevu. W tym tygodniu pojawił się temat filmów o superbohaterach. Przez przypadek, ponieważ poleciłem Auqamana, bo to niezły obraz. Wyraźnie skręcający w kierunku filmów przygodowych z dodatkiem motywów superbohaterskich.

I nagle, zupełnie niespodziewanie, pojawił się temat nasycenia rynku opowieściami o herosach. Dyskusja skręciła w kierunku zmęczenia tą konwencją. Podniosły się głosy mówiące, że jest ona eksploatowana do granic możliwości. Nic dziwnego. Wrażenie to trudno uznać za całkowicie niesłuszne. Producenci wręcz ścigają się w liczbie zrealizowanych opowieści o superbohaterach. Z jednym argumentem muszę się nie zgodzić. W trakcie rozmowy pojawiło się stwierdzenie, że filmy te realizowane są na jedno kopytu. Takie wrażenie faktycznie może się pojawić, jeżeli obejrzy się wszystkie części Avengers w ciągu jednego wieczora, a pogłębić je może tylko dodanie do listy Strażników Galaktyki. Jednak to nie wszystkie realizacje kina superbohaterskiego!

Są jeszcze takie interpretacje jak Titans, Umbrella Academy lub Watchmen. Zupełnie inne do tego, do czego widzowie są przyzwyczajani w trakcie seansów pod znakiem Avengers. Podobnie jak w przypadku komiksów, wciąż bywają filmy, które koncentrują się na innych aspektach, niż supermocne i superrozwałki w kosmosie. Tak jest w przypadku Titans. Już w pierwszym sezonie pojawiło się wiele wątków dotyczących motywacji postaci, a także tego, jak radzą sobie ze swoim nietypowymi umiejętnościami. A w kolejnej serii Titans głównym tematem staje się pojęcie odrzucenia, potrzeba przystosowania się do otaczającego ich świata oraz kłamstwa z przeszłości. Ukryte tak długo, że aż stały się niebezpieczne.

Muszę także zaznaczyć, że ekranizacje komiksów to nie tylko serie superbohaterskie. Faktycznie, trudno ukryć to, że wiele z tych obrazów koncentruje się głównie na nadzwyczajnych bohaterach mających wyjątkowe przeżycia. Ale nie można wrzucać wszystkich do jednego wora! Wtedy z łatwością można zgubić takie tytuły jak Umbrella Academy lub Doom Patrol. W obu pojawiają się superbohaterowie, jednak nie tacy, do jakich przyzwyczaiły nas kinowe hity. We wspomnianych produkcjach autorzy poświęcają więcej uwagi ludzkiej stronie herosów, rozbudowują ich motywacje, pokazują, że świat nie jest czarnobiały i konieczne jest poruszanie się po odcieniach szarości.

Rozumiem i akceptuję wszystkie argumenty na temat przesytu. Po prostu jesteśmy w momencie, w którym popkultura szaleje na punkcie superherosów. Tylko warto pamiętać o tym, że przeżyliśmy już wampiry oraz zombie. Herosi mogą się wypalać dłużej, jednak trudno nie dostrzec, że ten proces postępuję. Nie wszystkie filmy na temat superherosów są dobre, wiele z nich to odgrzane kolety posypane nowym zestawem przypraw.

Coś takiego spotkało już komiks. Gdy dogorywała odmiana superbohaterska, to zaczęły się pojawiać komiksy autorskiego. Za jednego z istotniejszych przedstawiciela uważa się Franka Millera. Na podstawie jego wersji Batmana powstały filmy wyreżyserowane przez Christophera Nolana.

Dlatego wciąż uważam, że warto zerkać w kierunku superbohaterów. Nie wszyscy są pozbawieni charakteru.

Joe / Tesseract Phantogram Test (CC BY-NC 2.0)

Tesserakt!

Tesserakt. Słowo, które najbardziej kojarzy nam się z uniwersum Marvela, a w szczególności z filmem Avengers. To za sprawą tesseraktu Loki narobił bałaganu, który musieli posprzątać superbohaterowie. Jednak ten tajemniczy przedmiot nie został wymyślony wyłącznie na potrzeby komiksu. Jak to w popkulturze bywa, ma on swoje drugie dno – mianem tesseraktu określa się różne przedmioty.

Na początku było Słowo! Kto po raz pierwszy napisał coś o tesserakcie? Najciekawsze jest to, że nie byli to autorzy komiksowi, a nawet dlatego było tej osobie do tego rodzaju twórczości. W 1888 roku brytyjski matematyk Charles Howard Hinton i pisarz fantastycznonaukowy publikuje książkę A New Era of Thought. Trzeba pamiętać o tym, że pod koniec XIX wieku zupełnie inaczej postrzegano problemy naukowe, bardzo często nasze współczesne myślenie o świecie, które jest niezwykle stabilne, z niektórymi uwagami ówczesnych badaczy stoi w drażniącej sprzeczności. Bo jak ktoś mógł się zajmować ezoteryzmem na uniwersytecie i prowadzić badania nad parapsychologią? A rozprawy o czwartym wymiarze, przy których mieszano nauki ścisłe z humanistycznymi? Dzisiaj nie mieści nam się to w głowach, zaraz krzyczymy o hochsztaplerce i braku jakiejkolwiek naukowości. W XIX wieku było trochę inaczej i okres ten zaowocował wielu, często wręcz szalonymi, koncepcjami na temat konstrukcji rzeczywistości. Jednym z dzieł łączących filozofię i matematykę, a następne wychodzących w kierunku mistycyzmu, jest A New Era of Thought. Właśnie tam znaleźć można uwagi o tesserakcie.

Charles Howard Hinton zafascynowany był czwartym wymiarem. Do jego zobrazowania wykorzystał, wspominamy wcześniej tesserakt i – jak widać – w żadnym wypadku nie służył mu on do przywoływanie złych istot z kosmosu. To figura geometryczna, znana jako hipersześcian. Charles Howard Hinton dysponował niezwykła wyobraźnią. W tekście What is the Fourth Dimension kwestionuje ograniczenia związane z trójwymiarowym postrzeganiem świata. Nie uznaje znanej nam konstrukcji rzeczywistości za jedyną i całkowicie pewną. Opisuje hipotetyczne istnienie bytów cztero- lub dwuwymiarowych. Bawi się tą koncepcją, oprawia ją w geometryczne formy. Lektura obu jego tekstów wskazuje na zupełnie inny sposób postrzegania świata. Przede wszystkim wyraźnie widać potrzebę połączenia wszystko w jedno, ta holistyczne ujęcia świata wręcz zalewają czytelnika z tekstów Charlesa Howarda Hintona. Często są to odważne eksperymenty myślowe, których jedynym celem jest próba pokonania ograniczeń ludzkiego doświadczenia. To drugi element myślenia charakterystycznego dla tego matematyka – potrzeba przekroczenia granicy, odnalezienie czegoś, co jest dalej. Wpada w tym w mistyczne tony, ale nie można go za to krytykować. Jakoś musiał zapełnić te wielowymiarowe przestrzeni, a duch epoki podsuwał mu właśnie takie, często jednoznacznie mistyczne rozwiązania.

Popkultura lubi inspirować się właśnie takimi pomysłami. Z wielowymiarowością i tesseraktem właśnie tak się stało. Ta figura geometryczna zaczęła funkcjonować jako łącznik pomiędzy poszczególnymi wymiarami. Widzieliśmy to w Avengers, gdy Loki otworzył portal i Nowy Jork zalały hordy wrogo nastawionych obcych. Tesserakt został także wykorzystany do podróży w czasie. Kto oglądał Interstellar, ten na pewno pamięta scenę, w której atthew McConaughey wpada do czarnej dziury i ląduje w dziwnej przestrzeni zbudowanej z półek na książki. Został on po prostu uwięziony w hipersześcianie, w tesserakcie, co umożliwiło mu przekroczenie bariery czasu i kontakt z przeszłością. To już nie siła miłości, ale potęga hipersześcianiu! Wiem, że wiele osób krytykowało ten element filmu za zbyt duże mistyczne rozchwianie, które jest niedopuszczalne we współczesnym science fiction. Kiedyś było trochę inaczej, widać to w pierwszych powieściach z tego gatunku, nawet w tych polskich. Poza tym przy filmie pracował wybitny fizyk Kip Thorne i w książce Interstellar i nauka pokazał, że nie wszystko było tak naciągane, jak wydawało się internetowym specom od fizyki teoretycznej.

Sam tesserakt mocno wyeksploatował Marvel. Trzeba pamiętać o tym, że komiksowe świat bardzo często się rozpadają i w ten sposób powstają różne alternatywne rzeczywistości, co może prowadzić do zwielokrotnienia nazw. Ciekawym punktem wyjścia są Kamienie Nieskończoności. Jest ich sześć i każdy z nich ma inne właściwości. Natomiast, jeżeli przyjrzymy się filmom, to ujawnione zostały dopiero cztery. Jeden z nich nosił nazwę Tesserakt i pojawił się w Avengers. Same Kamienie Nieskończoności mogą przybierać różne kształty, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeden z nich stał się hipersześcianem.

Jak widać, przebył on długą drogę. Od figury geometrycznej wykorzystanej w odrobinę mistycznej teorii czterech wymiarów, do filmu o superbohaterach. W popkulturze nic nie ginie! To mistrzyni recyklingu, dlatego warto zastanowić się nad tym, czym się inspiruje.

//Obrazek wyróżniający: Joe / Tesseract Phantogram Test (CC BY-NC 2.0)

Esparta Palma / It's not easy to be a superhero (CC BY 2.0)

Nasi superherosi

Superherosi dzisiaj mają lekko. Od kilku lat, przynajmniej dwa razy w roku, mamy okazję oglądać ich w akcji. Jedni zachwycają się przygodami współczesnych herosów w kinie, a inni na ekranach telewizorów lub laptopów. Nie zmienia to faktu, że superbohaterowie znowu przebili się do świadomości odbiorców popkultury. A już mówiło się o ich kryzysie, o tym, że zostaną na długi czas bez zajęcia. Wszystko zmieniło się, gdy na ekrany kin zawitała pierwsza część Avengers.

Co uważniejsi fani komiksowych superherosów zauważą, że wcześniej pojawiła się pierwsza część trylogii o Mrocznym Rycerzu w reżyserii Christophera Nolana. Dla mnie, cała ta seria, nie jest przykładem na to, że superbohaterowie triumfalnie wrócili na szczyt popkultury, raczej stanowi potwierdzenie kryzysu tych postaci. Batman zostaje uczłowieczony. Christopher Nolan zmierza w kierunku koncepcji Mrocznego Rycerza, która znana jest z komiksów Franka Millera. Istotne stają się problemy moralne, z którymi musi poradzić sobie Bruce Wayne. Najważniejsze jest jednak to, że Batman zostaje pokazany, jako bohater trudny do zaakceptowania i działający na granicy prawa. Czy w takim co odróżnia go od Jokera, Bane’a lub Crane’a? Okazuje się, że bardzo niewiele, ponieważ Christopher Nolan w genialny sposób rozmył granicę między dobrem i złem. Wprowadziło to szarości do świata przedstawionego superherosów, ale nie wszyscy byli w stanie wytrzymać taką zmianę. Batman pod tym względem był wyjątkowy. Dodanie skomplikowanej moralności, która nie jest oparta na archetypowym konflikcie Dobra ze Złem, ale wymaga ciągłego balansowania na krawędzi, sprawiło, że Bruce Wayne ponownie stał się bohaterem popkultury.

Na prawdziwy powrót motywu superbohatera trzeba było poczekać, aż do pojawienia się pierwszej części Avengers. Oczywiście grunt pod ten powrót został odpowiednio użyźniony. Były, moim zdaniem, trochę nieudolne próby przeniesienia na ekrany Hulka. Adaptacje te są średnie, łatwiej przypiąć im łatkę kryzysowych, niż faktycznie superbohaterskich. Ale to wahanie najbardziej widać na przykładzie Człowieka Pająka, X-Menów oraz Fantastycznej Czwórki. We wszystkich tych przypadkach autorzy nie do końca wiedzieli jak ugryźć problem superbohatera. Dlatego wychodziło im to w sposób kiczowaty. Sięgali po konwencję, która sprawdzała się w Złotej Epoce Komiksu, gdy Superman ratował ludzkość i nikt nie próbował kwestionować jego nadprzyrodzonych umiejętności. Po drodze pojawiły się komiksy autorskie, które, w bardzo ostry sposób, zrywały z konwencją superbohaterską, byli także antybohaterowie i tu za przykład może posłużyć brutalny Lobo. Nie było miejsca na trykoty i patos. Podświadomie wyczuwano, że superherosi się zużyli, że wymagają jakiegoś odświeżenia. I tak się stało.

Zapowiedzią powrotu byli Iron Man oraz Kapitan Ameryka, ten ostatni w szczególności. W Thorze tego nie widać, ale wynika to z konstrukcji tego bohatera. Jest on podwójnie mityczny, osadzony w dwóch mitologiach – historycznej, czyli nordyckiej oraz współczesnej, czyli popkulturowej. Inaczej jest w przypadku Iron Mana oraz Kapitana Ameryki. Trudno jednoznacznie wskazać, który z nich stał się Supermanem naszych czasów. Tony Stark na pewno stanowi uosobienie współczesnych pragnień – geniusz, arogancki bogacz, playboy, na dodatek otoczony nowoczesną technologią. Brakuje mu funkcji integrującej, która jest kluczowa dla Kapitana Ameryki. A ten stanowi relikt przeszłości, nowoczesność wydaje mu się dziwna, dlatego w Avengers pojawia się mały konflikt między nim, a Iron Manem. Kapitan Ameryka staje się spoiwem łączących superbohaterów ze zwykłymi śmiertelnikami i to wyzwala w Tonym Starku potrzebę pomocy oraz umiejętność poświęcenia siebie dla innych.

Te dwa elementy były bardzo ważne dla tradycyjnej koncepcji superbohatera. Miał on – przede wszystkim – walczyć ze Złem, które było bardzo precyzyjnie określone, najczęściej dochodzi do jego personifikacji. W Avengers tak się dzieje, z tym, że uosobienie Zła jest podwójne – mamy Lokiego oraz najeźdźców z kosmosu. Intencje są oczywiste, zagrożenie dla Ziemian również, co prowadzi do pojawienia się superbohaterów oraz uratowania sytuacji i przywrócenia porządku. Ten ostatni element jest bardzo wyraźny, ponieważ świat staje się ponownie bezpieczny oraz zyskuje obrońców. Co prawda w zakończeniu filmu pojawiają się słowa krytyki skierowane do działającej grupy superbohaterów, ale nie mają one na celu ich zdyskwalifikowania! Zadaniem wyrażonych obaw jest podkreślenie, jak wielkie znaczenie miała ta interwencja. Zestawia się zniszczenia dokonane w Nowym Jorku z ogólnoświatowym zagrożeniem. Kilka budynków i ulic można poświęcić, ważne, że Ziemia jest bezpieczna i ma swoich zdeklarowanych obrońców.

Nowa superbohaterskość?

Film Avengers odbudowuje funkcje superbohatera we współczesnej popkulturze. Mało istotne stają się wady poszczególnych postaci, nikt nie próbuje ich na siłę uczłowieczać. Są zestawem cnót: wybaczają, kierują się wyłącznie istotnymi wartościami, są w stanie poświęcić się dla ich i – co najważniejsze! – w obliczy kryzysu zapominają o tym, co ich dzieli i się jednoczą. Avengers to tekst kultury opowiadający o pracy w grupie, której celem jest wyrwanie świata z chaosu. W dalszym ciągu jest to realizacja superbohaterskiej konwencji, ale zostaje ona dostosowana do potrzeb współczesnego widza. Ważne jest unikanie patosu, a jest to coś, co łatwo wychwycić w starych komiksach. W Avengers podniosłe kwestie pojawiają się rzadko, autorzy umiejętnie grają dowcipem i jednocześnie dają do zrozumienia odbiorcy, że zagrożenie wcale nie jest zabawne i tylko współpraca może ocalić Ziemię. Znamienne jest, że nośnikiem patetycznych treści jest Kapitan Ameryka.

Tylko ta postać jest pozbawiona znamion nowoczesności. Stanowi reprezentację tradycyjnych i pozytywnych wartości. Jego przywrócenie do życia można zinterpretować jako powrót do zapominanych przez współczesne społeczeństwa elementów. Avengers ma opowiadać o budowaniu bezpieczeństwa poprzez współpracę pomiędzy superbohaterami, mają oni nieść pomoc innym i całkowicie zapomnieć o wszystkich animozjach. Kapitan Ameryka, być może chwilami bardzo staroświecki, występuje jako postać ułatwiająca to zjednoczenie. W ten sposób autorzy nawiązują do jego komiksowego rodowodu – przecież to on, z kolorowych plansz, pokonał nazistów, a potem bezlitośnie tłukł komunistów. Liczyło się dla niego bezpieczeństwo narodu, jednocześnie nigdy nie zapomniał o swoim najlepszym przyjacielu. Zahartowany został w ogniu wojny i jako jedyny był w stanie dostrzec, że nowoczesne społeczeństwo nie przetrwa jako grupa indywidualistów. Z takimi osobami przyszło mu współpracować. W Avengers superbohaterowie, na początku, kierują się tylko i wyłącznie własnymi interesami, co najmocniej widać na przykładzie Iron Mana. Dopiero działania oraz słowa Kapitana Ameryki zaczynają budować zręby współpracy. Ktoś musi jednoczyć i rola ta przypadła tej postaci.

Zastanawiam się jak długo potrwa ten renesans superbohaterów i czy jest zapowiedzią poważniejszych zmian w popkulturze. Kto jeszcze zostanie odświeżony? A może powstaną nowi superherosi? Na pewno kolejne filmy wykorzystujące naszych ulubieńców będą nawiązywały do modelu, który pojawił się w Avengers. Ile czasu zajmie popkulturze przetrawienie nowej superbohaterskości?

// Obrazek wyróżniający: Esparta Palma / It’s not easy to be a superhero (CC BY 2.0)

//Skany kary: Mark Anderson.

Batman i Kobieta Kot / DC Comics

Superbohaterki

Trudno znaleźć osobę, która nie kojarzyłaby przynajmniej kilku superbohaterów. Filmy takie jak Avengers, Kapitan Ameryka lub Człowiek ze stali przyczyniły się do ich powrotu. Niektórym pomogły, a innym zaszkodziły. Nie zmienia to faktu, że znowu zaczęto o nich mówić. Byli już na krawędzi zapomnienia, już wpadali w przepaść – ale popkultura ich ocaliła. W sposób dość banalny, ponieważ wzmocniono ich „charaktery” poprzez dodanie warstwy psychologicznej.

Ten nasz współczesny superheros ma niewiele wspólnego ze swoim komiksowym pierwowzorem. Częściej zastanawia się nad swoimi czynami, nosi w sobie jakąś mroczną tajemnice i zawsze stawiany jest przed trudnymi wyborami. Najwyraźniej ocalenie nawet najmniejszego kawałka świata ma jakąś cenę. Natomiast nie zmieniło się jedno – superbohater w dalszym ciągu jest mężczyzną. Komiksowe uniwersa zanotowały obecność kobiet, została ona nawet zauważona w Avengers – Czarna Wdowa odgrywa bardzo ważną rolę. Jednak to nie wszystkie postaci kobiece, które grały główne w komiksowych historiach.

Nie sposób zapomnieć o Kobiecie Kocie i jej związku z Batamen, który to został wykorzystany w filmie Christophera Nolana Mroczny Rycerz Powstaje. Jest jeszcze Wonder Woman. Równie oryginalna postać, która jest obdarzona wyjątkowymi umiejętnościami. Do jej atrybutów należą Lasso Prawdy (po schwytania przeciwnika musi on wyjawić prawdę), Bransolety Uległości (są niezniszczalne i pozwalają na odbijanie pocisków) oraz tiara (służy jako broń dystansowa i zdarzyło się, że potrafiła zmienić się w samoloty). Twórcy podkreślają mitologiczne pochodzenie Wonder Woman, przez co traktowana jest jako Amazonka lub Półbogini.

Batman i Kobieta Kot / DC Comics

Batman i Kobieta Kot / DC Comics

Selina Kyle to włamywaczka wyposażona w bicz i często spotykająca na swojej drodze Batmana. Na tle Wonder Women może wypadać blado, ale w dalszym ciągu posiada hipnotyzujący urok. Podobnie jak Natalia Romanowa, fanom komiksów znana jako Czarna Wdowa. Obie – Kobieta Kot i Czarna Wdowa – na początku swojej obrazkowej kariery funkcjonowały jako femme fatale i walczyły z konkretnym superbohaterem. Wszystkie te postaci łączy oryginalność podejścia do formy superbohaterki. Mają własne, często bardzo skomplikowane, historie oraz zajmują ważne pozycje w swoich uniwersach. Myślę, że można powiedzieć, że realizują oryginalny model prezentacji superbohaterki. W każdym calu są wyjątkowe, ponieważ nie powstały jako lustrzane odbicie innego superherosa.

Lusterko zmieniające płeć

W komiksie amerykańskim funkcjonują postaci wzorowane na męskich superbohaterach. Określa się jak jako „She-ImięSuperherosa”. Za świetne przykłady tego rozwiązania mogą posłużyć dwie bohaterki – She-Thor (znana także jako Thor Girl) oraz She-Hulk. Posiadają dokładne te same atrybuty, co ich wzorce. Niczym o nich nie odbiegają i bywa, że im pomagają w walce ze złem. Pewnym wyzwaniem dla twórców jest odpowiednie osadzenie ich w komiksowym świecie przedstawionym.

Thor Girl nosiła imię Tarene i była potężną istotą, która pomogła Thorowi i Odynowi w pokonaniu Niszczyciela. Potem przyjmuje moce bogów Asgardu i zaczyna walczyć po ich stronie. Ma młot, miota błyskawicami i potrafi zwalić z nóg Thora – jest po prostu nim, tylko płeć uległa zmianie. She-Hulk to Jennifer Walters, kuzynka Bruce’a Bannera (oryginalnego Hulka). Swoje moce uzyskuje w wyniku transfuzji krwi. Zabieg ten ocalił jej życie, ale sprawił, że zaczęła zmieniać się w kobiecą wersją zielonego niszczyciela. W przeciwieństwie do Thor Girl miała własne komiksy, w których walczyła u boku Fantastycznej Czwórki i Tarczy.

She Hulk / Marvel

She Hulk / Marvel

Trudno znaleźć superbohatera, którego nie dotknęłoby takie odbicie. Swoją kobiecą wersją miał Kapitan Ameryka oraz Batman. To „ukobiecanie” superbohaterów nie zawsze się udaje. Bardzo często trąci myszka, a nowe postaci są na siłę wciskane do świata przedstawionego. Takie superheroski jak Wonder Women lub Czarna Wdowa udowadniają, że jest dla nich miejsce w komiksach, że ich bohater wcale nie musi być mężczyzna. Nie potrzebujemy kopii znanych nam superherosów oraz dołożonych historii. Takie wprowadzanie nowych postaci wcale nie sprawia, że uniwersum zaczyna jeszcze mocniej żyć. Raczej powoduje postępujący chaos oraz nudę wynikającą z niepotrzebnych powtórzeń. Najlepiej widać to na przykładzie Superwoman.

Tytuł przechodni

Superwomen to nie jedna bohaterka, ale kilka. Miano to jest czymś w rodzaju trofeum przechodniego. Zaczęło się od Lois Lane i już tutaj pojawiają się problemy. Jest wersja mówiąca o transfuzji krwii i uzyskaniu supermocy. Jest też historia, w której Lois pada ofiarą uroku i tylko wydaje jej się, że ma siłę swojego ukochanego. Co ciekawe Superman podtrzymuje tę iluzję, aż do konfrontacji z przeciwnikiem. Nie można także pominąć uzyskania nadnaturalnych zdolności w wyniku działania wynalazku Lex Luthora. To nie wszystko, ponieważ należałoby jeszcze dodać przemiany, które nastąpiły w równoległych rzeczywistościach i również dotyczyły Lois Lane.

Nie tylko ona była Superwoman. Luma Lynal, która swoje moce zawdzięcza dwóm Słońcom – pomarańczowemu i żółtemu. Podobnie jak Superman miała nieziemskie pochodzenie. Coś między nimi zaiskrzyło, ale Luna śmiertelnie zachorowała i odeszła – źle na nią działało żółte, czyli nasze „ziemskie” Słońce. Była też Dana Dearden – fanka Supermana, która swoje moce zawdzięcza skradzionym artefaktom. To tylko kilka przykładów, bo Superkobiet jest o wiele więcej. I jak tu o nich rozmawiać?

Trzeba być bardzo precyzyjnym i dokładnie mówić, o którą z nich chodzi. W przeciwnym przypadku można paść ofiarą chaosu, a Superman nie przybędzie z pomocą. Podejrzewam, że na Batmana też nie ma co liczyć.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén