Tag: batman

Autor: Rafał Szłapa

Nasi superbohaterowie

Z tego wywiadu miał być podcast, ale coś się zbiesiło i zmuszony zostałem przepisać całą rozmowę. Zwykła złośliwość rzeczy martwych. Miałem przyjemność porozmawiać z Rafałem Szłapą – człowiekiem odpowiedzialnym za jednego z najciekawszych polskich superbohaterów, czyli Blera. Możecie jeszcze wesprzeć wydanie kolejnego numeru. Zbiórka na wspieram.to wciąż trwa.

Adrian Jaworek: W rozmowie chciałbym poruszyć problem polskiego superbohatera, ale nie w kontekście komiksów nowoczesnych, które powstały po przełomie związanym z komiksem autorskim. Mnie interesowałoby superbohaterstwo takie, jakim dysponuje Kapitan Ameryka. Czy Polska potrzebuje takiego superbohatera?

(cisza)

Rafał Szłapa: Aha. Czekaj… Już nagrywasz?

(śmiech)

A.J: Cały czas!

R.S: Dobra. Jeszcze raz to pytanie. Przepraszam Cię. (śmiech) To było długie pytanie. Czy potrzebujemy takiego bohatera, tak?

A.J: Tak. Jak Kapitan Ameryka.

R.S: W amerykańskim stylu?

A.J.: Tak. W amerykańskim stylu.

R.S: Dobra. Jak nagrywasz, to jedziemy. Nie potrzebujemy.

A.J: Dlaczego?

R.S: Nie potrzebujemy, zasadniczo. W ogóle u nas przez całe lata komiksu superbohaterskiego nie było, takiego polskiego. Był TM-Semic, który wydawał rzeczy Marvela i DC. I to było super, na początku lat 90. wylądował TM-Semic z tymi rzeczami. Ludzie byli zachwyceni, bo przyszła do nas ta pożądana obca kultura.

Natomiast nie zmienia to faktu, że tego typu twory są nam obce. Obce mentalnościowo.

A.J: A taki Thorgal Rosińskiego? To superbohater? Można go tak klasyfikować?

R.S: Nie. Nie, to jest postać fantasy.

A.J: Z taką klasyfikacją spotkałem się na zajęciach o polskich superbohaterach. Jeden ze studentów zaproponował, aby do superherosów zaliczyć Thorgala. Przyznam szczerze, że zamilkłem. Po pierwsze dlatego, że ginie wśród studentów kulturoznawstwa i nauk pochodnych świadomość istnienia czegoś takiego jak komiks polski, w ogóle zanika zainteresowanie komiksem. Dlatego Thorgalowi przyszywa się łatkę superbohatera. Ja spotkałem się jeszcze z Polskim Duchem. Słyszałeś o takiej postaci?

R.S: Tak, tak, tak. Śledzę.

A.J: Ta postać jest dla mnie próbą przełożenia Kapitana Ameryki na grunt polski. Jak, Twoim zadaniem, to wyszło?

R.S: To są moi kumple. Powiem tak – ja bym wiele zmienił w tym komiksie. Kibicuje mu, bo to moi koledzy. Kibicuje, żeby wyszło i szło to jak najlepiej. Mam wrażenie, że formuła komiksu internetowego publikowanego w takich odcinkach, jak jedna plansza na tydzień, jest za ciasna dla tej konkretnej idei. Sam mam doświadczenie z publikowaniem historii w odcinkach; to się wszystko rządzi specyficznymi zasadami. Nie chodzi nawet o sam komiks superbohaterski, co o przyjęcie pewnej konwencji i dostosowanie do niej fabuły. Tutaj pewnie parę rzeczy bym zmienił.

Ja mam z tą historią cały czas problem, ona się zapowiada fajnie. Jest fajny design postaci, jest fajne rozpoczęcie fabuły i mam wrażenie, że ta historia ciągle się rozpoczyna. Wciąż nie doszło do tego pierdolnięcia, które ma mnie zaintrygować i wciągnąć dalej.

Rafał Szłapa

Rafał Szłapa

A.J: Masz na myśli konflikt charakterystyczny dla komiksu superbohaterskiego?

R.S: Coś ciągle „ma” się dopiero zdarzyć, mam takie wrażenie, jeżeli mogę sobie pozwolić na małą recenzję tego, co chłopaki dotychczas robili. I na ich miejscu bym to przyspieszył. Ja wiem, że tam już biją głównego bohatera i coś rzeczywiście się dzieje. Natomiast wciąż nie wskoczyliśmy w tę historię na tyle, aby w napięciu oczekiwać na kolejne odcinki.

A.J: Absolutnie nie przeszkadza Ci to przedstawienie idei narodowościowej w konwencji superbohaterskiej?

R.S: Nawet nie wiemy, jak ona zagra, bo ta postać [Polski Duch – dopisek A.J.] się nie pojawia w tym komiksie. Ona jest w logotypach tego komiksu, ona gdzieś przemknęła ulicą obok głównego bohatera, ale jej de facto nie ma.

Nie wiemy co myśli, co ma nam do powiedzenia, jakie relacje tworzy z innymi postaciami. Na pewno jest wrogiem tych złych. Tego się domyślam! Nie znalazłem tego w opublikowanym materiale. Autorzy opowiadają o jakimś bohaterze, ale jego nie ma.

Jasne, takie eksperymenty funkcjonują. Była seria o Gotham, gdzie Batman pojawiał się czasem w tle. Te komiksy były o Gordonie, o policjantach, którzy tam pracują na tym posterunku i tak dalej. Sam takie rzeczy próbowałem robić przy drugim Blerze, gdzie postać była opowiadana przez innych. Główny bohater był na drugim planie, mówili o nim, ci, którzy się z nim zetknęli. Ale oni ją definiowali. W tamtym Batmanie chodziło o coś innego, był to spin off czegoś, co już funkcjonuje i można sobie pozwolić na takie zabawy.

Natomiast nie można zacząć opowieści o bohaterze od tego, że się go nie pokazuje przez większość czasu. Dla mnie nie jest to dobry kierunek. Może chłopaki patrzą na to inaczej, więc z ciekawością zasiadam do lektury kolejnego odcinka. Zastanawiam się, co oni z tym zrobią. Pewne rzeczy bym tutaj zmienił, ale to jest moje zdanie.

A.J: Tworząc Blera, inspirowałeś się jakimiś bohaterami?

R.S: Supermanem.

A.J: Supermenem? Takim klasycznym?

R.S: Takim TM-Semicowskim, bo takiego znam najlepiej. Postać Supermana zawsze mnie fascynowała. Może to mieć związek z tym, że Superman III był jednym z pierwszych filmów, na których byłem w kinie. Taki okropny film. Richard Lester, tak chyba nazywał się reżyser. To były takie popłuczyny po pierwszym i drugim Supermanie z Christopherem Reevem, zrobili trzeci… Jak go obejrzałem po latach, to łapałem się za głowę! Jakie to było strasznie słabe!

Mam sentyment do tej postaci. Później, kiedy Semiki wydawali Supermana, to śledziłem go na bieżąco – do pewnego momentu. Natomiast sama geneza tej postaci, to jak było to opowiadane – bo to był jakiś restart tej postaci – to wszystko było fajne i składne. Uważam, że ta postać ma ogromny potencjał, do dziś niewykorzystany. Aczkolwiek coś się z tym zaczyna dziać. Nie śledzę tego ruchu wokół Supermana, ale widzę, że szuka się jakichś rys.

Bardzo ciekawe spojrzenie, w zasadzie oczywiste, ale nigdy tak na to nie patrzyliśmy, pojawiło się w drugim Kill Billu Tarantino. Przed decydującym starciem Kill Billa z bohaterką on jej opowiada o Supermanie. On różni się od większości postaci superbohaterskich, ponieważ Batman i Spiderman muszą się przebierać. Natomiast Superman musi przebierać się za człowieka, jego kostiumem jest człowieczeństwo.

Rafał Szłapa

Rafał Szłapa

A.J: Tak! Świetne spostrzeżenie! Interesujące jest także to, że Ty, jako twórca komiksów, wskazujesz na jedną z najbardziej ikonicznych postaci. Zawsze mam wrażenie, że osoby tworzące opowieści obrazkowe raczej będą wskazywały na Franka Millera i to, co zrobił z Batmanem, na komiks autorski lub na powieści graficzne. A tu nagle okazuje się, że są tacy, którzy wolą tradycyjne podejście, czyli Supermana.

R.S: Ja nie mówię, że te zeszytówki są, aż tak fascynujące. Zbierałem te Semicowskie na początku lat 90., a później to już tak z doskoku. One są śmieszne, czasami tam są takie głupie przygody. Natomiast fascynuje mnie sam potencjał, który Superman ze sobą niesie. To człowiek, który może wszystko, ale mimo wszystko to człowieczeństwo gdzieś w nim jest. Ta postać jest coraz bardziej uczłowieczana.

Dla mnie najbardziej interesujące jest to, jak człowieczeństwo koliduje z jego nadludzkimi możliwościami.

A.J: Nie masz wrażenia, że nie wszyscy ci klasyczni superbohaterowie mają taki sam potencjał do uczłowieczania. Mam na myśli takie postacie jak Superman, Spiderman, Batman czy Iron Man… Wiem, że niepotrzebnie ich wrzucam do jednego worka, ale o nich się myśli jako o ikonach superbohaterskich.

Jest różnica pomiędzy tym, jak został uczłowieczony Batman przez Nolana i jak próbuje się uczłowieczyć Supermana lub Spidermana. Wychodzi to dramatycznie różnie.

R.S: Tak wychodzi. DC w ogóle nie ma szczęścia do adaptacji. Zdarzył im się Nolan, a wcześniej Burton, ale to wszystko dotyczy jednej postaci – Batmana, który jest fajny. Po złapaniu tej mrocznej konwencji można iść w różnych kierunkach. Bardziej groteskowym jak Burton lub realistycznym jak Nolan, ale zawsze się to trzyma kupy. Są problemy przy opowiadaniu o innych.

Ja próbowałem oglądać tego nowego Supermana…

A.J: Człowieka ze stali…

R.S: Tak, Człowieka ze stali. I kurczę, no… On miał fajne trailery i w nich było więcej o tym człowieku, który ma supermoce i jest równy bogom. Jest bogiem na Ziemi, a jednocześnie ma swoje rysy w środku, ma swoje wewnętrzne dylematy. Trailer zapowiadał właśnie takie rozegranie sytuacji, natomiast w samym filmie było więcej nawalnki. Od pewnego momentu przewijałem .

(śmiech)

Chyba nie wyszło, tak jak miało albo jak niektórzy by chcieli. Produkcja wielkiego dzieła jest zawsze sumą jakiś kompromisów. Wielkie pieniądze są na to wyłożone, więc wygrała „opcja słuchajcie, to jest Superman, on ma się napierdalać w powietrzu, a nie łazić. Co on będzie robił, snuł się?”

A.J: Ma nie rozważać kwestii egzystencji, tak jak Bruce Wayne, który się snuje po swojej posiadłości. Taki Superman by się nie sprzedał.

A jak się odnosisz do filmów takich jak Avengers?

R.S: Marvel poszedł w inną stronę, Marvel zawsze był zabawny. Mam wrażenie, że jak im wychodzi coś ambitnego, to mimochodem. Tak jak X-Men: Pierwsza klasa. Gdy seria o X-Menach była pogrążona przez tą koszmarną trójkę i wydawało się, że już nic się nie da z tym zrobić, przyszedł jakiś facet – to nie był ten Singer, który robił tamtych X-Menów, nie pamiętam nazwiska [był to Matthew Vaughn – A.J]– i zrobił świetny film. Z nowymi aktorami, oderwany od tamtych rzeczy i dało się.

Zawsze śmieszy mnie scenografia w tych filmach. Oni sobie piszą w zeszycie: miasteczko na pustyni, duże miasto i coś tam. Tła, w których toczą się te filmy – jeszcze nie widziałem najnowszych Avengers – zawsze są wysterylizowane. Jest miasto, drapacze chmur i tak dalej, samochody w dole; miasteczko na pustyni i tak dalej. Może to w jakiś sposób podkreśla komiksowość historii. Natomiast takie Gotham Nolana może istnieć i ono istnieje, zwłaszcza to z drugiego Batmana.

Scenografie Marvela są sterylne, jest w nich jakiś rodzaj sztuczności, takiej umowności. Mnie to nie razi, nie przeszkadza mi to w oglądaniu, ale wiem, że jest to historia wymyślona, nie próbuję jej odnosić do czegokolwiek. W Marvelach chodzi o zabawę.

A.J: Faktycznie, jest to wyraz takiej komiksowości. Jak sobie przypominam plansze z Supermana, to tam tło wcale nie było takie istotne. Twórcy operowali uproszczeniami bardzo mocno nawiązującymi do kultury amerykańskiej – wspomniane przez Ciebie miasteczko na pustyni lub metropolia.

R.S: Miałem taki moment, że nadrabiałem i obejrzałem parę takich filmów o superbohaterach i zauważyłem, że tła – laboratoria, miasteczka na pustyni – są bardzo sterylne i bardzo sztuczne. Mam się wrażenie, że jeżeli się odejdzie o dwie uliczki od miejsca, w którym toczy się walka, to staniemy za taką kartonową makietą, tam dalej nic nie ma.

A.J: Albo życie toczy się normalnie, ludzie siedzą w restauracjach, samochody jeżdżą…

R.S: Tak. Powołam się znowu na te stare Supermany z Christopherem Reevem. Nikt dzisiaj nie zrobiłby tak walk superbohatera z wrogiem, tak jak było to w drugim Supermanie, gdzie główny bohater walczył z przestępcami, którzy lądują na Ziemi, zresztą tam jest generał Zod wyglądający inaczej, niż w Człowieku ze stali. Oni walczą, a obok stoją ludzie i jedzą lody, i patrzą na nich. Jak Superman dmucha, to im spadają te gałki lodów na ziemię. (śmiech) Albo ktoś inny gada w budce telefonicznej, nie zwracają na nich uwagi. (śmiech) To są głupie szczegóły, ale dodają dużo życia tamtej historii.

A.J: Zastanawiasz się nad adaptacją Blera?

R.S: Jaką?

A.J: Nad filmem, animacją, sztuką teatralną…

R.S: Może gra komputerowa. Pojawiły się takie propozycje, ale jesteśmy na etapie rozmów i gdybania. Trudno tu cokolwiek mówić. Mam to szczęście, że ta historia się podoba, pewnie to w jakiejś mierze moja zasługa. (śmiech) Jest dosyć pozytywne nastawienie do mojego komiksu, więc czasem przychodzą różni ludzie z różnymi propozycjami.

A.J: Jakie pułapki czyhają na tych potencjalnych adaptatorów Blera?

(śmiech)

R.S: Jeżeli chodzi o filmowych, to nawet nie muszę mówić. Wystarczy Wiedźmina obejrzeć…

A.J: Latające pluszaki…

R.S: Powiem Ci, Adrianie, że nie do końca. Bler jest dosyć realistyczny, mało jest trzaskania piorunami z ręki, myślę, że to stosunkowo niskim kosztem zrealizować. Tam naprawdę nie ma jakiś mega fajerwków.

To jest też pewien rodzaj podejścia filmowego, które Amerykanie mają. Oni są świetnymi rzemiechami, a u nas, mam wrażenie, jest więcej artystów, niż rzemieślników. Dlatego to tak czasem wychodzi, jak wychodzi.

A.J: W Blerze jest bardzo istotna postać, jej rozwój. Wspomniałeś o grze komputerowej i zastanawiam się w jaki sposób można by uchwycić ten element.

R.S: Pewnie trzeba byłoby zaprezentować wycinek albo nie przenosić niczego bezpośrednio z tej historii. Nie chcę robić rzeczy typu „robimy platformówkę i Bler przechodzi wszystkie te przygody, skacząc po platformach” (śmiech) Nienawidzę platformówek, tak swoją drogą.

Myślę, że jeżeli jakaś gra komputerowa powstanie, to opowiemy więcej o świecie Blera, niż przełożymy jego przygody.

A.J: I to jest ciekawe. Budowanie uniwersum widzimy przy innych superbohaterach i to się sprawdza. Jak jeszcze chciałbyś rozszerzyć Blera?

R.S: Jedną z możliwości, która się nadarzyła i pojawiła… Nie mogę na razie konkretów mówić…

A.J: Rozumiem, a ja tak ciągnę, jak jakiś dziennikarzyna…

(śmiech)

R.S: Ale ja zaraz opowiem wszystko jak na spowiedzi, ale się na razie tak asekuruje. (śmiech) W każdym razie jest możliwość częstszego wydawania Blera w formie cyfrowej. To będzie nowy czytelnik, będzie to na innych zasadach działać, to być może wtedy opowiem tę historię od nowa, tylko szerzej, z trochę innej perspektywy. Wydane komiksy budowały nie tylko teraźniejszość bohatera, ale również opowiadały dużo o jego przeszłości – opadały kolejne zasłony. Teraz można to opowiedzieć, na przykład po kolei.

A.J: Nie boisz się zmiany odbiorcy? Ten cyfrowy jest zupełnie inaczej nastawiony do medium niż ten odbiorca papierowy.

R.S: Zatoczyliśmy pewne koło, bo to wiąże się z tym, co mówiłem o Polskim Duchu. Tak, jasne, obawiam się, ale nie mogę wiele mówić o przedsięwzięciu. Troszkę inaczej to będzie wyglądało i w dużo większym tempie. Jak powiem, że będzie jeden zeszyt miesięcznie… To jest sporo, dwadzieścia cztery strony co miesiąc.

A.J: Jak oceniasz zbiórkę na Blera…

R.S: Właśnie nie mogłem się z Tobą dzisiaj połączyć, bo przez tę zbiórkę ciągle coś się dzieje. Zebrałem kwotę właśnie dzisiaj [wywiad został przeprowadzony 11 września – A.J] i ciągle mi ktoś gratuluje. Nie nadążam. Nie mam tylu fanów, żebym nie mógł każdemu odpowiedzieć. Staram się każdemu coś powiedzieć, każdemu podziękować, powoli dochodzę do tego stadium, że już nie wyrabiam. (śmiech)

Autor: Rafał Szłapa

Autor: Rafał Szłapa

A.J: Crowdfunding był formą szansy dla Blera, a może jego ostatnią nadzieją?

R.S: Powiem tak – oni [portal wspieram.to – A.J] dołożyli taką rubryczkę pod tytułem ryzyko i tam zazwyczaj każdy zakładający projekt piszę, że jak nie zapłacicie, to nie wyjdzie. Albo nie zapłacicie, to wyjdzie w mniejszym nakładzie i bardzo drogie.

W moim wypadku jest tak, że i tak chciałbym to wydać. Ja przez crowdfunding widzę nie tylko możliwość zebrania pieniędzy – za co, oczywiście bardzo wszystkim dziękuję, bo to jest nieprawdopodobne – ale także możliwość wyprodukowania dodatkowych gadżetów, którymi mogę ucieszyć osoby przyczyniające się do publikacji komiksu. Jest też dla mnie narzędziem promocji komiksu i docierania do ludzi.

Zajmuję się wszystkim sam, nie jestem specem od dystrybucji, nie mam na to czasu; może od promocji jestem trochę większym specem, ale z kolei nie mam na to środków, żeby sobie wziąć i palnąć w „Nowej Fantastyce” ogłoszenie na całą stronę, że jest Bler. Do czytelników docieram tymi kanałami, które dostarcza Internet – crowdfunding jest jedną z nich.

A.J: Ja tak dotarłem do Blera, przeglądając informacje na temat różnych zbiórek. Bardzo dziękuję za rozmowę.

R.S: Bardzo mi miło. Również dziękuję.

//Wszystkie grafiki zostały wykorzystane za zgodą Autora i nie podlegają licencji CC.

Esparta Palma / It's not easy to be a superhero (CC BY 2.0)

Nasi superherosi

Superherosi dzisiaj mają lekko. Od kilku lat, przynajmniej dwa razy w roku, mamy okazję oglądać ich w akcji. Jedni zachwycają się przygodami współczesnych herosów w kinie, a inni na ekranach telewizorów lub laptopów. Nie zmienia to faktu, że superbohaterowie znowu przebili się do świadomości odbiorców popkultury. A już mówiło się o ich kryzysie, o tym, że zostaną na długi czas bez zajęcia. Wszystko zmieniło się, gdy na ekrany kin zawitała pierwsza część Avengers.

Co uważniejsi fani komiksowych superherosów zauważą, że wcześniej pojawiła się pierwsza część trylogii o Mrocznym Rycerzu w reżyserii Christophera Nolana. Dla mnie, cała ta seria, nie jest przykładem na to, że superbohaterowie triumfalnie wrócili na szczyt popkultury, raczej stanowi potwierdzenie kryzysu tych postaci. Batman zostaje uczłowieczony. Christopher Nolan zmierza w kierunku koncepcji Mrocznego Rycerza, która znana jest z komiksów Franka Millera. Istotne stają się problemy moralne, z którymi musi poradzić sobie Bruce Wayne. Najważniejsze jest jednak to, że Batman zostaje pokazany, jako bohater trudny do zaakceptowania i działający na granicy prawa. Czy w takim co odróżnia go od Jokera, Bane’a lub Crane’a? Okazuje się, że bardzo niewiele, ponieważ Christopher Nolan w genialny sposób rozmył granicę między dobrem i złem. Wprowadziło to szarości do świata przedstawionego superherosów, ale nie wszyscy byli w stanie wytrzymać taką zmianę. Batman pod tym względem był wyjątkowy. Dodanie skomplikowanej moralności, która nie jest oparta na archetypowym konflikcie Dobra ze Złem, ale wymaga ciągłego balansowania na krawędzi, sprawiło, że Bruce Wayne ponownie stał się bohaterem popkultury.

Na prawdziwy powrót motywu superbohatera trzeba było poczekać, aż do pojawienia się pierwszej części Avengers. Oczywiście grunt pod ten powrót został odpowiednio użyźniony. Były, moim zdaniem, trochę nieudolne próby przeniesienia na ekrany Hulka. Adaptacje te są średnie, łatwiej przypiąć im łatkę kryzysowych, niż faktycznie superbohaterskich. Ale to wahanie najbardziej widać na przykładzie Człowieka Pająka, X-Menów oraz Fantastycznej Czwórki. We wszystkich tych przypadkach autorzy nie do końca wiedzieli jak ugryźć problem superbohatera. Dlatego wychodziło im to w sposób kiczowaty. Sięgali po konwencję, która sprawdzała się w Złotej Epoce Komiksu, gdy Superman ratował ludzkość i nikt nie próbował kwestionować jego nadprzyrodzonych umiejętności. Po drodze pojawiły się komiksy autorskie, które, w bardzo ostry sposób, zrywały z konwencją superbohaterską, byli także antybohaterowie i tu za przykład może posłużyć brutalny Lobo. Nie było miejsca na trykoty i patos. Podświadomie wyczuwano, że superherosi się zużyli, że wymagają jakiegoś odświeżenia. I tak się stało.

Zapowiedzią powrotu byli Iron Man oraz Kapitan Ameryka, ten ostatni w szczególności. W Thorze tego nie widać, ale wynika to z konstrukcji tego bohatera. Jest on podwójnie mityczny, osadzony w dwóch mitologiach – historycznej, czyli nordyckiej oraz współczesnej, czyli popkulturowej. Inaczej jest w przypadku Iron Mana oraz Kapitana Ameryki. Trudno jednoznacznie wskazać, który z nich stał się Supermanem naszych czasów. Tony Stark na pewno stanowi uosobienie współczesnych pragnień – geniusz, arogancki bogacz, playboy, na dodatek otoczony nowoczesną technologią. Brakuje mu funkcji integrującej, która jest kluczowa dla Kapitana Ameryki. A ten stanowi relikt przeszłości, nowoczesność wydaje mu się dziwna, dlatego w Avengers pojawia się mały konflikt między nim, a Iron Manem. Kapitan Ameryka staje się spoiwem łączących superbohaterów ze zwykłymi śmiertelnikami i to wyzwala w Tonym Starku potrzebę pomocy oraz umiejętność poświęcenia siebie dla innych.

Te dwa elementy były bardzo ważne dla tradycyjnej koncepcji superbohatera. Miał on – przede wszystkim – walczyć ze Złem, które było bardzo precyzyjnie określone, najczęściej dochodzi do jego personifikacji. W Avengers tak się dzieje, z tym, że uosobienie Zła jest podwójne – mamy Lokiego oraz najeźdźców z kosmosu. Intencje są oczywiste, zagrożenie dla Ziemian również, co prowadzi do pojawienia się superbohaterów oraz uratowania sytuacji i przywrócenia porządku. Ten ostatni element jest bardzo wyraźny, ponieważ świat staje się ponownie bezpieczny oraz zyskuje obrońców. Co prawda w zakończeniu filmu pojawiają się słowa krytyki skierowane do działającej grupy superbohaterów, ale nie mają one na celu ich zdyskwalifikowania! Zadaniem wyrażonych obaw jest podkreślenie, jak wielkie znaczenie miała ta interwencja. Zestawia się zniszczenia dokonane w Nowym Jorku z ogólnoświatowym zagrożeniem. Kilka budynków i ulic można poświęcić, ważne, że Ziemia jest bezpieczna i ma swoich zdeklarowanych obrońców.

Nowa superbohaterskość?

Film Avengers odbudowuje funkcje superbohatera we współczesnej popkulturze. Mało istotne stają się wady poszczególnych postaci, nikt nie próbuje ich na siłę uczłowieczać. Są zestawem cnót: wybaczają, kierują się wyłącznie istotnymi wartościami, są w stanie poświęcić się dla ich i – co najważniejsze! – w obliczy kryzysu zapominają o tym, co ich dzieli i się jednoczą. Avengers to tekst kultury opowiadający o pracy w grupie, której celem jest wyrwanie świata z chaosu. W dalszym ciągu jest to realizacja superbohaterskiej konwencji, ale zostaje ona dostosowana do potrzeb współczesnego widza. Ważne jest unikanie patosu, a jest to coś, co łatwo wychwycić w starych komiksach. W Avengers podniosłe kwestie pojawiają się rzadko, autorzy umiejętnie grają dowcipem i jednocześnie dają do zrozumienia odbiorcy, że zagrożenie wcale nie jest zabawne i tylko współpraca może ocalić Ziemię. Znamienne jest, że nośnikiem patetycznych treści jest Kapitan Ameryka.

Tylko ta postać jest pozbawiona znamion nowoczesności. Stanowi reprezentację tradycyjnych i pozytywnych wartości. Jego przywrócenie do życia można zinterpretować jako powrót do zapominanych przez współczesne społeczeństwa elementów. Avengers ma opowiadać o budowaniu bezpieczeństwa poprzez współpracę pomiędzy superbohaterami, mają oni nieść pomoc innym i całkowicie zapomnieć o wszystkich animozjach. Kapitan Ameryka, być może chwilami bardzo staroświecki, występuje jako postać ułatwiająca to zjednoczenie. W ten sposób autorzy nawiązują do jego komiksowego rodowodu – przecież to on, z kolorowych plansz, pokonał nazistów, a potem bezlitośnie tłukł komunistów. Liczyło się dla niego bezpieczeństwo narodu, jednocześnie nigdy nie zapomniał o swoim najlepszym przyjacielu. Zahartowany został w ogniu wojny i jako jedyny był w stanie dostrzec, że nowoczesne społeczeństwo nie przetrwa jako grupa indywidualistów. Z takimi osobami przyszło mu współpracować. W Avengers superbohaterowie, na początku, kierują się tylko i wyłącznie własnymi interesami, co najmocniej widać na przykładzie Iron Mana. Dopiero działania oraz słowa Kapitana Ameryki zaczynają budować zręby współpracy. Ktoś musi jednoczyć i rola ta przypadła tej postaci.

Zastanawiam się jak długo potrwa ten renesans superbohaterów i czy jest zapowiedzią poważniejszych zmian w popkulturze. Kto jeszcze zostanie odświeżony? A może powstaną nowi superherosi? Na pewno kolejne filmy wykorzystujące naszych ulubieńców będą nawiązywały do modelu, który pojawił się w Avengers. Ile czasu zajmie popkulturze przetrawienie nowej superbohaterskości?

// Obrazek wyróżniający: Esparta Palma / It’s not easy to be a superhero (CC BY 2.0)

//Skany kary: Mark Anderson.

Batman i Kobieta Kot / DC Comics

Superbohaterki

Trudno znaleźć osobę, która nie kojarzyłaby przynajmniej kilku superbohaterów. Filmy takie jak Avengers, Kapitan Ameryka lub Człowiek ze stali przyczyniły się do ich powrotu. Niektórym pomogły, a innym zaszkodziły. Nie zmienia to faktu, że znowu zaczęto o nich mówić. Byli już na krawędzi zapomnienia, już wpadali w przepaść – ale popkultura ich ocaliła. W sposób dość banalny, ponieważ wzmocniono ich „charaktery” poprzez dodanie warstwy psychologicznej.

Ten nasz współczesny superheros ma niewiele wspólnego ze swoim komiksowym pierwowzorem. Częściej zastanawia się nad swoimi czynami, nosi w sobie jakąś mroczną tajemnice i zawsze stawiany jest przed trudnymi wyborami. Najwyraźniej ocalenie nawet najmniejszego kawałka świata ma jakąś cenę. Natomiast nie zmieniło się jedno – superbohater w dalszym ciągu jest mężczyzną. Komiksowe uniwersa zanotowały obecność kobiet, została ona nawet zauważona w Avengers – Czarna Wdowa odgrywa bardzo ważną rolę. Jednak to nie wszystkie postaci kobiece, które grały główne w komiksowych historiach.

Nie sposób zapomnieć o Kobiecie Kocie i jej związku z Batamen, który to został wykorzystany w filmie Christophera Nolana Mroczny Rycerz Powstaje. Jest jeszcze Wonder Woman. Równie oryginalna postać, która jest obdarzona wyjątkowymi umiejętnościami. Do jej atrybutów należą Lasso Prawdy (po schwytania przeciwnika musi on wyjawić prawdę), Bransolety Uległości (są niezniszczalne i pozwalają na odbijanie pocisków) oraz tiara (służy jako broń dystansowa i zdarzyło się, że potrafiła zmienić się w samoloty). Twórcy podkreślają mitologiczne pochodzenie Wonder Woman, przez co traktowana jest jako Amazonka lub Półbogini.

Batman i Kobieta Kot / DC Comics

Batman i Kobieta Kot / DC Comics

Selina Kyle to włamywaczka wyposażona w bicz i często spotykająca na swojej drodze Batmana. Na tle Wonder Women może wypadać blado, ale w dalszym ciągu posiada hipnotyzujący urok. Podobnie jak Natalia Romanowa, fanom komiksów znana jako Czarna Wdowa. Obie – Kobieta Kot i Czarna Wdowa – na początku swojej obrazkowej kariery funkcjonowały jako femme fatale i walczyły z konkretnym superbohaterem. Wszystkie te postaci łączy oryginalność podejścia do formy superbohaterki. Mają własne, często bardzo skomplikowane, historie oraz zajmują ważne pozycje w swoich uniwersach. Myślę, że można powiedzieć, że realizują oryginalny model prezentacji superbohaterki. W każdym calu są wyjątkowe, ponieważ nie powstały jako lustrzane odbicie innego superherosa.

Lusterko zmieniające płeć

W komiksie amerykańskim funkcjonują postaci wzorowane na męskich superbohaterach. Określa się jak jako „She-ImięSuperherosa”. Za świetne przykłady tego rozwiązania mogą posłużyć dwie bohaterki – She-Thor (znana także jako Thor Girl) oraz She-Hulk. Posiadają dokładne te same atrybuty, co ich wzorce. Niczym o nich nie odbiegają i bywa, że im pomagają w walce ze złem. Pewnym wyzwaniem dla twórców jest odpowiednie osadzenie ich w komiksowym świecie przedstawionym.

Thor Girl nosiła imię Tarene i była potężną istotą, która pomogła Thorowi i Odynowi w pokonaniu Niszczyciela. Potem przyjmuje moce bogów Asgardu i zaczyna walczyć po ich stronie. Ma młot, miota błyskawicami i potrafi zwalić z nóg Thora – jest po prostu nim, tylko płeć uległa zmianie. She-Hulk to Jennifer Walters, kuzynka Bruce’a Bannera (oryginalnego Hulka). Swoje moce uzyskuje w wyniku transfuzji krwi. Zabieg ten ocalił jej życie, ale sprawił, że zaczęła zmieniać się w kobiecą wersją zielonego niszczyciela. W przeciwieństwie do Thor Girl miała własne komiksy, w których walczyła u boku Fantastycznej Czwórki i Tarczy.

She Hulk / Marvel

She Hulk / Marvel

Trudno znaleźć superbohatera, którego nie dotknęłoby takie odbicie. Swoją kobiecą wersją miał Kapitan Ameryka oraz Batman. To „ukobiecanie” superbohaterów nie zawsze się udaje. Bardzo często trąci myszka, a nowe postaci są na siłę wciskane do świata przedstawionego. Takie superheroski jak Wonder Women lub Czarna Wdowa udowadniają, że jest dla nich miejsce w komiksach, że ich bohater wcale nie musi być mężczyzna. Nie potrzebujemy kopii znanych nam superherosów oraz dołożonych historii. Takie wprowadzanie nowych postaci wcale nie sprawia, że uniwersum zaczyna jeszcze mocniej żyć. Raczej powoduje postępujący chaos oraz nudę wynikającą z niepotrzebnych powtórzeń. Najlepiej widać to na przykładzie Superwoman.

Tytuł przechodni

Superwomen to nie jedna bohaterka, ale kilka. Miano to jest czymś w rodzaju trofeum przechodniego. Zaczęło się od Lois Lane i już tutaj pojawiają się problemy. Jest wersja mówiąca o transfuzji krwii i uzyskaniu supermocy. Jest też historia, w której Lois pada ofiarą uroku i tylko wydaje jej się, że ma siłę swojego ukochanego. Co ciekawe Superman podtrzymuje tę iluzję, aż do konfrontacji z przeciwnikiem. Nie można także pominąć uzyskania nadnaturalnych zdolności w wyniku działania wynalazku Lex Luthora. To nie wszystko, ponieważ należałoby jeszcze dodać przemiany, które nastąpiły w równoległych rzeczywistościach i również dotyczyły Lois Lane.

Nie tylko ona była Superwoman. Luma Lynal, która swoje moce zawdzięcza dwóm Słońcom – pomarańczowemu i żółtemu. Podobnie jak Superman miała nieziemskie pochodzenie. Coś między nimi zaiskrzyło, ale Luna śmiertelnie zachorowała i odeszła – źle na nią działało żółte, czyli nasze „ziemskie” Słońce. Była też Dana Dearden – fanka Supermana, która swoje moce zawdzięcza skradzionym artefaktom. To tylko kilka przykładów, bo Superkobiet jest o wiele więcej. I jak tu o nich rozmawiać?

Trzeba być bardzo precyzyjnym i dokładnie mówić, o którą z nich chodzi. W przeciwnym przypadku można paść ofiarą chaosu, a Superman nie przybędzie z pomocą. Podejrzewam, że na Batmana też nie ma co liczyć.

Superbohaterskie umieranie

Fani komiksów drżą – Wolverine zostanie uśmiercony! Informacja ta pojawiła się w wywiadzie opublikowanym pod koniec kwietnia bieżącego roku. Postać znana ze swoich wyjątkowych możliwości regeneracji, której czasem zdarzało się poszukiwać śmierci w końcu ją odnajdzie. Pojawi się pustka wymagająca zapełnienia. Zastawiam się jak twórcy sobie z tym poradzą i obawiam się, że mogą postawić na sprawdzone rozwiązanie – niesamowite wskrzeszenie.

Historia komiksu superbohaterskiego zna różne rodzaje śmierci. Umierali towarzysze, najbliżsi oraz sami bohaterowie. Flirt ze śmiercią zdarzył się Spidermanowi, Batmanowi oraz Supermenowi. Otarli się o „drugą stronę”, często w sposób bardzo brutalny, ale ich celem nigdy nie była ochrona samych siebie, ale otaczających ich ludzi. Aspekt ten widać szczególnie w przypadku Batmana, którego historia zaczyna się od śmierci rodziców. Bruce Wayne poświęca swoje życie Gotham i przynajmniej raz je oddał. Ale tylko na chwilę.

Superbohaterska śmierć?

Jak zabić superherosa? Odpowiedź znajdzie się bez najmniejszego problemu – każdy z nich ma swojego arcywroga i słabość, którą można wykorzystać. Najbardziej stereotypowym przykładem jest Superman i jego trudne relacje z pewnym pierwiastkiem, czyli kryptonitem – odbierał bohaterowi moce i sprawiał, że stawał się on podatny na śmierć. Taką słabość można znaleźć u wszystkich. Stanowi ona sygnał mówiący o tym, że wcale nie są tacy doskonali, że istnieje możliwość porażki. Tym chętniej czytelnik śledzi ich losy – w niektórych zeszytach wymykają się śmierci w ostatniej sekundzie i pozostają niepokonani. A jednak zdarzyło się im umrzeć, tylko że w ich przypadku nie była to ostateczność, ale raczej przerwa w działaniu.

Peeling Batman / Bart Heird (CC BY-NC-ND 2.0)

Peeling Batman / Bart Heird (CC BY-NC-ND 2.0)

Superbohater najczęściej jest wskrzeszany. Bruce Wayne, w jednym z komiksów, utracił pamięć i nie potrafił stać się Batmanem. Zwabiony w pułapkę jednak przeżywa wybuch i powoli wraca do stanu wyjściowego (Batman R.I.P; maj – listopad 2008; wydawca: DC Comics). To wskrzeszenie nie jest za bardzo denerwujące. Znacznie ciekawsza jest rezurekcja, która nastąpiła w Final Crisis (maj 2008; wydawca: DC Comics). Batman strzela do Darkseida (jeden z głównych przeciwników Supermana), pocisk się odbija i Mroczny Rycerz kończy żywot. Jego ciało odnajduje Superman i jest zrozpaczony. Człowiek ma ochotę poklepać biednego obrońcę ludzkości po ramieniu i powiedzieć: Luzik. Bruce wróci. Tak, wrócił. Okazuje się, że Darkseid zakończył „aktualny” żywot Batmana i przeniósł jego świadomość w przeszłość. Przedzierając się przez kolejne epoki Bruce Wayne w końcu wraca do swojej współczesności.

Podobnie szalona rzecz spotkała Kapitana Amerykę. Mam na myśli Marvel’s Civil War, gdzie zostaje on trafiony z pistoletu. Ale pocisk okazuje się być magiczny i – podobnie jest u Batmana – wysyła świadomość bohatera w podróż w przeszłość. Wszystko to nijak ma się do śmierci Supermana. Zmierzył się on z potężnym Doomsday. Nazwa zobowiązuje i ten superzłoczyńca rozgromił Ligę Sprawiedliwości, aż w końcu trafił na Supermana. Walka była krwawa i obaj zginęli. Clar Kent doczekał się nawet pogrzebu. Z pomocą przyszedł mu jego „nieziemski” rodowód – ciało Supermana „zrestartowało” Słońce. Dla mnie jest to najbardziej odlotowe wskrzeszenie w komiksach superbohaterskich.

Ta niechęć do umierania jest zastanawiająca. Superherosi padają w długich walkach, stają się cyborgami, pomagają im promienie słoneczne albo podróże w czasie. W żaden sposób nie potrafią rozstać się ze swoich „komiksowym” życiem. Zapewne jest to związane ze sprzedażą. Nie zabija się kur znoszących złote jajka. Zaplątane losu superbohatera można rozsupłać zabijając go, a potem wskrzeszając. Jest to idealny moment na restart całej serii i przypomnienie historii postaci. Na pewno świetnie sprzedaje się sam powrót, ta chwila powrotu do żywych, często trudna, ponieważ wymaga pogodzenia się z przeszłością. I uważam, że to tutaj leży podstawowy problem ze śmiercią w komiksie superbohaterskim.

Wieczne trwanie

Współcześnie komiks, jako gatunek, w niewielkim stopniu przypomina to, czym był na początku swojej drogi. Wytworzenie kolejnych podgatunków (komiksu autorskiego oraz powieści graficznej) spowodowało wiele zmian w konstrukcji świata przedstawionego, narracji i – co najważniejsze! – w samych bohaterach. Nagle pojawił się u nich aspekt psychologiczny. Nie wszyscy byli na niego podatni. Moim zdaniem najlepiej na dodaniu kolejnej warstwy wyszedł Batman. U pozostałych bywało rożnie, a film Człowiek ze stali udowadnia, że w przypadku Supermana taka przemiana może, delikatnie mówiąc, denerwować odbiorcę. Wynika to z pewnej właściwości komiksu superbohaterskiego.

Wolverine final orginal / Ben Templesmith (CC BY-NC-ND 2.0)

Wolverine final orginal / Ben Templesmith (CC BY-NC-ND 2.0)

Supermana, Batmana, Kapitana Amerykę i Irona Mana łączy jeden element – niezmienność. W trackie rozwoju fabuły, która podzielona zostaje na setki zeszytów, w ich charakterach rzadko pojawiają się jakiekolwiek oznaki rozwoju lub degradacji. Trwają, walczą i przywracają porządek. Ale właśnie to jest w nich takie pociągające. W obliczu zagrożenia całej ludzkości są niczym niezniszczalny mur. Pokonują nawet swoje słabości! I są w stanie oszukać śmierć. To też jest pewien wyznacznik stałości. Mam wrażenie, że umieranie w komiksie superbohaterskim związane jest z ciągłym nadbudowywaniem fabuły. Przeszłość superboahterów staje się do tego stopnia skomplikowana, że „coś” powinno się w nich zmienić, a oni jakoś pozostają tacy sami. Wtedy z pomocą może przyjść zgon, najlepiej, aby był on poprzedzony długą i wyczerpująca walką. Potem wskrzeszenie, integracja wszystkich złych i dobrych rzeczy i budowa nowego charakteru.

Ostateczną śmiercią superbohatera jest zawieszenie wydawania komiksów. Coś takiego dotknęło Kapitana Amerykę w latach 60. Stał się niepotrzebny i musiał naczekać się na swój powrót. Nie zmienia to faktu, że na jakiś czas umarł, ponieważ nie pojawiały się zeszyty z jego nowymi przygodami. Każda inna wersja śmieci jest chwila. Być może przypadek Wolverine’a to zmieni.

//Teksty, z których korzystałem w trakcie pisania artykułu:

Witamy w Gotham

Jak większość – bo ostatnio dowiedziałem się, że jednak nie wszyscy – oglądam seriale. Fascynowałem się Detektywem, z niecierpliwością wyczekiwałem na kolejne odcinki Banshee, w kolejce mam Fargo i Watahę. Najpierw muszę skończyć te rozgrzebane, czyli Wirusa i Gotham. Pierwszego nie polecam. Wampiry kiczowate, postaci mało charakterystyczne – jeżeli nie ma się nic lepszego do roboty albo ma się ochotę na obejrzenie kiepskiego serialu, to wtedy jest idealny. W przeciwnym wypadku lepiej poszukać czegoś ciekawszego.

Chciałbym powiedzieć, że taką propozycją jest Gotham, ale serial ten jest bardzo nierówny. Zdarzają się smutne chwile fabularnej miałkości, które okazjonalnie przeplatane są interesującym interpretacjami postaci z uniwersum Batmana. Bo, jak sama nazwa wskazuje, akcja rozgrywa się w Gotham, mieście Mrocznego Rycerza, ale głównym bohaterem jest Jim Gordon. I ta modyfikacja jest ciekawa, ponieważ autorzy serialu zadali pytanie o początki przestępczości w mieście, a nie o samego Batmana. Zmiana dominanty się udała, ale niekoniecznie doprowadziła do stworzenia nowej jakości.

Tikkakoski, Gotham City /  Jaro Larnos (CC BY 2.0)

Tikkakoski, Gotham City / Jaro Larnos (CC BY 2.0)

Tęsknota za miastem

Od zawsze brakowało mi miasta w filmowych lub animowanych adaptacjach Batmana. Z uwagi na zawód głównego bohatera, czyli bycie łowcą przestępców działającym w nocy, nieczęsto miałem okazję przyjrzeć się Gotham w dzień. Na ulice wychodziło się wraz z Batmanem, rzadko wcześniej. A nawet jeżeli akurat świeciło słońce, to akcja rozgrywała się w posiadłości lub apartamencie. Interesującym przełamaniem tego schematu są filmy Christophera Nolana. Najpierw w Mrocznym rycerzu mieliśmy okazję przyjrzeć się kradzieży pieniędzy i wysadzeniu szpitala. Oba wydarzenia są wynikiem działalności Jokera. Na wycieczkę po Gotham zabrał nas także Bane. Kilka ujęć z lotu ptaka i gonienie ciężarówek. Mroczny rycerz powstaje to film, w którym faktycznie można przyjrzeć się samemu Gotham, ale w dalszym ciągu odgrywa ono drugoplanową rolę.

Bardzo chciałem zobaczyć Gotham podobne do tego, którego doświadczyłem w trakcie lektury komiksu. Tam miasto jest takim samym bohaterem jak sam Batman. Jego istnienie jest bardzo mocno związane z miejscem pochodzenia i zamieszkania. To przywiązanie pojawia się w Powrocie Mrocznego Rycerza, ale to tylko echo emocji, które pojawiają się w komiksach. Takim „Gotham w pigułce” jest seria gier komputerowych o Batmanie. Można liznąć charakterystycznej dla komiksów architektury, zanurzyć się w ciemne uliczki i tłuc bandytów zagrażających mieszkańcom miasta. Bo właśnie o to chodzi w komiksach o Batmanie – o zapewnienie bezpieczeństwa Gotham, cena nie gra tutaj roli. I znowu warto wrócić do filmu Christophera Nolana. Szczególnie ważny jest moment, w którym Batman wynosi bombę atomową poza granice miasta. Dochodzi do złożenia ofiary, której zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom miasta. Gdzieś pojawiają się przebłyski wskazujące na to, że Gotham jest ważne, ale w dalszym ciągu nie jest to, co dostrzegam w komiksie.

Gotham City Police Car on set of The Dark Knight Rises /  Scott Beale (CC BY-NC-ND 2.0)

Gotham City Police Car on set of The Dark Knight Rises / Scott Beale (CC BY-NC-ND 2.0)

Moja tęsknota za miastem w Batmanie wynika ze ścisłych związków tego superbohatera z powieścią kryminalną. Bruce Wayne rozpoczął swoją karierę mściciela w 1939 roku, w 27 numerze Detective Comics. Główny bohater bywa nazywany Mrocznym rycerzem (przydomek ten został jeszcze mocniej utrwalony w popkulturze dzięki filmom Christophera Nolan), ale można powiedzieć, że jest najlepszym na świecie detektywem (The World’s Greatest Detective). Jak widać związki z powieścią kryminalną znajdują swoje odbicie w postaci, ale w kryminałach ważne jest także miasto. Detektyw nie może bez niego istnieć, a za przykład mogą posłużyć bardzo ścisłe związki Eberharda Mocka z Breslau oraz relacje Philipa Marlowe’a z Los Angeles. Dlatego Batman ma swoje Gotham. Trzeba jednak zaznaczyć, że pojawiają się tutaj inne zależności, niż w przypadku Supermana i Metropolis. Dla tego drugiego będzie to zawsze „ziemski dom”, zupełnie odmienny od miejsca, z którego pochodzi. Bruce Wayne jest mieszkańcem Gotham, dlatego jego los jest o wiele bardziej związany z miastem. Obcy, czyli Superman, będzie bronił Metropolis, ale nie można zapominać o jego pozaziemskim pochodzeniu, które zawsze będzie powodowało, że postać ta będzie traktowana jako inny.

Komiksowe Gotham

Gotham ma swoją historię, ale zacznijmy od inspiracji. Miasto Batmana stanowi interesujące połączenie Chicago i Nowego Yorku. Krytycy podzielili się na dwie grupy walczące o przewagę konkretnego fundamentu realności Gotham, jednak ja uważam, że znacznie cenniejsze jest potraktowanie tego miasto jako formy zespolenia dwóch, bardzo ważnych w amerykańskiej kulturze, metropolii. Popkulturowe skojarzenia nasuwają się same. Chicago to dom gangsterów, a Nowy York to dom inwestorów. Doskonale wiadomo, że oba te elementy są bardzo ważne dla Gotham. Jeżeli chodzi o architekturę, to stanowi ona wypadkową różnych stylów, często bywa inspirowana istniejącymi budynkami. Gotham jest sztucznym tworem opartym na różnych i łatwo rozpoznawalnych budowlach. Dzięki temu wydaje się odbiorcy znane. Korzystając z różnych klisz, bardzo szybko staje się nią staje.

Mnie najbardziej podoba się to, że autorzy komiksów o Batmanie postanowili stworzyć fikcyjną historię dla tego sztucznego miasta. W tym przypadku na szczególną wzmiankę zasługują Alan Moore, Peter Milligan oraz Frank Tieri. Trójka ta stworzyła fundamenty wokół, których konstruowana jest historia Gotham i mieszkańców.

Gotham Through Clouds and Smog (New York) /  Jeremy (CC BY-NC-ND 2.0)

Gotham Through Clouds and Smog (New York) / Jeremy (CC BY-NC-ND 2.0)

Miasto miało powstać w 1635 roku za sprawą norweskiego najemnika kapitana Jona Logerquista. Potem losy Gotham układały się różnie. Zostało zajęte przez Brytyjczyków, w trakcie rewolucji amerykańskiej stało się miejscem ważnej bitwy, gdzie szczególną odwagą wykazał się Nathan Cobblepot, czyli przodek Pingwina. Oczywiście są to elementy zapożyczone z historii Nowego Yorku, co jednoznacznie wskazywałoby na źródło inspiracji. Jednak zostaje to rozbite poprzez wprowadzenie wątków kryminalnych, do których można zaliczyć wojny gangów. Do takowej miało dojść w XIX wieku. Gotham było wtedy rządzone przez pięć różnych zorganizowanych grup przestępczych.

Trudno pominąć wątki nadprzyrodzone, które są związane z Gotham. W jednej z serii dotyczących Batmana pojawiły się informacje mówiące o tym, że amerykańscy Ojcowie Założyciele zajmowali się przyzywaniem demonów, które akurat upodobały sobie Gotham. Była także wzmianka o złej istocie, śpiącej w miejscu założenia miasta i oddziałującej na mieszkańców.

Zdarzały się zagłady. Miasto przeżyło zarazę oraz trzęsienie ziemi. Jak widać Gotham ma całkiem interesującą historię i jest konstrukcją trudną do zniszczenia. Zawsze podnosi się z gruzów. I właśnie tego elementu, aspektu bycia miejscem niezniszczalnym, a jednocześnie groźnym brakuje mi w ekranizacjach Batmana. Historia miasta wpływa także na mieszkańców. Temu jak radzą sobie w tym mrocznym mieście możemy przyjrzeć się w serialu Gotham.

Gotham w serialu

Na pewno na pierwszy plan wysuwa się destrukcyjny charakter miasta. Negatywnie wpływa ono na wszystkich mieszkańców, wplątuje ich w różnego rodzaju dziwne relacje. Żaden z bohaterów nie jest kryształowy, nawet Jim Gordon wydaje się być powoli konsumowany przez Gotham. Bo w serialu miasto to przypomina potwora, który żywi się niegodziwością. Wszyscy są świadkami zbrodni, wymuszeń, morderstw oraz wszelkiego rodzaju innych negatywnych ludzkich działań. Ten stan zagrożenia mam uzasadnienie – jest to Gotham przez Batmanem, ta postać się dopiero rodzi. Dlatego tak ważne są relacje młodego Bruce’a Wayne’a z Jimem Gordonem.

Warto spojrzeć na serial z perspektywy tekstu inspirowanego uniwersum Batmana, a nie w pełni realizującego jego założenia. Wtedy Gotham staje się interesujące. Szczególnie dla fanów Mrocznego Rycerza. Obawiam się, że pozostałych może zrazić. Szczególnie w chwilach, w których zaczyna flirtować z konwencją komiksu superbohaterskiego.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén