Tag: dawid podsiadło

S Vivek / RED HOT MUSIC- No Shallow thoughts (CC BY-NC-ND 2.0)

W głośnikach

Przewalił się ten Czarny Piątek. Minął czas telefonów, szukania, nerwowego odświeżania stron internetowych. Jeszcze czeka mnie Cyber Monday, może wtedy sobie coś upoluję. Do tego czasu pozostaje mi klepania w klawiaturę kolejnych słów oraz słuchanie muzyki. Tak, to drugie w szczególności. Wróciłem do Pink Floyd. Tak samo jak kilka lat temu, puszczam do oporu. Nigdy nie ograniczałem się do flagowych płyty. Lubiłem sięgnąć także po inne.

Zawsze zaczynam od A Momentary Lapse of Reason. Kończę na The Wall. Pomiędzy te płyty wplatam pozostałe wydawnictwa. Zawsze szukam idealnego układu na dany dzień. Zawsze wiedziałem, że tych dźwięków mogę słuchać godzinami. Najwyraźniej stara miłość nie rdzewieje, bycie psychofanem zobowiązuje. A gdy odpoczywam od Pink Floyd, to wrzucam coś zgoła innego. Taki Van der Graaf Generatori ich specyficzne rozumienie przestrzeni w muzyce. Bajka. Chociaż mogą męczyć niektóre przydługawe pasaże, to w dalszym ciągu doceniam umiejętne wplatanie psychodelicznej wizji świata w precyzyjnie poukładane tony.

Nie zawsze trzymam się eksperymentów. Bywa, że w głośnikach słychać Pablopavo, bo ten Marginal jest po prostu rewelacyjny. Zdarza się Kortez, szczególnie po obejrzeniu koncertu w sosnowieckiej muzie. Nie stronię od polskiego popu. Małomiasteczkowy Dawida Podsiadło to kawałek porządnie zrealizowanej muzyki. Jest to lekkie, przyjemne i zabawne. Wpada w uchu, nawet teksty nie są jakoś szczególnie tragiczne. Nawet nie widzę sensu, żeby porównywać Dawida Podsiadło z Pawłem Sołtysem, czyli Pablopavo (dodaję, żebyście dali odpocząć Google’owi). To zupełnie inna wrażliwość, odmienne wyczucie słowa. W przypadku płyty Małomiasteczkowi pierwsze skrzypce gra rytmika słów, to aby dobrze wpadały w kolejne refreny. Historia jest mniej ważna, niemniej doceniam to, że Dawid Podsiadło ma ucho do języka. Pablopavo również bawi się rytmem, jednak wyraźnie widać u niego większą koncentrację na opowieści. W Marginalu jest tego mnóstwo, ta płyta to miniaturowe narracje wyłowione w codzienności.

Muzyka ma budzić we mnie różne emocje. Od radosnego nucenia, po stany graniczące z głęboką melancholią. Dlatego wybieram dźwięki różne, chciałoby się powiedzieć, że wręcz niepokojąco dziwne, ale na studiach nauczyli mnie, żeby nie wartościować. Lepiej stwierdzić, że ktoś ma eklektyczny gust, niż od razu przypinać mu łatką szaleńca. Na to również przyjdzie czas.

Rozczarowany i zdenerwowany

Ten rok mija mi na muzycznych rozczarowaniach. Czego nie ruszę, to nagle okazuje się, że jest nudne, sztampowe i najlepiej nadaje się do windy. Dotyczy to szczególne tych wielkich zespołów – Floydów oraz Ironów. Dlatego liczyłem na to, że na polskim podwórku będzie inaczej. Naiwność? Niekoniecznie. Artyści tacy jak Organek pokazuję, że da się u nas grać ciekawą muzykę i nie trzeba od razu wpadać w pretensjonalność rodem z Ich Troje. Liczyłem na to, że podobnie będzie z Dawidem Podsiadło.

Przeliczyłem się. Płytę Annoyance and Disappointment promował niezwykle interesujący singiel W dobrą stronę. Radził sobie całkiem nieźle na Liście Przebojów Trójki, miał dobrą muzykę oraz intrygujący tekst. Ten jeden utwór budził nadzieję na ciekawą płytę oraz pokazywał, że polski artysta się rozwija. Po kilkukrotnym przesłuchaniu całego wydawnictwa mogę z całą pewnością stwierdzić, że W dobrą stronę jest jednym godnym uwagi tytułem. Cała reszta to strata czasu, trwonienie dźwięków i beznadziejna nuda. Jest rozczarowująca i denerwująca – najwyraźniej angielska nazwa płyty była przepowiednią. Mam nadzieję, że nikt jej nie kupi jako prezent. Chyba że chce, aby obdarowany zanudził się na śmierć.

Zastanawia mnie, dlaczego Dawid Podsiadło postanowił, że prawie wszystkie utwory zaśpiewa po angielsku. Myśli o karierze międzynarodowej? Życzę mu tego z całego serca, bo jakimś tępym zawistnikiem nie jestem, tylko żałuję, że zmarnował swoje umiejętności. Wielokrotnie udowodnił, ze potrafi śpiewać po polsku, robi to świetnie i aż chce się go słuchać. Niestety, tym razem jest inaczej. Być może to właśnie wybór języka angielskiego położył całą płytę. A&D staje się jednowymiarowa, z monotonnym rytem. Przerażające jest to, że utwory są do siebie podobne. Jest to co najmniej dziwne, ponieważ na Trójkątach i kwadratach było inaczej. Tamta płyta była świetna, a ta nowa nie jest nawet średnia.

Jest, delikatnie pisząc, miałka. Rozlewa się, zaciera, rytm zaczyna usypiać. Gdyby to jeszcze był rodzaj melancholii, to dałoby się słuchać. Tak jednak nie jest. Najciekawsze jest to, że cała płyta próbuje być czymś, co miłośnicy muzycy zwykli nazywać concept album. Dawid Podsiadło próbuje opowiedzieć jakąś historię, stara się połączyć wszystkie wątki, jednak same chęci to za mało. Tak w połowie widać, że pomysł całkowicie się rozjechał, a poszczególne piosenki poszybowały w sobie znanych kierunkach.

Słuchanie A&D było dla mnie doświadczeniem smutnym. Dawid Podsiadło był dla mnie przykładem na to, że talent show potrafi wypromować kogoś interesującego oraz faktycznie utalentowanego. Celowo użyłem czasu przeszłego, ponieważ nowa płyta pokazuje coś zgoła innego – powraca płytkość, która cechuje innych wielkich wygranych. Mam nadzieję, że kolejne wydawnictwa będą lepsze, że artysta wróci do formy. Posłucham, z ciekawości, z chęci przekonania się, czy A&D było tylko wpadką, a ja się boleśnie pomyliłem.

 

 

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén