Tag: game design (Page 1 of 4)

Sfrustrowani gracze

Ostatnio pozwoliłem sobie lekko odpłynąć. Moje myśli powędrowały w kierunku gry Dwarf Fortress. Tak, tej strategii, w której najważniejsze jest ciągłe przegrywanie. Postanowiłem poświęcić jej tekst na DailyWeb, dlatego zainteresowanych zachęcam do odwiedzenia tego portalu. Tutaj chciałbym poruszyć inny temat, powiązany z Dwarf Fortress, ale dotyczący także innych gier. Mam na myśli frustrację. Nie sądzę, aby komukolwiek to uczucie kojarzyło się pozytywnie. A jednak można nim zarządzać w taki sposób, aby zachęcać do dalszej zabawy.

Genialnie robi to Dwarf Fortress. Gra jest niezwykle trudna, próg wejścia jest wysoki, a przegrywanie szybko staje się kluczowym elementem zabawy. W ten sposób gracz poznaje mechanikę rozgrywki. Tak, nie pomyliłem się. Każda porażka przybliża do głębszego zrozumienia tej produkcji. Warto pamiętać o tym, że nie jest to jedynym tytuł, który w ten sposób traktuje odbiorcę. Dark Souls nie wybacza nawet najmniejszego błędu. Potrzeba wielu ekranów śmierci, aby w końcu oponować sekwencję ataków kolejnego przeciwnika. W RimWorldzie trzeba ciągle dbać o stan kolonii, odpierać ataki najeźdźców oraz mierzyć się z futurystycznymi niebezpieczeństwami. Wydarzenia drażnią, ponieważ wybijają z rytmu rozbudowy osady. Powodują frustrację, ale dzięki temu, gracz czuje się zmotywowany do pokonania kolejnej przeszkody.

W przypadku wcześniej wymienionych produkcji zarządzanie negatywnymi emocjami jest wpisane w ich design. Wyraźnie widać, że jest to działanie celowe, a nie przypadkowe. Zastanawiam się, jak należy poradzić sobie z frustracją gracza w przypadku tytułów, których najważniejszy jest loot. Myślę, że jest to dobry moment, aby przyjrzeć się różnym praktykom. Na rynku pojawiło się The Division 2 oraz Anthem. Dwa zupełnie odmienne spojrzenia na gatunek looter shooterów. W obu przypadkach kluczowe jest nagradzanie graczy za poszczególne aktywności. Każdy pragnie zdobywać jak najlepsze przedmioty, po to, aby być silniejszym i mieć możliwość wzięcia udziału w kolejnych wyzwaniach. A co jeżeli apetyt gracza zostanie nasycony? Gdy będzie miał wszystko, co mógł zdobyć? W takim razie bezpieczniej jest nie dawać zbyt wielu nagród. Sprawiać, że każdy przedmiot najwyższej jakości będzie wyjątkowy. Wtedy pojawia się innym problem. Gracze, którzy nie mają szczęścia i nie są w stanie brać udziału w zabawie. Czują, że ciągle im coś umyka, czują się sfrustrowani i odrzuceni.

Myślę, że warto zadać sobie następujące pytanie: która grupa graczy wróci, gdy pojawi się większa aktualizacja zawartości gry? Ta, która czuła się nagradzana i odeszła z poczuciem spełnienia? A może ta sfrustrowana, która porzuciła daną produkcję, ponieważ nie sprawiała im przyjemności? Odpowiedź wydaje się oczywista! Z większą chęcią wracamy do przestrzeni, która kojarzy nam się z przyjemnymi wspomnieniami. Na przykład z ciągłym nagradzaniem, z pogonią za lepszą wersją, tego wyjątkowego przedmioty. Bo zawsze jest możliwość zdobycia miecza lub fragmentu zbroi z lepszymi statystykami. Moim zdaniem dobrze zaprojektowany looter wymaga porządnego rytmu nagradzania i utrzymania odbiorcy w poczuciu pogoni za czymś lepszym. Wtedy zabawa sprawia najwięcej frajdy.

Czas na giereczki!

Dzisiaj, w trakcie weekendowej prasówki, wygrzebałem tekst dotyczący czasu i giereczek. Jest w nim wiele bolesnej prawdy i myślę, że branża będzie musiała się zmierzyć się problemem niedoboru uwagi u odbiorców. Wcielcie się na moment w twórcę gry. Męczy się, projektuje, programuje, zarządza zespołem, wydaje swój dopieszczony produkt i po pół roku okazuje się, że ma aktywnych 10 graczy. A sprzedaż wyniosła 1000 cyfrowych sztuk. Nierealny dramat? Nie, to jest codzienność, z jaką mierzą się producenci gier niezależnych.

Każdy, kto wchodzi na rynek, zdaje sobie sprawę, z tego, że codziennie na Steamie ląduje mnóstwo nowych tytułów. Trudno się przebić, nawet jeżeli ma się coś ciekawego do zaproponowania. Dobrze wykonany produkt nie gwarantuje sukcesu. Ba! Nawet doskonale poprowadzony marketing nie daje pewności, że tytuł będzie cieszył się sensowną popularnością. Z dzisiejszymi narzędziami tworzenie gier jest stosunkowo proste, każdy może to robić. Jednak to dopiero początek problemów. Warto także pamiętać ograniczonym czasie, jakim dysponuje odbiorca.

Fortnite, to obecnie niezwykle popularny tytuł. Streamerzy pokochali połączenie brutalnego battle royal z kreskówkową grafiką. Tytuł zaczynał jako średniej jakości tower defence, a skończył jako strzelanka, która podbiła serca miłośników cyfrowych zmagań. W sierpniu do gry zalogowało się 78 milionów graczy. Jest to informacja z oficjalnego bloga developerskiego Epic Games. 78 milionów ludzi spędza czas, strzelając do innych, ukrywając się w krzakach i skacząc z latającego autobusu. Jedni zostają na dłużej, inni na krócej. W każdej produkcji są odbiorcy, którzy potrafią spędzić 14 godzin w cyfrowym świecie. Są także tacy, którym wystarcza 10 lub 60 minut. Nie zmienia to faktu, że poświęcają czas, aby zdobywać doświadczenia w jednym, konkretnym tytule. Kierują nimi różne motywacje, od ciekawości do chęci rywalizacji. Skoro ktoś już grywa w Fortnite’a, nawet tę godzinę dziennie, to ile czasu pozostaje mu na zabawę w innych tytułach?

Kolejne 60 minut? A może nie ma go już w ogóle, bo musi wracać do codziennych obowiązków? W przypadku studiów zajmujących się tworzeniem gier sieciowych jest to poważny problem. Tutaj kluczowe jest długotrwałe utrzymanie uwagi odbiorcy, wplątywanie go w kolejne pętle, przebrane za zdobywanie ekwipunku lub kolejne zadanie do wykonania. To dotyczy graczy, którzy już uruchomili tytuł, a co z tymi, którzy nie chcą inwestować czasu w kolejną sieciową zabawę? Współcześni odbiorcy gier komputerowych doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie ma nic za darmo. We wszystkich produkcjach opartych na F2P płacą czasem, a jest on ograniczony, niemożliwy do odzyskania. Tryb wieloosobowy, szczególne ten związany z gatunkiem MMO, zawsze jest powiązany z grindem, farmieniem lub – po prostu – koniecznością poświecenia wielu godzin na osiągnięcie określonego celu.. Pozwanie świata, tworzenie przedmiotów, zdobywanie ekwipunku, poznawanie reguł danej gry, tutaj płaci się czasem.

Dlatego uważam, że rosnącą popularnością będą cieszyły się gry dla pojedynczego gracza. Szczególnie takie, które będą prezentowały określoną historię uzupełnioną przez różnego rodzaju emocje. Aby ukończyć Firewatch, potrzebowałem 6 godzin, a do dziś mam w głowie tę historię, doświadczenia, jakie zaserwowali mi twórcy. W tym roku premierę miał Forstpunk. Gra strategiczna oparta na rozbudowywaniu interesującej narracji o świecie, który skuł lód. We wrześniu pojawił się bezpłatny dodatek, z nowym scenariuszem, z nową historią, z nowymi informacjami na temat zderzenia ludzi z mroźną apokalipsą. Z chęcią wróciłem do Forstpunka. Towarzyszyło mi poczucie skończoności, brak obaw o to, że będę musiał poświęcić setki godzin, aby poznać finał historii.

Rozwleczone opowieści, w które wypełniają nudne pętle, potrafią mnie jedynie zirytować. Myślę, że nie jestem w odosobnieniu. Na pewno jest więcej graczy pragnących ciekawych historii, wciągających światów oraz wyrazistych bohaterów. Mam wrażenie, że coraz mniej osób toleruje nudne pętle oraz powtarzanie tych samych czynności, tylko po to, aby wskoczyć jedno miejsce wyżej w rankingu.

Proste zabawy

Od czwartku poluję na potwory. Świetnie bawię się w cyfrowym świecie Monster Hunter: World, pieszczotliwie zwanym Monhunem. Zanim dopadłem tę grę, trochę o niej poczytałem. Wcześniej nie miałem stycznością z tą serią i nie czuję się z tego tytułu poszkodowany. Najnowszy Monhun wciąga! Jak porządny odkurzać! Z trudem wyłączyłem ten tytuł, aby zająć się innymi sprawami.

Gdy zacząłem się zastanawiać, dlaczego Monhun zabrał mi już blisko 12 godzin, to dotarło do mnie, że gra jest oparta na prostej pętli. Przygotowanie do polowania, łowy, walka z potworem, zdobywanie materiałów, powrót do obozu i od początku. Oczywiście ta pętla schowana jest pod wieloma warstwami. Są różne rodzaje zadań i nagród, rozbudowany system tworzenia przedmiotów, a także wiele statystyk i umiejętności, których warto pilnować. Dlatego bardziej bezpośrednim przykładem prostej pętli rozgrywki będzie Moonlighter. To nie jest tak, że Monster Hunter: World jest gorszy! Po prostu ma więcej warstw, które trzeba ściągnąć, aby dotrzeć do fundamentu zabawy.

Moonlighter od samego początku opiera się na prostym cyklu. Zostaje on jasno wyłożony w trakcie, całkiem niezłego, samouczka. Gracz wchodzi do lochów, aby zdobyć skarby, które może sprzedawać w swoim sklepie lub wykorzystać do tworzenia lepszego ekwipunku. Bo bez mocniejszego miecza i bardziej trwałem zbroi pokonanie kolejnego bossa nie będzie możliwe. A teraz wywalam dodatkowe warstwy. Gracz sprzedaje przedmioty zdobyte w lochach, aby uzyskać pieniądze na stworzenie lepszego ekwipunku. Przygotowuje się do wyprawy, czyli bierze zestaw mikstur oraz broń. Wchodzi do lochów, w których pokonuje przeciwników i zdobywa nowe materiały. Wraca do sklepu i zabawa zaczyna się na nowo. W pętli są dwa kluczowe elementy, mocno ze sobą związane. Sprzedaż przedmiotów oraz eksploracja lochów. Aby mieć artefakty, trzeba odwiedzać lochy. Przetrwanie w nich jest niemożliwe, bez odpowiedniego ekwipunku, który można kupić za pieniądze zarobione na handlu artefaktami.

Tutaj nie ma żadnego kombinowania, fundament rozgrywki jest banalnie prosty. Kluczowe jest obudowanie tych elementów. Moonlighter jest bogaty w dodatkowe mechaniki, które sprawiają, że rozgrywka pozostaje długo świeża. Wystarczy spojrzeć na zaprezentowane w grze lochy. Każdy ma swoją historię oraz własnych strażników. Wymaga to stosowania różnych strategii, ciągłego dostosowywania stylu rozgrywki do aktualnej przestrzeni. Na dodatek lochy mają własne historie, które powoli poznaje gracz. Pojawia się chęć poznania historii świata, w którym gracz zbiera i sprzedaje różnego rodzaju przedmioty.

Gdy zacząłem powoli rozkładać Monhuna oraz Moolightera, uderzyła mnie prostota podstawowej pętli. Żadnego kombinowania. Dopiero na podstawie tego fundamentu dokładne były kolejne elementy. Jednak zostało to zrobione w taki sposób, aby główna pętla rozgrywki nie uległa dekonstrukcji. Nowe elementy dodatkami, rozszerzają kontekst zabawy, ale go nie zmieniają. Gracz w dalszym ciągu porusza się po wcześniej zbudowanym fundamencie. Skomplikowane produkcje, oparte na wielu różnych mechanikach, potrafią być ciekawe. Jednak często odnoszę wrażenie, że szybko zaczynają przytłaczać użytkowników. A dobrze zastosowanej prostocie leży potężna siła! Dlatego trzeba dobrze wyczuć, kiedy można kombinować, a kiedy należy po prostu skupić się na rozbudowywaniu podstawowego schematu rozgrywki.

Mój drugi rok w gamedevie

Rok temu skrobnąłem tekst na temat pierwszego roku pracy w gamedevie. Dzisiaj uznałem, że warto wrócić do tego tematu. Minęło kolejne 12 miesięcy, od dwóch lat pracuję przy tworzeniu gier. Projektuję, analizuję, zarządzam. Pilnuję, aby nic się nie rozpadło, przynajmniej od razu. Zdarza się, że muszę gasić pożary. Czasami jest ciężko, są tygodnie, w których mam ochotę tylko pospacerować z psem, obejrzeć z Żona film i poczytać książkę. Jednak lubię to zmęczenie, ponieważ towarzyszy mu poczucie wykonania określonego zadania. W tym roku miałem przyjemność obserwować, jak gracze radzą sobie z matchmakingiem, przy którym aktywnie pracowałem.

Dlatego chciałbym poruszyć kwestię odpowiedzialności za design. Piszę do Ciebie, game designerze, z głową pełną pomysłów, z chęcią tworzenia nowych mechanik lub całych gier. To wcale nie jest tak, że każdy Twój, nawet najbardziej kreatywny pomysł, będzie od razu doceniony. Rozejrzyj się. Zrozum kontekst, w jakim pracujesz. Dla kogo tworzysz daną grę? Czy chociaż trochę rozumiesz odbiorców, do których musisz trafić? Nie mam na myśli dokładnego zrozumienia społeczności, od tego jest community manager. Po prostu wypada się rozejrzeć, porozmawiać z ludźmi, na przykład osobami z obsługi klienta. Warto wiedzieć, z czym walczą Twoi odbiorcy, aby lepiej zrozumieć ich potrzeby. Tutaj nie chodzi o ograniczenie Twojej wizji, ale o jej rozwinięcie. Budowanie nowych mechanik, tworzenie gier, to skrupulatne składanie elementów. Obowiązkiem designera jest rozumienie, jak to wszystko się ze sobą łączy.

Game designerze! Iteruj swoje koncepcje, słuchaj tego, co ma do powiedzenia project manager, programista, grafik, słowem – każdy, kto z Tobą pracuje. Nie siedzisz za biurkiem sam, jesteś częścią zespołu. Kolejne 12 miesięcy w gamedevie uświadomiło mi, że w branży jest zdecydowanie zbyt dużo samozwańczych artystów, po brzegi wypełnionych oryginalnymi, wyjątkowymi i intrygującymi pomysłami. Gdzie są rzemieślnicy? Umarli? Dlaczego nikt nie chce po prostu dobrze wykonywać swojej pracy? Od razu trzeba drzeć mordę o kreatywności, o ograniczeniach, zasłaniać się wielkimi koncepcjami? Wycieranie sobie gęby fragmentami przeczytanych książek i obejrzanych materiałów z Extra Credits prowadzi do nikąd. Apeluję! Game designerze, bądź członkiem zespołu. Pracuj z innymi, szukaj kompromisów i rozwiązań, które będą w stanie zadowolić obie strony. Zanim rozpoczniesz wojnę, zastanów się, czy to o co chcesz walczyć, jest warte konfliktu. Czasem warto się szarpać z innymi, szczególnie jeżeli ma się przekonywające argumenty, ale moje doświadczenie podpowiada mi, że konieczna jest umiejętność dobrego rozróżniania. Zaakceptowanie zdania drugiej strony nie jest porażką, to element pracy game designera.

W pracy zajmuje się także analizą danych oraz projektowaniem danych do ich zbierania. Po pierwszej fascynacji wykresami i tabelkami zaczynam mieć wątpliwości. Gra jest przecież doświadczeniem, nie wszyscy gracze grają z otwartym arkuszem kalkulacyjnym. Nie wszystko musi być doskonale zbalansowane, może warto poświęć idealny matematyczny układ, na rzecz dobrej zabawy? Data driven design to modny trend, związany z wszechobecną fascynacją big data. Zastanawiam się, czy precyzyjne profilowanie i mocne opieranie zmian wyłącznie na arkuszu kalkulacyjnym, jest autentyczną odpowiedzią na potrzeby odbiorcy. Zaznaczam, że – moim zdaniem – chce się on, przede wszystkim, dobrze bawić. Może potrzebne jest tutaj dobre zdefiniowanie tego, czym owa zabawa jest? Czy dane to faktycznie odpowiedź na realne potrzeby klientów?

Nie wiem. Wciąż się nad tym zastanawiam. Mam kolejne 12 miesięcy, kolejny rok, do kolejnego wpisu. Obym do tego czasu znalazł odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Literat przegląda Internet #130

Minął tydzień pełen wrażeń. Czas na spokój, odpoczynek, sadzenie i siedzenie na dworze. Przynajmniej przez następne dwa dni, bo potem czas na kolejne rozdanie, kolejne zadania. Coraz bliżej początku maja, bliżej dłuższego odpoczynku i spokoju.

Jak pogodzić matematykę z doświadczeniem gracza?

Komputer w wersji zrób to sam.

Jeżeli oglądacie Dolinę Krzemową, to zachęcam do przyjrzenia się czołówce.

Steve Wozniak porzuca Facebooka.

Twórcy gier komputerowych próbują wpływać na polityków.

Page 1 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén