Tag: hbo (Page 1 of 3)

Oślepiające Zło

Ile szumu narobiło Ślepnąć od świateł! Polski serial produkcji HBO na podstawie prozy Jakuba Żulczyka. Obraz brudny, efemeryczny, poszarpany, tak mocno inny od tego, co nam serwuje nam popkultura. Serial podzielił fanów narracji ze srebrnego ekranu. Jedyni widzą powiew geniuszu, a inny łatwą do przejrzenia hochsztaplerkę. Gdybym miał podsumować nastawianie odbiorców w stosunku do serialu, to powiedziałbym, że jest podobne jak moje do powieści Jakuba Żulczyka. Specjalną estymą nie darzę, ale Zmorojewo Ślepnąc od świateł traktuję jako teksty świetne. Niekoniecznie wybitne.

Serial zapamiętam jako ciężką przeprawę. Brnąłem jak przez bagno, jednak nie uznaję tego zawadę. Sposób prezentacji świata przedstawionego, Warszawy oraz jej nocnego życia, przytłaczał. Był gęsty we wrażenia, często skrajne, wyniszczające nerwy. Konfrontacje pomiędzy bohaterami oraz ich język były jak kowadła, które ktoś mi zrzucał na głowę.Siedziałem oczarowany, oglądałem, brnąłem i czekałem na kolejne uderzenie. Dla mnie Ślepnąc od świateł nie jest obrazem, który można obejrzeć w ciągu jednego dnia.Potrzebny jest dystans. Chwila na przetrawienie tego, co przed chwilą się zobaczyło.

Jednak to nie główny bohater przykuł moją uwagę. Znacznie bardziej zainteresowała mnie kreacja Daria, w którego wcielił się Jan Frycz. Postać ta już w książce była przerażająca. W serialu to czyste Zło, uosobienie siły,której jedynym celem jest destrukcja. Z Dariem zderza się każdy.Nawet Warszawa. Nikt z tych strać, nie wychodzi cało. Dario idzie po trupach, nagina świat do swojego sposobu widzenia. Działa bez najmniejszego wahania. Chwilami traktowałem go jako potop, o który modli się główny bohater. Jednak ta siła nie przynosi oczyszczenia, wprost przeciwnie! Ściąga na dno, zmienia kierunki prądów, jest gotowa w dowolnym momencie pozbawić indywidualnego życia i wlać w bohatera swój własny sens. Dario to metodyczne szaleństwo. Obłęd sterowany przez silną wolę. We wszystkich decyzjach widać Zło działające w sposób celowy i pozbawiony przypadku. A jego omnipotencja sprawia, że jest jeszcze bardziej przerażający.

Temat Zła w kulturze jest fascynujący. Poruszony został w obu częściach Detektywa.Zło w Ślepnąć od świateł ma wymiar metafizyczny. Przenika, rozdziera, powoli wkrada się do głów bohaterów. Nadanie mu ludzkiej postaci, często demonicznej, sprawia, że staje się ono jeszcze bardziej namacalne. To nie jest jakiś tam demon z piekła rodem, tylko siła, której nikt nie może powstrzymać. Człowiek, zły do szpiku kości. Znający tylko własną moralność. Osoba traktująca świat jako wroga, którego należy zniszczyć. A najlepiej zrobić to krok po kroku. Metodycznie. Boleśnie.

Ślepnąć od świateł to opowieść o potopie, który następuje w najmniej oczekiwanym momencie. Nie zmywa syfu. Po prostu niszczy znany świat, a w zamian daje pustkę.

Mruczący mściciel

Miałem mocno serialowy początek roku. Wciąż rozgrzebane jest OA, po długim ociąganiu postanowiłem zacząć swoją przygodę z Breaking Bad. Skończyłem dwie produkcje – Tabu i Młodego papieża. Oba seriale mają tyle samo przeciwników, co zwolenników. W tym tekście nie chcę zajmować się genialną kreację Jude’a Law, ale równie interesującą postacią Jamesa Delaney’a.

Głównego bohatera Tabu, czyli wspomnianego w lidzie Jamesa, zagrał Tom Hardy. Muszę przyznać, że sposób przedstawienia człowieka pragnącego zemsty był przekonujący. James Delaney z jednej strony budzi sympatię, bo ma przemyślany plan działania, ale potrafi też wzbudzić w odbiorcy przerażanie i odrazę. Szczególnie gdy ze zwierzęcą brutalnością rozprawia się z nasłanymi na niego zabójcami. Jucha obficie wylewa się na ziemię, a James Delaney ma tendencję do pojadania serduszek z pokonanych wrogów. Co czyni z niego postać przerażającą, dodanie do tego nieustępliwości sprawia, że główny bohater Tabu staje się metodycznym i zimnym mścicielem.

Sama konstrukcja serialu jest oparta na znanym w kulturze motywie powracającego mściciela. Jeżeli nie wiecie, kim jest hrabia Monte Christo, to jak najszybciej postarajcie się nadrobić tę zaległość! Gwarantuje Wam, że zapoznanie się z tym bohaterem powieści Aleksandra Dumasa pozwoli na pełniejsze spojrzenie na postać Jamesa Delaney’a. Twórcy serialu Tabu postanowili dodać szczyptę tajemnic w postaci specyficznego powiązania bohatera ze światem duchów. Istotne są dwa wydarzenia: indiańskie pochodzenia matki Jamesa Delaney’a oraz jego – do końca niejasny – pobyt w Afryce. W wyniku zderzenia tych dwóch elementów staje się groźnym łowcą, ponieważ w serialu pojawiają się duchy, zwidy oraz zmory, których intencje są nieoczywiste, jednak odbiorca ma w pełni uzasadnione prawo podejrzewać, że pomagają one bohaterowi w osiągnięciu celu.

Droga mściciela jest trudna i najeżona pułapkami. Bohater Tabu, poza umiejętnością komunikowania się ze światem duchów, doskonale manipuluje innymi postaciami. Cała intryga opiera się, na umiejętnym rozgrywaniu poszczególnych strać – zarówno tych fizycznych, jak i psychologicznych. Właśnie w głowach postaci wydarzają się najciekawsze bitwy, doskonale sieje w nich zamęt główny bohater. Być może właśnie dlatego tak dobrze ogląda się serial Tabu. Stworzenie postaci, która swoją siłę opiera na umiejętności manipulowaniu ludźmi, sprawia, że odbiorca cały czas zastanawia się, co tym razem wymyśli James Delaney, kogo i jak oszuka. Sami twórcy starają się wręcz podkreślać ten aspekt poprzez wrzucanie bohatera w sytuacje – jak na początku się wydaje – całkowicie bez wyjścia.

Warto zaznaczyć, że Jamesa Delaney’a nigdy nie wyciągnęły z lochów duchy. Dodanie tajemnych sił działających w serialowym świecie, nie oznacza, że twórcy automatycznie zrezygnowali z realizmu.

NaSłuch #6 – Rzemieślniczy „Pakt”

//Materiały:

//Podcast można odsłuchać na Soundcloud lub pobrać.

Vinoth Chandar / illusion (CC BY 2.0)

Wielka iluzja

Co robić, gdy już przestanie się pisać i czytać? Może lepiej w coś pograć? Nie, ile można się naświetlać przed monitorem, lepiej rozsiąść się na kanapie i oddać się telewizorowi. Problem polega na tym, że nic nie ma, a wpadać w zapping nie mam ochoty. Pozostaje mi burżujstwo, czyli HBO Go. Ale, co należy stwierdzić, w umowie brakuje zapisu o dostarczaniu interesującej zawartości, dlatego ta telewizja na żądanie potrafi rozczarować.

Właśnie tak ze sobą walczę w piątki. Nie wiem na, co mam ochotę, czuję się wyczerpany całotygodniowym klepaniem w klawisze, opracowywaniem kolejnych numerów „Wiadomości Literackich”, recenzowaniem książek i przygotowywaniem zajęć dla moich studentów. Wtedy zdaję się na moją Żonę, która ma talent do wyszukiwania różnych interesujących filmów. Tym razem zaproponowała Houdiniego – miniserial opowiadający o losach tego słynnego (o ile nie najsłynniejszego lub legendarnego) iluzjonisty. Nie żałuję spędzonego czasu przy tej produkcji. Zrobiona jest w sposób ciekawy, twórcom udało się osiągnąć równowagę pomiędzy faktami biograficznymi, a legendą Huodiniego. Mnie ujęło coś innego.

Najbardziej spodobała mi się warstwa psychologiczna. Współcześnie rzadko konfrontujemy wielkiego człowieka, postać uznaną przez wszystkich za wybitną, z jego słabościami. Mam wrażenie, że odurzeni rozwojem osobistym i koaczowaniem staramy się ich nie widzieć. Wyrazów kreatywności szukamy tam, gdzie nie trzeba. Co było talentem Houdiniego? Umiejętność odwracania uwagi, spryt, sprawność ciała i umysłu – te wszystkie elementy uczyniły z niego wybitnego iluzjonistę. Serial doskonale portretuje człowieka, dla którego praca nad swoimi umiejętnościami była znacznie ważniejsza od mów motywacyjnych oraz wizualizowania sobie sukcesu. Jednocześnie twórcy pamiętali o zbudowaniu fundamentów motywacji i umiejętności Houdiniego. Dlatego tak ważna była dla nich psychika postaci, ukazanie relacji bohatera z otoczeniem, tego jak stara się dopasować samego siebie do legendy. Serial oparty jest na książce Houdini: A mind in chains. Psychological Portrait Bernarda C. Meyera. Po obejrzeniu serialu uważam, że może to być interesująca lektura.

Ciekawy jest sposób, w który prezentujemy ważne dla kultury postacie. Zawsze idziemy w kierunku legendy i mam wrażenie, że próby jej rozmontowania nie odnoszą skutku. Umacniamy się w myśleniu o wielkich, jako o ludziach walczących o swoje, docierających do sukcesu w samotności. Współczesna wielkość nie lubi się dzielić. Houdini jest inny. Ten serial wyraźnie pokazuje korzenie głównego bohatera oraz jego rodzinę. Postać zawsze musi opowiedzieć się względem kogoś. Wielkość w tym serialu pokazana zostaje jako umiejętność zrozumienia własnych ograniczeń, a następnie ich przekroczenie. Budowanie samoświadomość pokazane zostaje jako skomplikowana praca wymagająca sporo skupienia. Houdni jest niemodny – za mało w nim rozmów o motywacji, a za dużo bolesnych starć ze światem.

Właśnie dlatego warto obejrzeć ten serial. Można dać się porwać intrydze, solidnej narracji i jednocześnie czuć, że twórcy doceniają uwagę i inteligencję widza. Rzadkość godna docenienia.

//Obrazek wyróżniający: Vinoth Chandar / illusion (CC BY 2.0)

Akira Hsu / Simply and funny (CC BY-NC-ND 2.0)

Mnie nie śmieszy

Obejrzałem Siedem dni w piekle. Komediowy paradokument o tenisistach. Zaczęło się ciekawie, w tak przyjemnie absurdalny sposób, a potem było już tylko gorzej. Zdziwiony jestem, że HBO ufundowało program reprezentujący humor najniższych lotów, okraszony fallusami. Żart bez prącia to żaden dowcip. Nie ma przecież nic śmieszniejszego, wymięka przy tym nawet klasyk, czyli chłop przebrany za babę. Jednak nie czuję, aby ten czas był zmarnowany. Siedem dni w piekle zainspirowało mnie do zastanowienia się nad tym, co mnie śmieszy, a co nie.

Nie oglądam polskich kabaretów. Kiedyś, przez jakiś czas, śledziłem Kabaret Moralnego Niepokoju, Limo oraz Neonówkę. W piątki razem z Żoną oglądaliśmy Kabaretowy Klub Dwójki, ale potem przestaliśmy. Najnormalniej w świecie, proponowane tam skecze, nie śmieszyły nas. Oboje dysponujemy specyficznym poczuciem humoru, nie to, że jakoś specjalnie wyszukanym, ale lubimy pośmiać się z różnych absurdalnych konfiguracji. Dlatego tak bardzo lubiliśmy improwizacje kabaretu Limo. To było coś, prawdziwe salwy śmiechu, a nie uśmieszek wywołany politowaniem – w ten sposób reaguje na twórczość współczesnych kabareciarzy, którzy pojawili się na różnych festiwalach. Jak ma śmieszyć, skoro nie śmieszy?

Dlaczego skecze muszą być, aż tak prostackie? Odbiorca nie jest w stanie pomyśleć? Rozwiązania trzeba dawać mu na tacy, a nawet walić nimi w twarz? Odczuwam znudzenie współczesnym polskim humorem prezentowanym w telewizji. Ileż można się śmiać z naszej klasy politycznej? Oni sami robią i mówią takie rzeczy, że aż strach ich naśladować. Przestali być śmieszni, są po prostu żałośni. Polski kabaret polityczny umarł i trudno się temu dziwić. Skoro nawet Aszdziennik wysiada przy reakcjach litościwie nam rządzących. Co nam pozostaje? Naruszanie poprawności politycznej? W czasach Internetu jest to bardzo trudno. Nagle okazuje się, że nikt nie ma do siebie dystansu, każdego można łatwo urazić. Granie stereotypami, które uwielbia kultura popularna, przestało być śmieszne. Teraz jest niebezpiecznie! Nie wiadomo, kogo się dotknie, jak bardzo ten ktoś poczuje się skrzywdzony i na którym forum postanowi obsmarować twórcę.

Poczucie humoru i dystans do siebie, w szczególności własnych poglądów, to podstawa w dobrym kabarecie. Trzeba jeszcze dodać umiejętne rozmontowywanie stereotypów. Coś takiego robi Billy Crystal w stand-upie 700 niedziel. Program ten jest dowodem na to, że wciąż są ludzie, którzy potrafią umiejętnie budować napięcie i rozśmieszać ludzi za pomocą odpowiednio dobranych anegdot. Obejrzyjcie, gorąco polecam. Jest to znacznie lepsze od niejednego polskiego kabaretu, który w prostacki sposób próbuje opisywać otaczającą nas rzeczywistości. Najbardziej drażni mnie to, że tego typu skecze pojawiają się, ponieważ jest na nie popyt. Źle to świadczy o nas, o odbiorcach popkultury.

Czy to oznacza, że absurdalny humor rodem z filmów Monty Pythona zginie? Mam nadzieję, że nie i następnym razem trafię na coś, co faktycznie mnie rozbawi i będzie pozbawione fallicznych wypełniaczy.

Obrazek wyróżniający: Akira Hsu / Simply and funny (CC BY-NC-ND 2.0)

Page 1 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén