Tag: krytyka kultury (Page 1 of 3)

Kulturowe malkontenctwo

Zawsze chętnie czytam teksty zajmujące się krytyką polskiej kultury. Naiwnie myślę, że kiedyś trafię na osobę, która przedstawi program, dokładnie opisze, jakie teksty chciałaby widzieć. Z ciężkim sercem stwierdzam, że – jak do tej pory – na nic takiego nie trafiłem. Za to w Internecie pełno jest narzekania. Kino umarło, seriale leżą i kwiczą, literatura stała się zestawem szmir, a w muzyce króluje kicz.

Cięgi dostają muzyka, kino oraz literatura. Jeżeli chodzi o filmy, to nie jestem specjalistą, oglądam, czasem machnę jaką recenzję, ale mam za mało wiedzy, aby wypowiadać się na temat kondycji tej dziedziny sztuki w Polsce. Muzyki słucham, moim głównym źródłem jest Spotify oraz Progam Trzeci Polskiego Radia. Muszę przyznać, że wciąż trafiają się interesujące polskie zespoły. Dzięki Liście Przebojów Trójki poznałem Korteza, Skubasa, to w Trójce po raz pierwszy usłyszeliśmy z Żoną Organka. A Pablopavo? Kawał dobrej muzyki oraz solidnie napisane teksty. Wystarczy spojrzeć na inicjatywę „Męskie Granie”, które od kilku lat prezentuje polskich wykonawców. Nie ma tam miejsca na przypadek, na szmirę. Czyli jednak coś jest, wystarczy poszukać. Podejrzewam, że osoby zainteresowanie innymi gatunkami muzycznymi, również, bez najmniejszego problemu, wskazałby ciekawych wykonawców.

A co z polską literaturą? Tutaj nie jest tak źle, na polu kultury popularniej możemy pochwalić się interesującymi tekstami i nie mam tutaj na myśli Andrzeja Sapkowskiego i Wiedźmina. Mamy Marka Krajewskiego z kryminałami umiejscowionymi we Wrocławiu. Życzycie sobie eksperymentu? Proszę sięgnąć po powieści kryminalne Marcina Świetliciego. Ostatnio ukazał się Hel3 Jarosława Grzędowicza, dobra książka z kiepskim zakończeniem. Nie zapominajmy o Opowieściach z Meekhańskiego Pogranicza Roberta M. Wegnera! A już grzechem kardynalnym jest pominąć prozę Feliksa W. Kresa. Wierzcie mi, że o polskiej literaturze mógłbym pisać długo, wymieniając autorów mniej i bardziej znanych. Niektórzy domorośli krytycy wyrabiają sobie opinię na podstawie pozycji wystawionych na targach książki. Bywałem na nich i wcale nie odniosłem wrażenia, że polską literaturę zalewa fala kiczu, że toniemy pod tekstami miałkimi i nie ma już nic ciekawego. Podstawowym problemem naszych nadwiślańskich malkontentów jest brak umiejętności selekcji tekstów. Trzeba poszukać, sprawdzić katalogi, przejść się do biblioteki i zapytać o nowości. To bardzo proste.

Zamiast opluwać polskich autorów na lewo i prawo, krzyczeć o upadku polskiej sztuki, warto przyjrzeć się poszczególnym dziedzinom bliżej. Mamy różnego rodzaju mody, które utrzymują się dłużej lub krócej. Przetrwaliśmy marsze żywych trupów, wojny wampirów z wilkołakami. Jeżeli jakiś temat się sprzedaje, to trudno mieć pretensje do wydawców, że zamawiają takie teksty. Tak działa rynek, a teksty w kulturze uczestniczą w nim na prawach produktów. Zostało to już zauważone w książce Duch czasu (1962) francuskiego socjologa Edgara Morina. Teksty kultury zostały obdarte z aureoli wyjątkowości, dzisiaj polegają procesom produkcji oraz promocji. Paradoksalnie nie ma w tym nic złego, księgarze i wydawcy zawsze chcieli zarabiać. W dwudziestoleciu międzywojennym dom wydawniczy Gebethner i Wolff (jeden z najważniejszy z tamtego okresu) miał niezwykle szeroką ofertę. Obok klasyki polskiej literatury pojawiały się także teksty z zakresu literatury popularnej, wystarczy wskazać na Czandu. Powieść XII wieku Stefana Barszczewskiego. Zarabianie na modnych książkach nigdy nie było czymś zdrożnym.

Współcześnie brakuje nam krytyków. Osób znających daną dziedzinę sztuki i potrafiących wskazać, co jest dobre, a co złe. Oczywiście w ramach jasno określonego systemu. Brakuje cierpliwości, chęci zgłębiania tajników filmu, teatru, literatury i muzyki. Natomiast odbiorcy nie są przygotowani do odbioru tekstów z wyraźnym nastawieniem krytycznym. Dopóki to się nie zmieni, to skazani jesteśmy na zwykłe, miałkie i do bólu zbędne malkontenctwo.

W czarnym zwierciadle

Obok Stranger Things do Netfliksa przyciągnął nas inny serial – Black Mirror. Kiedyś w telewizji obejrzeliśmy kilka odcinków, ale ze względu na późną porę emisji często zapominaliśmy o Czarnym zwierciadle. Na szczęście z pomocą przyszedł cyfrowy model dystrybucji treści i dzięki wszechobecnemu Internetowi mogliśmy obejrzeć serial, kiedy było nam wygodnie. Od razu zauważaliśmy jedną, bardzo oczywistą sprawę – Czarne zwierciadło nie jest pozycją, która idealnie nadaje się na maratony. Chyba że ktoś koniecznie wyzbyć się złudzeń dotyczących ludzkiej kondycji.

Kolejne sezony doskonale wbijają szpile w nasze ponowoczesne fascynacje. Obrywa się całej kulturze opartej na ekranach, na obrazach, na manipulacji tłumem. Przerażające jest to z jaką łatwością Czarne zwierciadło ujawnia nasze przyzwyczajenia oraz świadomą ślepotę. Talent show jest doskonałą formą zabawy oraz szansą na zaistnienie w mediach, a także poprawę własnego losu? Tak? Jesteście tego pewni? A może to wrażenie zostało w Was wykreowane przez przemysł rozrywkowy? Może celem takiego programu jest wyeksploatowanie ludzi uzdolnionych, zebranie ich w jednym miejscu i uśrednienie ich zdolności? Do tego dochodzą „kosmici”, czyli osoby ślepo wierzące w swoje umiejętności, ale całkowicie pozbawione jakiegokolwiek talentu. Pojawiają się tylko po to, aby zostać ośmieszonymi przez wszechwładne jury, które jest bezwzględne niczym rzymski władca obserwujący zmagania gladiatorów. Zastanawiam się, ile osób ogląda talent show tylko po to, aby zobaczyć takiego kosmitę, aby pośmiać się z jego nieudolności, aby przyklasnąć jury, że tak sprawnie oddziela ziarna od plew. Podejrzewam, że niewiele osób szczerze odpowiedziałoby na takie pytanie, przecież wszyscy oglądamy talent show, aby kibicować tym najzdolniejszym, aby obserwować, jak ich życie się zmienia. Doszukiwanie się złych zamiarów jest po prostu nie na miejscu. Bardzo chciałbym w to wierzyć, ale mój wrodzony cynizm i Czarne zwierciadło każą mi zwątpić w dobre intencje odbiorów.

Jednak najciekawszym wrażeniem, jakie pozostaje po obejrzeniu kilku odcinków Black Mirror jest poczucie, że ukazana tam przyszłość jest tuż za drzwiami. Wszyscy chętnie spoglądamy na telefony, a opinie o świecie coraz częściej budujemy sobie na podstawie obrazków zobaczonych w mediach społecznościowych. Właśnie ostatni sezon Czarnego zwierciadła jest skoncentrowany na takim bezrefleksyjnym postrzeganiu rzeczywistości. Kliknąć, polubić, napisać złośliwy lub nienawistny komentarz, ocenić – zero konsekwencji, wolność w najczystszej postaci. W trakcie wpatrywania się w ekran umyka nam bardzo wiele drobiazgów, ale interesujący jest także odczłowieczający wpływ nowoczesnych technologii. Trudno ustrzec się wrażeniu, że wiele postaci zaprezentowanych w Czarnym zwierciadle bardziej przypomina maszyny, niż żywych ludzi. Zamknięci w swoich pętlach ciągle wykonują określone czynności i nie pragną wyjść poza bezpieczny obszar. Co ciekawe, to poczucie pewności jest zakorzenione w ekranie, w posiadaniu zwierciadła, dzięki któremu w każdej chwili mogą ujrzeć swoje, poprawione w cyfrowy sposób, odbicie osobowości.

Black Mirror miażdży pozory bezpieczeństwa, bez pardonu rozprawia się z wiarą, że nowoczesne technologie nas zbawią. Serial ten prezentuje świat, który stał się piekłem, ale ludzie za wszelką cenę próbują tego nie widzieć. W końcu cały czas są wpatrzeni w nieustannie noszone zwierciadła.

Literat przegląda Internet #58

To miał być bardzo pracowity tydzień. Planów miałem mnóstwo, a skończyło się na oglądaniu filmów, seriali i czytaniu książek. Być może potrzebowałem takiego małego resetu, odskoczni od ciągłego pisania i myślenia. Jednak zaległości trzeba nadrobić, zadania same się nie wykonają. Nie cierpię, gdy mam czerwone rzeczy na liście…

Ten przegląd będzie gamedevowy. Na początek podsumowanie PGA oczyma zagranicznego dziennikarza. Jest trochę o wódce!

Znam i cenię RimWorld, jednak nie spodziewałem się, że można analizować kod gry pod kątem ról społecznych. Interesujące.

Science fiction i religia? Zdarzają się teksty, w których te dwa tematy są poruszane.

Zastanawialiście się kiedyś nad sytuacją osób, które podkładają głosy w grach? Ja też nie, ale ten tekst dał mi do myślenia.

Z cyklu „oczywiste oczywistości” – tworzenie gier komputerowych, to coś więcej, niż programowanie. Wrzucam, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś o tym zapomniał.

Wulgarne wzorce

Od wtorku polski Internet żyje jednym tematem – ciemną stroną YouTube’a. TVN w „Superwizjerze”, programie, który ma ambicje być produkcją opartą na solidnym dziennikarstwie, zaprezentował reportaż na temat konfliktu Atora oraz Gimpera. Panowie byli mi całkowicie nieznani, nie zapuszczałem się w te rejony internetowej twórczości. Wiem, że cieszą się wyjątkową popularnością wśród młodzieży uczęszczającej do gimnazjum. Próbka materiałów Gimpera wskazuje na to, że może to być dość poważny problem.

Reportaż pokazany w TVNie koncentruje się na filmach wulgarnych oraz pełnych treści, które – delikatnie mówiąc – są niestosowane. Z zadziwiającą lekkością Gimper opowiada o swoich poczynaniach przed internetową publicznością i daleki jest do tego, aby dostrzec w tym coś złego. Jest to bardzo, bardzo niebezpieczny sygnał. Należy pamiętać o tym, że nawyki wypracowane w młodości bardzo trudno zmienić i nie jest to banał rodem z poranków motywacyjnych w korpo. Osoby po studiach humanistycznych znają takie zjawisko jak socjalizacja i świetle pokazanych w reportażu materiałów oraz tych, które postanowiłem obejrzeć, Gimper wychowuje osoby pełne nienawiści i całkowicie pozbawione jakichkolwiek hamulców. Celowo użyłem czasownika „wychowuje”. Nie jest to żadne przejęzyczenie, ale wskazanie na to, że próżnię po takich autorytetach jak nauczyciele lub rodzice zajęli youtuberzy.

Opierają swoje materiały na wulgaryzmach oraz silnym ostracyzmie. Zachowanie Gimpera w serii „Overwatch” ma wyraźne znamiona agresywnej plemienności. Autor koncentruje się wyłącznie na wyrzucaniu osób z grupy i jednocześnie je przy tym obraża. Daje tym samym przyzwolenie na czynienie tego samego przez swoich fanów, tworzy określony wzór zachowania występujący w plemieniu (bo grupa to zdecydowanie za małe słowo) Hajsowników. Ich przywódcą, wręcz dyktatorem, jest sam Gimper, który za sprawą swej łaski docenia niektórych użytkowników, a innych, siłą nienawiści, po prostu strąca w niebyt. Dla dobrze wykształconego kulturoznawcy ta struktura jest dobrze znana, ale jej niebezpieczeństwo polega na tym, że zachowania Gimpera i Hajsowników znajdują się w próżni wzorców. Komu ich przeciwstawić?

Autorytetem miałby być polityk? To jest niemożliwe. A może nauczyciel? Nigdy w życiu! Osoby, którym powierzono trudną misję wychowania młodzieży oraz kształtowania ich postaw, są traktowane niczym wyrobnicy. Ważne jest uzyskanie wysokiej zdawalności egzaminu, to dobrze prezentuje się w tabelce oraz zrealizowanie programu. Nic więcej. Jednocześnie dla młodzieży nauczyciel przestał być wzorcem, ale jest zwykłym frajerem, który męczy się w szkole, ponieważ nie potrafił założyć własnego interesu i zarobić pieniędzy. Teraz na scenę wkracza Gimper. Zasięg, fani oraz pieniądze. Prawdziwy przedsiębiorca! Dostaje dary losu, stać go na wszystko i to robi na młodzieży wrażenie. Pieniądz staje się wytłumaczeniem dla jego wulgarnego zachowania oraz ostracyzmu. Chamstwo, a także nierozważne używanie jednoznacznych symboli w kraju z bardzo skomplikowaną historią, obliczone są na jedno – na zarabianie pieniędzy. Na przykładzie Gimpera wyraźnie widać, że kwota na przelewie staje się współczesną spowiedzią, moralną wykładnią, za którą gotowe są podążać tłumy. Youtuber, co widać w reportażu TVNu, stał się ponowoczesnym autorytetem.

Tego problemu nie można bagatelizować! Dlatego zastanawia mnie ciągłe dzielenie świata młodych ludzi na ten wirtualny oraz rzeczywistość. Przestrzenie cyfrowe są dla nich przedłużeniem codzienności, przeżywają tam dokładnie takie same emocje, żyją konfliktami, których nie przenoszą do rzeczywistości, one są dla nich rzeczywiste. Chłoną określone wzorce, z których będą korzystać w przyszłości. Jeżeli ktoś uważa, że demonizuję, to znaczy, że nigdy nie miał przyjemności pracować przy projekcie tworzonym dla młodzieży od lat 13. Wulgarność, poczucie bezkarności, obrażanie innych, kreowanie swojego wizerunku poprzez brak odpowiedzialności za swoje czyny, przechwalanie się naruszeniem zasad – wszystkiego tego nauczyli się w przestrzeniach Internetu. Ich mentorem mógł być określony youtuber, który pierwszy pokazał im, że taki model zachowania jest atrakcyjny i spotyka się z nagrodą w postaci popularności oraz pieniędzy. Element gratyfikacji jest jednoznaczny.

Obawiam się, że ciemna strona Youtube’a to wierzchołek problemów współczesnej kultury. Posunięty do absurdu indywidualizm, który jest ciągle podsycany przez Internet oraz programy typu talent show, prowadzi do gwałtownego rozpadu społeczności opartej na silnych więzach oraz poszanowaniu zasad. Ponowoczesne Ja nie ma granic, jest nauczone być kowalem własnego losu, sięga ciągle dalej i dalej, a także koncentruje się na swojej przyjemności, uzyskiwanej za pomocą gromadzenia dóbr. Reklamy kreują świat, w którym bycie lepszym człowiekiem związane jest z posiadaniem najnowszego telefonu oraz drogiego samochodu. Koncentracja na kulturze materialnej, która opiera się na określonych totemach, prowadzi do ciągłego niszczenia zdobyczy kultury duchowej, często efemerycznej i wymagającej określonych kompetencji, przez co moment gratyfikacji zostaje znacznie odsunięty w czasie.

W „Tygodniku Powszechny” znalazłem wywiad z Adamem Zielińskim, znanym pod artystycznym pseudonimem Łona i jeden fragment doskonale opisuje sytuację z ciemną stroną polskiego YouTube’a:

Radykalizm jest na porządku dziennym. Straciliśmy poczucie wstydu; coraz mniej rzeczy nam „nie wypada”. Gubimy tę, wie pan, poczciwą hipokryzję, którą nasza cywilizacja wymyśliła po to, żeby ludzie nie skakali sobie do gardeł. Jedziemy na grubo.

Te kilka zdań doskonale opisuje problem, z którym już teraz musimy się zmierzyć. Fani wulgarnych youtuberów dorosną i jakoś trudno mi uwierzyć w to, że zmienią swoje zachowanie. Na pewno większość z nich pozostanie właśnie taka jak ich idole.

carnagenyc / Read (CC BY-NC 2.0)

Ci przeklęci czytelnicy!

Ludzie czytający narzekają, że inni nie czytają. To nawet pewnego rodzaju moda – od czasu do czasu psioczyć, że ten nasz polski naród niechętnie sięga po książkę. Wtórują temu badania Biblioteki Narodowej, które po medialnych interpretacjach zdają się wieścić krach rynku księgarskiego oraz upadek intelektualny. W końcu bez książek nie da się żyć, to one są podstawą wszelkiej myśli, to one rozwijają najbardziej i koniecznie trzeba czytać. A jak się czyta, to trzeba narzekać, że inni nie czytają.

Nie będę ukrywał, że słowo pisane, zarówno to drukowane jak i wyświetlane na takim na przykład Kindle’u, jest dla mnie piekielnie ważne. Uważam, że książki są podstawą, fundamentem wykształcenia oraz metodą ostrzenia umysłu. Grube tomiszcze, pełne interesujących fraz oraz bystrych obserwacji, zawsze pozostanie dla mnie najlepszą osełką, ale ja nie mam monopolu na Prawdę. Może ktoś czuje, że znacznie lepiej rozwija go studiowanie obrazów, słuchanie muzyki, rozkręcanie silnika z Syrenki lub lutowanie wzmacniacza. Ilu ludzi, tyle dróg rozwoju. Dlatego wstydzę się tego, że ulegam modzie narzekania na upadek czytelnictwa. Nie potrafię się powstrzymać, zawsze, gdy studenci czegoś nie przeczytają (tam po „drugiej stronie” widać kto przyszedł przygotowany, a kto nie; wierzcie mi), to od razu wpadam w podły nastrój i zaczynam psioczyć. Powtarzam mantrę, którą wszyscy znamy na pamięć – rzucam coś o upadku kultury czytelnictwa, o nieostrych umysłach i o tym, że skutkuje to śmiercią dyskusji. Myślę, że mogę. Jestem literaturoznawcą, więc moja miłość do książek jest bezwarunkowa i trzeba pamiętać o tym, że z powodu wykształcenia są dla mnie bardzo, bardzo ważne. Być może czasem nawet zbyt ważne. Jak się uspokajam, to odpuszczam. Zaraz przypominam sobie o kilku rzeczach.

Przede wszystkim o tym, że zmienił się model odbiorcy. Człowiek otoczony jest informacjami i trudno mu się w nich odnaleźć. Na dodatek z trudem przychodzi czytanie rzeczy uporządkowanych. Coraz częściej odbiorcy łatwiej poruszają się po chaotycznych ścieżkach Internetu, a przeszkodą jest dla nich precyzyjny, literacki wywód. Jeszcze jedna rzecz przychodzi mi do głowy – pomimo dostrzegalnego kryzysu czytelnictwa wydawnictwa nie upadają masowo. Popkultura garściami czerpie z literatury. Wystarczy przypomnieć takie ekranizacje jak Władca Pierścieni, seria o Harrym Potterze lub – te z gatunku „wstydliwej przyjemności” – Pięćdziesiąt twarzy Grey’a oraz Zmierzch. Skoro literatura w dalszym ciągu inspiruje do tworzenia adaptacji, to znaczy, że jest w stanie pobudzać wyobraźnię wszystkich odbiorców. Jest ważna, bo często stanowi fundament dla mody, dla zbiorowej fascynacji. Bez powieści George’a R. R. Martina nie mielibyśmy serialu Gra o Tron, nawet fenomenalny pierwszy sezon Detektywa mocno siedział w literaturze (nawet „zbyt mocno”, bo pojawiło się oskarżenia o plagiat). To w takim razie skąd bierze się to narzekanie?

Po odpowiedź postanowiłem sięgnąć – jakżeby inaczej! – do krytyki literackiej dwudziestolecia międzywojennego. Moja fascynacja tym okresem staje się coraz silniejsza, a rozbudzona została przez dwójkę moich nauczycieli na studiach – dr hab. Beatę Gontarz i dr hab. Małgorzatę Krakowiak. Dzięki tym osobom wiem, że w dwudziestoleciu pisał Karol Irzykowski, jeden z najlepszych polskich krytyków literackich. I ten człowiek napisał tekst zatytułowany Czytelnictwo współczesne w Polsce. Karol Irzykowski analizuje broszurę Stanisława Lama, która nosi taki sam tytuł jak szkic Irzykowskiego, a dotyczy – jak sama nazwa wskazuje – problemów związanych z czytelnictwem w dwudziestoleciu międzywojennym. Już na samym początku można znaleźć interesujący cytat, który jest odpowiedzią na zarzut, że mało kto czyta książki:

Temat okropnie nieaktualny i, jak niejeden sobie pomyśli, obchodzący tylko literatów i księgarzy, którzy chcą odwołać się do ambicji społeczeństwa i robią reklamę swojemu przemysłowi. Przyzwyczajeni jesteśmy do skarg na społeczeństwo – a ono jest jak ów wielki Nikt, którego nigdy w domu nie ma, cierpliwe i wytrzymałe, bo niczego nie bierze do siebie [Irzykowski 246].

Spostrzeżenie słusznie i do dziś aktualne. Współcześnie, gdy rozmawiamy o czytelnictwie, zawsze wskazujemy na nawyki innych, zamiast przyjrzeć się sobie. Człowieku! Zanim zaczniesz narzekać na upadek lektury, to zadaj sobie pytanie: ile książek RZETELNIE przeczytałem? Przez słowo „rzetelnie” rozumiem czytanie z przemyśleniem treści tekstu. Jeżeli niewiele, to siedź cicho i pracuj nad sobą. Jak dużo, to też siedź cicho – nie atakuj, ale zachęcaj, nie dręcz, ale staraj się udowodnić, że lektura potrafi być interesująca i zajmująca. Pamiętam, że kiedyś, w trakcie rozmów z moim unikającym czytania znajomym, okazało się, że on czyta – ale niewiele i tylko powieści fantasy. Nie będzie tutaj pointy o nawróceniu na literaturę piękną, nie będzie opowieści, jak to ten znajomy się Mannem i Proustem zachwycił. Dałem mu spokój. Czyta, prawda? Nawet parę razy z nim porozmawiałem na temat jego lektur i konwersacje te były całkiem interesujące. Atakowanie tych, obnoszących się niechęcią do literatury – nie ma żadnego sensu. Trzy lata dydaktyki na Uniwersytecie Ślaskim nauczyły mnie, że jak ktoś chce być kompletnym ignorantem, to nim pozostanie. Lepiej skoncentrować swoją uwagę na tych, z którymi faktycznie można porozmawiać. Nigdy nie należy obwiniać bezosobowego społeczeństwa, ale pracować na poziomie lokalnym.

Peter Hopper / light reading (CC BY-NC 2.0)

Peter Hopper / light reading (CC BY-NC 2.0)

Książka, gdy tylko pojawiły się nowe formy przekazu (np. gazety i kino), musiała walczyć o uwagę odbiorcy. Karol Irzykowski dostrzega ten problem i charakteryzuje go w następujący sposób:

Książka dziś nie odgrywa już tej roli co dawniej, znaczą część jej funkcji objęły inne urządzenia techniczne, które dały człowiekowi bezpośredniejszy kontakt z życiem i z rzeczywistością. [Irzykowski 249].

Fragment ten wskazuje na to, że autor dostrzega zmiany technologiczne, które dokonują się wokół niego oraz rozumie, że dla niektórych osób mogą być atrakcyjniejsze inne formy opowiadania. Nie oznacza to, że Karol Irzykowski w jakikolwiek sposób deprecjonuje wartość książki, on po prostu widzi, że zmieniają się odbiorcy, a wraz z nimi musi zmienić się także literatura. To jest element, o którym współcześnie zapominamy. Dostrzegam to w szczególności wśród osób należących do eleity intelektualnej. Gdy mówią oni ludzie nie czytają, to mają na myśli – ludzie nie czytają wartościowej literatury, takiego na przykład Manna, który jest fundamentem kultury europejskiej. Ludzie czytają – literaturę popularną, ale ta, co powoli się zmienia, nie jest uznawana za tę prawdziwą i rozwijającą. Trzeba zejść z wieży, wyjść do ludzi i zobaczyć, czym oni się aktualnie interesują. Sukcesy BookRage’y, które zawierały książki z takich gatunków jak fantasty lub science fiction wskazują na to, że w społeczeństwie istnieje głód lektury. Popualrnością cieszą się także kryminały, gatunek, który trochę został już zamordowany i zużyty, ale w dalszym ciągu jest w centrum czytelniczego zainteresowania. W dwudziestoleciu międzywojennym zaczęły pojawiać się pierwsze powieści fantastycznonaukowe, popularnością cieszyły się także powieści odcinkowe, które zawierały w sobie elementy romansów oraz kryminałów. Karol Irzykowski zdawał sobie z tego sprawę, co widać w tekście poświęconym Stefanowi Grabińskiemu, który współcześnie uważany jest za ojca polskiej literatury grozy. Na temat twórczości tego autora Karol Irzykowski pisze:

I nie wątpię, że gdy miną trudności wojenne, fantastyczne nowele Grabińskiego, przetłumaczone na angielskie, francuskie, niemieckie, od razu przejdą do repertuaru popularnej lektury, bo tam jest już publiczność wychowana na dziełach Poego, Stevensona, d’Aurevilly’ego, Ewersa, Strobla i in. U nas tych tradycyj nie ma, a na pisarza fantastycznego spoglądają jak turonia nie tylko czytelnicy, ale niestety i krytycy [Irzykowski 442].

Od czasu, gdy Karol Irzykowski napisał te słowa, niewiele się zmieniło. Polska tradycja lektury powieści popularnych dopiero się rozwija. Jej fundamenty położyli tacy pisarze jak Stanisław Lem, Andrzej Sapkowski i Marek Krajewski. Twórczość tych autorów należy do różnych gatunków, ale to właśnie ich książką stanowią, dla wielu młodych czytelników, przepustkę do świata literatury popularnej. Dlatego tak ważne jest jej ocenianie i interpretowanie – od siedzenia w wieży z kości słoniowej nigdy nie przyszło nic dobrego. Ciekawe jest to, że historia polskiej literatury popularnej faktycznie sięga dwudziestolecia międzywojennego, ale się o tym nie uczy, temat ten jest ciągle pomijany. A szkoda, bo często są to fascynujące rzeczy.

Skoro już jesteśmy przy edukacji, to warto sięgną po kolejny cytat z tekstu Czytelnictwo współczesne w Polsce Karola Irzykowskiego:

Czytanie książek jest sztuką, której się trzeba nauczyć. Ośmielam się twierdzić, że nasze szkoły tej sztuki nie uczą, nie uczą kochać książki, obcować z nią i korzystać z niej. [Irzykowski 251]

Tutaj skończę. Ten cytat idealnie podsumowuje współczesny problem z czytelnictwem. Wszystko zależy od tego, co człowiek wyniesie ze szkoły. A jaki jest, wszyscy wiemy. Nabożny szacunek do poetów i wszechobecny klucz. Potem nauczyciele się dziwią, że uczniowie nie czytają… Jak ma ich zainteresować lektura, skoro ciągle wymaga się, aby trafiali w gotowe odpowiedzi? Tego problemu nie rozwiążą akcje społeczne, ale przemyślenie modelu edukacji. Mam nadzieję, że dożyję czasów, w których do tego dojdzie.

//Bibliografia

  • K. Irzykowski, Czytelnictwo współczesne w Polsce [w:] Tegoż, Pisma rozproszone 1897-1922, Kraków 1998.
  • K. Irzykowski, Stefan Grabiński [w:] Tamże.

// Obrazek wyróżniający: carnagenyc / Read (CC BY -NC 2.0)

Page 1 of 3

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén