Tag: krytyka literacka (Page 1 of 2)

Literat przegląda Internet #66

Dzisiejszy przegląd będzie inny. Duży wpływ na dobór tekstów ma koniec roku. Stwierdziłem, że mój blog jest częścią Internetu i warto spojrzeć w kierunku treści, które najlepiej się czytały. Muszę przyznać, że jestem bardzo zaskoczony.

Na pierwszym miejscu znalazł się tekst o superbohaterskim umieraniu. Czy naszym popkulturowym herosom jest ze śmiercią po drodze?

Zaraz po superbohaterach jest… krytyka literacka! Tak się kiedyś zdarzyło, że w przypływie emocji postanowiłem skreślić kilka słów na ten temat.

A teraz przenieśmy się w świat gier komputerowym. Zachęcam do zapoznania się z ergodycznością tego typu tekstów.

Pozostańmy w kręgu gier, ale tym razem coś analogowego. Wywiad z osobami odpowiedzialnymi za Zaklinaczy.

Na koniec recenzja Postu Karoliny Pochwatki. Kawał porządnej książki!

Młodzieżowa fala

Planowałem, że w niedzielę opublikuję recenzję Piątej fali. Najchętniej napisałbym, że książki nie przeczytałem, bo miałem wiele innych obowiązków, a recenzję opublikuję innym razem. Tyle. Dwa zdania, najkrótszy wpis na moim blogu i – prawdopodobnie – najbardziej pozbawiony sensu. Sytuacja jest inna. Piątą falę skończyłem, przebrnąłem przez nierówną narrację i płaskich bohaterów. W takim razie książka zasługuje wyłącznie na pogardę i zapomnienie, bo przecież szkoda tracić czas na dzieła, które nie są nawet średnie. W trakcie rozmyślań doszedłem do wniosku, że warto problem postawić inaczej.

Piąta fala to trylogia, z którą po raz pierwszy zetknąłem się ładnych kilka lat temu. Wcześniej kompletnie nie znałem twórczości Ricka Yancey’a. Zacząłem czytać. Science fiction, zagłada, inwazja obcych, nieufność, rozpad społeczeństwa – wszystko poddane w sposób lekkostrawny, bez niepotrzebnego wchodzenia w szczegóły. Książka nie była szczególnie wybitna, literatura popularna na dwa, może trzy wieczory. Przeczytałem i zapomniałem, że Rick Yancey w ogóle istnieje. O jego egzystencji przypomniał mi drugi tom, czyli Bezkresne morze. Czegoś tak złego nie czytałem dawno. Powieść science fiction wyraźnie idąca w kierunku Zmierzchu. Miłość do kosmity, który pod wpływem uczucia odnajduje swoje człowieczeństwo? To doskonale opisuje absurdy Bezkresnego morza. Ostatnio Rick Yancey znowu wrócił na moją półkę, za sprawą Ostatniej gwiazdy. Zamknięcie trylogii jest dokładnie takie samo jak poprzednia część. Mierne, składające się z przypadkowych fragmentów narracji, z rozpadającym się światem przedstawionym i nudnymi postaciami. Po co w zasadzie tworzyć i czytać takie książki?

Z mojej perspektywy czynności te nie mają żadnego uzasadnienia. Jednak dysponuję zupełnie inną wiedzą, inaczej jestem nastawiony do literatury, niż grupa społeczna, do której skierowana jest trylogia. Rick Yancey pisze dla młodych dorosłych (young adult). Celowo unikam terminu „nastolatek”, ponieważ nie oddaje on skali zjawiska. Młodzi dorośli, to – w literaturze anglosaskiej – istotna grupa odbiorców mających od 12 do 20 lat. To właśnie do takich osób skierowane były takie serie jak Zmierzch oraz Igrzyska śmierci. Teraz drżą serca wszystkich wielkich znawców oraz popularyzatorów literatury! TAKIE RZECZY DLA MŁODYCH UMYSŁÓW, CO TO NIE WIEDZĄ, CZYM JEST PRAWDZIWA KSIĄŻKA?! Zgroza! Intelektualna degrengolada! Niczego się nie nauczą! Gdzie tutaj WARTOŚCI? Zawsze, gdy ktoś przy mnie zaczyna temat wartości, to pytam jakie wartości na myśli. Dodatnie, czy ujemne? Wyrażone w liczbach całkowitych? Taka literatura jest potrzebna. To, że w polskiej kulturze literackiej ze świecą szukać autorów, którzy wprowadzają do świata słowa pisanego, jest tylko i wyłącznie naszym problemem. Na szczęście ta sytuacja się zmienia. Zachęcam do zapoznania się z nowoczesną polską literaturą młodzieżową (wolę to określenie, niż young adult) i dostrzeżenie tego, że czasy Jeżycjady dawno minęły.

Literatura taka jak Zmierzch, Igrzyska śmierci lub Piąta fala jest potrzebna. Jej zadaniem jest wprowadzić czytelnika w świat książek, zaproponować mu coś innego, niż to, co poznał w szkole. Kanon to skomplikowana sprawa, często jest nieczuły na popkulturę. Nic dziwnego, w końcu stoi na straży tradycji. Niestety, tytuły znajdujące się na liście lektur wymagają odpowiednio ukształtowanego czytelnika. Istotna jest tutaj konieczność nauki czytania, nie tego ze zrozumieniem, ale czytania, jako umiejętności poruszania się wśród tekstów pisanych. Wtedy można traktować takie teksty jak Piąta fala jako formy pozwalające na pokazanie określonych tematów, bliskich sercu młodego odbiorcy. Bo człowieka mającego od 12 do 20 lat nie zawsze fascynują problemy polityczne, jest to okres bogaty w kryzysy egzystencjalne, a – przynajmniej na przestrzeni ostatnich 20 lat – ubogi w sensowne drogowskazy.

Przywołane przeze mnie wcześniej trzy serie, czyli Zmierzch, Igrzyska śmierci oraz Piąta fala stanowią opowieści o przyjaźni, miłości, poświęceniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. Co prawda tematy te są bardzo spłaszczone, ale mają stanowić zachętę do dalszych poszukiwań. Literatura młodzieżowa powinna być formą trampoliny, umożliwić odczytanie sensów zawartych w innych dziełach literackich, a nie wybitną twórczość samą w sobie.

carnagenyc / Read (CC BY-NC 2.0)

Ci przeklęci czytelnicy!

Ludzie czytający narzekają, że inni nie czytają. To nawet pewnego rodzaju moda – od czasu do czasu psioczyć, że ten nasz polski naród niechętnie sięga po książkę. Wtórują temu badania Biblioteki Narodowej, które po medialnych interpretacjach zdają się wieścić krach rynku księgarskiego oraz upadek intelektualny. W końcu bez książek nie da się żyć, to one są podstawą wszelkiej myśli, to one rozwijają najbardziej i koniecznie trzeba czytać. A jak się czyta, to trzeba narzekać, że inni nie czytają.

Nie będę ukrywał, że słowo pisane, zarówno to drukowane jak i wyświetlane na takim na przykład Kindle’u, jest dla mnie piekielnie ważne. Uważam, że książki są podstawą, fundamentem wykształcenia oraz metodą ostrzenia umysłu. Grube tomiszcze, pełne interesujących fraz oraz bystrych obserwacji, zawsze pozostanie dla mnie najlepszą osełką, ale ja nie mam monopolu na Prawdę. Może ktoś czuje, że znacznie lepiej rozwija go studiowanie obrazów, słuchanie muzyki, rozkręcanie silnika z Syrenki lub lutowanie wzmacniacza. Ilu ludzi, tyle dróg rozwoju. Dlatego wstydzę się tego, że ulegam modzie narzekania na upadek czytelnictwa. Nie potrafię się powstrzymać, zawsze, gdy studenci czegoś nie przeczytają (tam po „drugiej stronie” widać kto przyszedł przygotowany, a kto nie; wierzcie mi), to od razu wpadam w podły nastrój i zaczynam psioczyć. Powtarzam mantrę, którą wszyscy znamy na pamięć – rzucam coś o upadku kultury czytelnictwa, o nieostrych umysłach i o tym, że skutkuje to śmiercią dyskusji. Myślę, że mogę. Jestem literaturoznawcą, więc moja miłość do książek jest bezwarunkowa i trzeba pamiętać o tym, że z powodu wykształcenia są dla mnie bardzo, bardzo ważne. Być może czasem nawet zbyt ważne. Jak się uspokajam, to odpuszczam. Zaraz przypominam sobie o kilku rzeczach.

Przede wszystkim o tym, że zmienił się model odbiorcy. Człowiek otoczony jest informacjami i trudno mu się w nich odnaleźć. Na dodatek z trudem przychodzi czytanie rzeczy uporządkowanych. Coraz częściej odbiorcy łatwiej poruszają się po chaotycznych ścieżkach Internetu, a przeszkodą jest dla nich precyzyjny, literacki wywód. Jeszcze jedna rzecz przychodzi mi do głowy – pomimo dostrzegalnego kryzysu czytelnictwa wydawnictwa nie upadają masowo. Popkultura garściami czerpie z literatury. Wystarczy przypomnieć takie ekranizacje jak Władca Pierścieni, seria o Harrym Potterze lub – te z gatunku „wstydliwej przyjemności” – Pięćdziesiąt twarzy Grey’a oraz Zmierzch. Skoro literatura w dalszym ciągu inspiruje do tworzenia adaptacji, to znaczy, że jest w stanie pobudzać wyobraźnię wszystkich odbiorców. Jest ważna, bo często stanowi fundament dla mody, dla zbiorowej fascynacji. Bez powieści George’a R. R. Martina nie mielibyśmy serialu Gra o Tron, nawet fenomenalny pierwszy sezon Detektywa mocno siedział w literaturze (nawet „zbyt mocno”, bo pojawiło się oskarżenia o plagiat). To w takim razie skąd bierze się to narzekanie?

Po odpowiedź postanowiłem sięgnąć – jakżeby inaczej! – do krytyki literackiej dwudziestolecia międzywojennego. Moja fascynacja tym okresem staje się coraz silniejsza, a rozbudzona została przez dwójkę moich nauczycieli na studiach – dr hab. Beatę Gontarz i dr hab. Małgorzatę Krakowiak. Dzięki tym osobom wiem, że w dwudziestoleciu pisał Karol Irzykowski, jeden z najlepszych polskich krytyków literackich. I ten człowiek napisał tekst zatytułowany Czytelnictwo współczesne w Polsce. Karol Irzykowski analizuje broszurę Stanisława Lama, która nosi taki sam tytuł jak szkic Irzykowskiego, a dotyczy – jak sama nazwa wskazuje – problemów związanych z czytelnictwem w dwudziestoleciu międzywojennym. Już na samym początku można znaleźć interesujący cytat, który jest odpowiedzią na zarzut, że mało kto czyta książki:

Temat okropnie nieaktualny i, jak niejeden sobie pomyśli, obchodzący tylko literatów i księgarzy, którzy chcą odwołać się do ambicji społeczeństwa i robią reklamę swojemu przemysłowi. Przyzwyczajeni jesteśmy do skarg na społeczeństwo – a ono jest jak ów wielki Nikt, którego nigdy w domu nie ma, cierpliwe i wytrzymałe, bo niczego nie bierze do siebie [Irzykowski 246].

Spostrzeżenie słusznie i do dziś aktualne. Współcześnie, gdy rozmawiamy o czytelnictwie, zawsze wskazujemy na nawyki innych, zamiast przyjrzeć się sobie. Człowieku! Zanim zaczniesz narzekać na upadek lektury, to zadaj sobie pytanie: ile książek RZETELNIE przeczytałem? Przez słowo „rzetelnie” rozumiem czytanie z przemyśleniem treści tekstu. Jeżeli niewiele, to siedź cicho i pracuj nad sobą. Jak dużo, to też siedź cicho – nie atakuj, ale zachęcaj, nie dręcz, ale staraj się udowodnić, że lektura potrafi być interesująca i zajmująca. Pamiętam, że kiedyś, w trakcie rozmów z moim unikającym czytania znajomym, okazało się, że on czyta – ale niewiele i tylko powieści fantasy. Nie będzie tutaj pointy o nawróceniu na literaturę piękną, nie będzie opowieści, jak to ten znajomy się Mannem i Proustem zachwycił. Dałem mu spokój. Czyta, prawda? Nawet parę razy z nim porozmawiałem na temat jego lektur i konwersacje te były całkiem interesujące. Atakowanie tych, obnoszących się niechęcią do literatury – nie ma żadnego sensu. Trzy lata dydaktyki na Uniwersytecie Ślaskim nauczyły mnie, że jak ktoś chce być kompletnym ignorantem, to nim pozostanie. Lepiej skoncentrować swoją uwagę na tych, z którymi faktycznie można porozmawiać. Nigdy nie należy obwiniać bezosobowego społeczeństwa, ale pracować na poziomie lokalnym.

Peter Hopper / light reading (CC BY-NC 2.0)

Peter Hopper / light reading (CC BY-NC 2.0)

Książka, gdy tylko pojawiły się nowe formy przekazu (np. gazety i kino), musiała walczyć o uwagę odbiorcy. Karol Irzykowski dostrzega ten problem i charakteryzuje go w następujący sposób:

Książka dziś nie odgrywa już tej roli co dawniej, znaczą część jej funkcji objęły inne urządzenia techniczne, które dały człowiekowi bezpośredniejszy kontakt z życiem i z rzeczywistością. [Irzykowski 249].

Fragment ten wskazuje na to, że autor dostrzega zmiany technologiczne, które dokonują się wokół niego oraz rozumie, że dla niektórych osób mogą być atrakcyjniejsze inne formy opowiadania. Nie oznacza to, że Karol Irzykowski w jakikolwiek sposób deprecjonuje wartość książki, on po prostu widzi, że zmieniają się odbiorcy, a wraz z nimi musi zmienić się także literatura. To jest element, o którym współcześnie zapominamy. Dostrzegam to w szczególności wśród osób należących do eleity intelektualnej. Gdy mówią oni ludzie nie czytają, to mają na myśli – ludzie nie czytają wartościowej literatury, takiego na przykład Manna, który jest fundamentem kultury europejskiej. Ludzie czytają – literaturę popularną, ale ta, co powoli się zmienia, nie jest uznawana za tę prawdziwą i rozwijającą. Trzeba zejść z wieży, wyjść do ludzi i zobaczyć, czym oni się aktualnie interesują. Sukcesy BookRage’y, które zawierały książki z takich gatunków jak fantasty lub science fiction wskazują na to, że w społeczeństwie istnieje głód lektury. Popualrnością cieszą się także kryminały, gatunek, który trochę został już zamordowany i zużyty, ale w dalszym ciągu jest w centrum czytelniczego zainteresowania. W dwudziestoleciu międzywojennym zaczęły pojawiać się pierwsze powieści fantastycznonaukowe, popularnością cieszyły się także powieści odcinkowe, które zawierały w sobie elementy romansów oraz kryminałów. Karol Irzykowski zdawał sobie z tego sprawę, co widać w tekście poświęconym Stefanowi Grabińskiemu, który współcześnie uważany jest za ojca polskiej literatury grozy. Na temat twórczości tego autora Karol Irzykowski pisze:

I nie wątpię, że gdy miną trudności wojenne, fantastyczne nowele Grabińskiego, przetłumaczone na angielskie, francuskie, niemieckie, od razu przejdą do repertuaru popularnej lektury, bo tam jest już publiczność wychowana na dziełach Poego, Stevensona, d’Aurevilly’ego, Ewersa, Strobla i in. U nas tych tradycyj nie ma, a na pisarza fantastycznego spoglądają jak turonia nie tylko czytelnicy, ale niestety i krytycy [Irzykowski 442].

Od czasu, gdy Karol Irzykowski napisał te słowa, niewiele się zmieniło. Polska tradycja lektury powieści popularnych dopiero się rozwija. Jej fundamenty położyli tacy pisarze jak Stanisław Lem, Andrzej Sapkowski i Marek Krajewski. Twórczość tych autorów należy do różnych gatunków, ale to właśnie ich książką stanowią, dla wielu młodych czytelników, przepustkę do świata literatury popularnej. Dlatego tak ważne jest jej ocenianie i interpretowanie – od siedzenia w wieży z kości słoniowej nigdy nie przyszło nic dobrego. Ciekawe jest to, że historia polskiej literatury popularnej faktycznie sięga dwudziestolecia międzywojennego, ale się o tym nie uczy, temat ten jest ciągle pomijany. A szkoda, bo często są to fascynujące rzeczy.

Skoro już jesteśmy przy edukacji, to warto sięgną po kolejny cytat z tekstu Czytelnictwo współczesne w Polsce Karola Irzykowskiego:

Czytanie książek jest sztuką, której się trzeba nauczyć. Ośmielam się twierdzić, że nasze szkoły tej sztuki nie uczą, nie uczą kochać książki, obcować z nią i korzystać z niej. [Irzykowski 251]

Tutaj skończę. Ten cytat idealnie podsumowuje współczesny problem z czytelnictwem. Wszystko zależy od tego, co człowiek wyniesie ze szkoły. A jaki jest, wszyscy wiemy. Nabożny szacunek do poetów i wszechobecny klucz. Potem nauczyciele się dziwią, że uczniowie nie czytają… Jak ma ich zainteresować lektura, skoro ciągle wymaga się, aby trafiali w gotowe odpowiedzi? Tego problemu nie rozwiążą akcje społeczne, ale przemyślenie modelu edukacji. Mam nadzieję, że dożyję czasów, w których do tego dojdzie.

//Bibliografia

  • K. Irzykowski, Czytelnictwo współczesne w Polsce [w:] Tegoż, Pisma rozproszone 1897-1922, Kraków 1998.
  • K. Irzykowski, Stefan Grabiński [w:] Tamże.

// Obrazek wyróżniający: carnagenyc / Read (CC BY -NC 2.0)

Raul Lieberwirth / Society Gates (CC BY-NC-ND 2.0)

Bez klasy

Nad kształtem kultury popularnej zastanawiamy się nie od dziś. Różnica polega na tym, że kiedyś ten problem opracowywany był przez różnego rodzaju krytyków, dziś czynią to naukowcy i znacznie mniej rozgarnięci dziennikarze. Interesujące podejście do tematu kultury popularnej prezentuje Ignacy Fik. Postać znana adeptom literaturoznawstwa. Osoby pretendujące do tytułu krytyka literackiego powinny obowiązkowo sięgnąć po Wybór pism krytycznych tego autora i przeczytać jak kiedyś pisało się recenzje. Ale wróć do tematu kultury popularnej.

Trzeba zaznaczyć, że Ignacy Fik, w tekście Produkcja i konsumpcja kultury nie posługuje się takimi terminami jak: kultura popularna, kultura masowa lub popkultura. Wynika to z momentu historycznego, w którym tworzył Ignacy Fik. Co prawda o kulturze popularnej mówi się już od XIX wieku, ale termin ten był zarezerwowany wyłącznie dla zjawisk miałkich i niegodnych zainteresowania człowieka należącego do elity intelektualnej. Współcześnie dochodzi do zmiany postrzegania problematyki kultury popularniej, ale w dalszym ciągu bywa ona traktowana jako gorsze. O kulturze masowej zaczęliśmy mówić, gdy upowszechniło się kino, a jej istnienie umocniła telewizja. Natomiast jeżeli chodzi o popkulturę, to zauważyłem, że termin ten stanowi konglomerat właściwości kultury popularnej oraz kultury masowej. Jak to wszystko ma się do Fika? Tekst Produkcja i konsumpcja kultury został opublikowany 1937 roku, w czasopiśmie „Gazeta Artystów”. W tamtych czasach telewizji nie było, a kulturą popularną dalej gardzono. Ale trudno było pominąć rozwój mieszczaństwa oraz proletariatu. Właśnie ta ostatnie klasa społeczna szczególnie interesowała Ignacego Fika.

Dlatego pisze:

Robotnicy zatrudnieni przy budowanie fabryk amunicji, tkanin jedwabnych itp. mogą być wykorzystani bez przydzielenia im jakiegokolwiek wpływu na przeznaczenia, wartość i sens tych rzeczy. Dopuszczeni jednak do wytwarzania dóbr kulturalnych, równocześnie stać się muszą współautorami treści i przeznaczenia wytworów tej dziedziny [I.Fik, Produkcja i konsumpcja kultury w: Tegoż, Warszawa 1961, s. 29].

Współcześnie, głównie za sprawą Internetu, mówimy o działalności prosumenckiej, której fundamentem jest aktywny odbiór tekstu. Zadaje to kłam stereotypowi mówiącemu o bierności odbiorców popkultury. Fik, pozbawiony dostępu do telewizji i Internetu, żyjący w kulturze stricte literackiej, idzie krok dalej. Zauważa, że różne klasy społeczne mają odmienne interesy oraz potrzeby, a żadnej z nich nie można lekceważyć. Dlatego proletariusz musi być kimś więcej, niż zwykłym odbiorcą, on musi stać się także wytwórcą treści przeznaczony dla swojej klasy. Współcześnie, być może dzięki propagandzie demokratycznej równości i wszechobecnej przeciętności, przestaliśmy dostrzegać różnice wynikające z pochodzenia, wykształcenia oraz wykonywanego zawodu. Nie korzystamy już z pojęcia klasy społecznej, a szkoda, ponieważ podziały te w dalszym ciągu są bardzo silne.

Wciąż jesteśmy poukładani ze względu na swoje pochodzenie, dochody oraz wykształcenie. Być może ten ostatni elementy wydaje się zacierać, ale w polskiej kulturze wciąż trwa konflikt pomiędzy słabymi inteligentami, co nikomu do niczego nie są potrzebni, a prawdziwymi robotnikami, co swoimi rękoma Polskę budują. Czy to znaczy, że obie te warstwy wytworzyły własne zamknięte subkultury? W dobie Internetu może to wydawać się dziwne, ale tak właśnie jest. Problem stanowi niepotrzebne korzystanie ze stereotypów, uproszczanie motywów i niechęć w słuchaniu siebie nawzajem, czyli bierne uczestnictwo w kulturze. A jest to coś, co Fik napiętnował, pisząc:

Z tego wniosek, że przy wartościach kultury decydujący jest udział w procesie produkcji. Natomiast właśnie bierna konsumpcja wartości wytworzonych przez kogoś obcego (i z punktu widzenia jego interesu) jest zjawiskiem dla konsumenta niepożądanym i niebezpiecznym. [I.Fik, Produkcja i konsumpcja kultury w: Tegoż, Warszawa 1961, s. 29].

Problem udziału w procesie produkcji w dalszym ciągu istnieje – wystarczy spojrzeć na dominację wielkich koncernów na rynkach wydawniczych. Mamy pewną grupę firm, która decyduje o tym, czego słuchamy, co oglądamy, co czytamy. Brzmi to jak jakaś szalona teoria spiskowa, ale wystarczy spojrzeć na zabiegi marketingowe, próbujące wytworzyć w społeczeństwie potrzebę nowej mody. Współcześnie więcej uwagi poświęcamy promocji produktu kultury. Sam proces twórczy stał się najmniej ważny. Doprowadziło to do sytuacji, w której przestaliśmy zadawać pytania o w jakim interesie, w jakim celu „coś” się tworzy. Wciąż zastanawiamy się dla kogo. Zbierana dane statyczne nie ujmują jednej, bardzo istotnej w przypadku treści kultury, wartości – mam na myśli kwestię kompetencji kulturowych.

Pedro Ribeiro Simões / Working class housing (CC BY 2.0)

Pedro Ribeiro Simões / Working class housing (CC BY 2.0)

Oczywiście, że można je rozwijać. Dzieje się to za sprawą własnych zainteresowań oraz środowiska, w którym się obracamy. Kompetencji kulturowych – przede wszystkim! – nabywamy. Tutaj najważniejszy jest dom, w którym się wychowaliśmy oraz edukacja. W pierwszym przypadku obserwujemy nawyki naszych rodziców oraz nasiąkamy różnymi rodzinnymi przypadkami. Natomiast, jeżeli chodzi o edukację, to ma ona na celu przygotować nas do funkcjonowania w społeczeństwie, sprawić, że staniemy się odpowiedzialnymi i szanującymi kulturę narodową obywatelami. Zaprezentowałem modele idealne, wszyscy doskonale wiemy, że praktyce wygląda to inaczej. Nie zmienia to faktu, że współczesna kultura nie jest definiowana pod kątem przynależności społecznej oraz kompetencji kulturowych. Prowadzi to do specyficznej sytuacji na rynku treści. Pozornie wszystkie nisze są już zagospodarowane. Żart polega na tym, że nie ma żadnych nisz, ponieważ tekst nie są profilowane po tym następującym kątem – mają podobać się wszystkim i do wszystkich trafić. W przeciwnym razie sprzedaż będzie niska, a koszt produktu musi zwrócić, sam producent też chciałby coś zarobić. Gdzieś tam na końcu jest artysta, który dostaje ochłapy.

To współczesne zrównanie gustów oraz łatwość w drenowaniu podziemnego obiegu kultury doprowadziły do bardzo trudnej sytuacji odbiorcy i nadawcy. Artysta, zamiast tworzyć tak jak czuje i sondować swoje otoczenie, zastanawia się jak trafić do najszerszego grona odbiorców. Bycie w prawdziwej niszy, które może wynikać właśnie z założenia określonego poziomu kompetencji kulturowych u odbiorców, okazuje się niedźwiedzią przysługą – autor staje się niezrozumiały dla innych. Nieczytelność znieść może wyłącznie dokształcenie odbiorcy, a to nie wydarza się zbyt często. Rozleniwienie jest efektem wygodnictwa producentów, którzy maksymalnie upraszczają treści. Koncentrując się na projektach aktywnego odbiorcy oraz prosumencie zapomnieliśmy o jednym elemencie – rozumieniu tekstu kultury.

//Obrazek wyróżniający: Raul Lieberwirth / Society Gates (CC BY-NC-ND 2.0)

Krytyka literacka się pogubiła

Krytyka literacka to temat niewdzięczny przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze została oficjalnie uznana za martwą przez Przemysława Czaplińskiego. A po drugie współcześnie nie potrzebujemy krytyków. W takim razie dlaczego podejmuję ten temat, dlaczego próbuję reanimować trupa? Bo uważam inaczej. Po prostu.

Inspiracją do napisania tekstu stał się wpis Tomasza Węckiego „Krytyka literacka jest martwa” opublikowany na blogu Spisek pisarzy. Uderzyły mnie przytoczone przez autora argumenty dotyczące wypowiedzi krytycznoliterackich. Sam wpis ma bardzo negatywny wydźwięk i trudno zgodzić mi się z wizją rzeczywistości pozbawionej krytyki literackiej. Ona jest, działa, tylko bardzo się zagubiła. Winni poplątania są pisarze, czytelnicy oraz wszelkiego rodzaju portale zajmujące się promocją literatury. Ale najpierw chciałbym wyjaśnić kilka rzeczy, które wprowadzają zbędny chaos definicyjny.

Krytyk i badacz w jednym stali domku?

Tomasz Węcki opisuje krytykę literacką w sposób następujący:

Mówiąc w najprostszych słowach, tradycyjnie krytyka literacka rozumiana jest jako analiza dzieła, zwykle na tle innych, podobnych pozycji. W bardziej popularnych wydaniach jak najbardziej może zawierać rekomendacje ze strony krytyków, ale powinny być to opinie wysnute z obiektywnych przesłanek. Na przykład – zarzut wtórności dzieła warto poprzeć listą wcześniej wydanych książek, które traktowały o tym samym.

Nie. To o czym pisze autor wpisu „Krytyka literacka jest martwa” nazywa się historyczna analiza dzieła literackiego. Zajmują się nią głównie badacze literatury, ale współcześnie ten aspekt literaturoznawstwa nie cieszy się duża popularnością. Wymaga bardzo dużo pracy, nie można zasłaniać się postmodernistycznym brakiem precyzji oraz trzeba mieć sporo cierpliwości, aby rozwiązać wszystkie napotkane problemy. Czasem trzeba przekopywać stosy czasopism, albo sięgać do dawno zapomnianych przez bibliotekarzy źródeł. Ale w żadnym wypadku nie jest to „tradycyjnie rozumiana krytyka literacka”.

Pen & book / Jain Basil Aliyas (CC BY 2.0)

Pen & book / Jain Basil Aliyas (CC BY 2.0)

Z dużą rezerwą podchodzę do zastosowanego przez Tomasza Węckiego przymiotnika tradycyjnie. Sposób uprawiania krytyki literackiej jest ściśle związany z określoną kulturą literacką konkretnego okresu historycznego. Inaczej krytykowało się w oświeceniu, a inaczej w międzywojniu. Jednak trzeba zaznaczyć, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy recenzentem oraz krytykiem. Opiera się ona na programie. Recenzja ma być wartościującą, a więc autor pisze dlaczego mu się ta książka podobała lub nie i to w zupełności wystarczy. Natomiast zadaniem krytyka jest odnoszenie dzieł literackich do własnego programu (czyli tego, czego oczekuje się od literatury) i na jego podstawie wartościowania tekstu. Sytuację tę można jeszcze bardziej uprościć: recenzent piszę, że mu się podoba bo fajne, a krytyk uznaje tekst za wartościowy, ponieważ wpisuje się w jego rozumienie literatury. Z jednej strony mamy wartościowanie, a z drugiej postulatywność – i w ten sposób można odróżnić recenzenta od krytyka.

Jednak w obu przypadkach trudno mówić o obiektywności. Jej znamiona powinna mieć praca badawcza, a nie krytyka literacka, która opiera się na indywidualnym programie krytyka, czyli jest jego subiektywnym – ale konsekwentnym! – sposobem postrzegania literatury. Dlatego tak trudno mi się zgodzić z następującymi spostrzeżeniami Tomasza Węckiego:

Tradycyjna krytyka polega w dużej mierze na wywodzie, na przytoczeniu faktów. Nie liczy się więc tam sama opinia, ale to, czy recenzent potrafi jej dowieść. Temu służą całe akapity tekstu, które trzeba naprodukować, żeby recenzja nie zamknęła się w jednym słowie: fajne/niefajne. Tylko w ten sposób, poprzez odwołania do kontekstu literackiego, można z jakąś dozą obiektywizmu mówić o książkach. Tylko dzięki temu nasze wypowiedzi zyskują ciężar.

Zastanawiają mnie fakty. Podstawowym faktem jest wzięcie do ręki (metaforycznie rzecz ujmując) napisanego tekstu, potem jest już różnie, ponieważ krytyk patrzy przez pryzmat własnego programu, a więc niektóre elementy dzieła mogą być negatywne. Świetnym przykładem może być niedocenienie twórczości Schulza przez Kazimierza Wykę, jednego z najbardziej uznanych polskich krytyków i badaczy literatury. Proza Schulza nie mieściła się w realistycznym programie Kazimierza Wyki. I gdzie to obiektywne fakty w działalności krytyka literackiego, których tak domaga się Tomasz Węcki? Nie ma ich, bo w dalszym ciągu poruszamy się wewnątrz subiektywnych spostrzeżeń jednostki. Z tą różnicą, że są one obudowane solidnym światopoglądem.

Jeszcze jedna interesująca rzecz z tekstu „Krytyka literacka jest martwa”:

O opinii recenzenta decydują jednostkowe doświadczenia, które dla niego mają znaczenie, ale nie ma powodów sądzić, że będą mieć podobne znaczenie dla innych. Dzielenie się tak wywiedzionymi racjami jest co najwyżej formą iskania.

Z przykrością stwierdzam, że dokładnie to samo można powiedzieć o wypowiedziach krytycznoliterackich, które nie są recenzjami. Wystarczy zamienić jednostkowe doświadczenia na program i znajdziemy się w punkcie wyjścia. Poza tym krótkie teksty opisujące wrażenia z lektury, które można spotkać na wielu blogach, również przekazują informacje na temat książki i można je traktować jako wypowiedzi krytycznoliterackie. Dokładnie tak samo postępowało się z fragmentami dzienników, które dotyczyły lektury. Badając literaturę trzeba zawsze myśleć o ciężarze wypowiedzi – do ilu odbiorców on trafił, czy autor w jakiś sposób odpowiedział na recenzję, a może były to tylko prywatne notatki. Współcześnie problem polega na tym, że zmieniło się pojęcie prywatności i blogi przypominające nieupublicznione dzienniki aspirują do miana opiniotwórczych.

Nie chcę mówić, że krytyka literacka jest martwa. Ona się pogubiła, ponieważ krytycy nie potrafią znaleźć sobie miejsca we współczesnym świecie. Dochodzi do tego – błędne! – przekonanie o tym, że pisać może każdy i zaczynamy pławić się w chaosie.

Całkowite pomieszanie

Swoją cegiełkę dokładają różnego rodzaju portale literackie. Problemem są recenzje określane jako „patronaty”. Powiedzmy sobie szczerze: w dużym stopniu są to teksty sponsorowane, całkowicie stronnicze. Daleki jestem od stwierdzenia, że kiedyś krytyka literacka była niezależną. Po prostu była bardziej związana z konkretnym środowiskiem literackim i często zdarzały się pozytywne recenzje „po znajomości”. Moim zdaniem było to mniej szkodliwe, niż współczesne teksty sponsorowane, ponieważ pozwalało na uzyskanie informacji na temat życia literackiego i różnych powiązań wewnątrz kultury literackiej. Tylko, że dzisiaj jest to praktycznie niemożliwe do opisania.

Books / Chris (CC BY 2.0)

Books / Chris (CC BY 2.0)

Krytycy – nie tylko, ci literaccy – zostali wyobcowani, wypchnięci na margines. Jeszcze nie tak dawno słuchali ich wszyscy, liczyli się z ich zdaniem oraz ich wielbili. Dzisiaj zastąpieni zostali przez armię płatnych recenzentów i działających „za książkę” blogerów. Oto najcudowniejsza iluzją, jaką powtarzają sobie wszyscy krytycy. Prawda jest taka, że krytyków zawsze czytało/słuchało/oglądało tylko określone grono odbiorców. Najczęściej byli to przedstawiciele elity intelektualne oraz osoby zainteresowane określoną dziedziną sztuki. Dzisiaj, w postmodernistycznych czasach, każdy dla siebie jest krytykiem i nie potrzebuje, żeby mu jacyś wstrętni inteligencji mówili, co ma robić i czytać. Na dodatek pewnie są jeszcze lewakami/kucami/narodowcami (niepotrzebne skreślić)! Takich to trzeba omijać szerokim łukiem! A gdy już taki stereotypowy czytelnik się wykrzyczy, to siada i pisze recenzję na swojego bloga.

Krytyka przeżywa bardzo trudny okres. W jej rozwoju nie pomaga edukacja, która tylko utwierdza w prawie do wypowiedzi, ale nie uczy odpowiedzialności za własne słowa. Polemika już całkowicie umarła, ponieważ zastąpił ją „ból dupy”. I jak tutaj tworzyć kulturę, skoro każda chęć dyskusji kwitowana jest tymi dwoma słowami? Myślę, że receptą są działania na poziomie lokalnym, we własnym środowisku, wśród znajomych, czytelników, studentów, uczniów, słuchaczy i tak dalej, i tak dalej. Nie pozostaje nic innego jak praca u podstaw i uczestnictwo w życiu literackim.

Wiem, że jestem idealistą, ale świat pozbawiony rzetelnych krytyków opierających swoje teksty na przemyślanym programach – nie jest dla mnie atrakcyjny. Dlatego ze wszystkich sił będę przypominał o tym, że krytyka nie umarła i dalej jest potrzebna. Po prostu się pogubiła i trzeba jej pomóc odnaleźć własną ścieżkę.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén