Tag: kultura popularna (Page 1 of 9)

Letni King

Lato. Upały. Duchota. Nie wiadomo co ze sobą zrobić. Wskoczyć do wanny pełnej lodu? A może oglądać Grę o Tron i próbować przejąć bijące z ekranu zimno? Dobrą propozycją jest sięgnięcie po powieść grozy. Taką, która sprawi, że włos się będzie jeżył, a z każdym kolejnym zwrotem akcji, czytelnikiem wstrząśnie dreszcz. Jeśli szukacie czegoś takiego, to gorąco odradzam najnowszą powieść Stephena Kinga. Zła nie jest, ale trudną ją nazwać szczególnie wybitną. Średniak.

Outsider jest dobry na urlop. Szczególnie gdy szuka się książki, którą można zabrać w podróż. Nadaje się także do czytania na świeżym powietrzu. Na ławce, huśtawce lub leżaku. W najnowszej powieści Stephena Kinga nie ma ani krzty oryginalności, nawet odrobiny dreszczyku. Lubię książki tego autora, niektóre jego tytuły cenię sobie szczególnie. Lśnienie lub To na stałe wpisały się w klasykę popkultury. Outsider na pewno do niej nie dołączy. Po skończeniu tej powieści nie poczułem zachwytu, przerażenia lub zdumienia. Outsider składa się z elementów, które doskonale znanych z prozy Stephena Kinga. Dlatego, jeżeli ktoś już miał do czynienia z powieściami tego autora, to szybko zorientuje się w strukturze książki.

Bez najmniejszego problemu można zrobić listę i powoli odhaczać poszczególne pozycje. Małomiasteczkowość? Jest! Czy byłaby powieść Stephena Kinga bez tego elementu? Autor jest mistrzem w opisywaniu nastrojów, poglądów oraz zachować populacji niewielkich miast. Stopniowe odkrywanie paranormalnego charakteru intrygi? Stanowi główny element napędzający fabułę. Zabieg doskonale znany z innych powieści. Na przykład z To. Niestety, w Outsiderze nie wygląda już tak świeżo. Problemem jest tutaj próba odgrzania smacznego kotleta bez zbędnych dodatków. Brakuje elementu doskonale podkreślającego grozę i tajemnicę. A teraz ostatni element – konfrontacja z antagonistą w miejscu związanym z tragicznym wydarzeniem. Jest to finał Outsidera. Tajemnicze zło złazi pod ziemię i z niecierpliwością oczekuje na bohaterów. Czai się, a wcześniej zdobywa sługusa, który pomaga w zastawieniu pułapki. Element doskonale znany z wcześniejszych powieści Stephena Kinga.

Oustiderowi brakuje świeżości. Składa się z tego, co autor doskonale opanował. Czy to źle? Nie, bo to powieść z kręgu kultury popularnej. Cytowanie, przetwarzanie, kopiowanie i posługiwanie się schematami, to trwałe elementy takich lektur. Niestety, od Stephena Kinga oczekiwałem czegoś więcej, niż tylko odgrzanego kotleta. Jego najnowszą powieść można przeczytać w ciągu kilku wieczorów, wciąga, ale wraz z ostatnią stroną przychodzi poczucie niedosytu. Jest to wynik z konfrontacji z lekturą składającą się wyłącznie z mocno oklepanych elementów. Outsiderowi brakuje elementu, który będzie chwytał za serce, który sprawi, że zapamięta się bohaterów, a wynik zderzenia ze Złym wcale nie będzie tak oczywisty. W powieści został wykorzystany znany schemat fabularny, zmieniła się jedynie dekoracja.

Przeczytałem, ale na pewno nie wrócę. Nie ma po co.

Wieczór w kinie

Wczoraj zdecydowaliśmy, że pójdziemy kina. Na komedię. Zdaję sobie sprawę z tego, że w czasach filmów pełnych żartów fekalnoanalnych, jest to akt odwagi. Nie wszystkich to śmieszny, nie wszyscy są w stanie wytrzymać humor rodem z American Pie. Na szczęście Wieczór gier okazał się czymś zupełnie innym, produkcją mocno odbiegającą od głównego nurtu humoru. Niestety, obawiam się, że film może być trudny do zniesienia dla fanów żartu seksualnego i miłośników źle dobranych przekleństw.

Wieczór gier ma fabułę. Nie jest tylko biegiem od dowcipu, do wymiotów. Wieczór gier ma ciekawych bohaterów. To nie są tyczki, na których wiesza się mało wybredne żarty, tylko postacie mające własne historię oraz motywacje. Mało tego! W Wieczorze gier można znaleźć ciekawe dialogi! Wyraźnie widać, że są to rozmowy nastawione na komunikowanie uczuć oraz spostrzeżeń danego bohatera, a nie komunikaty mające na celu popychanie fabuły, w kierunku kolejnego niewyszykowanego dowcipu. Smaczku dodają odniesienia do popkultury. Sprawiają, że Wieczór gier staje się jeszcze zabawniejszy. Autorzy umiejętnie wyrywają z kontekstu ikoniczne zwroty i zachowania z innych filmów i sprytnie je rekonstruują. Zarówno ja, jak i moja Żona, świetnie bawiliśmy się na Wieczorze gier. Czego nie możemy powiedzieć o publiczności.

Nie oszukujmy się, do kina chadza się także po to, aby poobserwować zachowania współwidzów. Ku naszemu, mojemu i mojej Żony, zdumieniu, odnieśli wrażenie, że tylko my dobrze bawimy się na Wieczorze gier. Na sali było niewiele osób, w ten weekend miał premierę najnowszy Pitbull. A trzy tygodnie temu swoje święto mieli fani kina vegańskiego, które deklasuje wszystkie inne gatunki. Czułem, że nasi współtowarzysze filmowej podróżny, znacznie częściej śmialiby się na innym filmie. Być może był to efekt przyzwyczajenia odbiorcy do żartów rodem ze współczesnych amerykańskich komedii? W Wieczorze gier próżno szukać epatowania cyckami, śmiechu opartego na ludzkiej seksualności i gagów, których niepodważalnym fundamentem jest kupa. Daleki jestem od twierdzenia, że film jest jakoś szczególnie wyszukany. To jest po prostu porządnie wykonania komedia, wyraźnie widać warsztat twórców. Scenariusz jest dobry, aktorzy stają na wysokości zadania, niektóre kreacje trudno zapomnieć. Nawet montaż jest solidny, co – wbrew pozorom – wcale nie jest codziennością.

Cieszę się, że w ten, dobiegający już końca, weekend udało mi się obejrzeć porządnie wykonany film. Można się obrazić, powiedzieć, że to tylko rzemiosło, zero artyzmu. Jednak nie sądzę, aby było to przekonanie słuszne. Wieczór gier daje coś, czego w komediach jest coraz mniej – rozrywkę, która nie powoduje zażenowania. Każdy, kto chociaż przez chwilę próbował dobrze się bawić w filmie pełnym nowoczesnych i postępowych dowcipów, ten doskonale zna ten moment, w którym nie wiadomo, co robić. Gag powinien bawić, a jednak budzi wyłącznie powątpiewanie w zdrowy rozsądek twórców. Wieczór gier taki nie jest. Dlatego jeżeli szukacie komedii interesującej, z ciekawą historią i solidnymi postaciami, to warto zdecydować się na obejrzenie tego filmu.

Literat przegląda Internet #119

Skończyłem kolejny sezon Grimma! Przypłaciłem to lekkim niewyspaniem się i tak do końca nie jestem przekonany, czy było warto… Na szczęście przyszedł piątek, mogę spokojnie odpocząć przez weekend!

Max Payne i spowalnianie czasu. Mała rzecz, a cieszy.

Jak dobrze balansować gry?

Za pornografię bierze się Sztuczna Inteligencja!

Co będzie się działo z ludźmi w trakcie długodystansowych podróży międzygwiezdnych?

Co to jest literatura ambitna? Kiedy pisarz staje się twórcą ambitnym?

Literat przegląda Internet #89

Dla wielu długi weekend trwa w najlepsze! Ja dzisiaj miałem home office, więc z samego rana rozpocząłem odhaczanie zadań. Potem szybki przejazd na wieś i można odpoczywać! Zostaje jeszcze lista do przesłuchania, ale to dopiero za kilka godzin.

Interesujące podsumowanie sprzedaży gier na Steamie.

Jakie znacznie ma Wonder Woman dla amerykańskiej kultury?

Płeć w grach zaprezentowanych na E3.

Wykop niszczy i tworzy marki.

Jaś Fasola dodany do różnych zdjęć.

Niebo niczyje

Miłośnicy gier komputerowych od sierpnia załamują ręce. Miało być tak pięknie, tak cudownie. Otwarty wszechświat, solidna historia, a także proceduralnie generowane planety. Każda inna, im bliżej centrum galaktyki, tym dziwniej. Niestety, okazało się, że nie trzeba specjalnie daleko lecieć. W zupełności wystarczy spędzić kilka godzin w pierwszym układzie, aby pozbierać sporo ulepszeń oraz zgromadzić zapasy gotówki. W tym momencie mam ochotę zażartować. No Man’s Sky po prostu potwierdza, że to Człowiek, ten Odbiorca przed ekranem, jest Osią Wszystkiego. Śmiech przez łzy.

Nie czułem potrzeby zainwestowania w No Man’s Sky. Od czasu do czasu obejrzałem trailer lub jakiś krótki gameplay, posłuchałem, co tam gadają dziennikarze i zawsze obecny Sean Murray. Kiwałem głową i myślałem: Uwierzę, gdy zobaczę. Przeszedł dzień, w którym przyszło mi spojrzeć na świat wykreowany w No Man’s Sky z perspektywy gracza. Produkcja wylądowała na moim Steamowym koncie i zacząłem grać. Swoimi wrażeniami podzieliłem się w tej recenzji. W dalszym ciągu uważam, że No Man’s Sky trudno polecić w obecnej formie. To próżnia, która po 16 godzinach zaczyna nużyć, a potem przeraża. Bo w końcu tania ta gra nie była! Nieczęsto zdarza się zapłacić 60 euro za NIC! Ostatnio postanowiłem, że ponownie spróbuje pozwiedzać te jakże wyjątkowo nieróżnorodne planety. Cierpliwości wystarczyło mi na 20 minut…

Zacząłem zadawać sobie jedno proste pytanie – jakim cudem doszło do tego, że No Man’s Sky zostało wypuszczone na rynek? Ze smutkiem stwierdzam, że w tym przypadku za wszystko odpowiada twórca. Jednak warto także zerknąć na postawę mediów oraz potencjalnych odbiorców gry. Warto zajrzeć na steamową stronę tej produkcji i roześmiać się w głos. No Man’s Sky ma ponad 50 (!) nagród i nominacji! Jest to niby najlepsza gra niezależna, najlepszy oryginalny pomysł na grę, gra targów E3 w 2014 roku! Genialna, zachwycająca! A te wszystkie nominacja, te nagrody wręczano człowiekowi, którzy dużo opowiadał i od czasu do czasu pokazywał jakieś fragmenty rozgrywki. To wszystko.

Kim oni są?!

Przed No Man’s Sky nigdy nie trafiłem na Seana Murray’a. Z krótkiego biogramu na stronie studia Hello Games dowiedziałem się, że pracował w wielu miejscach. Zaintrygowała mnie jedna nazwa – Kuju. Sean Murray pracował tam jako tech director. Z nieukrywanym smutkiem muszę przyznać, że nie znam ani jednej gry stworzonej przez Kuju. Okazuje się, że niektóre produkcje, jak na przykład Art Academy, sprzedały się w milionach sztuk! Mocne 80 na Metacriticu! Cóż, współczesność jest tak nasycona różnymi elementami, że trudno się we wszystkim rozeznać. Podejrzewam, że na świecie na pewno są fani produkcji studia Kuju. Czytam dalej. W dorobku Seana Murray’a znaleźć można także ścigankę Burnout 3 oraz strzelankę Black. Obie gry zebrały całkiem niezłe oceny, podejrzewam, że mają swoich zagorzałych fanów. Trzeba przyznać, że Burnout 3 trzyma się świetnie na Metarciticu. Ocena użytkowników to 9.1, a produkcja ma już 12 lat! Black nie jest gorszy, bo ocenione na 8.4. Przy obu grach Sean Murray pracował jako technical lead.

Skoro tak często miał styczność z „technologiami”, to dlaczego nie potrafił jednoznacznie wskazać ograniczeń własnej gry? W trakcie projektowania poprzednich produkcji niczego się nie nauczył? Oczywiście, trudno porównywać ścigankę i strzelaknę z takim opus magnum jakim – w założeniu – miało być No Man’s Sky. Jednak wygląd tej gry, problemy techniczne, z jakimi musieli walczyć użytkownicy, wyraźnie wskazują na błędy w fazie produkcji. Ja, jako dumny przedstawiciel PCMR, nie mogłem pograć pierwszego dnia. Okazało się, że moja karta graficzna głupieje dokładnie w tym momencie, w którym uruchamiam No Man’s Sky. Problemy z oświetleniem przełożyły się na losowe generowanie cieni, co skutkowało zawieszaniem się gry. Na drugi dzień ten problem został rozwiązany, ale kolejna aktualizacja popsuła coś innego. Tym razem w ogóle nie mogłem włączyć No Man’s Sky. Rzuciłem okiem na forum na Steamie i okazało się, że nie tylko ja spotkałem się z podobnym problemem. Na konsolach wcale nie było lepiej! No Man’s Sky popełniało spektakularne samobójstwa w najróżniejszych momentach rozgrywki.

Być może zabrakło doświadczenia? Myślę, że tak. Hello Game, przed roztrzaskaniem marzeń fanów, zajmowało się serią Joe Danger. Gra wygląda na sympatyczną platformówkę, została ciepło przyjęta zarówno przez recenzentów, jak i przez graczy. Pojawił się nawet sequel! W większości przypadków oznacza to, że produkcja jest lubiana i być może warto kuć żelazo, póki gorące. Tym bardziej że w recenzjach podkreśla się prostotę obu gier, ich przystępność oraz to, że gwarantowały rozrywkę na dobrym poziomie. Niestety, żadne z tych określeń nie pasuje do No Man’s Sky. Oczywiście można zaczynać od czegoś prostego, bo jakoś trzeba rozpocząć swoją podróż. Jednak przykład Hello Games pokazuje, że warto dwa razy się zastanowić, zanim weźmie się na swoje barki wielki ciężar. Trudno inaczej nazwać grę, w której świat miał być otwarty i proceduralnie generowany. Na dodatek gracz miał mieć pełną swobodę decydowanie o swoich krokach, a od niektórych wyborów miał zależeć wynik rozgrywki. No Man’s Sky miało zachwycać różnorodną fauną i florą. Niestety, zamiast przerażających dinozaurów dostaliśmy latające dżdżownice. Świat może i jest otwarty, ale pusty. Po systemie frakcji nie ma nawet śladu, gdzieś ulotniły się także pięknie wyglądające bitwy w kosmosie. Wszystko wyparowało…

Krajobraz po rozczarowaniu

No Man’s Sky miało swoją premierę 12 sierpnia 2016 roku. Dzisiaj jest 17 października 2016 roku. Minęły dwa miesiące i nie ma żadnych baz, żadnej dodatkowej zawartości, która została obiecana. Gra utknęła w martwym punkcie i zdaje się szybować w dół. No Man’s Sky coraz bardziej przypomina projekt, który ktoś opuścił. Twórcy milczą w mediach społecznościowych. Gracze wylewają hektolitry nienawiści na Steamie. No Man’s Sky ma coraz gorsze recenzje, a ilość aktywnych użytkowników coraz bardziej spada. Według SteamCharts w szczytowym momencie, zanim gracze zorientowali się, że w tej produkcji nie ma zbyt wiele interesującej zawartości, ponad 200.000 podróżników eksplorowało galaktykę. Aktualnie jest ich niewiele ponad 1.000. Jest to przerażający spadek, który świadczy tylko o tym, że twórcy polegli. Nie sądzę, aby No Man’s Sky dało się jeszcze uratować. Musiałby wydarzyć się cud, a dobrze byłoby zacząć od rozmowy.

Praktyki Hello Games trudno nazwać wzorcowymi. Przed premierą Sean Murray z wielką chęcią udzielał się absolutnie wszędzie. W pewnym momencie strach było otworzyć lodówkę, ponieważ mógł z niej wyskoczyć kolejny materiał o No Man’s Sky. Prezentacje na targach opowiadały o wyjątkowej grze, o spełnionym marzeniu każdego fana science fiction. Gdy tylko pojawiły się pierwsze problemy, zaczęło się robić coraz ciszej. Jedynym z moich ulubionych momentów, są następujące słowa Seana Murray’a:

Initially I think we’ll all be supporting NMS. But there are other ideas we’ve got rattling around in our heads too. I think video games is just such a largely unexplored field. There’s very few studios that pull off the two game thing, but supporting one game and then kicking off something new – that’s doable right?

Sh*t, I just remembered, we’ve got another thing we’re already working on that’s unannounced. It’s a small experiment, but hopefully you all might like it 🙂

Maybe we can be the Johnny Depp of studios 😀 – do a mixture of big stuff and indie stuff? 😀

Ten fragment pochodzi z AMA, które odbyło się 8 sierpnia 2016 roku, dzień przed premierą gry na konsolach. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział o naklejkach na opakowaniach oraz problemach technicznych. Wszyscy były przekonani, że Hello Games odniesie spektakularny sukces, a o ich grze będzie się opowiadało przez długi czas. Na pewno jedno im się udało – zapisali się w historii – cyfrowej rozrywki, jako przykład studia, która nierozważnie prowadziło promocję i przegrało. 8 sierpnia, słowa o niezapowiedzianym projekcie, o byciu Johnnym Deppem gier niezależnych, brzmiały bardzo odważnie. Dzisiaj się po prostu śmieszne. Odbiorcy oczekują wyłącznie jednego: szczerości, wskazania kierunku, w którym będzie rozwijała się gra. Myślę, że ogłoszenie prac na inną produkcją rozpętałoby prawdziwe piekło. Na szczęście – przynajmniej na razie – do niczego takiego nie doszło.

Chciałbym, aby przypadek No Man’s Sky stał się precedensem na skalę światową. Istotna jest tutaj relacja klient – twórca, jej fundamentem powinna być wzajemna uczciwości i szacunek. Trudno oczekiwać spokojnych reakcji, w chwili, gdy przez trzy lata (!) prowadzi się bardzo agresywną kampanię marketingową. Jednym z jej efektów było stworzenie grupy psychofanów, którzy wręcz życzyli Seanowi Murray’owi śmierci, gdy przełożył premierę gry. Takich fanatyków trudno rozbroić. Świadczy o tym dość nieudolna próba w postaci informacji czego można oczekiwać po No Man’s Sky. W zasadzie wystarczyło napisać, że nie tego, co zostało obiecane. Wtedy taki tekst byłby najbliższy prawdzie.

Klienci muszą być ostrożniejsi! Liczyłem na to, że przypadek niegrywalnego Batmana nauczy graczy większej powściągliwości. Nic z tego. No Man’s Sky uderzyło z wielokrotnie większą siłą. Jest jednocześnie dowodem na to, że system przedsprzedaży rzadko się sprawdza. Poza Overwatchem – jak do tej pory – nie widzę dowodu na to, że warto było zapłacić za coś wcześniej. Cyfrowa rozrywka coraz częściej opiera się na handlu czymś, czego nie ma. Przypadek No Man’s Sky udowadnia to najmocniej. Niestety, w tym przypadku jedyną możliwością ukrócenia tego procederu, jest zaprzestanie kupowania preorderów. Obawiam się, że jest to trudne do wykonania. Produkcja Hello Games pokazała także, że gracze mają bardzo krótką pamięć. Na dodatek są bardzo podatni na marketingowe manipulacje, co najmocniej udziela się wszelkim dziennikarzom growym. A tutaj trzeba dystansu, należy poczekać i brać w nawias obietnice twóróców. Bez tego czekają nas kolejne bolesne rozczarowania.

Page 1 of 9

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén