Tag: netfliks (Page 1 of 4)

W głębi tajemnicy

W ostatnich tygodniach na Netfliksie pojawił się polski miniserial W głębi lasu. Jak miłośnik powieści detektywistycznych nie mogłem sobie pozwolić na zignorowanie tego tytułu. Tym bardziej że został oparty na książce The Woods Harlana Cobena. Jeśli nie znacie tego amerykańskiego autora thilerrów oraz powieści tajemnic, to gorąco zachęcam do skonfrontowania się z jego pisarstwem. Publikuje od 1995 roku, ma rozpoznawalne nazwisko w świecie literatury popularnej. Od razu zaznaczam, że ten tekst nie będzie o Harlanie Cobenie, ale o formach popkultury.

W głębi lasu bywa różne klasyfikowane. Jedni piszą, że to thriller, a inny mówią, że to kryminał. Osobiście uważam, że ten serial to (o)powieść tajemnic. Z uwagi na to, że z wykształcenia jestem literaturoznawcą, pozwolę sobie na sięgnięcie do książkowych głębin. W anglosaskiej nauce o gatunkach literackich funkcjonuje pojęcie mystery fiction, które obejmuje historie pełne tajemnic, często morderstw i obracające się wokół szeroko rozumianego śledztwa. Jest to dość pojemny worek. Lądują w nim wszelkiego rodzaju kryminały, thrillery, a nawet literatura szpiegowska. Sporo tego, na dodatek te gatunkowe podziały dobrze wyglądają na papierze, ale w praktyce z łatwością się przenikają. Zresztą sam Marek Krajewski, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich twórców powieści kryminalnych, w wywiadzie udzielonym Onetowi, sam siebie określa jako autora powieści tajemnic.

Wystarczy tych gatunkowych zawiłości! Mógłbym o nich opowiadać godzinami, bo zawsze ten temat był jednym z moich ulubionych w trakcie badań nad kulturą literacką. Wracając do W głębi lasu. Po obejrzeniu serialu zacząłem się zastanawiać nad tym, czy można go zakwalifikować jako kryminał. Niestety, po przemyśleniu tematu, uważam, że odpowiedź brzmi – to zależy. Zależy od perspektywy. Jeśli uznamy, że kryminał to po prostu forma śledztwa z trupem (lub trupami) w tyle, to wtedy faktycznie W głębi lasu jest kryminałem. Natomiast tę kwestię można ugryźć także w inny sposób. W 1929 roku Roland Knox opracował 10 przykazań powieści kryminalnej, które na tyle mocno wgryzły się w gatunek, że kilka z nich w dalszym ciągu uznawanych jest za wyznacznik przynależności. Przykładem wciąż obowiązującej reguły, jest przedstawianie czytelnikowi wszystkich elementów śledztwa, jakie są dostępne detektywowi lub osobie pracującej nad zagadką.

W głębi lasu nie spełnia tej reguły. Ostatnie odcinki, w których tajemnica zostaje rozwiązana, wprowadzają także informacje wcześniej niedostępne dla widza. Przez co bohater posiadał inną, zdecydowanie większą, widzę, niż odbiorca. Rozumiem, że wyciągnięcie tych elementów na samym końcu sprawiło, że inaczej spojrzałem na kilka postaci i zbudowało druzgocący efekt zaskoczenia. Mimo to wolałbym, aby serial zaprezentował wszystkie fakty, pozwolił mi na moją własną, prywatną próbę, rozwikłania zagadki. Pokazanie tego, co wcześniej pozostawało dla mnie ukryte, a o czym nic nie wiedziałem, tylko snułem domysły, pozostawiło mnie w stanie niespełnienia. Chciałem wziąć udział w przygodzie kryminalnej, ale najwyraźniej zaprezentowano mi opowieść tajemnic.

W kierunku konfliktu

Koniec miesiąca to idealny moment na ściągnięcie kilku tematów z listy rezerwowej. Od dawna wisiał na niej serial Kierunek: Noc. Obejrzany szybko, w ciągu kilku dni. Dobrze zrealizowany, cechujący się niezłym tempem akcji. Obraz potrafił przykleić człowieka do ekranu, okazjonalnie nawet prowokował dyskusje na temat dalszego rozwoju fabuły. Jednak z biegiem odcinków pojawiało się coraz więcej nielogicznych elementów. Kierunek: Noc ma świetny start, ale później trzeba zacząć przymykać oczy.

Myślę, że satysfakcja z oglądania serialu w dużej mierze zależy do tego, jak odbiorca rozłoży akcenty. Może wybrać apokalipsę, zagrożenie zewnętrzne. Kierunek: Noc pozwala zobaczyć świat, który zostaje unicestwiony przez promienie słoneczne. Dlatego jedynym sposobem przetrwania jest uciekanie przed Słońcem, w ciemność. Tylko czy, aby na pewno serial poświęca wystarczająco dużo uwagi światu zewnętrznemu? Moim zdaniem nie. Chęć zobaczenia opowieści o upadku znanej rzeczywistości, o rozpadzie społeczeństw, z łatwością obudzi drzemiącą irytację. W tej perspektywie Kierunek: Noc jawi się jako jedno wielkie rozczarowanie. Serial poświęca zdecydowanie za mało czasu na opowiadanie o tym, jak świat radzi (lub nie) sobie z zagładą. Co jest ważniejsze? Zamknięta w samolocie grupa bohaterów, których poczynania obserwuje widz.

Tutaj zaczyna robić się interesująco! Mała przestrzeń, brak możliwości wychodzenia na zewnątrz, potrzeba bycia w ciągłym ruchu, konieczność organizowania zasobów. A wszystko to pod presją czasu! Bohaterowie zawsze muszą się uwinąć przed nastaniem świtu, w przeciwnym razie zginą. Dlatego odcinki, w których wychodzą poza samolot, są niezwykle dynamiczne, często składają się z wielu różnych wydarzeń budzących konflikty pomiędzy przymusowymi członkami załogi. Moim zdaniem te starcia się w serialu najważniejsze. Kierunek: Noc można odczytać jako wielowątkową opowieść o starciu charakterów, przekonań, stereotypów i niebezpiecznych uprzedzeń. Charaktery postaci rozwijane są poprzez opowiadanie ich przeszłości. Często mrocznej, pełnej bólu, strachu i rozczarowań. Dość niepokojące jest to, że się ich nie zapamiętuje. Uwaga jest na tyle mocno skoncentrowane na aktualnych wydarzeniach, że korzenie charakterów stają się szybko mało istotne.

Kierunek: Noc warto obejrzeć właśnie dla tych konfliktów pomiędzy postaciami. Dla obserwowania tego, jak radzą sobie w trudnych warunkach, ile z siebie są w stanie poświęcić. W takim ujęciu ten serial jest interesujący. Po prostu warto potraktować koniec świata jako tło, jako scenografię dla starcia grupy całkowicie obcych sobie ludzi. Wtedy drobne, ale piętrzące się, nielogiczności nie powinny przeszkadzać, mogą nawet umknąć uwadze skoncentrowanego na postaciach odbiorcy. Kierunek: Noc to raczej opowieść socjologiczno-psychologiczna, niż pełnoprawna, dbająca o kontekst wydarzeń, fantastyka naukowa. Serial dobry na deszczowy weekend. Dwa dni w zupełności wystarczą, aby go obejrzeć.

Oślepiające pragnienie władzy

Piąty sezon Peaky Blinders już za mną. W dalszym ciągu lubię ten serial, chociaż miewał słabsze momenty. Szczególnie w momentach, w których twórcy chcieli zmienić rytm narracji, spowolnić ją. Wtedy bywało nudo, często zadawałem sobie pytanie o konieczność wprowadzenia tej lub innej linii fabularnej. W piątym sezonie od pierwszego odcinka jest intensywnie. Najnowsza seria cała jest napakowana akcją, intrygami oraz szaleństwem. W tym ostatnim przypadku pierwsze skrzypce przeszły w ręce Thomasa Shelby’ego.

Dla mnie ten serial cały czas dotyczy problemu władzy. Z tym, że próbuje ugryźć ten temat od innej strony, niż – na przykład – House of Cards. W tym przypadku ważne było znacznie urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki oraz tego, że ta osoba często wpływa na układ sił na świecie. Stąd intrygi przypominały dworskie knowania. Pełne trucizn, łapówek oraz oszukiwania wspólników. Frank Uderwood miał konkretny cel i robił wszystko, aby go osiągnąć. Był na nim całkowicie skupiony, podporządkował całe swoje życie pragnieniu absolutnie władzy. Czy był szalony? Nie sądzę, na pewno metodyczny w swoich działaniach. Racjonalny i pragmatyczny do ostatniego kroku. Zawsze gotów wyprowadzić kontratak.

Odnoszę wrażenie, że właśnie taka struktura bohatera sprawiła, że od trzeciego sezonu jakość narracji w House of Cards zaczęła konsekwentnie spadać. Bywały dobre moment, jednak traciły znaczenie ze względu na przytłaczających liczbę średnich wątków. Twórcy Peaky Blinders cały czas grają motywem szaleństwa. Thomas Shelby, żołnierz doświadczony przez brutalne starcia I Wojny Światej, nigdy z niej nie wrócił. Cały czas walczy w okopach. Potrzebuje przeciwników, namiętnie ich szuka, żyje tylko wtedy, gdy może się z kim skonfrontować. Jednocześnie cały czas powiększa swój majątek i wpływy. Jakby szukał równowagi, ale nie potrafił jej utrzymać. Widać to szczególnie w piątym sezonie, który najmocniej koncentruje się na postępującej degradacji umysłu Thomasa Shelby’ego. Jednocześnie, co warto zaznaczyć, nie staje się przez to mniej skuteczny.

Narracja, moim zdaniem, zmierza w kierunku motywu szalonego króla. Władcy, którego ktoś musi odsunąć i zasiąść na jego tronie. Podejrzewam, że rozłamów w klanie będzie coraz więcej. Pojawią się stronnictwa, a jedyną szansą na rozpoczęcie wspólnych działań, będzie pojawienie się zagrożenia z zewnątrz. Czy Thomas Shelby, zaangażowany w politykę i porządkowanie brytyjskiego społeczeństwa okresy międzywojennego, w porę je zauważy? A może ulegnie swoim demonom i rozpocznie się jego powolny upadek?

Z takimi pytaniami pozostawił mnie piąty sezon Peaky Blinders. Był jednym z lepszych w całej serii. Porządnie zbudowana narracja, mocne zwroty akcji, a także zmiany w charakterach poszczególnych bohaterów. Potężna porcja nieźle przyrządzonej rozrywki. Moim zadaniem ten sezon jest pozycją obowiązkową dla miłośników thrillerów trzymających w napięciu do samego końca.

Wypełniacze

Z mojej serialowej listy spadły kolejne dwa tytuły. Obejrzane w ciągu jednego tygodnia. Padło na Marianne na Netfliksie oraz Turbulencje, które wylądowały w ofercie HBO GO. Z perspektywy gatunku seriale te są skrajnie różne. W pierwszym przypadku jest to opowieść grozy, a w drugim historia pełna tajemnic z wątkiem szpiegowskim. Oba da się obejrzeć, potraktowałem je jako guilty pleasure. Niekoniecznie chciałbym do nich wrócić i niespecjalnie zachęcam do ich oglądania. Dlaczego postanowiłem poświęcić trochę czasu na napisanie kilku słów o tych tytułach?

Coś je łączy. Są to średnie scenariusze. W przypadku Marianne uderzyły mnie bezsensowne dialogi. Takie wypełniacze czasu, żeby widz mógł sobie popatrzeć na gadających bohaterów. Takich rozmów było wiele, podejrzewam, że miały również służyć do zmiany tempa w serialu, w celu wywołania większego przerażenia dalszymi wydarzeniami. Mnie nużyły, sprawiały, że traciłem zainteresowanie serialem i na pewno nie przejąłem się losami bohaterów. Marianne ma swoje momenty, chwile, w których widać pomysł, polot oraz ciekawe pomysły. Niestety, wrażenie psują bzdurne rozmowy. Na przykład ta w samochodzie, na wyspie. Poza tym jest kilka niedociągnięć w samej strukturze fabuły. Warto ich poszukać w trakcie oglądania serialu.

Jeżeli pasjonuje was poszukiwanie narracyjnych potknięć, to na pewno przypadną wam do gustu Turbulencje. To tacy Zagubieni wpadający chwilami w serial dla nastolatków. Tutaj autorzy popełnili kilka błędów w montażu, poprzez kilkukrotnie wykorzystanie tych samych scen. Bohaterom zdarza się w magiczny sposób zmienić ubranie. W ciągu jednej chwili. Turbulencje także mają kiepskie dialogi, jednak ich słabość jest dodatkowo podkreślana przez niezdecydowanie postaci. Niektóre wydarzenia na pewno pojawiały się po to, aby zainteresować widza danym wątkiem. Jednak, ze względu na to, że postacie szybko potrafią zmienić zdanie, czasem w ciągu jednego odcinka nawet kilka razy, wypadło to jak prosty chwyt stosowany w telenowelach. Na przykład w Na Wspólnej. Tam też charaktery bywają płynne.

Drażnią mnie takie rzeczy. Wiem, są to drobiazgi, ale psują mi odbiór. Oba seriale nie miały wyjątkowo wysublimowanego drugiego dna. Były wyraźnie tworzone w określonym gatunku, w celu zapewnienia rozrywki. Przyznaję, że to się udało, jednak – moim zdaniem – wypada doszlifować formę. Zamiast liczyć na to, że odbiorca popkultury, przytłoczony różnymi bodźcami, nie zwróci uwagi na potknięcia, może im zapobiec. Zwrócić uwagę na słabsze fragmenty, zadbać o motywacje bohaterów, uniknąć sztucznych wypełniaczy czasu. Miło jest obejrzeć coś przemyślanego, zbudowanego z dobrze widoczną myślą przewodnią i charakteryzującego się solidnym wykonaniem. W przypadku Marianne oraz Trubulencji realizacja jest raczej średnia, bo trudno ją nazwać poprawną.

Jako guilty pleasure na pewno się sprawdzą. Obawiam się, że nic więcej nie można z nich wyciągnąć.

Fałszywa komiksowość

Obejrzałem Polar. Chociaż sądzę, że czasownik „obejrzałem” nie oddaje wagi czynności. Lepszy byłby „wymęczyłem” lub „przetrwałem”. Ten film jest doskonałym przykładem tego, co dzieje się, gdy ludzie tworzą teksty wyłącznie pod dyktando zysku. Tak jakby wrzucenie na początek filmu słów „na podstawie komiksu” usprawiedliwiało braki w wielu innych aspektach. Co z tego, że główną rolę gra Madds Mikkelsen, skoro dostał materiał mierny i beznadziejny?

Nie widzę nic dobrego w tym filmie. Cały materiał przypomina zwykły skok na kasę. Nieudolną próbę wybicia się na popularności Johna Wicka. W centrum fabuły również znajduje się zawodowy morderca, który postanowił zerwać z wykonywaną profesją. Można to uznać za interesujący punkt wyjścia, jednak na tym fundamencie wypadałoby coś zbudować. Potrzebna jest realizacja, której wyraźnie w Polarze brakuje. Dla mnie ten film jest tylko pomysłem, wydmuszką, z której ktoś metodycznie i z godnym pochwały uporem, wyrzucił zawartość. Polar jest boleśnie pusty, nieudolny fabularnie, a na dodatek próbuje sprzedać swoją miernotę, zasłaniając się komiksem.

Może się udawać, że przeniesienie sensów do filmu z powieści obrazkowej, jest banalne. Oba media operują obrazem, zamykają treść wewnątrz konkretnego kadru. Jednak to tylko pozór. Mam wrażenie, że twórcy filmy Polar zapomnieli o jednej, kluczowej, kwestii – odbiorze. Komiks się ogląda i czyta, co wymaga ciągłego zestawiania sensów wyodrębnionych ze słów z tymi zawartych w obrazie. Pojawia się interakcja, jaką jest przewracanie stron, co jest widoczne nawet w wersji cyfrowej. Uwaga odbiorcy skupia się zupełnie inaczej, niż w przypadku filmu, który – przede wszystkim – się ogląda. Obraz staje się tutaj dominantą, dlatego tak istotny dla fabuły jest montaż oraz to, co trafia do kadru. Tutaj – moim – zdaniem leży największa słabość filmu Polar.

Jest przypadkowy. Fabuła poskładana jest z różnych obrazków, które są tylko luźno ze sobą powiązane. Wiele czynności wykonywanych przez postacie, nie ma większego znaczenia dla całości filmu. Podejrzewam, że w zamyśle twórców, miało to prowadzić do estetyzacji przemocy, do upiększenia brutalności tortur oraz rozbryzgujących się głów. Dobrym przykładem realizacji tego tematu, jest film Velvet Buzzsaw. Tam przemoc zostaje poddana solidnej estetyzacji. Mało tego! Zostaje, w dość swobodny sposób, włączona w porządek sztuki wystawianej w galeriach, a więc takiej, która poszukuje uznania w oczach krytyków. A Polar? Obrazki, które w komiksie na pewno by się broniły. Istotna byłaby kreska, dynamika pomiędzy postaciami. Ważny były sposób, w jaki została ukazana akcja. W filmie po prostu brakuje solidnego rzemiosła. Jest za to marketingowa papka, trudna do strawienia i marnująca aktorski potencja Madsa Mikkelsena.

Mnie Polar przypomniał, że komiksowość rządzi się swoimi prawami. Ustawia w określony sposób odbiorcę i bez zrozumienia różnic pomiędzy tymi mediami, trudno mówić o porządnej adaptacji. W jej miejsce pojawia ohydna pulpa wylewająca się z ekranu.

Page 1 of 4

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén