Tag: polemika (Page 1 of 2)

Literat przegląda Internet #127

Poślizg! Wszystko przez sprzątanie oraz 6. sezon Grimma… Myślałem, ze jestem wolny, że będę mógł ruszyć dalej, ale okazało się, że Netfliks miał inne plany. Skończyłem serial. Teraz jestem tego pewien. Kolejnego sezonu nie będzie.

Polemika z Kają Godek. Ważny tekst. Szczególnie w obliczu ostatnich dni.

Dwa lata w gamedevie. Z perspektywy twórcy gier indie.

Nie wiecie, kim jest Alexander Nix? Dziwne.

Minecraf oraz fala pogróżek? Połączenie dziwne, ale możliwe.

Etyka oraz game design.

Les Chatfield / Reading for bad weather (CC BY 2.0)

Czego ten Pan chce od tej książki?

Nigdy nie wiem, co jest pierwsze. Najpierw są upały, a potem ludzie zaczynają się denerwować? A może Słońce zbyt mocno przygrzewa, co zdecydowanie nie sprzyja trzymaniu nerwów na wodzy? Rzecz, którą dostrzegłem w tym tygodniu ma zupełnie inne podłoże. Upału wtedy nie było, zabrakło czegoś innego, po obu stronach – zarówno w przypadku autora, jak i komentujących jego tekst. Łatwo dać się ponieść wrogiemu nastrojowi, ale warto czasem spojrzeć na sprawę zupełnie pod innym kontem. Będzie to jedna z tych spraw, w których prawda leży pośrodku, ale jakoś nikt nie chce do niej podejść, bo to bliższej konfrontacji pomiędzy stronami.

Najpierw kontekst. Włączam komputer, aby sprawdzić, co tam słychać w mediach społecznościowych. Czynię to nie dla zabicia czasu, ale w poszukiwaniu inspiracji. Nie zawsze się udaje, jednak tym razem trafiłem na coś interesującego. Adam Folek napisał tekst Książka w wersji instant, w którym krytykuje rynkowe podejście po książki. Przedmiot ten został pozbawiony ważności, sprowadzony do zwykłej rzeczy, którą można trzymać na półce, a tak nie powinno być! Rolą intelektualisty jest wychowywać, wskazywać jedyną słuszną drogę! Adam Folek poczuł potrzebę wytłumaczenia ludziom, czym książka powinna być. Za przykład negatywnego postrzegania fundamentu literatury wybrał Zniszcz ten dziennik Keri Smith. Jak sam tytuł wskazuje, zadaniem odbiorcy, jest dokonanie aktu destrukcji na fizycznej strukturze tekstu. Poszczególne kartki opisują, co należy z nimi zrobić (pomiąć, poplamić, porysować itd.). Dla Adama Folka jest to przykład na upadek kultury czytelnictwa, a sam Zniszcz ten dziennik służy autorowi za punkt wyjścia do krytyki nowoczesności. Bo w dużej mierze, właśnie tym zajmuje się Adam Folek. Dlatego, w świetle jego programu krytyki współczesnej kultury, nie można oburzać się za sposób przedstawienia sytuacji książki w tekście Książka w wersji instant. Na Fejsbuku przeczytałem, że Adam Folek zachowuje się jak nadęty humanista, że nie ma o niczym pojęcia, wytknięto mu kilka – poniekąd słusznie – niedociągnięć. Nie przyłączę się do tej grupy działającej po sztandarem Świętego Oburzenia Wiedzących – Adam Folek ma pewien program, który stara się realizować i dzięki temu pojawia się możliwość dyskusji.

Uważam, że Zniszcz ten dziennik to ciekawa inicjatywa, a jestem literaturoznawcą, który okupuję się w książkach, uwielbia je i dba o swoją, stale się powiększającą, kolekcję. Dzięki Keri Smith można poprowadzić interesujące zajęcia na temat granic „książkowości”. Ćwiczenia mogą polegać na przedstawieniu różnych definicji książki – zmieniają się one na przestrzeni lat, książka nie zawsze jest książką we współczesnym rozumieniu – i zastanowienia się nad modelem czytelnictwa. Czego dziś wymaga się od odbiorcy? Jak mam on być przygotowany? W jakim stopniu wartościowe są wszystkie kampanie społeczne? Z tym że trwamy w permanentnym kryzysie czytelnictwa, pisałem ostatnio, dlatego nie będę się powtarzał. Tekst Książka w wersji instant Adama Folka pokazuje tylko jedną możliwość interpretacji Zniszcz ten dziennik. Jak słusznie zauważono na Fejsbuku, tę książkę można potraktować zupełnie inaczej i pokazać jej pozytywne aspekty. Na przykład zastanowić się nad tym, czy można ją zaliczyć do liberatury? Miałem na ten temat całkiem ciekawą pracę od studenta. Niestety, w wyniku natężenia Świętego Oburzenia, możliwość dyskusji umarła. Ja nie chcę być krzyżowcem, pragnę jedynie przedstawić odmienny punkt widzenia, skoncentrować się na kilku elementach, które w tekście Adama Folka wydały mi się niepokojące.

Bunches and Bits {Karina} / Reading (CC BY-NC-ND 2.0)

Bunches and Bits {Karina} / Reading (CC BY-NC-ND 2.0)

Przede wszystkim autor zdaje się zapominać o tym, że nie posługujemy się już XIX wiecznym modelem lektury. Współcześnie książka została pozbawiona swojej aury, musi walczyć o zainteresowanie odbiorców. Na zmianę jej pozycji zwrócił już uwagę Karol Irzykowski, (krytyk literacki piszący w okresie dwudziestolecie międzywojennego) w takim razie, dlaczego my, współcześni intelektualiści, zdajemy się tego nie widzieć? Mam wrażenie, że wielu z nas – do tej grupy zaliczam także Adama Folka – pozostaje ślepa z wyboru. Zdarza się, że próbują zawrócić kijem Wisłę i przypomnieć społeczeństwu, że kiedyś to książka była najważniejsza i było super, w takim razie teraz powinna wrócić na piedestał i nigdy już z niego nie schodzić. Ja zupełnie inaczej widzę rolę intelektualisty we współczesnej kulturze. Zadaniem tej części społeczeństwa nie jest świecenie ludziom po oczach kagankiem oświaty, ale tłumaczenie przemian, zwracanie uwagi na interesujące procesy we współczesnej kulturze. Pytanie o homogenizację, o degradację sensu, o upadek rytuałów – wszystko to wymaga zejścia z wieży i zmieszania się z tłumem. Pogarda motłochem (będąca zamaskowanym strachem przez masowym odbiorcą?) prowadzi do odklejenia się i palenia mostów. Dużo mówi się o tym, że elita polityczna żyje w alternatywnej rzeczywistości i nie rozumie potrzeb swoich wyborców. Przykład Adama Folka pokazuje, że intelektualiści żyją w przeszłości, że krytykują współczesność porównując ją do czasów zamierzchłych, w których kultura wysoka niepodzielnie rządziła ludem. Tę stereotypową niechęć do popkultury widać, gdy Adam Folek pisze:

Mamy w Polsce taki rynek książkowy, na którym zdecydowanie ważniejszy jest rynek niż książka. Łatwiej znaleźć reedycję kryminałów Camilli Lackberg niż powieści Tomasza Manna. Słowo, będące kamieniem węgielnym naszej kultury, postanowiliśmy utowarowić i ładnie zapakować, by z zyskiem sprzedawać je w klimatyzowanych galeriach handlowych, gdzieś między pracą a domem, między McDonaldsem a H&M.

Urynkowienie kultury, a co za tym idzie mówienie o jej produktach, jest trudnym do odwrócenia procesem. Mam wrażenie, że wręcz niemożliwym. Sam wolę mówić o tekstach kultury, niż o jej produktach, ale nie wynika to z mojej niechęci do popkultury, tylko z racji potrzeby oderwania swoich badań od aspektu ekonomicznego. Wolę tworzenie od produkowania kultury – tutaj zgadzam się z Adamem Folkiem. Ale stanowczo sprzeciwiam się zgniataniu popkultury! Aż dziw berze, że autor zestawił Lackberg „jednie” z Mannem i nie wytoczył cięższych dział, takiego na przykład Prousta. Powtórzę to, co zawsze mówię swoim studentom – nie wstydźcie się tego, że aktywnie uczestniczycie w popkulturze, że oglądacie seriale, że bawią was memy, a popołudnia lubicie spędzać przy powieściach kryminalnych. Daleki jestem od obrony ignorancji, która objawia się niskimi kompetencjami kulturowymi, ale nie możemy zakładać, że lektura Manna i powrót do wysokiej literatury nas zbawi. Bycie aktywnym odbiorcą popkultury wymaga znajomości fundamentów kultury europejskich, nagle okaże się, że znajomości filozofii może być przydatna (patrz: serial Detektyw). Nie można się obrazić, zamknąć w pokoju z wielkimi twórcami i udawać, że świat umarł. Tak zachowują się rozwydrzone dzieci, a nie osoby należące – lub aspirujące – do elity intelektualnej.

Niepokojące jest rozdarcie sądów Adama Folka, szczególnie widoczne w poniższym fragmencie:

… nie mamy już czasu na książki. I naprawdę mogę to zrozumieć. Kulturą są teraz dla przeciętnego człowieka seriale i filmy, łatwiej przyswajalne i dostępne na różnych nośnikach elektronicznych.

Autor dostrzega to, że książka jest otoczona innymi mediami – i to się w chwali. Fakt ten interpretuje w sposób – niestety – potwierdzający Fejsbukową tezę o poczuciu wyższości i nadęciu intelektualistów. Skąd założenie, że seriale i filmy są łatwiej przyswajalne? Taką Odyseję kosmiczna człowiek połyka bez problemu, nawet przez chwilę mu nie staje w gardle. Zresztą podobnie jak Białą wstążkę lub Melancholię. A seriale? Wspominałem wcześniej o Detektywie – pierwszy sezon wymagał od widza zorientowania w filozofii, w przeciwnym razie wiele interesujących kwestii umykało uwadze odbiorcy. Dobrym przykładem jest także Dom grozy, którego autorzy ciekawie grają różnymi, znanymi z europejskiej kultury, potworami. Jest wilkołak, wampir, są wiedźmy. Wszystko to jest odpowiednio zmodyfikowane, a znajomość książek oraz filmów, których fabuła była oparta na walce z monstrami, nie zakłóca odbioru serialu, ale wręcz go poprawia. Dopiero wtedy można mówić o pełnym doświadczeniu sensów Domu grozy. Uproszczenie Adama Folka jest krzywdzące. Nie można wszystkiego wrzucać do jednego wora i oznaczać go jako „przyjemnie i łatwe w odbiorze”. Poza tym nawet w Miłości na bogato można znaleźć ciekawe wątki mówiące o współczesnej kulturze. Przeprowadziłem taki eksperyment ze studentami. Przez całe zajęcia omawialiśmy modele oraz stereotypy, jakie pojawiły się w tym serialu. Oczywiście, że kultura jest pełna dzieł niewartych uwagi, ale ich ocenianiem powinni zajmować się ludzie należący do elity intelektualnej. Na pewno nie można tego robić poprzez zwykłe uproszczenia, ponieważ gubi się wtedy możliwość wartościowania poszczególnych tekstów. Sprowadzenie wszystkiego do konfliktu pomiędzy kulturą wysoką a niską jest po prostu nudne.

Najgorsze jest wprowadzenie kategorii przeciętnego człowieka. Kto to jest? Jak wygląda? Wszyscy czujemy się nieprzeciętni, to w takim razie, gdzie znajdziemy kogoś reprezentującego średnią? Przy całym moim szacunku do poglądów autora oraz jego formy krytyki kultury – wydała mi się ona trochę wątpliwa, co wyartykułowałem w tym tekście – uważam, że sięgnięcie po przeciętnego człowieka jest błędem, którym niszczy cała treść zawartą w tekście. To zwykły wytrych, który ma otworzyć drzwi do serc tych, będących ponad przeciętnością, pogardzających masą. Tani chwyt zasługujący na napiętnowanie. Posługiwanie się jakimś stereotypowym konglomeratem poglądów – bo chyba tak należałoby zdefiniować tego przeciętnego człowieka – świadczy o tym, że autor sam nie wie, o czym pisze. Bo skoro, krytykowana przez Adama Folka, popkultura właśnie dla tego średniactwa jest, on sam do niego nie należy, bo czyta książki, to nie może on nic na ten temat powiedzieć, bez wcześniejszego pozbycia się uprzedzeń i niechęci. Chyba że Książka w wersji instant miała być skierowana do intelektualistów zamkniętych w wieżach i wysłana gołębiem. Tylko przypadek sprawił, że tekst został opublikowany w Internecie, w pulsujących źródle popkultury.

//Obrazek wyróżniający: Les Chatfield / Reading for bad weather (CC BY 2.0)

Dennis Skley / Startup (CC BY-ND 2.0)

NaSłuch #1 – Startup w kulturze

//Muzyka: Grzegorz Pikuliński.

//Artykuły wymienione w podcaście:

//Obrazek wyróżniający: Dennis Skley / Startup (CC BY-ND 2.0)

//Podcast można odsłuchać na Soundcloud lub pobrać.

Daniel Go / Wei Wei Premium Beef Instant Noodles (CC BY-NC 2.0)

Instant!

Wolę kulturę na abonament, czy kulturę fast food? Czym w zasadzie różnią się te dwa rodzaje? Jak wpływają na odbiorcę, a jak na twórcę? Czy faktycznie ta pierwsza jest lepsza i zaczyna dominować? Do zastanowienia się nad tymi aspektami współczesnej kultury zainspirował mnie artykuł Zastanów się, zanim nazwiesz współczesną kulturę fast foodem Łukasza Kotkowskiego. Zastanowiłem się…

Kilka rzeczy rozdrażniło mnie w tym artykule. Szczególnie zdenerwował mnie brak zdefiniowania obu pojęć oraz wyraźnego wskazania różnić pomiędzy nimi. Tylko wspomnę o notorycznym myleniu terminów i całkowitym przemilczeniu kanonu. Artykuł Łukasza Kotkowskiego przedstawia część całości, na pewno jest ciekawą opinią, z którą można dyskutować, ale tekst ten ma wiele braków, bardzo charakterystycznych dla współczesnej publicystyki, co pozwala zakwalifikować go do kultury fast food. Paradoks, prawda?

Zanim zaczniemy wartościować, dzielić na tę lepszą i tę gorszą, spójrzmy na współczesną kulturę szerzej. Dlaczego nasze nawyki odbioru tekstów się zmieniły? Przede wszystkim dociera do nas więcej informacji, niż kiedyś, a wiele z nich, delikatnie mówiąc, nie niesie ze sobą zbyt wiele istotnych treści. Pojawia się szum, w którym musimy nauczyć się poruszać, dlatego, współcześnie, ważniejsza jest umiejętność selekcji sensów i ich odpowiedniego użytkowania. Łukasz Kotkowski pisze:

Być może czas przestać się oszukiwać, że twory kultury to współczesne wersje świętej krowy?

I to pytanie sprawia, że cały tekst staje się bardzo agresywny. Już od dawna, właściwie od momentu ogłoszenia miłościwie nam panującego postmodernizmu, nikt nie traktuje dzieł lub – jak chce autor – tworów kultury jako czegoś otoczonego aurą świętości. Współcześnie, w naukach humanistycznych, mówimy o tekstach, które Espen Arseth definiuje jako galaktyki znaczeń. Nie oznacza to, że badacze kultury stracili szacunek do treści, którymi się zajmują. Łukasz Kotkowski brutalnie strąca twory kultury z piedestału, stara się być rewolucjonistą, a nie dostrzega tego, że wyważa dawno otwarte drzwi.

Roadsidepictures / Instant Folger's Coffee Crystals Sample, 1960's (CC BY-NC-ND 2.0))

Roadsidepictures / Instant Folger’s Coffee Crystals Sample, 1960’s (CC BY-NC-ND 2.0))

Kultura masowa, w której tarzamy się każdego dnia, w którą zanurzamy się z chwilą sięgnięcia po telefon i sprawdzenia newsów, idzie krok dalej. Nie ma w niej miejsca na świętość, rytuały, nawet konstruktywna krytyka kona. Najważniejsze są produkty kultury. Gdy kwestie treści przedstawimy w ten sposób i potraktujemy jako jeden z wielu produktów współczesnego kapitalizmu, to musimy pamiętać o idącej za tym standaryzacji oraz masowości tworzenia. Krytyka kultury masowej ma wiele twarzy. Są tacy, którzy widzą w niej klęskę wolności oraz umysłu (T. Adorno), dla innych to sprawia ona, że odbiorca staje się coraz bardziej bierny (D. Macdonald), a są także tacy widzący w niej istotny element współczesności, który w sposób istotny wpływa na funkcjonowanie społeczeństwa (N. Carroll). Niezależnie od przyjętej postawy na pierwszy plan wysuwa się natychmiastowość kultury masowej, to że jest instant, jak, cieszące się niesłabnącą popularnością wśród studentów, chińskie zupki. Czas oczekiwania jest bardzo krótki, wartość spożywcza wątpliwa, ale ten zalewany wodą makaron ma wielu zagorzałych fanów. Podobnie jest z kulturą masową. Narzekamy, że niewiele w niej wartościowej treści, cieszymy się z tego, że dostajemy ją natychmiast i sprawia nam radości. Oczywiście zaraz znajdą się oburzeni, że prawdziwą przyjemność daje lektura Heideggera. Właśnie dla takich osób stworzono pojęcie gulity pleasure – konsumują, cieszą się, ale wstydzą się do tego przyznać.

Brak jednoznacznych różnić pomiędzy kulturą na abonament, a kulturą fast food wynika stąd, że obie te odmiany można skonsolidować i nazwać kulturą instant. Ważna natychmiastowość, która cechuje zarówno współczesny model abonamentu, jak i fast foodu. Kwestia czasu, a właściwie jego braku, mocno wpłynęła na nawyki odbiorców oraz twórców. Ci pierwsi pragną treści coraz prostszych i tak skonstruowanych, aby można było je konsumować na dowolnym urządzeniu. Natomiast ci drudzy walczą z narastającym szumem informacyjnym i aby się w nim przebić muszą tworzyć coraz więcej i coraz szybciej. Nasza współczesna pamięć jest bardzo krótka. Zapominamy po chwili, ponieważ zaczyna nas fascynować coś zupełnie innego. Dlatego tak ważna staje się dla nas natychmiastowość dostępu do treści. Mam ochotę na zombie? Żaden problem! Filmy, komiksy seriale – do wyboru, do koloru. Zmieniłem zdanie i jednak wolę wampiry? Ależ proszę! Tekstów poruszających ten temat również jest zatrzęsienie. Nie znaczy to, że wszystkie one będą na najwyższym poziomie. Samo opłacanie abonamentu trudno nazwać gwarancją jakości.

Trzeba nauczyć się surfować po wzburzonym morzu popkultury. Parę razy się podtopić, dać się porwać fali – w przeciwnym razie czeka nas utonięcie i zanurzenie w mule. I tu pojawia się problem: kto ma nas tego nauczyć? Dla mnie problem ten jest bardzo istotny. Znaczące jest to, że współczesna popkultura w dalszym ciągu nie wykształciła swoich krytyków, za to na każde skinienie ma armię recenzentów. Czy godne podziwu jest to, że ktoś obejrzał 8 sezonów danego serialu w jeden wieczór? Niektórzy powiedzą, że tak, ale ja zapytam: i co z tego wyciągnął? Jeżeli sama przyjemność, to w porządku, ale warto byłoby również nauczyć się odczytywać kody zawarte w treściach popkultury. Tylko, że aby je zrozumieć, trzeba najpierw poznać kanon, należy zrozumieć kontekst powstania danego tekstu oraz dokonywać selekcji informacji. Opłacanie abonamentu i kierowanie się rekomendacjami, to za mało.

Martwi mnie milcząca zgoda na obniżenie kompetencji odbiorcy. Daleki jestem od stwierdzenia, że jest on bierny, ale grzech ignorancji przestał być piętnowany. Wprost przeciwnie – nosi się ją niczym symbol oznaczający wybrańca. Natychmiastowy dostęp do treści, ich ilość oraz zróżnicowany poziom, to wszystko są rzeczy miłe i bardzo potrzebne. Ale nie zapominajmy o tym, że odbiorca musi też umieć myśleć, przetwarzać to, co ogląda. Nie ma nic gorszego od bezmyślnego konsumowania, niezależnie od tego, czy robi się to za darmo, czy w ramach abonamentu. Do zmiany tej sytuacji potrzebujemy edukacji, której jednym z bardzo istotnych założeń będzie nauka selekcji informacji.

Szkoda, że tego nie robimy. Szum informacyjny nas ogłusza, niewielu dostrzega to, że toniemy w morzu kultury masowej. Posługujemy się słowami-kluczami, być może dlatego, że chcemy, aby rozumiała nas wyszukiwarka, a niekoniecznie drugi człowiek. Kultura instant jest trudna do opanowania, ale nie znaczy to, że nikt nie powinien się nią zajmować.

//Obrazek wyróżniający: Daniel Go / Wei Wei Premium Beef Instant Noodles (CC BY-NC 2.0)

Krytyka literacka się pogubiła

Krytyka literacka to temat niewdzięczny przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze została oficjalnie uznana za martwą przez Przemysława Czaplińskiego. A po drugie współcześnie nie potrzebujemy krytyków. W takim razie dlaczego podejmuję ten temat, dlaczego próbuję reanimować trupa? Bo uważam inaczej. Po prostu.

Inspiracją do napisania tekstu stał się wpis Tomasza Węckiego „Krytyka literacka jest martwa” opublikowany na blogu Spisek pisarzy. Uderzyły mnie przytoczone przez autora argumenty dotyczące wypowiedzi krytycznoliterackich. Sam wpis ma bardzo negatywny wydźwięk i trudno zgodzić mi się z wizją rzeczywistości pozbawionej krytyki literackiej. Ona jest, działa, tylko bardzo się zagubiła. Winni poplątania są pisarze, czytelnicy oraz wszelkiego rodzaju portale zajmujące się promocją literatury. Ale najpierw chciałbym wyjaśnić kilka rzeczy, które wprowadzają zbędny chaos definicyjny.

Krytyk i badacz w jednym stali domku?

Tomasz Węcki opisuje krytykę literacką w sposób następujący:

Mówiąc w najprostszych słowach, tradycyjnie krytyka literacka rozumiana jest jako analiza dzieła, zwykle na tle innych, podobnych pozycji. W bardziej popularnych wydaniach jak najbardziej może zawierać rekomendacje ze strony krytyków, ale powinny być to opinie wysnute z obiektywnych przesłanek. Na przykład – zarzut wtórności dzieła warto poprzeć listą wcześniej wydanych książek, które traktowały o tym samym.

Nie. To o czym pisze autor wpisu „Krytyka literacka jest martwa” nazywa się historyczna analiza dzieła literackiego. Zajmują się nią głównie badacze literatury, ale współcześnie ten aspekt literaturoznawstwa nie cieszy się duża popularnością. Wymaga bardzo dużo pracy, nie można zasłaniać się postmodernistycznym brakiem precyzji oraz trzeba mieć sporo cierpliwości, aby rozwiązać wszystkie napotkane problemy. Czasem trzeba przekopywać stosy czasopism, albo sięgać do dawno zapomnianych przez bibliotekarzy źródeł. Ale w żadnym wypadku nie jest to „tradycyjnie rozumiana krytyka literacka”.

Pen & book / Jain Basil Aliyas (CC BY 2.0)

Pen & book / Jain Basil Aliyas (CC BY 2.0)

Z dużą rezerwą podchodzę do zastosowanego przez Tomasza Węckiego przymiotnika tradycyjnie. Sposób uprawiania krytyki literackiej jest ściśle związany z określoną kulturą literacką konkretnego okresu historycznego. Inaczej krytykowało się w oświeceniu, a inaczej w międzywojniu. Jednak trzeba zaznaczyć, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy recenzentem oraz krytykiem. Opiera się ona na programie. Recenzja ma być wartościującą, a więc autor pisze dlaczego mu się ta książka podobała lub nie i to w zupełności wystarczy. Natomiast zadaniem krytyka jest odnoszenie dzieł literackich do własnego programu (czyli tego, czego oczekuje się od literatury) i na jego podstawie wartościowania tekstu. Sytuację tę można jeszcze bardziej uprościć: recenzent piszę, że mu się podoba bo fajne, a krytyk uznaje tekst za wartościowy, ponieważ wpisuje się w jego rozumienie literatury. Z jednej strony mamy wartościowanie, a z drugiej postulatywność – i w ten sposób można odróżnić recenzenta od krytyka.

Jednak w obu przypadkach trudno mówić o obiektywności. Jej znamiona powinna mieć praca badawcza, a nie krytyka literacka, która opiera się na indywidualnym programie krytyka, czyli jest jego subiektywnym – ale konsekwentnym! – sposobem postrzegania literatury. Dlatego tak trudno mi się zgodzić z następującymi spostrzeżeniami Tomasza Węckiego:

Tradycyjna krytyka polega w dużej mierze na wywodzie, na przytoczeniu faktów. Nie liczy się więc tam sama opinia, ale to, czy recenzent potrafi jej dowieść. Temu służą całe akapity tekstu, które trzeba naprodukować, żeby recenzja nie zamknęła się w jednym słowie: fajne/niefajne. Tylko w ten sposób, poprzez odwołania do kontekstu literackiego, można z jakąś dozą obiektywizmu mówić o książkach. Tylko dzięki temu nasze wypowiedzi zyskują ciężar.

Zastanawiają mnie fakty. Podstawowym faktem jest wzięcie do ręki (metaforycznie rzecz ujmując) napisanego tekstu, potem jest już różnie, ponieważ krytyk patrzy przez pryzmat własnego programu, a więc niektóre elementy dzieła mogą być negatywne. Świetnym przykładem może być niedocenienie twórczości Schulza przez Kazimierza Wykę, jednego z najbardziej uznanych polskich krytyków i badaczy literatury. Proza Schulza nie mieściła się w realistycznym programie Kazimierza Wyki. I gdzie to obiektywne fakty w działalności krytyka literackiego, których tak domaga się Tomasz Węcki? Nie ma ich, bo w dalszym ciągu poruszamy się wewnątrz subiektywnych spostrzeżeń jednostki. Z tą różnicą, że są one obudowane solidnym światopoglądem.

Jeszcze jedna interesująca rzecz z tekstu „Krytyka literacka jest martwa”:

O opinii recenzenta decydują jednostkowe doświadczenia, które dla niego mają znaczenie, ale nie ma powodów sądzić, że będą mieć podobne znaczenie dla innych. Dzielenie się tak wywiedzionymi racjami jest co najwyżej formą iskania.

Z przykrością stwierdzam, że dokładnie to samo można powiedzieć o wypowiedziach krytycznoliterackich, które nie są recenzjami. Wystarczy zamienić jednostkowe doświadczenia na program i znajdziemy się w punkcie wyjścia. Poza tym krótkie teksty opisujące wrażenia z lektury, które można spotkać na wielu blogach, również przekazują informacje na temat książki i można je traktować jako wypowiedzi krytycznoliterackie. Dokładnie tak samo postępowało się z fragmentami dzienników, które dotyczyły lektury. Badając literaturę trzeba zawsze myśleć o ciężarze wypowiedzi – do ilu odbiorców on trafił, czy autor w jakiś sposób odpowiedział na recenzję, a może były to tylko prywatne notatki. Współcześnie problem polega na tym, że zmieniło się pojęcie prywatności i blogi przypominające nieupublicznione dzienniki aspirują do miana opiniotwórczych.

Nie chcę mówić, że krytyka literacka jest martwa. Ona się pogubiła, ponieważ krytycy nie potrafią znaleźć sobie miejsca we współczesnym świecie. Dochodzi do tego – błędne! – przekonanie o tym, że pisać może każdy i zaczynamy pławić się w chaosie.

Całkowite pomieszanie

Swoją cegiełkę dokładają różnego rodzaju portale literackie. Problemem są recenzje określane jako „patronaty”. Powiedzmy sobie szczerze: w dużym stopniu są to teksty sponsorowane, całkowicie stronnicze. Daleki jestem od stwierdzenia, że kiedyś krytyka literacka była niezależną. Po prostu była bardziej związana z konkretnym środowiskiem literackim i często zdarzały się pozytywne recenzje „po znajomości”. Moim zdaniem było to mniej szkodliwe, niż współczesne teksty sponsorowane, ponieważ pozwalało na uzyskanie informacji na temat życia literackiego i różnych powiązań wewnątrz kultury literackiej. Tylko, że dzisiaj jest to praktycznie niemożliwe do opisania.

Books / Chris (CC BY 2.0)

Books / Chris (CC BY 2.0)

Krytycy – nie tylko, ci literaccy – zostali wyobcowani, wypchnięci na margines. Jeszcze nie tak dawno słuchali ich wszyscy, liczyli się z ich zdaniem oraz ich wielbili. Dzisiaj zastąpieni zostali przez armię płatnych recenzentów i działających „za książkę” blogerów. Oto najcudowniejsza iluzją, jaką powtarzają sobie wszyscy krytycy. Prawda jest taka, że krytyków zawsze czytało/słuchało/oglądało tylko określone grono odbiorców. Najczęściej byli to przedstawiciele elity intelektualne oraz osoby zainteresowane określoną dziedziną sztuki. Dzisiaj, w postmodernistycznych czasach, każdy dla siebie jest krytykiem i nie potrzebuje, żeby mu jacyś wstrętni inteligencji mówili, co ma robić i czytać. Na dodatek pewnie są jeszcze lewakami/kucami/narodowcami (niepotrzebne skreślić)! Takich to trzeba omijać szerokim łukiem! A gdy już taki stereotypowy czytelnik się wykrzyczy, to siada i pisze recenzję na swojego bloga.

Krytyka przeżywa bardzo trudny okres. W jej rozwoju nie pomaga edukacja, która tylko utwierdza w prawie do wypowiedzi, ale nie uczy odpowiedzialności za własne słowa. Polemika już całkowicie umarła, ponieważ zastąpił ją „ból dupy”. I jak tutaj tworzyć kulturę, skoro każda chęć dyskusji kwitowana jest tymi dwoma słowami? Myślę, że receptą są działania na poziomie lokalnym, we własnym środowisku, wśród znajomych, czytelników, studentów, uczniów, słuchaczy i tak dalej, i tak dalej. Nie pozostaje nic innego jak praca u podstaw i uczestnictwo w życiu literackim.

Wiem, że jestem idealistą, ale świat pozbawiony rzetelnych krytyków opierających swoje teksty na przemyślanym programach – nie jest dla mnie atrakcyjny. Dlatego ze wszystkich sił będę przypominał o tym, że krytyka nie umarła i dalej jest potrzebna. Po prostu się pogubiła i trzeba jej pomóc odnaleźć własną ścieżkę.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén