Tag: polskie filmy

Popkulturowy przelew krwi

Stało się! Polska kinematografia doczekała się slashera z prawdziwego zdarzenia. To nie jest sarkazm! Wczoraj obejrzałem W lesie dziś nie zaśnie nikt i jestem w szoku. Okazało się, że na polskim filmie można się nieźle bawić. Od razu zaznaczę, że nie jest to szczyt sztuki filmowej, raczej zabawa gatunkiem, co i tak jest już dużym krokiem do przodu. Przynajmniej w oczach człowieka, który alergicznie reaguje na polskie filmy i często ich unika. Czasem daję się przekonać, ale moja Żona doskonale wie, że do tego potrzebne jest bardzo dużo cierpliwości.

Do W lesie dziś nie zaśnie nikt nie trzeba było mnie długo przekonywać. Wyjątkowo. Chciałem zobaczyć film, którym był reklamowany jako pierwszy polski slasher. Taką frazę zauważyłem, gdy ostatnio byliśmy w kinie, jeszcze w czasach przed zarazą. Kupił mnie ten zwrot. Jednocześnie nie oczekiwałem zbyt dużo po takim obrazie. Liczyłem przynajmniej na to, że twórcy dostosują swój pomysł do gatunku, że nie będą próbowali go jakoś ulepszyć. Potraktować z morderczą powagą. Widziałem już wiele takich slasherów na poważnie. Łączyło je to, że z trudem wytrwałem do końca.

Tym razem czekało mnie zaskoczenie. W lesie dziś nie zaśnie nikt zostało zrealizowane z dużym dystansem. Co widać w dialogach postaci, a także samych wydarzeniach. Skojarzenia z popkultorowo rozpoznawalnymi slasherami są jak najbardziej na miejscu. Ten film zbudowany jest na takich utrwalonych skojarzeniach, które wręcz atakują osoby, które lubią slashery. Widać w tym lekką zabawę, trochę drwinę z gatunku, ale to nie psuje przyjemności z oglądania. Pokazuje, że twórcy wiedzieli, co robią. Rozumieją prawa rządzące popkulturą i się do nich stosują, nie próbują ich zmienić. Tym samym udowadniają, że w Polsce można zrobić zabawny film. Bez konieczności sięgania po drętwe żarty lub beznadziejne romantyczne narracje. Najwyraźniej w tym pięknym, lecz nieszczęśliwym kraju są ludzie, którzy potrafią bawić się charakterystycznymi dla popkultury opowieściami.

To nie jest zły filmy. Wystarczy po prostu pamiętać o tym, że nie pretenduje on do sztuki opowiadającej ponadczasowe historie. W leśnie dziś nie zaśnie nikt jest rozrywkową opowieścią, do oglądania przy pełnym nasyconych tłuszczów żarciu przepijanym napojami mniej lub bardziej alkoholowymi. Na pewno znajdzie się na czyimś zestawieniu niezobowiązujących filmów na helloweenową imprezę. Do obejrzenia, do pośmiania się, do zauważenia, że polscy twórcy coraz lepiej radzą sobie z popkulturą. Nawet ci zajmujący się filmem, ponieważ pisarze od lat czują ją doskonale. Najwyraźniej film potrzebował więcej czasu, aby odbić się od bruku przesłodzonego romantyzmu i uderzyć w slasher.

Czy W leśnie dziś nie zaśnie nikt leje się krew? Tak. Na dodatek w rytm słów wypowiadanych przez ciekawe postacie. A wiece co jest najlepsze? W tym filmie słychać dialogi! Nie trzeba go oglądać z napisami, co kilka raz mnie spotkało w trakcie kontaktu ze współczesną polską kinematografią.

Góry, psychopata oraz manipulacje

Unikam polskiego kina. Drażnią mnieNa granicy / Plakat pseudoartystyczne fabuły, zawsze czuję się wytrącony z równowagi, gdy oglądamy aktorskie popisy składające się z wyuczonych ruchów i trudnych do zniesienia manier. Gwoździem do trumny jest dźwięk – w polskim kinie znacznie łatwiej usłyszeć wysypujący się z torebki cukier niż dialogi postaci. Ale na Na granicy poszedłem. Skusił mnie całkiem przyzwoity trailer, w którym czuć było zagrożenie.

Trudno powiedzieć, że się rozczarowałem. Do Na granicy mam stosunek ambiwalentny. Było kilka rzeczy, które bardzo przypadły mi do gustu, ale zdarzyły się elementy miałkie i nużące. Na pewno film jest dla mnie dowodem na to, że pojawiają się osoby kręcące obrazy wyraźnie rzemieślnicze. Seriale, takie jest Wataha oraz Pakt, nie epatowały nadmierną artystycznością, ale w zamian za to były całkiem nieźle zrealizowanymi produkcjami. Z Na granicy jest podobnie, efekt jest interesujący i nawet – co jest dość dziwne! – bez problemu można było usłyszeć dialogi. Wyszedłem zadowolony i zamiast mścić się na polskiej kinematografii za lata złego nagłośnienia, wyjątkowo skoncentruję się na tych elementach, które mnie urzekły.

Na pierwszym miejscu będą zdjęcia. Akcja Na granicy osadzona została w Bieszczadach zimą, przez co widz zostaje zaatakowany rozlewającą się po ekranie bielą. W kinie robi to potężne wrażenie, które jest podkreślone przez surowość przestrzeni. Wszędzie śnieg, drzewa, chata i brak ludzi. W Na granicy ciszę dosłownie czuć, bohaterowie poruszają się w niej, drążą tunele jak w śniegu. Kadry mnie po prostu zachwyciły, ponieważ były idealnie dobrane do scenariusza filmu, wpasowały się w fabułę i podkreśliły napięcie. W Na granicy istotne jest przechodzenie ze stanu spokoju, do momentu wzburzenia i właśnie te momenty przejścia udawały się średnio. W tym przypadku godna odnotowania jest rola Marcina Dorocińskiego, który najzwyczajniej w świecie kradnie film Andrzejowi Grabowskiego lub Andrzejowi Chyrze.

Konrad – tę postać gra Marcin Dorociński – to człowiek niespodzianka. Zjawia się w domu, w którym planują wypocząć ojciec i dwóch synów. Przychodzi znikąd, ale dokładnie wie gdzie zmierza. Od momentu pojawienia się Konrada na horyzoncie napięcie w filmie się zagęszcza, aż w końcu prowadzi do wybuchu. Chwila eksplozji, w której ze spokojnego dotąd Konrada wychodzi psychopatyczny manipulator, pokazuje, jakimi umiejętnościami dysponuje Marcin Dorociński. W tej roli jest świetny i dla tego zmieniającego dynamikę całego filmu przeobrażenia warto wybrać się na Na granicy. Postać Konrada jest wielowymiarowa i cudownie widać, jak aktora wydobywa z niej poszczególne płaszczyzny i prezentuje je widzom. Czułem, że w końcu dojdzie do rozwiązania, w którym spokojny, ale w dziwny sposób czujny, Konrad zaatakuje, ale nie spodziewałem się, że będzie to prawdziwa psychologiczna szarża.

Myślę, że warto Na granicy odczytać jako interesujący film o manipulowaniu ludźmi, o ukrywaniu swojej prawdziwej twarzy. Na pewno jest to polską produkcją, którą warto wyróżnić za warsztatowe przygotowanie twórców oraz aktorów, a to już bardzo, bardzo dużo.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén