Tag: popkultura (Page 1 of 7)

Week #1: Composition - The Rule of Thirds / Enric Martinez (CC BY 2.0)

Igraszki ze Złem

Zło. Fascynujący temat. Niebywale pociągający. Na pewno każdy odbiorca popkultury, wielokrotnie poczuł sympatię do postaci, która wyraźnie łamała zasady i wprowadzała chaos. Takim sztandarowym przykładem jest dla mnie Joker, z Batmana z filmów Christophera Nolana. Antagonista doskonały, a jednocześnie obiekt fascynacji. Inni przeciwnicy superbohaterów nie zdobyli tak dużej sympatii.

A taki Bane? Skomplikowana historia, maska, chęć rozwalenia struktury społecznej w Gotham. Anarchista z jasno określonym celem. Scena na stadionie z trzeciego nolanowskiego Batmana zapiera dech w piersiach. Jednak antagonista już nie. Podobny los, przynajmniej w mojej wewnętrznej klasyfikacji superłotrów, spotyka wiele złych postaci z filmów związanych z uniwersum Marvela. Oczywiście, że można wskazać na Lokiego, który również rozpala serca miłośników filmów superbohaterskich, jednak w tym przypadku mam wrażenie, że ludzi bardziej pociąga kreacja aktorska, a nie sam antagonista. Bo gdzie mu tam do Jokera…

Filmy superbohaterskie opierają się na fantastyczności świata przedstawionego. Mocno wpływa to na relacje pomiędzy postaciami, a także równowagę moralną pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Zawsze jest Porządek i czający się w mroku Chaos. Oba elementy zostają jasno upersonifikowane, nie ma miejsca na wątpliwości. Po jeden stronie stoją superbohaterowie, a po drugiej superłotry. Prosty podział, zero kombinowana, banalna segregacja. Nie ma się co obrażać, MCU to rozrywka z niewielkim buforem na ewentualne kwestie moralne. Superbohaterowie już tak mają. Ścierają się ze swoimi przeciwnikami, aż w końcu ich pokonują, a potem przywracają porządek. Tak jakby zło mogło wyparować ze świata.

Dlatego warto sięgać po takie seriale jak Detektyw lub Ostre przedmioty. Zupełnie inny rodzaj zła. W tych obrazach jest ono duszne, powoli oplata każda z postaci w świecie przedstawionym. Co najważniejsze stanowi jego niezbywalny atrybut. Wyrugowanie zła jest niemożliwe! Powraca, istnieje na drugim planie, a jego manifestacje nie są tak spektakularne, jak w przypadku filmów superbohaterskich. W Detektywie zło ma przytłaczać, ma przybierać formy zorganiznowane i zdehumanizowane. Natomiast w Ostrych przedmiotach wyraźnie widać odmienne podejście. Zło czai się w cieniu. Bohaterowie doskonale go unikają, jakby bojąc się konfrontacji. Jednocześnie wszyscy o nim wiedzą, wręcz wyczuwają wpływ zła na poszczególne osoby. A jednak decydują się milczeć, ignorować nieuchronnie nadchodzącą katastrofę.

Zło wspaniale się przeobraża, jest plastyczne, dostosowuje się do danego świata przedstawionego. Dobrze stworzony antagonista potrzebuje przeciwnika, którym wcale nie musi być jakiś chodzący po ścianach superbohater. Cechą niezbędną jest chęć przywrócenia Porządku, ponowne ustanawianie Kosmosu, powstrzymanie entropii. Wydaje się, że to niewiele, ale wystarczy obejrzeć Detektywa, aby zrozumieć, że taka potrzeba może być równie niszcząca, jak najbardziej niemoralny potwór przebrany za człowieka.

Konfrontacje ze schematem

Wiecie, że na Nefliksie wylądowała piąta część Rekinado? Okropna, zła, pełna dziwnych ujęć, z kompletnie rozwalonym montażem. Narracja w strzępkach, film jest w zasadzie zlepkiem przypadkowych wydarzeń z motywem przewodnim, czyli z rekinado. To takie tornado z rekinami, rzecz trudna do opisania, to trzeba zobaczyć. Obejrzałem. Tak samo, jak poprzednie części. Nie żałuję poświęconego czasu.

Konfrontowanie się z takimi miernymi produkcjami daje mi sporo przyjemności. Nie ma nic gorszego, niż kiepski film zrobiony na poważnie. Taki, w którym reżyser, aktorzy, operatorzy, kaskaderzy, katering i inne osoby zaangażowane w produkcję, nie zdają sobie sprawy z mierności swoich poczynań. Może niepotrzebnie wrzuciłem katering, może kanapki były dobre, jednak o scenariuszu lub grze aktorskiej, już nie można tego powiedzieć. Człowieka chwyta dysonans – na ekranie fabuła się sypie, postacie są do bólu sztuczne, a dialogi drętwe, jednocześnie wszyscy próbują zachować poważna minę. Tak powstają najgorsze gnioty. Rekinado do nich nie należy. Tutaj od początku wiadomo, że celem filmu jest łączenie głupoty z nawiązani do popkultury. Wszystko jest doprawione zupełnym brakiem powagi. Autorzy nawet przez chwilę nie próbują przekonać odbiorcy, że jakikolwiek element filmu jest traktowany poważnie.

Jednocześnie trudno nazwać ten film dobry. To kino klasy Z, dla osób lubiących analizować złe połączenia w tekstach kultury. Strzępy fabuły zszyte najgorszej jakości dratwą. Wymuszone dialogi, przypominające najgorsze spotkania rodzinne w trakcie świąt. Właśnie dla takich atrakcji oglądam Rekinado. Później sięgam po kino gatunkowe, najlepiej, jeżeli dana realizacja doskonale wpisuje się w określoną formułę. Taki filmem okazał się Rytuał, również dostępny na Netfliksie. Opowieść o grupie mężczyzn, którzy schodzą ze szlaku, trafiają do lasu, w którym znajdują opuszczoną chatę. Nocują w niej, zaczynają się dziać dziwne rzeczy, ludzie giną, między drzewami grasuje potwór. Sztampa, prawda? Znana wszystkim forma, zero zaskoczeń, łatwe do rozszyfrowania zwroty akcji.

Rytuału nie można nazwać filmem złym. Wyraźnie widać zrozumienie konwencji, jej zręczne wykorzystanie oraz świadome poruszanie się w obrębie gatunku. Nie jest to żaden majstersztyk, żadne arcydzieło, ale po prostu dobrze wykonana robota. Rytuał przypomina, że w kulturze potrzebujemy także zdolnych rzemieślników, a nie tylko wybitnych artystów. Właśnie po to, aby bawili nas zręcznie wykonanymi formami, aby utrwalali gatunki, które potem stają się punktami odniesienia. Kultura popularna ma swoje wyjątkowe teksty, ale zdarzają się one rzadko. Zdecydowanie częściej odbiorca zderza się z odlewem wykonanym na podstawie gotowej formy. Od umiejętności twórcy będzie zależał efekt, wrażenie, jakie zrobi na odbiorcy.

W końcu wszyscy lubimy zręcznie wykonane przedmioty. Nie inaczej jest z tekstami kultury. Nawet te stworzone na podstawie schematów, jeżeli są wykonane porządnie, mogą dostarczyć wielu wrażeń.

Wzloty i upadki Cywilizacji

Zawsze byłem fanem Cywilizacji. Syndrom jeszcze jednej tury trzyma mnie mocno przed monitorem komputera. Szóstą odsłonę kupiłem przed premierą. Ostatnie miesiące 2016 roku spędziłem na zarządzaniu cyfrowym imperium. To był jeszcze czas, w którym szósta Cywilizacja miała sporo minusów. Dopiero kolejne aktualizacje wyrównały rozgrywkę, sprawiły, że stała się ona znacznie ciekawsza.

Z perspektywy ostatnich miesięcy nie żałuję wydanych pieniędzy. Każda kolejna odsłona Cywilizacji dawała mi coś interesującego, miała w sobie coś, co mnie przykuwało do komputera. Tak jest tym razem. Gram tak długo, aż nie skończę. Narzekam na kiepską Sztuczną Inteligencję, jest lepiej, niż w listopadzie 2016 roku, ale trudno powiedzieć, że jest doskonale. Drażnią mnie te drobne DLC, w których nie ma nic interesującego, poza nową cywilizacją do zarządzania. W każdym z tych „dodatków” są jeszcze scenariusze, ale nigdy mnie do siebie nie przekonały. Łowię je na promocjach, na steamowych przecenach, bo nie widzę większego sensu w paleniu 30 złotych na rzecz niewielkiej zawartości. Natomiast rozszerzenie, to inna para kaloszy. Rise and Fall miało swoją premierę w czwartek, kosztuje blisko 130 złotych na Steamie. Od razu napiszę, że nie warto wydawać takich pieniędzy, lepiej poczekać na przecenę, która – jak sądzę – wkrótce się pojawi.

Problemem najnowszej Cywilizacji jest to, że brakuje jej sensownego spoiwa. Jeżeli weźmiemy każdą mechanikę oddzielnie, to okaże się, że same w sobie są bardzo interesujące. Szczególnie dzielnice. Pozwalają na maksymalne wykorzystanie określonego miasta oraz zmuszają do przemyślenia umiejscowienia kolejnych osadników. W praktyce sprawdzają się różnie. Nie przypominam sobie gry, w której żałowałbym wybudowania dowolnej dzielnicy. Bonus to bonus, wystarczy efekt skali w postaci dużej liczebności mieszkańców i nawet najgorsze ustawienie zaczyna być opłacalne. W dodatku zostają wprowadzeni zarządcy. Znowu, świetna sprawa, maksymalizacja specjalizacji miasta. Wykonanie – kiepskie. Ten element gry powinien być mocno sytuacyjny, zmuszający do zmian w momencie zagrożenia i żonglowania zarządcami. Nic z tego. Podobne korzyści jestem w stanie uzyskać za pomocą odpowiedniego rozmieszenia dzielnic i cudów. Znowu coś nie zagrało.

Gdzie jest mięso tej gry? Liczyłem na to, że takim spoiwem będą ery. W prezentacji przedstawione je jako gamechanger, element, którym trzeba się przejmować, bo inaczej gracza czeka klęska i zagłada. W trackie rozgrywki kompletnie się nimi nie przejmowałem. Nie czułem większej różnicy pomiędzy wiekiem złotym a ciemnym. Jednocześnie ta mechanika nie prowadzi do tworzenie interesujących historii. Zbieranie punktów potrzebny do osiągnięcia kolejnego poziomu trudno nazwać interesującym. Przez cały czas miałem wrażenie, że ery znacznie odstają do całej gry. Tak jakby zostały dodane w pośpiechu i nie zostały włączone w całość. Do niczego mi nie pasowały. Jedynym elementem faktycznie wpływającym na rozgrywkę, jest lojalność miast. Ośrodki mogą przejść po władzę innej cywilizacji. Sztuczna Inteligencja zwykła się osiedlać w pobliżu gracza, często w miejscach kompletnie pozbawionych sensu. Teraz takie lokacje po prostu się buntują i przechodzą pod panowanie nowego władcy.

Rise and Fall nie usuwa problemów toczących podstawową wersję szóstej odsłony Cywilizacji. W niektórych przypadkach nawet mocniej je akcentuje. Czekam na jakieś rozszerzenie, które znowu rozrusza grę, nada jej odpowiedni kierunek i poskładają ją w sensowną całość.

Impulsywne przeglądanie

Środa, końcówka stycznia 2018 roku. Późne popołudnie, taski zakończone, można odpoczywać. Wcześnie warto przygotować sobie jakiś obiad, żeby się siedzieć o przysłowiowym suchym pysku. Pogoda jak pod psem, zimno, nieprzyjemnie, żadnej motywacji, aby opuścić ciepłe i suche miejsce. Rozwiązania same się nasuwają – granie, czytanie, oglądanie. Poszukuję tego, przy czym odpocznę najbardziej. Wybieram ostatnią możliwość.

Będę oglądał. Nie wiem jeszcze co. Obserwuję klęskę urodzaju obrazów. Uśmiecha się do mnie YouTube. Mam tam zapisanych kilka materiałów na temat programowania oraz game designu. Nie będę myślał w środę, tym bardziej późnym popołudniem. Połowa tygodnia, trzeba uspokoić umysł, aby dotrwać do weekendu. HBO GO? Odpada! Czekam na kolejny sezon Doliny Krzemowej, może wcześniej obejrzę sobie poprzednie, ale teraz nie mam na to ochoty. Humor dotyczący cyfrowego świata bardzo mnie bawi, dopóki nie zdam sobie sprawy z tego, że wiele z tych problemów przerobiłem w trakcie pracy. Zostaje Netfliks! Niezmierzone pola nieskończonych możliwości! Słuszna droga, zbawienie miłośników oglądania filmów i seriali. Chociaż bliższe prawdy będzie stwierdzenie, że jest to przestrzeń dla tych, którzy lubią przeglądać.

Przekleństwem Netfliksa jest katalog, w którym można utonąć. Nic takiego nie zdarzyło mi się w Spotify. Nigdy nie ugrzęzłem w przeglądaniu tytułów oraz wykonawców. Gdybym powiedział, że podobnie mam, gdy wpadam na Netfliksa, to zwyczajnie bym skłamał. Płacę za możliwość przeglądania obrazów w katalogu. Czasem czytam opisy, kompletnie nie zwracam przy tym uwagi na gatunek. Interesujący sposób spędzania wolnego czasu – grzebanie w ofercie serwisu streamingowego, tylko po, aby nic nie znaleźć, ale dołożyć kilka filmów do listy. Od razu człowiek staje się szczęśliwszy! Mam co oglądać, bo dodałem nowe tytuły. W czasie spędzonym na poszukiwania, na pewno mogłem obejrzeć przynajmniej dwa odcinki jakiegoś serialu…

Wyjątkowo w środę, podejrzewam, że w ostatniej chwili, zorientowałem się, że katalog zaczyna mnie wciągać jak bagno. Otrząsnąłem się! Wyrwałem się! Odniosłem mały sukces! Dlatego postanowiłem go uczcić. Wybór padł na serię Comedians in Cars Getting Coffee. Niespodzianka – nie obejrzałem wszystkich odcinków! Postanowiłem, że wybiorę rodzynki z ciasta i skoncentruję się tylko na tym, co mnie zainteresowało. Kierowałem się rozpoznawalnością nazwisk. Szyba selekcja i swoją przygodę z Comedians in Cars Getting Coffee zakończyłem w ciągu 90 minut. Obejrzałem tylko kilka odcinków, nie czuję potrzeby, aby wracać do tej serii.

Skorzystałem z wolności, którą dał mi serwis streamingowy. Nie czuję się winny. To dobrze, że mogłem sam zdecydować o swoim czasie, nawet jeżeli wcześniej musiałem zwalczyć pokusę przeglądania katalogu. Jednocześnie nie mam zadania na temat programu Comedians in Cars Getting Coffee. Kilka odcinków, kilka znanych nazwisk, materiały o różnej jakości. Dla mnie był to zapychacz czasu, idealny do obiadu odgrzanego w późne środowe popołudnie.

Strażnicy patosu

Udało mi się! Po wielokrotnym odkładaniu w końcu obejrzałem drugą część Strażników Galaktyki. Nigdy nie byłem fanem tej serii i mam wrażenie, że już nim nie zostanę. Polecano mi oba filmy jako najbardziej wyluzowane ekranizacje komiksów. Mówiono mi, że będę się doskonale bawił i śmiał do rozpuku. Nic takiego się nie wydarzyło.

Pierwsza część dostarczyła mi odrobinę rozrywki. Jednak przez cały czas miałem wrażenie, że czegoś jej brakuje, że zaprezentowana fabuła jest zlepkiem kompletnie przypadkowych wydarzeń. Postacie były dla mnie obojętnie. Ani szop, ani wyjątkowo elokwentne drzewo mnie nie zachwyciły. Pierwsza część miała swoje lepsze i gorsze momenty, odebrałem ją jako średnią, ale zapewniającą odrobinę zabawy. Liczyłem na to, że w przypadku kolejnej odsłony Strażników Galaktyki będzie podobnie. Rozczarowałem się.

Rozumiem, że superbohaterska konwencja wymaga odrobiny patosu. Ratowanie świata lub galaktyki, budowanie relacji pomiędzy postaciami, opisywanie ich historii – jest mnóstwo miejsc, w które można wstawić podniosłe sceny. Jednak musi zostać zachowana, przynajmniej szczątkowa, równowaga. Tego elementu brakuje w drugiej części Strażników Galaktyki. Patos po prostu leje się z ekranu trudnym do opanowania strumieniem, kiepskie żarty tylko pogrążają film. Gdzie humor, zabawa? Dlaczego wszystko w najnowszych Strażnikach Galaktyki jest tak nieznośnie podniosłe? Mnie ten film pokazał, że kino superbohaterskie już przeżyło swoje złote lata i teraz coraz częściej będzie oscylowało wokół nieznośnie nudnych widowisk. Z obowiązkowym superherosem w tle oraz ratowaniem świata. Bez tego się nie obejdzie!

Uwielbiam komiksy, niektóre filmy o superbohaterach oglądałem kilka razy. Jako młodzieniec uwielbiałem animowanego Batmana oraz Iron Mana. Ich najnowsze wcielenia również doceniłem. Nawet pierwsza część Avengers była dla mnie interesującym przeżyciem. Niestety, od pewnego czasu, nie potrafię wskazać konkretnej daty, czuje się zmęczony tym superbohaterskim kontekstem. Dość mam ratowania świata, gadżetów, technologii, genetycznych mutacji i bogów z Asgardu. Popkultura uwielbia wskrzeszać historie i bohaterów, niestety potrafi ich także bezpardonowo zarzynać. Wynika to z powtarzalności, z nadmiaru, z konieczności wciskania superherosów w każdą, nawet najmniejszą szparę.

Nie czekam na żadną nową odsłonę z dowolnego uniwersum. Mam dość. Odpuszczam sobie superhersów we wszystkich postaciach. Jestem zmęczony ich ciągłą obecnością na ekranie. Dla mnie druga część Strażników Galaktyki kumuluje wszystko to, co jest najgorsze w kinie superbohaterskim. Moim zdaniem zbliżamy się do nieuchronnego końca tego popkulturowego szaleństwa. Pozostaje sobie odpowiedzieć na pytanie, co będzie następne? Co i kto zostanie wskrzeszone i wystawione na pastwę odbiorców? Były wampiry, zombie, superherosi. Podejrzewam, że w najbliższym czasie będziemy świadkami narodzin nowej mody.

Page 1 of 7

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén