Tag: powieść kryminalna (Page 1 of 2)

Kryminalne mieszanki

W ostatnich tygodniach skończyłem dwie powieści kryminalne. Były to Kod Kathriny Jorna Liera Horsta oraz Jesienną zbrodnię Andersa de la Motte. W trakcie lektury zauważyłem, że autorzy mają zupełnie odmienne podejścia do kryminałów. Co samo w sobie nie jest złe, ponieważ pokazuje, jak bardzo plastyczny jest to gatunek, a także przypomina o tym, że w kulturze popularniej wszystko się ze sobą miesza. Trzeba liczyć się z jednym – nie wszystko reklamowane jako świetny kryminał faktycznie nim jest. Czasem ilość dodatkowego narzutu całkowicie przyćmiewa sugerowany gatunek.

Jorn Lier Horst w swoich powieściach zawsze mocno trzyma się gatunku. Doskonale rozumie jest ograniczenia, a także możliwości. Wyraźnie widać, że odwołuje się do tradycji kryminału czarnego. W centrum stawia bohatera nękanego różnymi problemami, zmęczonego życiem, ale poświęcającego się dla sprawiedliwości. Tłem, obowiązkowo, są różnego rodzaju problemy społeczne. Trzeba przyznać, że powieści kryminalne Jorna Liera Hosta zawsze oscylują wokół jakiegoś nowoczesnego i medialnego problemu. Od samotności starszych osób, po skomplikowane kwestie asymilacji imigrantów. Dzięki czemu te teksty można różnie odczytywać, a sama narracja nie gubi charakterystycznego dla kryminałów podkręconego tempa. Anders de la Motte inaczej traktuje ten gatunek.

Jesienna zbrodnia była moim pierwszym kontaktem z twórczością tego autora. W trakcie lektury uderzył mnie specyficzny rytm narracji. Z uwagi na to, że Anders de la Motte znacznie więcej uwagi poświęcam wątkom obyczajowym, powieść nie ma charakterystycznego dla kryminałów pędu. Trzeba się nastawiać na ciągłe opisywanie napięć pomiędzy bohaterami, a także do bólu skomplikowane motywacje bohaterów. Tajemnicą w Jesiennej zbrodni nie jest to, kto zabił, ale kto i co ukrywa w swoim umyśle. Takie mieszanki są dobre, ponieważ pokazują, że powieść kryminalną można różnie doprawić. Jednak z takimi połączeniami jest pewien problem. Mogą nużyć lub drażnić, dużo tutaj zależy od oczekiwań czytelnika, jego nastawienia do gatunku. Anders de la Motte swobodnie pochodzi do formy powieści kryminalnej. Bierze z niej tajemnice oraz morderstwa. Reszta powieści opiera się na szeroko rozumianej obyczajowości.

Co może spowodować, że czytelnik szybko się zniechęci. Sięgając po powieść kryminalną, oczekujemy morderstwa, śledztwa, rozbudowanej analizy postępowania przestępcy oraz wyrazistego detektywa. Gdy na scenę wchodzą wątki obyczajowe, te elementy mogą zostać zepchnięte na dalszy plan. Przez co powieść zwalnia, narracja staje się mniej dynamiczne, ponieważ koncentruje się na przeżyciach poszczególnych postaci. Kultura popularna lubi łączenie gatunków, rzadko się zdarza, aby czytelnik trafił na tekst, który będzie realizował daną formę w czystej postaci. Zawsze pojawiają się dodatkowe naleciałości. Dlatego czasem trzeba dostosować swoje oczekiwania. Zamiast rzucać książkę w kąt lub odkładać na półkę, warto przyjrzeć się, w jaki sposób gatunki zostały połączone. Powieść kryminalna jest niezwykle plastyczną formą. Jest w stanie przyjąć różne elementy. Co prawda efekty bywają różne. Wspomniana przeze mnie Jesienna zbrodnia jest niezła, chociaż odrobinę niepotrzebnie rozciągnięta.

Jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że zdarzają się teksty, które nieudolnie mieszają gatunku. Sam kilka takich przeczytałem. Wrażenia? Rozczarowujące.

Fascynująca Łódź

Stare nawyki trudno wykorzenić. Ze względu na moją nieustającą fascynację powieściami kryminalnymi w dalszym ciągu śledzę nowe książki z tego gatunku. Cały czas szukam czegoś nietuzinkowego, co nie oznacza, że gardzę podręcznikowymi realizacjami. One też są dobre, ale powieści kryminalne przeszły sporą ewolucję od czasów Arthura Conana Doyle’a i nie zawsze mam ochotę na powrót do korzeni. Na szczęście cykl Cztery żywioły Saszy Załuskiej Katarzyny Bondy nie został jeszcze zakończony.

W moje ręce wpadł trzeci tom zatytułowany Lampiony. Poprzednie po prostu pochłonąłem, co już nieczęsto mnie spotyka. A drugi, czyli Okularnik, zaliczam do najciekawszych powieści kryminalnych, jakie miałem okazję kiedykolwiek przeczytać. Dlatego oczekiwania wobec Lampionów miałem wielkie i muszą przyznać, że się nie rozczarowałem. Sasza Załuska, główna bohaterka tetralogii, trzyma formę, w dalszym ciągu potrafi czymś zaskoczyć czytelnika. Katarzyna Bonda doskonale rozwija tę postać, pokazuje, jak zmienia się jej życie oraz odkrywa nowe traumy. Po cykl warto sięgnąć dla samej bohaterki, która jest doskonale napisana. Jednak w trakcie lektury warto zwrócić także uwagę na miejsca i przestrzenie spinające fabułę powieści.

W Lampionach czytelnik zostaje zabrany do Łodzi. I trzeba przyznać, że Katarzyna Bonda doskonale wchodzi w tkankę miasta. Obrazy kreowane przez autorkę są bardzo żywe, mocno przemawiają do wyobraźni. Każda przestrzeń jest opisania w interesujący sposób, u Katarzyny Bondy na próżno szukać nudnych charakterystyk. Do tego dodawana jest zawsze szczypta historii i w ten sposób budowany jest kontekst dla Lampionów. Dopiero na tym – jakże ważnym! – szkielecie umieszczani są inni bohaterowie. Tutaj także widać, że ich pojawianie się nie jest przypadkowe. Postaci są ściśle powiązane z miejscami, z których pochodzą lub aktualnie mieszkają. Dzięki temu Łódź zostaje zaprezentowana jako miasto wręcz więżące swoich mieszkańców. W powieści wielokrotnie pojawiają się stwierdzenia, z których wynika, że Łodzi nie da się tak po prostu opuścić. Prędzej czy później każdy do niej wraca.

Nie pozostaje nic innego, jak czekać na czwarty tom, który będzie zamknięciem serii. Muszę przyznać, że każdy z wątków (jest ich wiele) rozwijany jest w sposób spójny. Katarzyna Bonda, poza tym mistrzowskim posługiwaniem się narracją, potrafi także zainteresować czytelnika, poprzez splatanie losów głównej bohaterki z innymi postaciami. Te połączenia są bardzo naturalne, wypływają z narracji i nie ma mowy o sztucznym przyszywaniu kolejnych związków. Dlatego, jeżeli szukacie solidnej powieści, od której chcecie zacząć nowy rok, to z czystym sercem mogę polecić Lampiony Katarzyny Bondy. Oryginalna powieść kryminalna, w której przestrzenie i miejsca są równie ważne, jak pojawiający się w niej bohaterowie. Na dodatek fabuła do samego końca trzyma w napięciu. Z wielką przyjemnością obserwowałem, jak kolejne wątki łączą się ze sobą i prowadzą do zaskakującego zakończenia. Przygodę z twórczością Katarzyny Bondy można zacząć od Lampionów, a potem sięgnąć po pozostałe powieści z cyklu.

Opisywanie lęków

Ingar Johnsrud / Naśladowcy / Wydawnictwo OtwarteZ radością obserwuję trwającą modę na powieści kryminalne. Co prawda zastanawiam się, kiedy ona przeminie, wyczekuję na moment, w którym czytelnicy zaczną otrzymywać wyłącznie schematycznie realizacje tego gatunku literatury popularnej. Na szczęście wciąż są książki, które delikatnie odświeżają powieść kryminalną i na pewno do takich pozycji należy zaliczyć debiutancką powieść Ingara Johnsruda. Naśladowcy tylko z pozoru przypominają model powieści kryminalnej, jaki znamy z tekstów Stiega Larssona.

Odwołanie do mistrza szwedzkich kryminałów jest koniecznie, ponieważ to za jego sprawą zaczęły pojawiać się interesujące bohaterki. Stieg Larsson zdjął z postaci kobiecych odium femme fatale i sprawił, że zaczęły one znacząco wpływać na narrację. Z Millenium zapamiętamy Lisbeth Salander, a Naśladowcach bardzo istotna jest Kafa Iqbal, która współpracuje Fredrikiem Beierem. Bohaterowie nie są detektywami, to policjanci działający w świetle prawa, ale fabuła powieści wielokrotnie pokazuje, że czasem działają na własną rękę i z powodu brawury wpadają w kłopoty. Te elementy budują dynamiczną narrację w Naśladowcach. Jest to kryminał, który cały czas trzyma czytelnika w napięciu i już to pozwala nazwać książkę Ingara Johnsruda interesującą. Na fali mody na powieści kryminale czasem pojawiają się szablonowe realizacje, które wyrobiony czytelnik z łatwością rozszyfruje, w przypadku Naśladowców tak nie jest. Autor umiejętnie gra napięciem, powoli odsłania kolejne elementy układanki, którą starają się rozwiązać jego bohaterowie. Świetnie jest to, że niektóre pytania pozostawia bez odpowiedzi, co może wskazywać na to, że fani kryminałów jeszcze spotkają się z Frederikiem Beierem i Kafą Iqbal.

Jeżeli kolejne kryminały Ingara Johnsruda będą w dalszym ciągu koncentrowały się na lękach ponowoczesnego społeczeństwa, to jest na co czekać. Autor wykazuje niezwykłą czujność oraz umiejętność grania stereotypami. W Naśladowcach wykorzystuje utrwalone przekonania w stosunku do imigrantów, pokazuje – często niejasne – związki polityki i biznesu, a także porusza trudny problem sekt, które brutalnie wykorzystują swoich członków i pod płaszczykiem wiary w Boga ukrywają prawdziwą twarz. Bohaterowie powieści składają się z różnych konglomeratów stereotypów. W Naśladowcach trudno znaleźć papierową postać, za sprawą jasno określonych poglądów wszystkie osoby włączone w fabułę są bardzo wyraziste. Połączenie lęków ponowoczesnego społeczeństwa z silnymi osobowościami tworzy mieszankę piorunującą, od której trudno się oderwać, ale najpierw trzeba się do niej przekonać.

Gdy zacząłem czytać Naśladowców, to odniosłem wrażenie, że jest to książką złożona wyłącznie z aktualnie modnych elementów. Główny bohater z poplątaną przeszłością, mocna kobieca postać oraz tajemnica sięgająca II Wojny Światowej – wszystko, to już widziałem. Pierwsze wrażenie szybko się rozmyło, ponieważ Ingar Johnsrud zaczyna wprowadzać do tego schematu interesujące elementy. Widać, że nieobcy jest mu aktualnie popularny schemat powieści kryminalnej, ale w żadnym wypadku nie jest bezmyślnym naśladowcą. Umiejętne wykorzystanie stereotypów, a także dobrze poprowadzona narracja ze świetnym, odrobinę cynicznym, zakończenie, wprowadzają powiew świeżości do Naśladowców.

Fani powieści kryminalnych koniecznie powinni zapoznać się z debiutem Ingara Johnsruda. A ci, którzy nie są przekonani do tego gatunku, również powinni przeczytać Naśladowców. Za sprawą tej książki zauważą, że kryminały mogą być interesującą krytyką ponowoczesnego społeczeństwa.

francois schnell / Podcasts anywhere anytime (CC BY 2.0)

NaSłuch #3 – Polskie kryminały

//Muzyka: Grzegorz Pikuliński.

//Bibliografia:

  • S. Barańczak, Polska powieść milicyjna. Dominacja funkcji perswazyjnej a problemy gatunkowe [w:] W kręgu literatury polski ludowej, pod red. Mariana Stępnia, Kraków 1975,
  • K. Irzykowski, Uświadomienie powieści kryminalnej [w:] Tegoż, Pisma rozproszone 1932-1935, oprac. Janina Bahr, Kraków 1999.
  • T. Bielak, Proza Macieja Słomczyńskiego (Joe Alexa), Katowice 2008,
  • A. Martuszewska, Powieść kryminalna [w:] Słownik kultury popularnej, Wrocław 1997,

//Obrazek wyróżniający: francois schnell / Podcasts anywhere anytime (CC BY 2.0)

//Podcast można odsłuchać na Soundcloud lub pobrać.

Nic Pizzolatto / Galveston / Wydawnictwo Marginesy

Historyjka

Nic Pizzolatto / Galveston / Wydawnictwo Marginesy

Nic Pizzolatto / Galveston / Wydawnictwo Marginesy

Ile radości sprawiło mi zdobycie Galveston. Tyle się naczytałem na temat tej książki! Recenzenci się rozpływali – mroczne, mocne, dla fanów Detektywa pozycja obowiązkowa! Nic tylko brać i czytać, czytać, czytać! Nic Pizzolatto miał wykonać świetną książkową robotę. Poczekałem na właściwą promocję i zdobyłem tekst w wersji cyfrowej. Zacząłem lekturę i…

Na tym zawieszeniu chętnie bym poprzestał, bo nie lubię pisać o rzeczach, które mi się nie podobały. Przeczytałem od wersu pierwszego, do wersu ostatniego i nigdzie, ale to NIGDZIE, nie znalazłem nawet delikatnego fragmentu atmosfery, która panowała w Detektywie. Być może przeszkodziła w tym konstrukcja postaci? Albo brak genialnego wypełnienia, o które zadbali Matthew McConaughey i Woody Harrelson? Moim zdaniem Nic Pizzolatto jest lepszym scenarzystą, niż pisarzem.

Fani Detektywa powinni omijać Galveston szerokim łukiem lub zmienić nastawienie. Zamiast oczekiwać trzymającej w napięciu historii, należy nastawić się na taką nadmuchiwaną historyjkę. Niby fajnie się telepie na wietrze akcji, ale nigdzie nie prowadzi. Autor nieudolnie próbuje szokować czytelników opisami brutalnych morderstw oraz innych ekstremalnych zachowań. Niestety wszystko to się rozmywa, traci mroczny charakter i lektura przypomina brodzenie w głębokim bagnie. Każde zdanie trąci naiwnością, postępowanie bohaterów staje się coraz bardziej przewidywalne i sama historia staje się nieciekawa. Liczyłem na coś przynajmniej w połowie tak dobrego jak Detektyw. Przeliczyłem się i uznaję czas lektury Galvestone za bezpowrotnie stracony. Mogłem się poświęcić czemukolwiek innemu. Nawet spacer z psem przynosi więcej wrażeń, niż czytanie książki Nica Pizzolatto.

Wszystko niszczą bohaterowie. Roy Cady to rzezimieszek od lat zajmujący się załatwianiem różnych brudnych interesów. Jedna z takich akcji okazuje się być ostatnią, ale udaje mu się uratować kobietę, do której zaczyna czuć coś więcej, niż tylko sympatię. Rocky to taka kiepsko napisana femme fatale. Jej fatalność wynika z głupoty, a nie z uroku, którym potrafi opętać niejednego mężczyznę. I jak tutaj poczuć cokolwiek? Roy Cady, w założeniu, miał być silnym mężczyzną z domieszką wrażliwości odkrytą po poznaniu Rocky, a stał się postacią ulepioną z przypadkowych dialogów. Nie jest wyrazisty – jest nijaki. Gdzie się podziały te wstrząsające wrażenia, o których pisali recenzenci? Gdzie te prawdy o życiu? Niczego takiego nie znalazłem w Galveston. Odkryłem za to całkiem pokaźne pokłady nudy.

Obojętność – to uczucie, które towarzyszyło mi w trakcie lektury Galveston. Potem przyszła wściekłość za ten zmarnowany czas. Tam nie ma nic ciekawego i sądzę, że popularność tej pozycji wynikała z fascynacji Detektywem. Lepiej po raz kolejny obejrzeć serial, niż czytać książkę Nica Pizzolatto. Nie ma w niej absolutnie nic interesującego.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén