Tag: publicystyka

Źródła pisania

Skończyłem Kult Łukasza Orbitowskiego oraz Kroniki opętanej Artura Nowak. Obie książki już wkrótce zrecenzuję. Szkice w notatniku już mam, pozostaje tylko przygotować teksty. Coś mi w tym przeszkodziło. Moja Żona przyniosła mi kolejny tom Dzienników Jerzego Pilcha. Zacząłem czytać i myślę, że jest to lektura pełna melancholii. Od dłuższego czasu mam wrażenie, że ten autor żegna się z Czytelnikami, zdaje relację ze swojej choroby, cierpienia, a przy okazji dzieli się ostrymi jak brzytwa spostrzeżeniami na temat współczesności.

Pamiętam, że kiedyś poświęciłem przynajmniej jeden tekst na recenzję Dzienników. Tym razem tego nie zrobię. Nie widzę sensu. Siłą tego tytułu jest opis świata, wrażeń, których doświadcza autor. Trzeba się zmierzyć samemu, bez żadnych wskazówek od recenzenta lub – o zgrozo! – krytyka. Z perspektywy czasu widzę, że opisywanie swoich wrażeń dotyczących Dzienników nie miało większego sensu. Moje myślenie o literaturze rozbija się o doświadczenia spisane przez człowieka, przez pisarza, jest miażdżone przez potrzebę podzielenia się własnym życiem. Dla mnie kolejny tom Dzienników okazał się dobrym momentem na spojrzenie w przeszłość. Na lektury, które moje myślenie o literaturze ukształtowały.

Ważną rolę odegrał tutaj Jerzy Pilch. Zaczęło się od Miasta utrapienia, które po prostu pochłonąłem. Pod Mocnym Aniołem zawsze będę uważał za literaturę wybitną, cudowną, za narracyjne delirium. Były jeszcze opowiadania, mistrzostwo krótkiej formy. A Wiele demonów? Doskonała literatura, świetnie poprowadzone opowiadanie, narracja godna mistrza. Zawsze imponował mi rytm, z jakim pisze Jerzy Pilch. Słowa po prostu płyną, okazjonalnie rozbijają się o rafę żartu lub roztrzaskują o brzeg dramatu. Takie budowanie narracji jest kuszące dla czytelnika i przez wiele lat próbowałem to naśladować. Jeszcze na „Połącz kropkach”, pod starym adres bloga, widać jak usiłowałem „pisać Pilchem”. Wychodziło średnio, ale na pewno była to dla mnie cenna lekcja. Ważny krok w poszukiwaniu własnego stylu. Tego charakterystycznego dla mnie ciosania i obrabiania sensu, którym raczę odbiorców swoich tekstów.

Warto także wskazać na twórczość Łukasza Orbitowskiego. Tracę ciepło, Szczęśliwa ziemia, Exodus oraz Kult to tytuły, które na pewno odbiły się na moim pisaniu oraz myśleniu o literaturze. Może nawet trochę skorygowały postrzeganie struktury rytmu narracji. Dla Łukasza Orbitowskiego słowo ma zupełnie inną wagę, niż dla Jerzego Pilcha. Obaj autorzy sprawnie posługują się dowcipem, dramatem oraz ironią. Jednak różni ich sposób budowania sensu. Jerzy Pilch jest podskórny, przekazuje swoje obrazy pośrednio, natomiast Łukasz Orbitowski kocha walić czytelnika sensem po głowie. Aż mu go wbije do samego końca kręgosłupa. Właśnie to tłuczenia, te uderzenia najbardziej cenię w prozie Łukasza Orbitowskiego. W Exodusie osiągnął mistrzostwo we wbijaniu sensu. Mocne obrazy, słowa zapadające w pamięć. Solidna literatura, a nie jakieś opowiastki o dupie Maryni.

Gdzieś w tym moim osobistym myśleniu o literaturze przebrzmiewa pragnienie pisania prozy. Nie umiem tego, próbowałem, nędzna grafomania mi wychodziła. Szkoda słów. Dlatego wziąłem się za publicystykę. Z tym przynajmniej jakoś sobie radzę.

Ironiczny sprzedawca arbuzów

Wielką słabością darzę pewien gatunek publicystyki – felieton. Taki tekst wydaje się być prosty do napisania, ale to tylko złudzenie. Bo trzeba wymyślić temat i to najlepiej taki, na który ma się coś ciekawego do powiedzenia. A szczyptą pikanterii zawsze jest podzielenie się swoimi przeżyciami z czytelnikami. Dlatego trudno jest napisać interesujący felieton, krótkie formy, te nastawione na esencję treści, zawsze są wyzwaniem. Tym większym szacunkiem darzę osoby, która doskonale radzą sobie z felietonami. Ostatnio dołączył do nich Marcin Meller.

Kilka tygodni temu skończyłem zbiór felietonów Sprzedawca arbuzów. Nie powiem, że myślałem o tej książce dniami i nocami, że niektóre teksty po prostu mną wstrząsnęły i pozwoliły na dostrzeżenie, dotąd ukrytych, aspektów ludzkie gożycia. Nic z tych rzeczy. Sprzedawca arbuzów to zbiór solidnie napisanych felietonów, w których autor doskonale posługuje się piórem i z łatwością oczarowuje czytelnika swoją narracją. Zebrane cechuje także specyficzna lekkość – można przebrnąć przez wszystkie, nie odczuwają nawet przez moment ciężaru zawartych w nich spostrzeżeń. A czasem warto się zatrzymać, skonfrontować się z autorem, zastanowić, czy faktycznie myśli się podobnie, a może całkowicie inaczej?

Marcin Meller nie narzuca swojego punktu widzenia, nie wypowiada się w imieniu Jedynej i Słusznej Prawdy. Pisze o tym, co go zainteresuje, dzieli się z odbiorcą ciekawymi anegdotkami, opowiada o swoim życiu i otaczającym go świecie. Bywają felietony pisane ze zdenerwowaniem, z emocjami, z wyraźnym sprzeciwem – pełno ich w rozdziale dotyczącym polityki. Jednak nawet te nie są propagandowo męczące, ale doskonale wyważone. Każdy tekst został stworzony w świetle dobrego pomysłu i żaden nie jest zwykłą pojęciową papką. Po Sprzedawcy arbuzów żałuję, że nie czytałem felietonów Marcina Mellera w momencie, w którym były publikowane. W zbiorze układaj się one zupełnie inaczej, niż gdy były tekstami świeży, odwołującymi się do aktualnych wydarzeń.

Nie traktuję osadzenia w kontekście jako minusu. Wprost przeciwnie! To solidny plus, ponieważ zmusza do odszukania w mrokach Internetu wiadomości na temat wydarzenia opisywanego przez Marcina Mellera. Okoliczności okołotekstowe bywają niezwykle interesujące i dodają głębi każdemu z felietonów. Jednak najważniejszy jest w nich dowcip. Idealnie wyważony, daleki od chamstwa, pełen dystansu i dobrze odmierzonej ironii. Marcin Meller daje – słabsze i mocniej – prztyczki w nos i robi to w pełnych gracji zdaniach. W trakcie lektury Sprzedawcy arbuzów zaśmiałem się wielokrotnie.

Ten zbiór to dowód na to, że w Polsce w dalszym ciągu można tworzyć lekką w formie, ale solidną w treści publicystykę. Myślałem, że teraz będą nam panowały patos i chamstwo, jednak okazało się, że w dalszym ciągu istnieją autorzy, którzy mają lekkie pióro. Właśnie dla skontrowania patetycznej rzeczywistości z delikatnymi uwagi do świata Marcina Mellera warto sięgnąć po Sprzedawcę arbuzów.

Bezpieczna odległość

Chciałbym móc pochwalić absolutnie każdą inicjatywę związaną z publicystyką dotyczącą gier. Trudno ukryć to, że fani cyfrowej rozrywki mają poważny problem z treściami, które funkcjonują w Sieci. Olbrzymia część tekstów dotyczących gier to newsy, najczęściej przepisywane z otrzymanych informacji prasowych. Ze świecą szukać redakcji, która podchodzi do tej pracy w sposób kreatywny i dobrze odsiewa informacje. Publicystyka praktycznie zdechła, a najśmieszniejsze jest to, że niby wszystkim jej brakuje, ale nikt nie garnie się do tego, aby czytać bardziej wymagające teksty. Dominuje zasada „TL:DR”.

Przekłada się to na kształt serwisów poświęconych grom komputerowym. Nie przez przypadek właśnie krótkich newsów jest w nich najwięcej. To te niewielkie  teksty nabijają wyświetlenia, co przekłada się na zysk z reklam. Serwer sam się nie opłaci, wiele portali growych prowadzonych jest przez pasjonatów, którzy nie mają z tego nawet złotówki. Zdarza się, że dokładają do tej działalności! Wiem, że Internecie bez problemu można znaleźć interesującą publicystkę o grach komputerowych. Ostatnio coraz więcej ciekawych tekstów jest na „Polygamii”, na „Gamerweb” również można znaleźć coś ciekawego w morzu newsów, a „Gamer.mag” to pozycja obowiązkowa dla każdego fana gier. Czytuję, przeglądam i się inspiruję. Dlatego uważam, że dla „Kompendium NEO+RETRO” jest niewiele miejsca.

Muszę przyznać, że chęć wskrzeszenia książek dla fanów gier jest odważna. Podobnie jak zadane na stronie projektu pytanie „Dlaczego książki dla graczy zniknęły?”. Obawiam się, że odpowiedź brzmi: „Bo pojawił się Internet”. Po prostu niczego więcej nie potrzeba. Współczesna kultura staje się coraz bardziej elektroniczna, okres dominacji papieru skończył się w chwili, w której każdy z nas włożył do kieszeni minikomputer pozwalający na stały dostęp do Sieci. Odbiorca wręcz tonie w morzu treści, dlatego przywiązuje się do określonych mediów. I trzeba zaznaczyć, że nie są to związki stałe. Łatwo jest zrezygnować z określonego portalu lub gazety, ponieważ stosunkowo łatwo zapełnić pustkę. Idea „Kompendium…” jest fascynująca, ale idee mają to do siebie, że potrafią budzić zainteresowanie lub przynajmniej sympatię. Niestety, obawiam się, że chęć stworzenia specjalnych podsumowań dla graczy, zbudowanie perspektywy z przekrojowych tekstów, odwołuje się do okresu, gdy kultura była literaturocentryczna. Dzisiaj dominanta nam się przesunęła i współcześnie kultura została usieciowiona. Jednocześnie naiwnością jest sądzić, że opracowania pozostaną aktualna przez lata. Stworzenie takiego ujęcia wymaga potężnych nakładów pracy, analizy historycznej i często nie mieści się wyłącznie w jednym, nawet najdłuższym, rozdziale.

Kolejnym problemem jest niedostatek odbiorców. Współczesny czytelnik nie jest przystosowany do czytania długich tekstów, a edukacja wcale nie kształci rozumienia treści, ale jej przeglądania. „Kompendium…” musiałoby wychować sobie odbiorców lub będzie miało niszowy charakter. Co, samo w sobie, nie jest złe, ale mam wrażenie, że w dobie Internetu tę energię można byłoby inaczej spożytkować. Czy wydanie papierowe będzie bardziej elitarne? Co jest złego w porządnej publicystyce w Sieci? Moim zdaniem absolutnie nic. Chciałbym, aby energia skupiona wokół „Kompendium…” przełożyła się na portal o grach komputerowych z solidną publicystyką, z wymagającą redakcją, z numerami tematycznymi. Mógłby to być kwartalnik! Z wielką chęcią czytałbym takie teksty, ale – niestety – obecna forma „Kompendium…” zupełnie mnie nie przekonuje. Rozsądne korzystanie z nowych mediów, to szansa na wypromowanie inicjatywy wśród młodych graczy, wychowanie ich. Zamknięcie się w formie książki ogranicza liczbę odbiorów i trafi wyłącznie do tych, którzy są już przekonani do publicystyki.

Mimo wszystko liczę na to, że się mylę, że jednak ma to jakiś głębszy sens, a mój cyniczny umysł go nie dostrzega. Dlatego, jeżeli chcecie wesprzeć twórców, to wjedźcie na tę stronę i dołóżcie swój pieniążek. Ja zachowam dystans, niczym niewierny Tomasz uwierzę dopiero wtedy, gdy zobaczę.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén