Tag: pyrkon

Zaklinamy!

Gry planszowe to jedna z moich mniejszych pasji. Ze względu na brak czasu sporadycznie sięgam po planszę z „Alchemikami”, ale z uwagą śledzę informacje na temat nowości, które mają pojawić się na polskim rynku. Ciekawą karcianką mogą być „Zaklinacze”, o której na pewno więcej usłyszymy na zbliżającym się Pyrkonie. Mnie udało się porozmawiać z Rafałem Cywickim (jest twórcą „Zaklinaczy”) i Jackiem Gołębiowskim z wydawnictwa Gindie.

Adrian Jaworek: Skąd wziął się pomysł na stworzenie „Zaklinaczy”?

Rafał Cywicki: To jest projekt, nad którym pracuję od dłuższego czasu. W pewnym momencie był gotowy, pracując nad nim, miałem wizję, jak można go wydać przez crowdfunding. Ma bardzo wygodną formułę do tego, bo cała gra składa się z pojedynczych talii.

Wyobrażałem sobie, że talie będą takimi fajnymi dodatkowymi celami. Rzeczywistość to zweryfikowała. Gdy porozmawiałem z Jackiem, jak będziemy to wydawać, to okazało się, że inna formuła będzie jeszcze lepsza, niż dodawanie kolejnych talii.

Tak to się zaczęło. Miałem karciankę, która wydawała się idealna. Mamy gotowy projekt, który wydaje się fajny i jest w ramach naszych możliwości do wydania. Gdyby ta gra była większa, to potrzebowalibyśmy większej drukarni, kogoś, kto zna się na projektowaniu figurek…

A Gindie, czyli wydawnictwo Jacka, dotychczas karcianki robiło, więc ma w tym sporo doświadczenia. Nie chcieliśmy wypływać na jakieś zupełnie niezbadane wody, tylko zaoferować coś, czego jesteśmy pewni.

Adrian Jaworek: Dlaczego „Zaklinacze” będą w wersji zamkniętej, a nie jako gra kolekcjonerska? Ja zbierałem karty „Magic: The Gathering” i wydałem na to sporo pieniędzy. Może to jest jakiś dobry model biznesowy.

R.C.: „Magic: The Gathering” był świetnym modelem biznesowym, ale on już ma trochę lat. Istniał w dosyć specyficznych warunkach. Poza „Magic: The Gathering” znam tylko pojedyncze przykłady gier, które zaskoczyły w ten sposób.

W momencie, w którym wydajesz małą karciankę i chcesz, żeby ludzie się wymieniali kartami, zbierali je, bo kiedyś będą cenne, wymaga sporych nakładów pracy. Musisz zorganizować scenę turniejową i robić milion rzeczy! To nie jest tak, że ten model, tak po prostu zaskoczy.

Wydrukowanie kart, stworzenie platformy turniejów, stworzenie odpowiedniego zasięgu, aby gra nabrała odpowiedniego wiatru wymaga ogromnych nakładów pracy.

A.J: Zwarta forma najwyraźniej lepiej się sprawdzi przy „Zaklinaczach”. A co z crowdfundingiem? Mieliście się pojawić i zniknęliście, a projekt, tak wynika z naszej wcześniejszej rozmowy, jest gotowy.

R.C: To będzie pewnie mniej fascynująca historia, niż Ci się wydaje.

(śmiech)

Zależało nam na terminie, na zbliżającym się „Pyrkonie”. Uważaliśmy, że to będzie genialny pomysł, aby się tam pojawić, mieć już działającą zbiórkę. Tam chcieliśmy ściągać ludzi na kampanię na Wspieram.to, a oni już wtedy mieli rzucać w nas pieniędzmi.

Zaczęliśmy spieszyć się z projektem. Niektóre rzeczy akceptowaliśmy na zasadzie: „Ok, już wystarczy, róbmy następną rzecz, żeby tylko zdążyć”. Poczuliśmy, że coś jest nie tak. Niepotrzebnie zaniżamy sobie jakość gry, którą chcemy zrobić, tylko po to, żeby zdążyć.

Baliśmy się, że jeżeli wystartujemy z niegotowymi materiałami, to nie będziemy mieli możliwości tego poprawić. Na przykład jedną z takich rzeczy, z której byliśmy niezadowoleni, był layout kart. Był zadowalający, ale mógłby być lepszy. Stwierdziliśmy, że jeżeli wypuścilibyśmy karty w takiej formie, to później ich zmienianie mogłoby zostać różnie odebrane.

Chcieliśmy być uczciwi wobec naszych zbiórkowiczów. „Zaklinaczy” chcemy pokazać raz. W wersji, za którą zapłacą.

A.J: Bardzo odpowiedzialne stanowisko. Rozmawiam z różnymi osobami, które wrzucają swoje projekty do różnych serwisów crowdfundingowych i prezentują odmienne podejścia do tego tematu.

Doceniam to, że nie myślicie o zbiórce w kategoriach dźwigni marketingowej, tylko chcecie dostarczyć solidnie wykonany i przemyślany produkt. Co widać w tych krótkich wpisać, które publikujecie. Mam na myśli designer dairy, co bardzo kojarzy mi się z grami komputerowymi.

Skąd pomysł na to, żeby tak opisywać grę planszową? Nie boicie się, że ktoś wam mechanikę podkradnie?

R.C: To jest takie bardzo polskie… (śmiech). Ktoś ukradnie mi mechanikę, zainspiruje się i wyda przede mną, wszędzie czają się złodzieje! (śmiech).

Z moich doświadczeń ze środowiskiem twórców gier planszowych i komputerowych wynika, że to nie są ludzie, którzy gdzieś się czają i chcą człowieka okraść. Jest wręcz przeciwnie! Czekają, żeby pomóc.

Pamiętniki projektanta są w planszówkach dosyć popularne, to widać na stronie BoardGameGeek.

Jacek Gołębiowski: Jeżeli chodzi o kradzieże pomysłów, to dochodzi do różnych absurdalnych sytuacji. Doświadczeni twórcy gier zwracają uwagę na to, żeby nie dać się zmusić do podpisania umowy NDA (non-disclosure agreement, czyli umowa poufności – dop. A.J.). Zdarza się, że ktoś ma jakiś niedopieczony pomysł, który pokaże rodzicom, nigdy nie pokazał go ludziom, a potem się dziwi, że nikt nie chciał tego wziąć. A jak już wyda to za własne pieniądze, to okazuje się, że nikt tego nie chce. Wielu designerów radzi, żeby z projektem iść do ludzi, żeby grę pokazywać.

Mówienie o grze to jest jedno, a pokazywanie jej jest znacznie większym zdradzeniem się. To już nie jest opowiadanie, że się obudziłem i miałem pomysł na stworzenie jakieś gry. Trzeba pamiętać o tym, że z ogólnego projektu można wyciągać kilka ścieżek rozwoju.

A.J: Jak się testuje takie gry karciane? Na znajomych sprawdzacie, czy pomysł działa?

R.C: Tak, to jest bardzo przyjemne. My i tak gramy w gry planszowe, chodzimy do znajomych albo spotykamy się w knajpach, żeby w coś zagrać, albo zostajemy po pracy (śmiech). Żyjemy tym i mamy wokół znajomych, którzy podzielają naszą pasję.

„Zaklinacze” to moja czwarta planszówka. Ludzie wiedzą, że ja robię gry planszowe i karciane. Czasami się nawet dopytują, czy nad czymś pracuję.

Są też spotkania testerskie, na które ludzie przynoszą swoje produkty.

A.J: Jak radzicie sobie z bezpośrednią krytyką odbiorców?

R.C: Bardzo dojrzale! To jest taka umiejętność, którą sobie człowiek wyrabia. Kiedy otrzymuje informacje, że coś nie działa, że powinno być inaczej, że ktoś się źle bawił, to się nie obrażasz, ale starasz się dojść, dlaczego tak było. Ludzie często starają się naprawić twoją grę za ciebie. Przeważnie jest to bardzo zły pomysł, często brakuje im kontekstu.

Jeżeli mówią, że się źle bawili, to wtedy należy ich słuchać.

J.G: Odbiorcy znajdują problemy, ale niekoniecznie rozwiązania. Zwykle ich nie znajdują. Designer najlepiej zna grę, a nie gracze, którzy grali raz.

R.C: Trzeba brać pod uwagę to, że tester ma rację, gdy zauważa jakiś źle działający element, ale przeważnie myli się, gdy proponuje rozwiązania.

Ja gry komputerowe robię zawodowo. Ciągle dostaję informacje od betatesterów, że coś nie działa. Potrafię już oddzielić, to co jest nieważne, od tego, co jest istotne. Nie obrażam się za to. Krytykę staram się traktować dojrzale.

Designerzy uczą się zabijać swoje pomysły. Wymyślony element to nie Kaplica Sykstyńska. Jeżeli nie działa, to trzeba go naprawić lub zrobić coś innego.

A.J: Skoro jesteśmy przy mordowaniu własnych pomysłów, to co musiałeś zabić przy „Zaklinaczach”?

R.C: Gdy ta gra powstała, to była strasznie plaska. Totalnie brakowało w niej głębi, dobieranie kart nie miało większego znaczenia. To bardzo szybko wyszło. Do „Zaklinaczy” wróciłem po pewnym czasie i stary prototyp wyrzuciłem do kosza.

Wszystkie karty napisałem na nowo. Teraz w „Zaklinaczach” jest więcej statystyk, są potwory w grze, są dodatkowe mechaniki – na przykład można wydawać pieniądze. Zmieniło się wszystko!

W międzyczasie, w ramach balansowania „Zaklinaczy”, wyleciało wiele kart, które lubiłem. Nie działały, nikt nie chciał ich brać do gry.

A.J: A co najbardziej lubisz w „Zaklinaczach”?

R.C: Uwielbiam wymyślać talie do tej gry. Wracam wieczorem z pracy, wpada mi jakiś pomysł do głowy i nie mogę się doczekać, aż dojadę do domu, żeby go spisać. Potem to przetestuję i okaże się, czy warto ten pomysł zostawić.

Teraz już weszliśmy w tryb wydawania gry, więc jest mniej takiego superkreatywnego wymyślania, ale to wciąż mnie trzyma. Mam spisane pomysły na pięć, dziesięć kolejnych talii.

Mamy wielkie nadzieje, co do tej gry. Jeżeli ona pójdzie tak fajnie, jak chcemy, to na pewno te pomysły się nie zmarnują. Siądziemy, będziemy je testować i przygotowywać coś więcej. Mam poczucie, że „Zaklinacze” na to zasługują i to chwyci.

A.J: Na stronie „Zaklinaczy” podkreślacie to, że będzie to karcianka z dynamicznie zmieniającą się akcją i bardzo regrywalna. To jest coś, czego w pewnym momencie zaczęło mi brakować w „Magic: The Gathering”.

R.C: Regrywalność w plaszówkach to popularna cecha. Każda gra się chwali tym, że możesz użyć innych kart, dodatków lub zrobić inne ustawienie. Nie wiem, czy to jest najbardziej wyjątkowa rzecz w „Zaklinaczach”, ale gry robią to różnie. Wiele produkcji chwali się tym, że każda kolejna rozgrywka będzie inna, jednak jest to ta sama gra.

„Zaklinacze” są o tyle fajni, że talie są bardzo różne. Staraliśmy się, żeby dana talia pozwalała na jedną, wyjątkową rzecz, których inne nie potrafią. W związku z tym wybór określonych talii wpływa na przyjęcie strategii, trzeba pamiętać, że potwory będą inne. Właśnie w ten sposób osiągnęliśmy regrywalność.

A w „Magic: The Gathering” wszystko zależy od wielkości twojego świata. Jeżeli masz dużo różnych przeciwników, to zawsze trafisz na kogoś, kto zrobi talię, jakiej jeszcze nie widziałeś albo ma karty, które zobaczyłeś po raz pierwszy.

J.G: Problemem jest inwestycja czasu i pieniędzy. Talie zbierasz z boosterów i z wymian między graczami. Jeżeli chcesz eksperymentować, to musisz kupować więcej boosterów, a także być na bieżąco z dodatkami.

A.J: A jak jest z wpływem cyfrowych karcianek? Myślę o dominacji Blizzarda i o grze „Hearthstone”.

R.C: Jacek więcej gra w „Hearthstone’a”.

J.G: Nie tyle gram, co oglądam najlepszych graczy…

R.C: To jest jakiś wyższy poziom wtajemniczenia.

(śmiech).

J.G: Dzięki temu jestem na bieżąco z kartami, którymi się gra, ale ja nimi nie gram, bo ich nie mam. Mecze online są bardziej spektakularne dzięki animacjom, są fajne komentarze prowadzących.

R.C: „Hearthstone” pojawił się nagle i bardzo zamieszał. Z grami Blizzarda jest tak, że później ciężko je wypchnąć z rynku. Przyszedł „World of WarCraft” i przez długi czas nie było MMO, które osiągnęło taki sukces. Podejrzewam, że teraz tak jest z „Hearthstonem”.

A.J: Blizzard to firma, która jest świetna w wymyślaniu koła na nowo, bo nie można powiedzieć, że karcianki to ich wyjątkowy pomysł! Odpowiednio przystosowali znaną mechanikę.

R.C: Przez pewien czas wychodziła karcianka warcraftowa. Przed wydaniem „Hearthstone” zamknęli ten projekt. Miałem okazję zagrać kilka partii w „World of WarCraft Trading Card Game” i ten „Hearthstone” już tam był.

Na dobrą sprawę zdigitalizowali coś, co już mieli.

J.G: „Hearthstone” miał także bardzo długie beta testy.

A.J: Planujecie zdigitalizować „Zaklinaczy”?

J.G: Planujemy być obrzydliwie bogaci na tej grze, mamy dziesięcioletnie plany…

(śmiech)

Jeszcze nie wypuściliśmy papierowej wersji, nawet nie uzbieraliśmy na nią pieniędzy i mógłbym teraz powiedzieć, że podbijemy świat, że Obama już gra w tę grę. Nie przyjął prezydenta, przyjął „Zaklinaczy”…

R.C: Już kiedyś mnie ktoś o to zapytał i już wtedy zacząłem zastanawiać się nad tym, czy to jest wykonalne i sensowne. Wydaje mi się, że dałoby się to zrobić, ale nie wiem, czy dawałaby te same wrażenia i emocje.

Bardzo wiele gier planszowych, w które gra się przez Sieć, na przykład na tablecie, mam wrażenie, że trochę traci z radości.

J.G: Pal licho, czy coś traci! Bardzo ważne jest to, czy pojawi się jakaś wartość dodana. „Hearthstone” jest dobrym przykładem. Można powiedzieć, że to taki prostszy „Magic: The Gathering”. Ale dzięki temu, że jest to gra elektroniczna, to pojawiają się animacje, mogę grać online, zmienianie decków jest znacznie bardziej wygodne.

Zdigitalizowanie planszówki tylko dlatego, że jest fajna, że jest prosta, nie zawsze może załapać. Niektóre mechanizmy są zbyt proste na cyfrowe wersje, w których można pozwolić sobie na więcej.

A.J: Kiedy możemy się spodziewać konkretnej informacji na temat rozpoczęcia zbiórki?

J.G: Na Pyrkonie powiemy.

A.J: Na Pyrkonie powiecie? I bardzo dobrze, taka odpowiedź mi się podoba!

R.C: Sądzę, że zrobimy relację z Pyrkonu na stronie i Facebooku. Ogłośmy datę rozpoczęcia zbiórki oficjalnie.

J.G: Jedną rzecz chcielibyśmy zaznaczyć. Osoby, które będą zapisane do newslettera, prawdopodobnie na tydzień przez rozpoczęciem zbiórki, dostaną dwie talie do wydrukowania.

R.C: Będą mogli sprawdzić, czy mechanika „Zaklinaczy” im odpowiada…

J.G: Talie do pobrania będą dostępne na stronie zbiórki, ale zapisani do newslettera dostaną je tydzień wcześniej.

A.J: Ja już się zapisuję do newslettera, a wam dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w zbieraniu pieniędzy na „Zaklinaczy”

R.C: Dzięki.

J.G: Dzięki.

Co z tą fantastyką?

Polska kultura popularna to jeden z moich ulubionych tematów. Rozmawiam o niej ze swoimi studentami, pokazuje im z jak wielu barw, składa się to, co zazwyczaj deprecjonujemy i traktujemy bardzo stereotypowo. Są tematy, które pomijam. Robię to celowo, ponieważ najpierw chciałbym poznać inną perspektywę. Jednym z nurtujących mnie problemów jest Wiedźmin. Właśnie o Geralcie z Rivii postanowiłem porozmawiać z Michałem Szymańskim – jednym z redaktorów czasopisma „Smokopolitan”.

Adrian Jaworek: Skąd pomysł na założenie pisma „Smokopolitan”?

Michał Szymański: Nie jestem najlepszą osobą, aby odpowiadać na to pytanie. Bo kiedy ja stałem się częścią tej inicjatywy, ona już kiełkowała. Jest to pomysł krakowskiego klubu fantastyki „Krakowskie Smoki”, który działa od 2014 roku. Staramy się działać w miarę prężnie i publicznie.

W którymś momencie pojawił się pomysł, żeby spróbować zreanimować powoli umierającą w fandomie ideę zinów. Takich wydawanych porządnie, na papierze, nie tylko przez sieć. Dla nas zin miał być punktem wyjścia dla fandomowych dyskusji. Nie tylko na terenie Krakowa, ale siłą rzeczy najwięcej autorów i publicystów mamy właśnie ze swojego podwórka.

Chcieliśmy działać na trochę większą skalę. Aktualnie zinów jest mało, te, które są, mają niewielki zasięg. Jest to świetna platforma do wymiany myśli na zasadzie „od fanów, dla fanów” i bardzo dobre miejsce na debiut dla początkujących pisarzy. Takich też staramy się wyszukiwać i promować. Zależy nam na osobach, które nie miały okazji się pokazać, a robią bardzo dobre rzeczy.

A.J: Świetnie, że nawiązujecie do tradycji fandomowych zinów. Dla mnie, stworzenie takiego czasopisma jak „Smokopolitan”, to bardzo odważny krok. Współcześnie dużo się mówi o upadku prasy, na każdym kroku podkreśla się, że takie tradycyjne czasopisma są w odwrocie, że zaraz pożre je Internet. Jak odbiorcy reagują na „Smokopolitan”?

M.S: Jesteśmy zaskoczeni tym, że mamy tak dużą rzeszę odbiorców. Nie stosujemy praktycznie żadnych działań promocyjnych. W tym momencie marketing „Smokopolitan” dopiero się buduje, a wydaliśmy już kilka numerów, które dotarły do ponad tysiąca osób bez najmniejszego problemu.

Chyba jednak zapotrzebowanie na takie medium jest. To widać na konwentach. Ludzie nie mają problemu, żeby dać nam te pięć złotych, bo tyle wynosi koszt druku „Smokopolitan”. Nie czerpiemy z tego żadnych zysków.

Ludzie chcą poczytać papierowe czasopismo. Powoli te media elektroniczne i tradycyjne uczą się współistnieć. „Smokopolitan” jest też wydawane pod postacią zina. Nie ma co ukrywać, że blisko 70% naszej „docieralności”, to pobrania wersji ebookowej. Ale mimo wszystko ludzie chcą ebooka, a nie strony internetowej.

Może jest to kwestia przyzwyczajenia, może jest to forma preferowana ze względu na to, że jest przyjemniejsza w odbiorze…

A.J: Może to też wyraz miłości do papieru? Czasem mam wrażenie, że ta analogowa forma znacznie bardziej nobilituje, niż publikacja w Internecie.

M.S: Coś w tym jest. Kiedyś trochę się śmiałem z tego, ale teraz widzę, że jeżeli mam do wyboru książkę fizyczną, w której mogę sobie poprzerzucać kartki, wrzucić do torby, wyciągnąć na przystanku i poczytać, a książkę na czytniku lub tablecie, to wolę tę analogową. Ciężko mi powiedzieć z jakiego powodu. Po prostu przyjemniej się ją czyta i z gazetami pewnie jest podobnie.

A.J: Wspomniałeś, że jeździcie ze „Smokopolitan” po konwentach. Gdzie się już zaprezentowaliście?

M.S: Jest tego trochę. Staramy się być wszędzie – wszystko zależy od tego, czy mamy czas i środki, aby dotrzeć i się zaprezentować. Byliśmy na Warszawskich Targach Fantastyki, Falkonie, Opolkonie, Pyrkonie. Jesteśmy na każdej imprezie robionej przez klub „Krakowskie Smoki”. Na tych nieklubowych też się pojawiamy, jeżeli tylko nam to z niczym nie koliduje.

Wybieramy się na Zjawę, jeżeli tylko się odbędzie. Ostatnio, gdy sprawdzałem, to nie było jeszcze podanego terminu, miejsca, ani nawet zrębów programu. Bardzo chcielibyśmy się tam pojawić, bo to fajna impreza, dobrze sprofilowana.

A.J: Jesteście takim prawdziwym, zaangażowanym zinem! Gdzie tylko jest fantastyka, to zaraz się pojawiacie.

M.S: Staramy się. Motywujące jest to, że ludzie chcą nas czytać. Napływają do nas opowiadania, których jakość jest zaskakująco dobra. Gdy ruszaliśmy z tą inicjatywą, to nie spodziewaliśmy się, że z przesłanych do nas debiutów będziemy mieć problem z wyselekcjonowaniem tekstów. Jest za dużo rzeczy dobrych.

Dlatego ostatni numer „Smokopolitan” w całości składa się z prozy. Przychodzą do nas świetne opowiadania i żal by było, gdyby miały się nie ukazać.

Bycie na konwencie, siedzenie na stoisku, to wielka frajda. Na przykład na Serialkonie byłem może na dwóch punktach programu i przez chwilę biegałem sobie w tłumie, żeby zobaczyć, co się dzieje, a resztę konwentu spędziłem, siedząc i sprzedając „Smokopolitan”. Niesamowita sprawa!

A.J: Jestem pod wrażeniem waszego całościowego myślenia o polskiej kulturze popularnej, którą promujecie w „Smokopolitan”. Czy staracie się być przeciwwagą dla trochę już skostniałej „Nowej Fantastyki”?

M.S: Nie myślimy w tych kategoriach. „Nowa Fantastyka” jest czymś bezkonkurencyjnym na polskim rynku czasopism fantastycznych. Staramy się robić to, co robimy najlepiej, jak potrafimy.

To jest też kwestia tego, o czym chcą pisać nasi autorzy. Nie oszukujmy się – publicyści fantastyczni mają swoje nisze tematyczne, swoje zainteresowania. Ciężko przekonać kogoś, kto siedzi głównie w RPGach, aby napisał tekst o fantastyce socjologicznej w Stanach Zjednoczonych. Większość naszych współpracowników to członkowie klubu. Staramy się dać naszym czytelnikom, to co mamy najlepszego i to, co nasi autorzy mają najlepszego do zaoferowania.

A.J: Jaki tekst mógłbyś polecić z ostatnich numerów „Smokopolitan”?

M.S: Jestem wielkim fanem wszystkich tekstów Jaksy, z radami dla początkujących i mniej początkujących mistrzów gry. Te teksty są świetne. Daję je każdemu, kto pyta o takie rzeczy. W dalszym ciągu jest to dość popularne hobby.

Wciąż przychodzą do niego ludzie, którzy chcą się czegoś nauczyć. Wtedy można im dać tekst Jaksy z pierwszego numeru „Smokopolitan” o przygotowaniu pierwszej sesji. Świetna sprawa.

W tym momencie kilku doświadczonych mistrzów gry prowadzi, co sobotę świetne warsztaty w Artetece. Jeżeli czyta nas ktoś z Krakowa, to zapraszamy, bo dobre rzeczy się tam dzieją.

A.J: Skoro już jesteśmy przy grach RPG, to muszę poruszyć pewien problem. U mnie, na Uniwersytecie Śląskim, są ludzie, którzy zajmują się grami fabularnymi w różnych kontekstach. Czy nie masz wrażenia, że ta forma aktywności znowu staje się popularna? Na jakiś czas zeszły do podziemia, bo zastąpiły je gry komputerowe, ale teraz wracają.

M.S: Trochę tak. Cieszę się z tego. Gdy ja najbardziej interesowałem się tym tematem, to krytycy i badacze wieszczyli koniec tych dużych systemów RPG – najpierw miało być wejście w niszę, a potem śmierć.

Nie umarliśmy. W dalszym ciągu ukazują się interesujące rzeczy. Myślę tutaj o różnych indie games, które się rozwijają i często proponują różne ciekawe rozwiązania, ale rynek głównonurtowy też ma się całkiem nieźle. To wszystko jakoś się kręci.

Jeżeli chodzi o gry komputerowe, jest też tak, że coraz większy wpływ na rynek mają odbiorcy, którzy wychowali się na tych pierwszych komputerowych RPGach i sesjach gier fabularnych. To widać w takich tytułach jak Pillars of Eternity, które jest puszczeniem oka w stronę odbiorców, którzy pamiętają, jak te gry wyglądały 10 – 15 lat temu. Tytuł był w stanie zebrać ogromne pieniądze w trakcie kampanii na Kickstarterze i dostaliśmy grę, która jest niesamowita pod każdym względem. W Pillars of Eternity widać, że fabuła jest prowadzona tak, jak na sesjach gier fabularnych.

Rzeczywiście jest tak, że chce się do tego wracać.

A.J: Pojawia się tutaj ładunek nostalgii. Czy towarzyszył on „Smokopolitan”?

M.S: Tak, zdecydowanie. Tematem jednego z numerów w całości była ta nostalgiczna retrofantastyka, powroty do źródeł, szukanie zapomnianych utworów, wątków i motywów. To jest bardzo żywe w fandomie. Ci, którzy pamiętają jak bardzo niszowe i pogardzane było to hobby dorośli i nagle okazuje się, że jesteśmy mainstreamem. To jest trochę niebezpieczne. Ta „mainstreamowość” wpływa na jakość produktów, czego moim ulubionym przykładem są seriale o superbohaterach. Nie byłoby ich 20 lat, a z tych, które są to może dwa bronią się artystycznie, a reszta to zwykłe żerowanie na nostalgii.

A.J: Skoro wracamy do przeszłości, to kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z polską fantastyką?

M.S: Świadomie? Wiedźmin.

A.J: Wiedźmin? No proszę.

M.S: Prosta historia, myślę, że dużo ludzi mogłoby opowiedzieć podobną. Nagle do kin wszedł polski film fantasty i wszyscy byli podekscytowani tym, że to się w ogóle dzieje. Wyszło, tak jak wyszło, jest to osobna sprawa. Wydaje mi się, że właśnie wtedy dużo ludzi pomyślało o tym, że można przeczytać coś Sapkowskiego, dlatego, że ten film był promowany.

Ja byłem jedną z takich osób. Gdzieś na początku gimnazjum przeczytałem Sapkowskiego i okazało się, że to koresponduje z rzeczami, którymi się wcześniej interesowałem. A potem poszło z górki.

A.J: Dla mnie historia Geralta to przykład jak tworzy się bohater kultury masowej. Rzeźnik z Blaviken zaczynał jako postać niszowa, a dzisiaj pokiereszowanego mężczyznę z białymi włosami znają wszyscy. Stał się wręcz marką. Czy według Ciebie Geralt odnalazł się pomiędzy Supermanem i innymi bohaterami kultury masowej?

M.S: Tak, ale trzeba pamiętać o tym, że gdy Sapkowski wymyślał wiedźmina, to miał być pastisz i próba dyskusji z toposem superbohatera. Wiedźmin nie jest bohaterem, wiedźmin jest fachowcem, jak nam przypomniała promocja trzeciej części gry. Takim właśnie fachowcem od ratowania ludzi miał być na początku.

Gdy patrzysz na rozwój tej postaci, na przestrzeni całej sagi, to widać, że ten pomysł przestał Sapkowskiemu leżeć albo przestał pasować do kreowanej przez niego historii. Od któregoś momentu Geralt chce zrobić pieniądze. Sam o sobie mówi, że jest takim anachronicznym wiedźminem, który sika pod wiatr. Jest człowiekiem, który chce zmienić rzeczywistość, w której żyje, co jest całkiem niezłą definicją superbohatera. Takiego na miarę polskiej kultury i osadzonego w słowiańszczyźnie.

A.J: Co Twoim zdaniem zafascynowało odbiorców na całym świecie w Geralcie z Rivii? Przekonał ich do siebie swoją egzotycznością, tym, że jest osadzony w polskiej kulturze?

M.S: Sprawa jest następującej treści. Będę trochę powtarzał za moim promotorem ze studiów magisterskich…

A.J: Słusznie! Trzeba za wzorcami podążać.

M.S: Pozdrawiam Bartłomieja Dobroczyńskiego, jeżeli jakimś cudem to przeczyta. Bartku – myślę i podoba mi się.

Nie ma popularnych na świecie polskich zespołów rock’n’rollowych. Nie wymyśliliśmy tego gatunku, nie jesteśmy w stanie zrobić go tak, żeby rzeczywiście zaskoczyć czymś zachodnią kulturę, bo my możemy z niej czerpać i starać się nie być za bardzo w tyle. Podobnie jest z polską fantastyką – oparta na zachodnich wzorcach byłaby zbyt wtórna, aby się przyjąć.

Sukces Wiedźmina, moim zdaniem, polega na tym, że jest ciekawy i oryginalny dla zachodniego odbiorcy. Opowieść, którą snuje się w grze – bo od gry się zaczęło – i w książce, a wkrótce także w filmie, jest trochę czymś innym, niż do tej pory na zachodzie tworzono w tym gatunku. To też jest sukces Sapkowskiego, który wykorzystał scenografię, która jest trochę zgrana. Elfy, krasnoludy, miecze, średniowiecze i tak dalej. On wziął tę scenografię i wykorzystał ją inaczej. Dał jej zupełnie inny temperament i inną emocjonalność. Tutaj jest to, co mnie się spodobało w Wiedźminie.

A.J: Ostatni numer „Smokopolitan”, to wyłącznie proza. Czy obserwujesz jakieś inspiracje Wiedźminem w twórczości młodych autorów?

M.S: To jest bardzo dobre pytanie. Gdybym miał się dobrze zastanowić, to odpowiedź brzmiałaby – nie. Wiedźmin to – mimo wszystko – bardzo stara powieść i byłoby źle, gdybyśmy przez tyle lat nie dorobili się czegoś innego, co mogłoby inspirować młodych twórców.

Widać, że coraz bardziej manga i anime przestaje być tym, co w fandomie się wyśmiewa i pomija. Jedno opowiadanie wyglądało jak scenariusz dobrego komiksu z Japonii. Widać fascynację nurtem postapocalyptic young adult, który coraz częściej przenika do głównego nurtu. Widać tę tendencję, która również pojawia się w dojrzalszej polskiej fantastyce, czyli próbowanie nowych rzeczy i dyskusje z zastanymi tematami.

Z drugiej strony, wracając do tematu nostalgii, zdarza się, że dostajemy teksty, których nie powstydziliby się twórcy w latach 80. i 70. Wtedy pisało się fantastykę zupełnie inaczej. Trzeba było mieć pojęcie o astronomii, gdy pisało się o odległych planetach lub genetyce, gdy próbowało się opisać rzeczywistość, w której ta dziedzina nauki bardzo się rozwinęła.

Niestety to, że fantastyka staje się mainstreamowa, przekłada się na to, że staje się coraz bardziej komiksowa. Autorzy przestają zwracać uwagę na science w nazwie gatunku science fiction. Na szczęście wciąż docierają do nas opowiadania, w których twórcy dbają o ten element i to bardzo cieszy.

A.J: To dobrze, bo ja najbardziej obawiam się dominacji modelu łowcy potworów z różnymi modyfikacjami.

M.S: Myślę, że to się nie dzieje. Nawet jeżeli spojrzy się na półki księgarń, to tego jest niewiele. Zaczynają dominować nowe mody. W planach wydawniczych małych oficyn jest coraz więcej postapokalipsy. To dobrze, bo to świetny temat. Można go ugryźć z różnych stron, pomyśleć, ostrzec przed czymś.

A.J: Moi studenci kojarzą Geralta z Rivii, ale głównie z gry komputerowej. A na literaturze popularnej, chociaż obce są im książki Andrzeja Sapkowskiego, myślą głównie modelem prozy, który znają z przygód Rzeźnika z Balviken. Stąd bierze się moje zmartwienie – czy jest możliwa polska fantastyka po Wiedźminie i to, by stała się tak samo popularna?

M.S: Na pewno tak, ale trochę na nią poczekamy i ciężko przewidzieć, co musiałoby się stać. Problem polega na tym, że jeżeli przyjmiemy, że tym, co wypromowało Wiedźmina na zachodzie, jest jego oryginalność, to ciężko przewidzieć, kiedy dostaniemy coś równie świeżego, co chwyci. Bo, jak śpiewał pewien polski raper dawno temu, nie wiadomo, co ludzie kupią. Ale ja jestem optymistą.

Geralta nie wypromowała literatura, tylko rynek gier. Patrzę jak on się rozwija w Polsce i widzę coraz więcej dobrych rzeczy. Polskie firmy uczą się pozyskiwać środki, planować produkcje i wychodzą z tego ciekawe produkcje.

A.J: Cierpię na problem autorów „drugich po”. Ja chciałbym opowiadać studentom o Feliksie Kresie i jego Księdze Całości, a mam wrażenie, że taka mało znana twórczość spotyka się ze stereotypową niechęcią.

M.S: To może nie jesteśmy tak bardzo tym mainstreamem, jak chcielibyśmy być. Skoro tylko Wiedźmin jest kojarzony przez Twoich studentów. Jest jeszcze jakaś droga przed nami…

A.J: Podobnie jest z fantastyką naukową! Gdy powiedziałem Lem, to sporo osób wiedziało, o kogo chodzi, ale Janusza A. Zajdla nie kojarzą w ogóle.

M.S: Nie jestem szczególnie zaskoczony. Fantastyka jest literaturą gatunkową i będą ją dręczyć te same problemy, co kryminał, romans i całą resztę. Wszyscy znają nazwiska klasyków kryminału – Chandlera, Christie, Conan Doyle’a, ale co było pomiędzy nimi, a tym najnowszym wsypem, czyli Krajewski i seria Millenium, to niewiele osób kojarzy. Trzeba siedzieć w tej literaturze.

A tak z czystej ciekawości, jak jest z Grzędowiczem? Bo saga Pan Lodowego Ogrodu, dość mocno potrząsnęła polską fantastyką w któryś momencie. Kojarzą? Próbowałeś?

A.J: Wspomnienie o Grzędowiczu, to wyciąganie gnoma z beczki na zajęciach – nikt nie wie, o co chodzi, kto jest i dlaczego się pojawia. Pana Lodowego Ogrodu jest łatwiej zaczepić o grę planszową niż o książki.

M.S: To może mamy kryzys czytelnictwa, skoro ludzie bardziej kojarzą Pana Lodowego Ogrodu z planszy, niż z książki. Sprawa do przemyślenia…

A.J: Może to też jest efekt tego, że polska fantastyka jest traktowana jako gorsza. Mam wrażenie, że fandomy są strukturami zamkniętymi. Ludzie widzą siedzących nerdów.

M.S: Nie jest do końca tak, że możemy cieszyć się z tego, że już nie jesteśmy gettem i wszyscy nas kochają. Fandom nadal funkcjonuje na własnych prawach i na boku największego obiegu.

Jest coraz więcej młodych ludzi, którzy fantastyką się interesują. To też widać na konwentach. Z jednej strony mamy starych wyjadaczy, a z drugiej młodzież późnolicealną lub wczesnostudyjną, która przychodzi na fajną imprezę.

Jedna moja koleżanka z redakcji – pozdrawiam Ofelię – narzeka na to, że coraz częściej słyszy się ludzi w fandomie mówiących do siebie per pan, pani. Maile, które do nas docierają, są pisane w takim tonie. Ludzie jakby się nas bali, jakbyśmy byli jakimiś poważnymi redaktorami, którzy obrażą się, jeżeli spróbuje się do nich zagadać tak bardziej na luzie, a kiedyś tak nie było.

Kiedyś fandom, to była jedna wielka rodzina i można było napić się piwa ze wspomnianym przez Ciebie Zajdlem i nikt nie widział w tym nic dziwnego.

A.J: Z prelekcjami też nie jest ciekawie. Ludzie są bardzo zdystansowani. Przypominają one konferencje naukowe, ktoś wstaje, tłucze przez 20 minut, a publiczność nie reaguje. Czegoś takiego doświadczyłem, gdy miałem przyjemność powiedzieć kilka słów na rozdaniu Śląkf.

M.S: Zdarzają się wyjątki od tej reguły. Na panelach jest więcej osób, które chcą wziąć udział w dyskusji, a nie tylko scrollować Facebooka na telefonie i czegoś posłuchać przy okazji.

Dużo osób narzeka na to, że fandom stał się mniej uczestniczący. Taki wyjazd to kolejna bierna rozrywka. Zmienił się też charakter tych imprez. W momencie, kiedy Prykon reklamuje się jako targi fantastyki, a nie konwent fantastyki, wszyscy ludzie, którzy nie pamiętają wcześniejszych edycji, jadą tam z określonymi oczekiwaniami.

Przychodzą na prelekcje, która jest dla nich czymś takim, jak wykład na studiach. Gdzieś się gubi atmosfera konwentu, w tym wszystkim.

A.J: Na szczęście są jeszcze ziny, takie jak „Smokopolitan”, które pielęgnują atmosferę współuczestnictwa i dbają o to, że zainteresowanie polską fantastyką nie zginęło. Dziękuję za rozmowę!

M.S: Ja również dziękuje.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén