Tag: recenzja (Page 1 of 16)

Powietrze gęste od zła

Film Małgosia i Jaś trudno mi uznać za horror. Zdarzają się w nim momenty, w których podskakuje się na krześle, ale nie one są najważniejsze. Znacznie większą wagę ma duszny charakter obrazu. Film często przypomina koszmarne halucynacje, zwidy godne odpowiedniego nasycenia się muchomorami. Gdybym miał poszukać filmu, który swoim nastrojem silnie nawiązuje do tego, co widziałem w Małgosi i Jasiu, to zdecydowanie wybrałbym Sinister. Ten sam poziom zła w powietrzu.

Zmiana w tytule nie jest przypadkowa. Baśń znajmy jako Jasia i Małgosię, w przypadku filmu to dziewczyna staje się najważniejsza. Tak samo jest w fabule. Wyraźnie widać, że jest to narracja opowiadająca o odkrywaniu czających się w Małgosi mocy. Od pierwszych scen wyraźnie odstaje od otaczającego świata. Nie tylko zachowaniem, ale także tym, co mówi. Jak cień podąża za nią Jaś. Zawsze jest pod jej opieką. Dlatego ich wędrówka po mrocznych lesie nabiera znamion początków przemiany. Zmuszeni walczyć o swoje życie, poszukujący żywności i schronienia zaczynają się od siebie oddalać.

Właśnie w tę przestrzeń zaczyna wchodzić zło. Przybiera postać kobiety, która pragnie zaopiekować się Małgosią i Jasiem. Karmi ich, jej stół jest zawsze suto zastawiony, pomimo że w okolicy nie ma absolutnie żadnych zwierząt, a w okolicy panuje głód. Na dodatek zaczyna uczyć Małgosię o ziołach i zaczyna traktować ją jak swoją wychowankę. Dopiero konfrontacja z przerażającą prawdą budzi w Małgosi wątpliwości. Zdaje sobie sprawę ze swojego przywiązania do brata, a także z tego, że musi iść własną drogą. Ich ścieżki się nie pokrywają, każde musi pójść w swoją stronę. Momentem rozstania i oświecenia jest zabicie złej czarownicy, pokonanie dzielącego ich zła. Jednocześnie jest to chwila, w której zdjęty zostaje urok. Małgosia i Jaś są w stanie pokonać iluzje, które stworzyła wiedźma.

Ten film wyraźnie prezentuje silną, rozwijającą się bohaterkę. Uwaga widza jest skupiona na jej przeżyciach, na jej psychice, a także na tym, co dzieje się w jej głowie. Co często jest najważniejsze w całej fabule. Stąd bierze się niezbyt dynamiczna akcja. Chwilami film przypomina dramat, ponieważ w wielu scenach występują maksymalnie dwie osoby – Małgosia oraz wiedźma. Jaś jest wyraźnie postacią drugoplanową, wręcz celowo staje się tłem, po to, aby znów znalazł się na pierwszej linii wydarzeń. Jest ściśle związany z momentem oświecenia, który przeżywa Małgosia. Sądzę, że w wielu chwila staje się nawet katalizatorem przemiany, ponieważ często występuje w jej koszmarach. Jako ta część jej umysłu, która domaga się uwagi i przełamuje iluzje czarownicy.

Małgosia i Jaś to interesująca interpretacja znanej baśni. Jej postnowoczesne odczytanie, które na pewno nie jest przeintelektualizowane. Na pochwałę zasługuje duszny charakter opowieści, ciągle podkreślany przez niewielką ilość światła oraz małe pomieszczenia. Świat przedstawiony zostaje sprowadzony dosłownie do kilku miejsc i w każdych z nich czai się zło. W różnych formach.

Czytanie gwiazd

Ad Astra to ciekawy film. Interesujące science fiction z kilkoma dziurami fabularnymi. Chciałoby się rzecz, że było to niewyjaśnione zagadki, jednak ich ciężar narracyjny trudno pominąć. Mimo to uważam, że warto go obejrzeć. Paradoksalnie właśnie dla historii, ponieważ ma solidny fundament. Jednym z kluczy interpretacyjnych jest odczytanie samotnej podróży głównego bohatera przez Kosmosu, jako realizacji motywu z Jądra Ciemności JosephaConrada. Jest to w pełni uzasadnione. Jednak uważam, że Ad Astra warto potraktować trochę bardziej dosłownie.

Nie jest to opowieść o miłości, chociaż może się tak wydawać. Narracja jest bliższa historii, w której prym wiedzie desperacja, konieczność wykonania zadania i chęć odkrycia prawda. Tajemnice rozwiązywane są powoli, często w bezpośredni sposób. Elementy fantastyki naukowej zostały sprowadzone do roli scenografii, dekoracji budującej kontekst. Z Ad Astra niewiele dowiedziałem się o podboju kosmosu, o rozwoju technologicznym, o planowanych podróżach do odległych galaktyk. Te elementy pełnią rolę rekwizytów, ponieważ film opowiada o człowieku. O samotności, o walce z poczuciem porażki oraz o silnej, wręcz destrukcyjnej, potrzebie odkrywania nieznanego.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że relacja głównego bohatera i jego ojca może być odczytania w podobnym tonie, jak zderzenie Marlowe’a oraz Kurtza. W trakcie oglądania Ad Astra miałem wręcz wrażenie, że reżyser celowo w taki sposób ustawił relacje pomiędzy tymi bohaterami. Dla Jądra Ciemności ważne jest poszukiwanie granicy pomiędzy istnieniem Kurtza i Marlowe’a. Dociekanie co ich łączy, a co różni. Czy aby przypadkiem Kurtz nie uosabia pewnym cech Marlowe’a? I na odwrót? Odnoszę wrażenie, że przeniesienie tego toku rozumowania do Ad Astra jest w pełni uzasadnione. Główny bohater filmu, Roy Mcbride, podąża śladami swojego ojca. W dosłowny sposób. Spotyka się z buntem załogi, łamie procedury, samotnie podąża przez Kosmos. W jakim celu? Pragnie konfrontacji? A może nie chce podzielić losu ojca? Kluczowe dla odczytania Ad Astra są motywacje postaci. Roy Macbride w jasny sposób buduje granicę pomiędzy sobą, a ojcem, co widać w ostatnich scenach filmu, gdy tłumaczy sposób odczytania danych zabranych z wraku statku. Ten element odróżnia Ad Astra od Jądra Ciemności, gdzie różnice pomiędzy świadomościami bohaterów wcale nie są takie oczywiste.

Gorąco polecam Ad Astra. Jednak nie należy nastawiać się na film fantastycznonaukowy. Jak wspomniałem wcześniej, science fiction jest tylko przyczyną, kontekstem, formą, w którą została włożona opowieść o poszukiwaniu samego siebie. Na dodatek podróż Roy’a Mcbride’a opowiada także o ludziach, o człowieczeństwie. Po obejrzeniu Ad Astra warto zadać sobie pytanie o jego granice. Czy kończy się wraz z ostatnią planetów Układu Słonecznego, a może zaraz po opuszczeniu ziemskiej atmosfery? Kuszące jest stwierdzenie, że nośnikiem człowieczeństwa jest istotna ludzka, jednak Ad Astra wyraźnie pokazuje, jak naiwne i obarczone śmiertelnymi konsekwencjami jest takie postrzeganie tego problemu.

Rozczarowanie wtórnością

W ostatnich tygodniach skończyłem kilka książek. Jedne wbiły mi się do głowy mniej, a inne bardziej. Z Serotoniną Michela Houellebecqa mam problem. Pozostawiła mnie w rozkroku, ani w zachwycie, ani w zniechęceniu. Być może moim podstawowym błędem było nastawienie się na pokaźną porcję kontrowersyjnych idei, na ciekawą dyskusję ze współczesnym społeczeństwem. Czyli w zasadzie na to, do czego przyzwyczaił mnie ten francuski autor w swoich poprzednich dziełach.

Problem polega na tym, że Serotonina taka nie jest. Są w niej elementy charakterystyczne dla tego autora. Główny bohater jest odludkiem, który pozostaje na peryferiach społeczeństwa, chociaż powinno być inaczej. Po prostu doskonale radzi sobie z niszczenie wszystkich więzi międzyludzkich, aż w końcu zostaje wyrzutkiem. Na dodatek ratunku szuka w medykamentach mających przywrócić mu nadzieję na lepszy. Co się udaje, jednak płaci za to cenę, którą jest zanik popędu seksualnego. Narracja w Serotoninie jest pierwszoosobowa, co pozwala uznać, powieść za swojego rodzaju pamiętnik. Zapis wspomnień i stanów emocjonalnych głównego bohatera, który opowiada o sobie, ale też o świecie. O rzeczywistości, o egzystencji, o problemach postnowoczesnego mieszczucha. Tylko że to wszystko już było u Michela Houellebecqa. W poprzednich powieściach.

Rozumiem, że można dostrzegać w Serotoninie dyskusję o kształcie postmodernistycznego społeczeństwa. Faktycznie są takie wątki, jednak znacznie ciekawiej zostały poprowadzone w Mapie i terytorium. A seksualność? Zachęcam do przeczytania Platformy, również tego samego autora, tam ten temat stanowi motyw przewodni powieści. O rozpadającym się społeczeństwie, o postnowoczesnych dyskursach, które trudno nazwać przewodnikami, Michel Houellebecq’e pisał w Cząstkach elementarnych, w Poszerzeniu pola walki i w Uległości, powieści poprzedzającej Serotoninę.Na tym tle, najnowsza powieść francuskiego autora, jawi mi się jako festiwal wtórności. Trzymanie się bezpiecznego miejsca, celowe wykorzystywania tego, że postnowoczesna kultura ma krótką pamięć, krytyka literacka zdechła, a recenzenci atomizują powieści. Nie czytają ich w kontekście poprzednich testków danego autora, tylko koncentrują się na jedynym. Mam też wrażenie, że Michel Houellebecq paraliżuje internetowych intelektualistów. Napisać o nim źle? Nie wypada, bo inni się zachwycają.

Z przykrością stwierdzam, że mnie Serotoninanie zachwyciła. Przytłoczyła wtórnością obserwacji. Jest dla mnie dowodem na to, że Michel Houellebecq stracił cyniczny pazur, osiadł na laurach, poczuł się bezpiecznie w swojej bańce radykalnego w poglądach pisarza-skandalisty. Serotonina to konglomerat wcześniej wykorzystanych chwytów. Nie ma w niej nic, czego autor nie napisał wcześniej. Często są to wręcz bolesne kalki poglądów z poprzednich książek. Chciałbym, aby Serotonina była aktualna, pasowała do współczesnego chaosu świata, ale tak nie jest. Autor, podobnie jak postacie, odkleił się od rzeczywistości. Dla mnie jest to poważna skaza, ponieważ, aby wywoływać kontrowersje, trzeba najpierw solidnie orientować w aktualnym kontekście. Tego w Serotoninie brakuje.

Powieść jest po prostu zawieszona w próżni. Jeżeli ktoś ma ochotę na dorabianie sensu do wtórnej narracji, to zachęcam do lektury. Inni mogą sięgnąć po – na przykład – Tłuczki Katarzyny Wiśniewskiej. Tysiąc razy ciekawsza krytyka postnowoczesnego społeczeństwa opowiedziana z perspektywy jednej rodziny.

Baśniowe Hollywood?

Idąc na Pewnego razu w Hollywood, nie miałem żadnych szczególnych oczekiwań. Po prostu jestem fanem kina w wykonaniu Quentina Tarantino. Chciałem tego, co zwykle widuję w jego filmach. Dobrej historii, ciekawych postaci oraz jakiegoś zwrotu akcji, który wywraca całą wcześniej zbudowaną narrację. Dodatkiem do tego wszystkiego jest delikatny sarkazm sączący się z ekranu. Od razu zaznaczę, że Pewnego razu w Hollywood mnie nie rozczarowało. To dobry film Quentina Tarantino. W jego stylu.

Kluczowa dla tego obrazu jest historia kina. Tym razem reżyser zabiera widzów do Hollywood, mekki kina popularnego. Czas akcji? Koniec lat 60. Dlatego tak często, w materiałach promocyjnych, podkreśla się, że Pewnego razu w Hollywood opowiada o morderstwach dokonanych przez Charlesa Mansona. Faktycznie ten element jest obecny, przewija się w tle. Buduje napięcie. Spotkania z hippisami oraz odwiedziny na farmie tylko potwierdzają najgorsze przeczucia oraz to, że film zmierza do nieuchronnego, złego zakończenia. Takie prowadzenie fabuły nie męczy, pozwala na zapoznanie się z bohaterami oraz ich światem.

Jak wspomniałem wcześniej, w filmach Quentina Tarantino, cenię sobie wyraziste postacie. Tym razem zagrali je Brad Pitt oraz Leonardo DiCaprio. Ten drugi wciela się w rolę gwiazdy srebrnego ekranu, Ricka Daltona, aktora znanego z westernów, który walczy o to, aby zostać zapamiętanym. Jego kaskaderem oraz przyjacielem jest Cliff Booth. W tę postać wciela się Brad Pitt. Trzeba przyznać, że obaj mają ciekawe charaktery. Quentin Tarantino sportretował ich relację, jako interesująca współzależność, prawdziwą przyjaźń, która zaczęła się na planie filmowym i nieprzerwanie trwa. Różni ich jeden element – stosunek do czasu. Rick Dalton, jak każdy aktor, pragnie rozpoznawalności, pochwał, chce zapisać się w historii kina. Natomiast Cliff Booth żyje chwilą, nie przejmuje się stabilnością. Działa, zarabia na życie i wraca do swojej przyczepy. Rick Dalton mieszka w domu z basenem, w Los Angeles, a nie na przedmieściach miasta.

Pewnego razu w Hollywood opowiada o codzienności. W piękny sposób. Na szczególną uwagę zasługują kadry wykorzystane w filmie. Prezentacja świata przedstawione jest podszyta oniryzmem. Tak jakby rzeczywistość w obrazie Quentina Tarantino jeszcze spała, jeszcze przeżywała swoją wielkość. Jest nieświadoma tego, że czeka ją koszmarne przebudzenie, właśnie za sprawą działalności Charlesa Mansona. Dlatego tak istotny jest konflikt, w którym bierze udział Cliff Booth. Podwiózł autostopowiczkę na farmę, na której przebywała grupa Charlesa Mansoa. Tam dochodzi do pierwszego starcia. Pełnego napięć, podejrzeń i wzajemnych obserwacji. Pojawia się wrażenie mrocznej tajemnicy, przeczucie, że ten bajkowy obraz wkrótce zostanie zniszczony. Każdy, kto zna trudną historię Hollywood lat 60., zdaje sobie sprawę z tego, że tak właśnie się stanie.

Czy polecam film Pewnego razu w Hollywood? Tak, ale tylko osobom, które wcześniej już spotkały się z filmami Quentina Tarantiono. Bez tego trudno dostrzec wszystkie odniesienia do jego poprzednich produkcji i może umknąć miłość tego reżysera do cytowania historia kina.

Tajemnice statków kosmicznych

Nightflyers nie dostanie drugiego sezonu. Netfliks planował długi serial, historię rozłożoną na kilka części. Jednak zabrakło zainteresowanie ze strony widzów. Najwyraźniej oparcie opowieści na noweli stworzonej przez George’a R. R. Martina to trochę za mało, aby zabawić odbiorców. Moim zdaniem ten serial nie był zły. Jego największym problemem było ciągłe odkładanie wyjaśnień na później.

W serialach kochamy tajemnice, porządnie zrobione cliffhangery, które zmuszają do włączenia kolejnego odcinka. Przypadek Nightflyers pokazuje, że jednak czasem warto wprowadzić odbiorcę do świata przedstawionego. Ciągłe utrzymywanie dystansu w końcu męczy. Serial znacznie zyskuje na wartości, gdy widz rozumie motywacje postaci oraz ich historie. W Nightflyers tego brakowało. Z perspektywy czasu trudno mi wybrać dobrze zbudowany charakter. Tak jakbym wszystkim czegoś brakowało, a to coś miało dopiero pojawić się w kolejnych sezonach. A te nie nastąpią, więc w zasadzie osoby, które tak jak ja, obejrzały pierwszą serię do końca, pozostaną zawieszone. U mnie dominuje poczucie niedosytu, podsycane przez zwykłe rozczarowanie.

Po pierwszych dwóch odcinkach pomyślałem, że to będzie takie Solaris na sterydach. Mniej łażenia po okręcie i snucia istotnych, egzystencjalnych pytań, więcej akcji, zderzeń i konfliktów pomiędzy postaciami. W tle – obcy, ich wpływ na załogę oraz tajemnica statku. Fundamenty wyglądają interesująco, powiedziałbym, że nawet zachęcająco. Problemem jest konstrukcja, która została na nich zbudowana. Nightflyers robi dużo, aby zrazić do siebie odbiorcę. Do historii wrzucane są wątki na później, takie kąski, które zapowiadają porządne danie. Tylko że ono się nie pojawia. W wyniku czego odbiorca zaczyna się gubić w kolejnych liniach fabularnych. Nie wiadomo dokąd zmierza serial, po co przytaczane są niektóre historie, jakie motywacje mają poszczególne postacie. Moja Żona, właśnie z powodu niechęci twórców do wyjaśniania tajemnic, zrezygnowała z oglądania Nightflyers. Ja wytrzymałem do końca, ale po ostatnim odcinku odniosłem wrażenie, że zaprezentowano mi jedynie ułamek historii. Nawet nie nazwałbym go najciekawszym. Moim zdaniem pierwszy sezon został zaplanowany jako przydługi prolog. Dopiero w kolejnych seriach akcja miała się rozwinąć.

Może Nightflyers miało zmienić się w Zagubionych w przestrzeni kosmicznej? Postacie zamknięte w dryfującym okręcie, lecące na spotkanie z obcą formą życia. Ten obraz, z finałowego odcinka, zostaje w pamięci. Jednak brakuje mu odpowiedniego kontekstu, porządnego umiejscowienia w przeszłości poszczególnych postaci. Pierwszy i ostatni sezon Nightflyers przypomina kiepsko zszyty patchwork. Serialowi brakuje odpowiedniego wyrazu, twórcy niechętnie dzielili się wiedzą z odbiorcami i liczyli na to, że jednak połkną przynętę. Problem polega na tym, że ciągle ją odsuwano. Dlatego nie dziwią mnie złe wyniki oglądalności i niewielkie zainteresowanie ze strony widzów. Przy takiej chybotliwej konstrukcji, trudno o sukces. Nie zaprzeczam, że lubię tajemnice, ale tylko wtedy, gdy czuję, że już wkrótce pojawi się jej rozwiązanie. A tego właśnie zabrakło.

Page 1 of 16

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén