Tag: science fiction (Page 1 of 5)

Jak się psuje science fiction?

Netfliks z uporem godnym maniaka, próbuje kompletnie rozwalić science fiction. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, aż tak złych filmów. Kultura popularna to przede wszystkim rozrywka, wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę. Jednak nie mogę być obojętny na brak szacunku dla gatunku, jakim jest fantastyka naukowa. Popkultura dała nam mnóstwo wspaniałych historii utrzymanych w tej formie, czasem schematycznych do bólu, ale jednak wciągających. Zagłada to doskonały przykład tego, że akcja to zdecydowanie za mało

Nie wiem, co działo się w głowach twórców, gdy zajmowali się tym filmem. Zagłada jest zlepkiem tematów funkcjonujących we współczesnej kulturze, z całkowitym pominięciem ich kontekstu. Sztuczna inteligencja jest na topie? Dobra, bierzemy humanoidalne roboty, niech stworzą społeczeństwo i walczą z ludźmi. Dużo się mówi o kolonizacji Marsa? W porządku, jak już maszyny wygnają wszystkie narody z Ziemi, to sobie osiądziemy na czerwonej planecie. Oglądałem Zagładę i przy każdym takim toposie zastanawiałem się, dlaczego nikt nie pokusił się o jakieś wytłumaczenia? W porządnej fantastyce naukowej nie ma miejsca na takie dyrdymały! Myślałem, że Tytan to szczyt ignorancji dla reguł gatunku, ale Zagłada pokazała mi, że dużo jeszcze można pominąć.

Jeżeli lubicie science fiction, to omijajcie ten film. Z daleka. Nie warto tracić na niego czasu, ja to zrobiłem i żałuję. Wszystko, co najciekawsze znajduje się w trailerze. Niby te zwrot akcji, gdy okazuje się, że inteligentne maszyny bronią się przez ludźmi powracającymi na Ziemię, można uznać za ciekawy, jednak brakuje mu solidnego osadzenia. Kontekst kuleje na każdym kroku. Nic nie wiadomo o społeczeństwie zbudowanym przez sztuczną inteligencję. A na temat konfliktu pojawiają się wyłącznie niewielkie wstawki. Czym był umotywowany strach ludzi? Dlaczego postanowili zwalczać maszyny? Czas kryzysu? Zwykła ludzka krótkowzroczność? Jak opuszczono planetę? Nikt nie negocjował? Wojna z maszynami nie idzie po myśli generałów, w takim razie pakujemy się i spadamy na Marsa. Genialny plan! A gdzie zasoby potrzebne do kolonizacji? Pewnie zostały teleportowane na czerwoną planetę lub syntezowane z ciemnej materii. W Zagładzie bzdura goni bzdurę, a im głębiej człowiek kopie, tym bardziej się denerwuje.

Drażni mnie ta produkcja. O kształcie gatunku również decydują takie tytuły. Nie uważam, że poznawanie science fiction należy zaczynać od Solaris lub 2001: Odysei kosmicznej, ale Zagładę również trudno uznać za dobry początek. Ludzie tworzą różne rzeczy, w kulturze jest miejsce na dobre i złe treści. Żałuję, że autorzy tego filmu nie potrafili odnieść się do tradycji gatunku. Trochę akcji, roboty, sztuczna inteligencja, statki kosmiczne – wystarczy, jest science fiction. To nie jest recepta na sukces, tylko na spektakularnie smutną porażkę.

Dość! Trwam w nadziei, że w końcu znajdzie się producent, który powie: Dość tych świństw! Czas wziąć się za coś lepszego, a nie tłuc te gnioty godzące w inteligencję każdego myślącego człowieka.

Wiem, wiem. Już Kazik śpiewał, że nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi…

Nerwy, irytacje i science fiction

Miałem odpuścić. Miałem nic nie pisać na temat filmu Beyond Skyline. Zachęcony słowami naczelnego Nerdomancera, postanowiłem sprawdzić ile wart jest ten obraz. To nie tak, że OldUpa zachwalał i zachwycał się tą produkcją. Po prostu stwierdził, że po kilku piwach tytuł był już znośny i dało się go oglądać. Obawiam się, że za mało wypiłem lub mam mniejszą tolerancję na psucie gatunków. Fantastyka naukowa odgrywa rolę wydajnego chłopca do bicia. Do grona filmów, które robią drobną i niestrawną sieczkę z science fiction można, bez najmniejszego namysłu, wrzucić Beyond Skyline.

Dla kronikarskiej dokładności odnotuję jedynie, że jest to sequel filmu Skyline z 2010 roku. Widziałem go i – z tego, co pamiętam – aż tak mi nie podniósł ciśnienia. Rozumiem, że fantastyka naukowa to wdzięczny temat. Lubimy najazdy kosmitów, niektórym pewnie szczególnie odpowiada to, że za cel wzięli sobie siedlisko wszelkiego zła, jakim są Stany Zjednoczone Ameryki. Kochamy oglądać buntującą się Sztuczną Inteligencję. A już najwięcej emocji budzą w nas roboty, w których zakochują się ich twórcy. Wyobraźnia pcha na na granice perwersji, nawet jeżeli film wiele rzeczy ukrywa. Z przykrością stwierdzam, że w tym natłoku tytułów zaczynamy tracić fundamenty gatunku. Fantastyka naukowa to wspaniały, pociągający i piękny fragment popkultury. Szkoda, że za wszelką cenę jest niszczony i sprowadzany do zwykłego tła.

Najwyraźniej wystarczy do fabuły dodać laboratorium i eksperymenty, aby krzyczeć, że obraz bada granice człowieczeństwa. Kilku kosmitów w potężnych statkach, to dość, aby podjąć trudny temat kontaktu z obcą cywilizacją. Nie ma we mnie pragnienia, by każdy twórcy od razu był Lemem lub – przynajmniej – Dukajem. Pragnę jedynie uszanowania granic gatunku, zrozumienia jego fundamentów, traktowania go z szacunkiem. Doskonale rozumiem to, że kultura masowa rządzi się swoimi prawami. Ma produkować, ma zabawiać, ma tworzyć potrzeby oraz rynek zbytu. Dlatego zwracam się do odbiorców, do osób zaczynających przygodę z gatunkiem, do ludzi, którzy postanowili eksperymentować i poszukać czegoś innego.

Omijajcie takie tytuły jak Beyond Skyline, Tytan lub Bez słowa. Wszystkie łączy jedna rzecz – fantastykę naukową, gatunek z wieloletnią tradycją, traktują w sposób instrumentalny. Jest tam zwykła scenografią, ma być usprawiedliwieniem dla złej fabuły, dla narracji opartej na przypadkowo połączonych wydarzeniach. Lepiej sięgnijcie po Nowy początek. Zobaczycie, że science fiction może inspirować twórców do podejmowania trudnych tematów. Kontakt z obcą cywilizacją, uszanowanie dla struktur języka, pokazanie ludzkich słabości, próba okiełznanie tego, co jest trudne do zrozumienia. Fantastyka naukowa ma za zadanie zachęcać do takich poszukiwań. Jako tło wypada kiepsko, mocniej punktuje braki warsztatowe każdego twórcy, którzy postępuje z tym gatunkiem w sposób nieostrożny.

Dałem upust swojej irytacji. Wybaczcie. Musiałem. Najwyraźniej odpoczynek mi nie służy.

Fantastyczne bzdury

Miałem wielką przyjemność zobaczyć film, który gwałcił wszystko możliwe reguły fantastyki naukowej. Bzdura goniła bzdurę. Na dodatek bohaterów cechowała nieznośna bezmyślność. Konstrukcja świata przedstawionego, to ponury absurd. Gdy myślę, o tym filmie, z perspektywy kilkudziesięciu godzin od zakończenia seansu, trudno mi wskazać na pozytywne cechy. Rzadko zdarzają się tak złe obrazy, tak źle wykonane i zaplanowane. Cały czas zadaję sobie jedno pytanie – w jakim celu powstał Tytan? Kto był na tyle nieprzytomny, że postanowił sfinansować to przedsięwzięcie?

Fabuła jest prosta. Jesteśmy na Ziemi, przyszłość jest nieciekawa, powodzie, głód, opady radioaktywne. Koniec zbliża się wielkimi krokami. Dlatego mądre głowy, te amerykańskie, postanowiły, że jedyną szansą na przetrwanie gatunku, jest dotarcie na Tytana, jeden z księżyców Saturna. Warunki są tam kiepskie, delikatnie pisząc, więc konieczne jest odpowiednie przystosowanie ludzi. Za pomocą przyspieszonej ewolucji. Modyfikacje genetyczne to często wykorzystywany temat w filmach science fiction. Skutki bywają różne, najczęściej opłakane. Jednak w przypadku Tytana razi brak przygotowania twórców. Tak do końca to nie wiadomo, co wywołuje mutacje. Szprycują ochotników niebieskim płynem, potem wypadają im włosy, powoli stają się latającymi rybami. Szkoda, że nikt nie próbuje wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Później jest jeszcze gorzej. Zabrakło inwencji, aby dokładnie wyjaśnić, co ten nowy kolonista ma robić na Tytanie. W ostatniej scenie ochoczo szybuje nad oceanem metalu. Przetrwanie gatunku? Jak nic!

W 2009 roku miał premierę film Istota. Krytykowany, za nieudaną próbę skonfrontowania etyki z modyfikacjami genetycznymi. Jednak autorzy zadbali o podstawowe obudowanie fabuły. Obraz miał przynajmniej naukową otoczkę. Były eksperymenty, naukowcy, wyjaśnianie podejmowanych działań. Zupełnie inaczej jest w Tytanie. Tam brakuje nawet elementarnych podstaw naukowych. Cały eksperymenty przypomina sen szalonego naukowca, który na dodatek z trudem radzi sobie z własną specjalizacją. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak zepsuć science fiction, jak arogancko ignorować fundamenty tego gatunku i zrobić film, to koniecznie obejrzyjcie Tytana. Doskonały materiał dla osób, które czują fascynację złymi, takimi do bólu złymi, realizacjami poszczególnych form istniejących w kulturze popularnej.

Warto zwrócić uwagę na wykorzystanie motywu zagłady. Świat się kończy, ale ośrodku badawczym jest alkohol, są steki. Można spokojnie urządzić sobie grilla. Zagrożenie jest zaznaczane tylko na początku, potem już nikt nie ogląda wiadomości. Po prostu zamykają się w ośrodku, w którym jest doskonale wyposażone centrum handlowe i dają się szprycować bliżej nieokreślonymi chemikaliami. Tytan to najzwyczajniej w świecie głupi film. Często bronię Netfliksa, uważam, że na tej platformie można znaleźć mnóstwo interesujących produkcji. Niestety, takie premiery jak Tytan szkodzą marce. Pokazują, że obrazy z logiem Netfliksa są złe, nudne i bzdurne. Takie uproszczenie jest krzywdzące i zbędne. Najwyraźniej brakuje porządniej selekcji.

Marketing rozczarowań

Kilka tygodni temu skończyliśmy oglądać Altered Carbon. Zadowoleni ze spędzonego weekendu, postanowiliśmy dowiedzieć się, co o serialu pisze się w Internecie. Ku naszemu – mojemu i mojej Żony – zdumieniu okazało się, że Altered Carbon dostaje po cyberpunkowej głowie. Przeciwników, tyle samo co zwolenników. Ciągle mocno trzyma się opinia, że książka jest lepsza. Postanowiłem to sprawdzić i poświęciłem kilka wieczorów na przeczytanie Zmodyfikowanego węgla Richarda Morgana.

Każdy, kto sięgnie po ten tytuł i obejrzy serial, od razu zauważy różnice w narracji. Wyraźnie widać, że produkcja Netfliksa jest inspirowana światem stworzonym przez Richarda Morgna. Bohaterowie zostają zaadaptowani do innego formatu, fabuła również jest inaczej prowadzona. Cieszę się, że w ten sposób postąpiono. Męczą mnie kiepskie adaptacje powieści, których twórcy męczą się ze zmieszczeniem wszystkich wątku, w kilkunastu odcinkach. Potem przychodzi czas na lekturę i okazuje się, że mnóstwo elementów fabuły zostało brutalnie spłyconych. Chciałbym tak powiedzieć o Zmodyfikowanym węglu, niestety moje wrażenia są całkowicie odmienne.

Serial i książka są siebie warte. Jedno i drugie gwarantuje porządku kawałek rozrywki. W obu tekstach fabuła gubi rytm, ale zakończenia nie rozczarowują. Nie mogę powiedzieć, że Richard Morgan stworzył arcydzieło utrzymane w stylistyce cyberpunka. To jest dobra powieść z interesującym światem przedstawionym i całkiem ciekawymi bohaterami. Nic więcej. Pomimo wielkiego wysiłku z mam poważne problemy z dostrzeżeniem głębi, której tak bronią przeciwnicy serialu. Gatunkowo jest to powieść fantastycznonaukowa z mocno podkreślony elementami kryminału czarnego. Nic odkrywczego, dobre, rzemieślnicze wykonanie. Moim zdaniem znacznie lepsze są powieści science fiction Jacka Dukaja lub Janusza A. Zajdla. Zmodyfikowany węgiel wypada przy nich blado jak brudnopis z rozpisaną fabuła. Przy tekście Richarda Morgana bawiłem się dobrze, ale nie będę traktował tej pozycji jako wyznacznika nowoczesnej wizji cyberpunku.

Produkcję Netfliksa odbieram podobnie. Obejrzałem, bawiłem się dobrze, nie będę wracał, bo to nie jest żadne arcydzieło. Uważam, że to, co dało się wyciągnąć z powieści, zostało zawarte w fabule serialu i bardzo dobrze, że narracja została zmodyfikowana. Widać to w przypadku bohatera, którego struktura jest znacznie ciekawsza, niż ta w książce. Nawet świat przedstawiony jest żywszy, ale niektóre wątki całkowicie rozbijają solidny rytm opowieści. Na tę samą przypadłość cierpi literacka wersja. Po porównaniu obu tych tekstów kultury zacząłem się zastanawiać, skąd bierze się taka niechęć do serialu. Myślę, że kluczowym problemem jest tutaj agresywny marketing Netfliksa. Przed premierą Altered Carbon byliśmy atakowani zajawkami, trailerami oraz artykułami utrzymanymi w bałwochwalczym stylu. Internetowi redaktorzy skrzętnie przerabiali informacje prasowe na teksty zapowiadające genialne dzieło, odświeżenie cyberpunka, precyzyjną adaptację klasyki literatury science fiction. Takie odnosiłem wrażenie, a po obejrzeniu serialu i przeczytaniu książki, stwierdzam z całą pewnością, że są to treści rzemieślniczo bardzo dobre, jednak daleko im do jakiejkolwiek wybitności.

Obawiam się, że problem sztucznie zawyżonych oczekiwań będzie przybierał na sile. Plany Netfliksa wskazują na chęć zalania rynku swoimi produkcjami. Pojawią się kolejne teksty, wychwalanie i rozczarowania. Obiecywali złote góry, a dali tylko pagórek za stodołą, na dodatek oskubany przez kozy.

Literat przegląda Internet #109

Spróbowałem swoich sił w Titanfall 2. Całkiem przyjemne, ale nie zagrzeje długo miejsca na moim dysku. Gdzieś pojawił się pomysł, żeby ponownie wrócić do For Honor. Dwa pojedynki później stwierdziłem, że gra nie sprawia mi przyjemności. Nowe postaci są drewniane i nie mają nic ciekawego do zaproponowania. Wróciłem do przeglądania Internetu.

Marcin Napiórkowski o patriotyzmie, o Marszu Niepodległości – na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

Inny tekst na temat Marszu Niepodległości. Odmienny wydźwięk, autorstwa Galopującego Majora.

2017 będzie rokiem w skrzynce.

Amerykański pisarz science fiction twierdzi, że nasza przyszłość jest niepewna.

Odcinki Stanger Things przerobione na okładki książek.

Page 1 of 5

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén