Tag: seriale (Page 1 of 2)

Ekranizacje rozczarowań

Przeglądając serialowe zapowiedzi na 2020 rok, trafiłem na ekranizację powieści Stephena Kinga. Outsider ma opowiadać historię z książki, więc nie będzie to kolejna luźna interpretacja narracji tworzonych przez tego amerykańskiego pisarza. Aż chciałoby się zapytać – znowu King? Czyżby nowa ekranizacja To podniosła zainteresowanie jego prozą? Niekoniecznie. Wystarczy przejrzeć ofertę HBO oraz Netfliksa, aby zauważyć, że już wcześniej pojawiały się filmy i seriale na podstawie prozy Stephena Kinga. Raz lepsze, a raz gorsze. Chociaż mam wrażenie, że tych drugich jest więcej.

Nie będę twierdził, że ich unikam. Oglądam je. Ze zwykłem ciekawości. Prozę Stephena Kinga znam całkiem nieźle, ostatnio skończyłem Instytut, więc z pewną śmiałością mogę stwierdzić, że jest na bieżąco. Dlatego sprawdzam ekranizacje. Filmowe i serialowe. Ciekawe jest to, że wiele narracji sprawdza się doskonale na kartach książki, ale na ekranie jest już gorzej. Być może powodem jest niepotrzebne rozwlekanie akcji? Za doskonały przykład może posłużyć Mgła. Serial, na Netfliksie, trudno było go oglądać. Zakończenie sugerowało, że pojawi się drugi sezon, ale najwyraźniej materiał nie spotkał się ze specjalnym zainteresowaniem widzów. Czym nie jestem nawet lekko zaskoczony.

Przenoszenie sensów pomiędzy formami bywa trudne. Każdy miłośnik narracji to wie. Jako osoba związana z literaturą, miałem nieprzyjemność obejrzeć wiele zniszczonych opowiadań. Niepotrzebnie rozwiniętych, rozbudowanych tylko po to, aby zapełnić czas na ekranie. Tak jakby widz koniecznie musiał spędzić kilka godzin przed ekranem, aby zostać porwanym przez opowieść. Piję do tego nieszczęsnego Hobbita rozbitego na trzy dość długie odcinki. Widziałem je. Nie oczekiwałem, że podciągnięty Legolas będzie tak samo przekonujący, jak ten z Władcy Pierścieni. A jednocześnie zaskoczyło mnie, jak można rozsadzić jedną krótką historię. Rozumiem, że wiele wątków da się bez najmniejszego problemu umieścić w uniwersum stworzonym przez Tolkiena, jednak nie sądzę, aby w takiej formie były one interesujące. Do dziś odbieram Hobbita jako chaotyczną, nieskładną, porozrywaną opowieść, której tematem przewodnim był smok.

Stąd bierze się moja rezerwa do filmowych adaptacji literatury. Komiks przekłada się znacznie lepiej. Chociaż tutaj też zdarzają się niechlubne wyjątki. Zaliczam do nich The Defenders, których przespałem. Podchodziłem do tego serialu kilka razy i oglądanie zawsze kończyło się drzemką. Nie oczarował mnie, nie przykuł do ekranu na tyle, abym czuł się zainteresowany. Podobna sytuacja miała miejsce z innymi ekranizacjami Marvela. Nie wszystkie mnie do siebie przekonały, ale żadna nie zirytowała tak, jak niektóre filmowe edycje narracji literackim. W przypadku tych drugich znacznie bardziej dotykają mnie wszystkie zbędne dodatki wynikające z interpretacji postaci oraz fabuły. Nie oczekuję, że ekranizacja będzie w pełni wierna oryginałowi, po prostu liczę na ciekawe odczytanie, które niespecjalnie będzie rozsadzało cały sens danej powieści.

Mam nadzieję, że w przypadku Outsidera właśnie tak będzie. Poczekam, zobaczę i najwyżej ponownie się rozczaruję.

Dom pełen strachu

Dobry serial można poznać po tym, że niemiłosiernie wciąga. Wsysa jak bagno. Taką przykuwającą do ekranu produkcją jest Nawiedzony dom na wzgórzu. Horror, ale taki nieoczywisty, z kilkoma zmienionymi elementami. Momentami straszny, chwilami smutny. Te zmiany rytmu w narracji sprawiają, że trudno zrezygnować z kolejnego odcinka. Na dodatek pierwszy sezon stanowi zamkniętą całość. Dzięki czemu odbiorca unika bolesnego rozczarowania związanego ze zbędnym przedłużaniem fabuły.

Włączając pierwszy odcinek Nawiedzonego domu na wzgórzu, należy liczyć się z tym, że pojawi się konieczność obejrzenia kolejnych. Dlatego oglądanie tego obrazu warto zaplanować na spokojny weekend, aby móc, bez zbędnych wyrzutów sumienia, całkowicie poświęcić swoją uwagę Netfliksowi. Nawiedzony dom zostaje ukazany w interesujący sposób – z perspektywy każdej, zaangażowanej w historię, postaci. Widz stopniowo dowiaduje się, jakie tajemnice kryje ta niebezpieczna przestrzeń. Historię napędza zbliżająca się wraz z każdym odcinkiem nieunikniona konfrontacja. Właśnie ten element został w interesujący sposób zrealizowany.

Na pewno wszyscy znacie horrory, w których głównym zajęciem bohaterów jest umieranie. Komuś zawsze uda się przetrwać do ostatniej sceny i rozwikłać tajemnicę, ale pozostałe postacie pojawiają się głównie po to, aby oddać życie w imię rozwijającej się fabuły. Nawiedzony dom na wzgórzu inaczej rozwiązuje tę kwestię. Nie ma co oczekiwać piętrzącego się stosu trupów. To nie slasher, raczej film grozy z doskonale opowiedzianą tajemnicą. Szczególnie ważne są postacie opowiadające swoje historie. W Nawiedzonym domu na wzgórzu odbiorca ma do czynienia z rodziną, której członkowie zostali złamani przez złą energię panoszącą się w tytułowym domu. Duch i potwory przekształcają się w skomplikowane traumy. W całą rodzinę szczególnie uderzyła śmierć matki. Przedstawiona jako samobójstwo, ale ta tragedia związana była z opętaniem. Nie wszyscy bohaterowie zgadzają się z taką interpretacją, racjonalizują całe wydarzenie i wolą mówić o chorobie psychicznej.

Widz widzi obie warstwy. Racjonalną, oparta na próbie ułożenia świat ze stałych elementów oraz nadnaturalną widoczną w wizjach i snach postaci. Dom, a także czające się w nim niebezpieczeństwo jest ciągle wypierane. Czai się na drugim planie, okazjonalnie dając o sobie znać. Zła siła stopniowo staje się coraz potężniejsza, zmusza rodzeństwo do ponownego wejścia do nawiedzonego domu. Konfrontacja zostaje świetnie przedstawiona. W ostatnich trzech odcinkach zostają rozwiązane tajemnice, z jakimi borykała się rodzina bohaterów. Zniszczenie wizji oraz ujawnienie szerokiego wpływu złej siły pokazuje, jak wiele problemów wynikało z ignorowania prawdziwej natury domu. Element przezwyciężenia jest również nietypowy. W tym horrorze nie ma spektakularnego pokonania ducha lub innego demona. Finałowi bliżej do pogodzenia się ze skomplikowaną historią rodziny i z zaakceptowaniem innego wymiaru życia.

Nawiedzony dom na wzgórzu to świetny serial. Wciągający, nietuzinkowy oraz ciekawie zrealizowany.

Week #1: Composition - The Rule of Thirds / Enric Martinez (CC BY 2.0)

Igraszki ze Złem

Zło. Fascynujący temat. Niebywale pociągający. Na pewno każdy odbiorca popkultury, wielokrotnie poczuł sympatię do postaci, która wyraźnie łamała zasady i wprowadzała chaos. Takim sztandarowym przykładem jest dla mnie Joker, z Batmana z filmów Christophera Nolana. Antagonista doskonały, a jednocześnie obiekt fascynacji. Inni przeciwnicy superbohaterów nie zdobyli tak dużej sympatii.

A taki Bane? Skomplikowana historia, maska, chęć rozwalenia struktury społecznej w Gotham. Anarchista z jasno określonym celem. Scena na stadionie z trzeciego nolanowskiego Batmana zapiera dech w piersiach. Jednak antagonista już nie. Podobny los, przynajmniej w mojej wewnętrznej klasyfikacji superłotrów, spotyka wiele złych postaci z filmów związanych z uniwersum Marvela. Oczywiście, że można wskazać na Lokiego, który również rozpala serca miłośników filmów superbohaterskich, jednak w tym przypadku mam wrażenie, że ludzi bardziej pociąga kreacja aktorska, a nie sam antagonista. Bo gdzie mu tam do Jokera…

Filmy superbohaterskie opierają się na fantastyczności świata przedstawionego. Mocno wpływa to na relacje pomiędzy postaciami, a także równowagę moralną pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Zawsze jest Porządek i czający się w mroku Chaos. Oba elementy zostają jasno upersonifikowane, nie ma miejsca na wątpliwości. Po jeden stronie stoją superbohaterowie, a po drugiej superłotry. Prosty podział, zero kombinowana, banalna segregacja. Nie ma się co obrażać, MCU to rozrywka z niewielkim buforem na ewentualne kwestie moralne. Superbohaterowie już tak mają. Ścierają się ze swoimi przeciwnikami, aż w końcu ich pokonują, a potem przywracają porządek. Tak jakby zło mogło wyparować ze świata.

Dlatego warto sięgać po takie seriale jak Detektyw lub Ostre przedmioty. Zupełnie inny rodzaj zła. W tych obrazach jest ono duszne, powoli oplata każda z postaci w świecie przedstawionym. Co najważniejsze stanowi jego niezbywalny atrybut. Wyrugowanie zła jest niemożliwe! Powraca, istnieje na drugim planie, a jego manifestacje nie są tak spektakularne, jak w przypadku filmów superbohaterskich. W Detektywie zło ma przytłaczać, ma przybierać formy zorganiznowane i zdehumanizowane. Natomiast w Ostrych przedmiotach wyraźnie widać odmienne podejście. Zło czai się w cieniu. Bohaterowie doskonale go unikają, jakby bojąc się konfrontacji. Jednocześnie wszyscy o nim wiedzą, wręcz wyczuwają wpływ zła na poszczególne osoby. A jednak decydują się milczeć, ignorować nieuchronnie nadchodzącą katastrofę.

Zło wspaniale się przeobraża, jest plastyczne, dostosowuje się do danego świata przedstawionego. Dobrze stworzony antagonista potrzebuje przeciwnika, którym wcale nie musi być jakiś chodzący po ścianach superbohater. Cechą niezbędną jest chęć przywrócenia Porządku, ponowne ustanawianie Kosmosu, powstrzymanie entropii. Wydaje się, że to niewiele, ale wystarczy obejrzeć Detektywa, aby zrozumieć, że taka potrzeba może być równie niszcząca, jak najbardziej niemoralny potwór przebrany za człowieka.

Drugi sezon dziwnych rzeczy

Poprzedni weekend upłynął mi pod znakiem Stranger Things. Już w pracy nie potrafiłem wysiedzieć do końca dniówki, w domu mną po prostu trzęsło. Bardzo chciałem obejrzeć nowy sezon, a moja Żona postanowiła, że zabierzemy się za niego dopiero po powrocie ze wsi. Pierwszy wolnym termin został wyznaczony na sobotę, po godzinie 20:00. Nie odwołałem wizyty u rodziców, to by znaczyło, że jestem wręcz uzależniony od Stranger Things. Czekałem, niecierpliwie, sublimowałem to oczekiwanie. Czytałem, pisałem, spacerowałem z psem. W końcu nastał moment, w którym włączyłem pierwszy odcinek…

Przepadliśmy. Oboje. W sobotę obejrzeliśmy pierwsze trzy epizody, resztę łyknęliśmy w niedzielę. Od razu sięgnęliśmy po Beyond Stranger Things. Interesujące rozmowy na temat nowego sezony, które warto zobaczyć po obejrzeniu wszystkich odcinków. W przeciwnym razie trafi się na spoilery, co na pewno zepsuje zabawę. W poniedziałek, po niedzielnym maratonie, w trakcie przerw w pracy, zastanawiałem się, czy nowe Stranger Things było tak samo dobre, jak pierwszy sezon. Na pewno było inne, twórcy odmiennie rozłożyli akcenty w fabule, stworzyli zupełnie nową dynamikę. Dla mnie drugi sezon był solidną narracją, porządną historią, do której na pewno wrócę. Z całą pewnością mogę napisać, że bawiłem się doskonale. Tak samo, jak rok temu, gdy po raz pierwszy trafiłem do Hawkins i śledziłem losy Willa oraz jego przyjaciół.

Sięgając po drugi sezon Stranger Things, liczyłem na coś innego i dostałem to, czego oczekiwałem. Odgrzewany kotlet, czyli dokładnie taka sama konstrukcja, jak w poprzedniej odsłonie, byłaby zwykła porażką. Nie po to czekam rok na drugi sezon, ekscytuję się zajawkami, żeby dostać dokładnie taką samą historię, tylko w innym opakowaniu. Dlatego cieszę się, że bracia Dufferowie nie boją się eksperymentować i traktują narrację serialu, jako całość. Dzięki takiemu podejściu historie bohaterów zostały rozbudowane, wyraźnie zaznaczono ewolucje poszczególnych charakterów. Związki pomiędzy postaciami zostały zdynamizowane poprzez wprowadzenie nowych osób. Max wyraźnie rozbija równowagę wśród grupy przyjaciół i zmusza ich do ponownego ustalenia hierarchii. Dominantą drugiego sezonu Stranger Things są właśnie relacje między bohaterami. Być może dla fanów serialu ten zwrot może wydawać się dziwny, jednak jest w pełni uzasadniony. W końcu pierwszy sezon stanowił wyłącznie prezentację postaci, ich motywacji oraz charakterów. Rozwinięcie wręcz wymagało wprowadzenia większej ilości elementów psychologicznych i obyczajowych. Bez tego świat prezentowany w Stranger Things byłby tylko wydmuszką z jakąś tajemnicą w tle.

Drugi sezon jest świetny, ale spodoba się przede wszystkim tym osobom, które chcą ewolucji serialu, a nie odcinania kuponów. W Beyond Stranger Things bracia Dufferowie wspominali, żę chcą rozwijać swoją opowieść, rozbudowywać bohaterów oraz świat. Jednocześnie obawiam się kolejnych sezonów Stranger Things. Dzisiaj mamy okazję obejrzeć dobrze domkniętą całość, z delikatną wskazówką, że coś ciągle czai się w mroku. Kolejne odsłony mogą niepotrzebnie rozciągać fabułę lub nawet doprowadzić do tego, że interesujący serial stanie się nudnym tasiemcem o problemach nastolatków.

Serialowy czas wolny

Jestem po ostatnim dyżurze, ale w dalszym ciągu nie mam uzupełnionej listy zaliczeń. Studenci jakoś się nie spieszą, żeby oddać mi prace, a ja od jutra rozpoczynam tygodniową przerwę. Plan jest taki, aby zapełnić ten wolny czas serialami oraz pisaniem. Tak, od tego drugiego nie mogę w żaden sposób uciec. Klepanie w klawiaturę znajdzie mnie absolutnie wszędzie. W przerwach, aby dać odpocząć głowie i palcom, będę oglądał seriale. Liczba mnoga jest nieprzypadkowa.

Wraz z Żoną oglądamy American Horror Story (polecam świetny artykuł Filipa Janowskiego, który w interesujący sposób przeanalizował wątki w tym serialu). Rzecz bardzo ciekawa, właśnie kończymy drugi sezon. Wielokrotnie zaskoczył nas sposób, w jaki ten serial jest kręcony. Interesujący montaż, często stylizowany na stare formy, robi pozytywne wrażenie i pozwala wczuć się w klimat serialu. Tematem są różnego rodzaju przerażające zdarzenia. W pierwszym sezonie bohaterem był nawiedzony Dom Mordu, w którym ciągle dochodziło do różnego rodzaju krwawych tragedii. Duchy zamordowanych nie mogły opuścić Domu, były w nim uwięzione. Trzeba przyznać, że w twórcy kilka razy nas zaskoczyli. Nagłe zwroty akcji poprzedzone długim budowaniem napięcia stanowiły specyfikę pierwszego sezonu. W drugim jest zupełnie inaczej.

Tym razem bohaterem jest dom dla obłąkanych. Osoby dobrze orientujące się w horrorach doskonale wiedzą, że stanowi on straszną scenerię – małe, zamykane na klucz pokoje bez okien, niezrównoważeni mieszkańcy oraz strażnicy, światło delikatnie rozpraszające ciemność korytarzy. Drugi sezon American Horror Story jest jeszcze bardziej przerażający. Autorzy postanowili rozwinąć wątki psychologiczne, przez co cały serial nabrał dodatkowej głębi. Wprowadzenie opętań, wizyt Obcych oraz nazistowskiego lekarza i umieszczenie tego wszystkiego w odizolowanym od społeczeństwa miejscu stanowi mieszankę wybuchową. Im bliżej zakończenia drugiego sezonu, tym napięcie jest gęstsze. Dawno mnie żaden serial tak nie wciągnął. American Horror Story fascynuje mnie swoją dziwnością – trudno tam odnaleźć kogokolwiek, kto byłby normalny. Najlepsze jest jednak to, że jest się czego przestraszyć.

American Horror Story wciąga widza, oddziałuje na jego wyobraźnię i sprawia, że chce się jeszcze więcej. Myślę, że to wyjątkowy serial. Trudno mi dzisiaj znaleźć produkcje tak przemyślanie i dobrze poprowadzone. Istotne jest także to, że pozwala wejść do świata amerykańskich miejskich legend. Element ten sprawia, że z chęcią poszukuje się innych popkulturowych realizacji danego miejsca. W American Horror Story mamy do czynienia ze skrają adaptacją konkretnego tematu. Twórcy nie oszczędzają widza, atakują przerażającymi obrazami, sięgają po różnego rodzaju obrzydliwości i dokładają wszelkich starań, aby odbiorca nie pozostał obojętny. Za wszelką cenę starają się wywołać dreszcz i – przynajmniej do końca drugiego sezon – udaje im się to.

Drugim serialem, na który liczę, jest Vinyl. Będzie miał swoją premierę jutro. Gatunek zupełnie inny, ale – sądząc po zwiastunach – również będzie dotyczył pewnej formy szaleństwa.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén