Tag: seriale (Page 1 of 2)

Waga komedii

Od jakiegoś czasu seriale komediowe stanowią dla mnie duży problem. Chciałbym poczuć mięte do Big Bang Theory, ale nie potrafię bo drażnią mnie żarty. Przy Community wytrzymałem ledwo trzy odcinki. A Jak poznałem waszą matkę? Również nie rozumiem fascynacji tą serią. Jak widzicie, od postnowoczesnych seriali komediowych odbijam się z prędkością piłeczki pingpongowej rzuconej na równiutki beton. Nie od wszystkich, zdarzają się wyjątki. Zaliczam do nich Siły kosmiczne. Interesujące obraz konfliktu pomiędzy naukowcami, a wojskowymi. Świadectwo tego, że te dwie rzeczywistości niekoniecznie zawsze są zgodne.

Oś narracji stanowi próba przerzucenia mostu pomiędzy potrzebami naukowymi a wojskowymi. W ramach badań kosmosu. Jedni widzą w tym przedsięwzięciu możliwość okazania dominacji nad innymi państwami, ale są także tacy, którzy wciąż wierzą w chęć współpracy ponad podziałami. Siły kosmiczne stawiają na próbę zweryfikowana obu postaw oraz pokazanie, że kompromis jest możliwy. Serial przechodzi interesującą przemianę, która jest związana ze zmianami w charakterach postaci. Najpierw wyraźnie widać, że dominują w nim żarty, potem pojawia się sarkazm oraz polityczna satyra, aż w końcu Siły kosmiczne zmierzają w kierunku komediodramatu, w którym jedną z płaszczyzn są skomplikowane relacje w rodzinie. To jest ciekawe! Dobrą opowieść trudno wykuć wyłącznie z samych mniej lub bardziej wybrednych żartów. Dużą sztuką jest ciekawe opisanie problemów, z jakimi muszą mierzyć się ludzie.

Polecam Siły kosmiczne właśnie z tego względu. Jeśli oczekujecie wyłącznie zabawy, nawet bez odrobiny refleksji, to obawiam się, że się rozczarujecie. Żebyśmy się źle nie zrozumieli! Nie uważam, że mam jakoś specjalnie wysublimowane poczucie humoru, po prostu cenię sobie dobry sarkazm oraz zajmujące komentowanie współczesności, czego w Siłach kosmicznych znalazłem bardzo dużo. Jednocześnie się nie oszukuję. Z historii kultury doskonale wiem, że na świecie zdecydowanie częściej pojawia się rubaszny śmiech ze sprośnych żartów, niż wysublimowany uśmiech z celnej ironii. Dlatego cenię sobie seriale komediowe, które nie boją się przemiany, włączenia elementów tragedii do fabuły. To wcale nie sprawia, że taki obraz od razu staje się dramatem! Po prostu zaczyna nabierać głębi, która przyciąga, pozwala zastanowić się nad poprowadzonymi wątkami i dostarczyć odrobiny rozrywki.

Wiem, że niektórych mogą drażnić wątki polityczne wplatane przez autorów Sił kosmicznych. Nie pojawiają się tam przez przypadek i są uzasadnione. W końcu akcja rozgrywa się w wojskowym ośrodku, finansowanym z kieszeni podatników oraz uzależnionym od decyzji różnych urzędników. Stąd biorą się przytyki w kierunku amerykańskiego rządu, a sami autorzy pozwalają sobie nawet na ironiczną prezentację przedstawicieli głównych nurtów politycznych. Siły kosmiczne nie są monotematyczne, zajmują się różnymi problemami i często czynią to w sposób zabawny. Jednak każdy żarty jest odpowiednio zrównoważony właściwą ilością powagi.

Nudne interpretacje

To będzie kolejny tekst o rozczarowaniu. Tak dziwnie się złożyło, że od początku Nowego Roku na moim blogu dominuje temat irytacji. Nudy. Szeroko rozumianego rozczarowania danym tekstem kultury lub, co bywa bardziej bolesne, rzeczywistością. Nie próbuję się wybielić, w żadnym wypadku. Ten stan towarzyszy mi zawsze, ciągle się czepia. Dziwnym trafem ostatnio ciągle coś wzbudza we mnie poczucie rozczarowania. Aż chciałoby się napisać, że kiedyś to robili seriale, pisali książki, kręcili filmy, nie to, co teraz.

W ostatnich dniach skonfrontowałem się z nowym Drakulą i postnowoczesną wersją Opowieści wigilijnej. Te dwa, całkowicie odmienne, teksty kultury doczekały się odświeżonych interpretacji. Tak, „interpretacji”, a nie adaptacji. Istotne rozróżnienie. Autorzy postanowili wziąć rozpoznawalne motywy z obu powieści i trochę inaczej je ubrać. Dorzucić nowe wątki, wprowadzić konteksty, które w oryginałach nie występują. Normalna praktyka, w końcu teksty kultury są ciągle na nowo odczytywane. Wiem, szok! Dotarło to do mnie dopiero na studiach, w szkole średniej miałem wrażenie, że interpretację są wyryte w kamieniu. Takim starym, wielkim i trudnym do usunięcia. Ba! Nawet nie należało go ruszać.

Z jednej strony cieszę się, że twórcy sięgają po treści, które są rozpoznawalne. Jednak jest w tym mała pułapka. Wielu z odbiorców oczekuje nie tyle nowej interpretacji, ile próby dorównania od tego najwierniejszego, najlepszego odczytania. Przynajmniej ich zdaniem. Myślę, że takim rykoszetem dostał Drakula. Moim rozmówcy często porównywali to postnowoczesne odczytanie z realizacjami, które zapisały się w historii kultury. Z zestawienia wychodziło im, że nowy wampir jest gorszy. Tylko dlaczego? Bo jest inny? Uważam, że w takich porównaniach często sami padamy ofiarami pewnego wdrukowania sensów. Bywa, że nie tyle nam się coś podoba, co traktujemy starsze dzieło, jako lepsze, ponieważ zostało już uznane.

Rewers monety mam z głowy. Czas na drugą stronę. Nie cieszę się, że twórcy sięgnęli po te teksty, ponieważ koncertowo je zarżnęli. Realizacja była całkiem niezła, o dziwo zabrakło pomysłów na wypełnienie formy. Długie, przegadane sceny. Beznadzieje zwroty akcji. Wprowadzenie postaci, które trudno uznać za znaczące dla rozwoju głównych bohaterów. Zamiast budować poczucie tajemnicy, a może nawet zagrożenia, twórcy zdecydowali się na dodanie ogromnych ilości nudy.

Zarówno w przypadku Drakuli jak i Opowieści wigilijnej początek był niezły. Scenografia została rozstawiona, bohaterowie przedstawieni. Wraz z rozwojem fabuły pojawiało się coraz więcej luk, dziwnych niedomówień oraz zbędnych wątków. Aż w końcu akcja zdychała i na scenę wkraczał przegadany i nudny materiał filmowy. Gdyby tylko konsekwentnie poprowadzono narrację. Z pomysłem. Gdyby zaniechano prób usilnego wrzucania dodatkowych wątków do fabuły i skrócono całą opowieść, to oba teksty byłby niezłe. Wtedy dobre rzeczy nie tonęłyby w oceanie nudy.

Ekranizacje rozczarowań

Przeglądając serialowe zapowiedzi na 2020 rok, trafiłem na ekranizację powieści Stephena Kinga. Outsider ma opowiadać historię z książki, więc nie będzie to kolejna luźna interpretacja narracji tworzonych przez tego amerykańskiego pisarza. Aż chciałoby się zapytać – znowu King? Czyżby nowa ekranizacja To podniosła zainteresowanie jego prozą? Niekoniecznie. Wystarczy przejrzeć ofertę HBO oraz Netfliksa, aby zauważyć, że już wcześniej pojawiały się filmy i seriale na podstawie prozy Stephena Kinga. Raz lepsze, a raz gorsze. Chociaż mam wrażenie, że tych drugich jest więcej.

Nie będę twierdził, że ich unikam. Oglądam je. Ze zwykłem ciekawości. Prozę Stephena Kinga znam całkiem nieźle, ostatnio skończyłem Instytut, więc z pewną śmiałością mogę stwierdzić, że jest na bieżąco. Dlatego sprawdzam ekranizacje. Filmowe i serialowe. Ciekawe jest to, że wiele narracji sprawdza się doskonale na kartach książki, ale na ekranie jest już gorzej. Być może powodem jest niepotrzebne rozwlekanie akcji? Za doskonały przykład może posłużyć Mgła. Serial, na Netfliksie, trudno było go oglądać. Zakończenie sugerowało, że pojawi się drugi sezon, ale najwyraźniej materiał nie spotkał się ze specjalnym zainteresowaniem widzów. Czym nie jestem nawet lekko zaskoczony.

Przenoszenie sensów pomiędzy formami bywa trudne. Każdy miłośnik narracji to wie. Jako osoba związana z literaturą, miałem nieprzyjemność obejrzeć wiele zniszczonych opowiadań. Niepotrzebnie rozwiniętych, rozbudowanych tylko po to, aby zapełnić czas na ekranie. Tak jakby widz koniecznie musiał spędzić kilka godzin przed ekranem, aby zostać porwanym przez opowieść. Piję do tego nieszczęsnego Hobbita rozbitego na trzy dość długie odcinki. Widziałem je. Nie oczekiwałem, że podciągnięty Legolas będzie tak samo przekonujący, jak ten z Władcy Pierścieni. A jednocześnie zaskoczyło mnie, jak można rozsadzić jedną krótką historię. Rozumiem, że wiele wątków da się bez najmniejszego problemu umieścić w uniwersum stworzonym przez Tolkiena, jednak nie sądzę, aby w takiej formie były one interesujące. Do dziś odbieram Hobbita jako chaotyczną, nieskładną, porozrywaną opowieść, której tematem przewodnim był smok.

Stąd bierze się moja rezerwa do filmowych adaptacji literatury. Komiks przekłada się znacznie lepiej. Chociaż tutaj też zdarzają się niechlubne wyjątki. Zaliczam do nich The Defenders, których przespałem. Podchodziłem do tego serialu kilka razy i oglądanie zawsze kończyło się drzemką. Nie oczarował mnie, nie przykuł do ekranu na tyle, abym czuł się zainteresowany. Podobna sytuacja miała miejsce z innymi ekranizacjami Marvela. Nie wszystkie mnie do siebie przekonały, ale żadna nie zirytowała tak, jak niektóre filmowe edycje narracji literackim. W przypadku tych drugich znacznie bardziej dotykają mnie wszystkie zbędne dodatki wynikające z interpretacji postaci oraz fabuły. Nie oczekuję, że ekranizacja będzie w pełni wierna oryginałowi, po prostu liczę na ciekawe odczytanie, które niespecjalnie będzie rozsadzało cały sens danej powieści.

Mam nadzieję, że w przypadku Outsidera właśnie tak będzie. Poczekam, zobaczę i najwyżej ponownie się rozczaruję.

Dom pełen strachu

Dobry serial można poznać po tym, że niemiłosiernie wciąga. Wsysa jak bagno. Taką przykuwającą do ekranu produkcją jest Nawiedzony dom na wzgórzu. Horror, ale taki nieoczywisty, z kilkoma zmienionymi elementami. Momentami straszny, chwilami smutny. Te zmiany rytmu w narracji sprawiają, że trudno zrezygnować z kolejnego odcinka. Na dodatek pierwszy sezon stanowi zamkniętą całość. Dzięki czemu odbiorca unika bolesnego rozczarowania związanego ze zbędnym przedłużaniem fabuły.

Włączając pierwszy odcinek Nawiedzonego domu na wzgórzu, należy liczyć się z tym, że pojawi się konieczność obejrzenia kolejnych. Dlatego oglądanie tego obrazu warto zaplanować na spokojny weekend, aby móc, bez zbędnych wyrzutów sumienia, całkowicie poświęcić swoją uwagę Netfliksowi. Nawiedzony dom zostaje ukazany w interesujący sposób – z perspektywy każdej, zaangażowanej w historię, postaci. Widz stopniowo dowiaduje się, jakie tajemnice kryje ta niebezpieczna przestrzeń. Historię napędza zbliżająca się wraz z każdym odcinkiem nieunikniona konfrontacja. Właśnie ten element został w interesujący sposób zrealizowany.

Na pewno wszyscy znacie horrory, w których głównym zajęciem bohaterów jest umieranie. Komuś zawsze uda się przetrwać do ostatniej sceny i rozwikłać tajemnicę, ale pozostałe postacie pojawiają się głównie po to, aby oddać życie w imię rozwijającej się fabuły. Nawiedzony dom na wzgórzu inaczej rozwiązuje tę kwestię. Nie ma co oczekiwać piętrzącego się stosu trupów. To nie slasher, raczej film grozy z doskonale opowiedzianą tajemnicą. Szczególnie ważne są postacie opowiadające swoje historie. W Nawiedzonym domu na wzgórzu odbiorca ma do czynienia z rodziną, której członkowie zostali złamani przez złą energię panoszącą się w tytułowym domu. Duch i potwory przekształcają się w skomplikowane traumy. W całą rodzinę szczególnie uderzyła śmierć matki. Przedstawiona jako samobójstwo, ale ta tragedia związana była z opętaniem. Nie wszyscy bohaterowie zgadzają się z taką interpretacją, racjonalizują całe wydarzenie i wolą mówić o chorobie psychicznej.

Widz widzi obie warstwy. Racjonalną, oparta na próbie ułożenia świat ze stałych elementów oraz nadnaturalną widoczną w wizjach i snach postaci. Dom, a także czające się w nim niebezpieczeństwo jest ciągle wypierane. Czai się na drugim planie, okazjonalnie dając o sobie znać. Zła siła stopniowo staje się coraz potężniejsza, zmusza rodzeństwo do ponownego wejścia do nawiedzonego domu. Konfrontacja zostaje świetnie przedstawiona. W ostatnich trzech odcinkach zostają rozwiązane tajemnice, z jakimi borykała się rodzina bohaterów. Zniszczenie wizji oraz ujawnienie szerokiego wpływu złej siły pokazuje, jak wiele problemów wynikało z ignorowania prawdziwej natury domu. Element przezwyciężenia jest również nietypowy. W tym horrorze nie ma spektakularnego pokonania ducha lub innego demona. Finałowi bliżej do pogodzenia się ze skomplikowaną historią rodziny i z zaakceptowaniem innego wymiaru życia.

Nawiedzony dom na wzgórzu to świetny serial. Wciągający, nietuzinkowy oraz ciekawie zrealizowany.

Week #1: Composition - The Rule of Thirds / Enric Martinez (CC BY 2.0)

Igraszki ze Złem

Zło. Fascynujący temat. Niebywale pociągający. Na pewno każdy odbiorca popkultury, wielokrotnie poczuł sympatię do postaci, która wyraźnie łamała zasady i wprowadzała chaos. Takim sztandarowym przykładem jest dla mnie Joker, z Batmana z filmów Christophera Nolana. Antagonista doskonały, a jednocześnie obiekt fascynacji. Inni przeciwnicy superbohaterów nie zdobyli tak dużej sympatii.

A taki Bane? Skomplikowana historia, maska, chęć rozwalenia struktury społecznej w Gotham. Anarchista z jasno określonym celem. Scena na stadionie z trzeciego nolanowskiego Batmana zapiera dech w piersiach. Jednak antagonista już nie. Podobny los, przynajmniej w mojej wewnętrznej klasyfikacji superłotrów, spotyka wiele złych postaci z filmów związanych z uniwersum Marvela. Oczywiście, że można wskazać na Lokiego, który również rozpala serca miłośników filmów superbohaterskich, jednak w tym przypadku mam wrażenie, że ludzi bardziej pociąga kreacja aktorska, a nie sam antagonista. Bo gdzie mu tam do Jokera…

Filmy superbohaterskie opierają się na fantastyczności świata przedstawionego. Mocno wpływa to na relacje pomiędzy postaciami, a także równowagę moralną pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Zawsze jest Porządek i czający się w mroku Chaos. Oba elementy zostają jasno upersonifikowane, nie ma miejsca na wątpliwości. Po jeden stronie stoją superbohaterowie, a po drugiej superłotry. Prosty podział, zero kombinowana, banalna segregacja. Nie ma się co obrażać, MCU to rozrywka z niewielkim buforem na ewentualne kwestie moralne. Superbohaterowie już tak mają. Ścierają się ze swoimi przeciwnikami, aż w końcu ich pokonują, a potem przywracają porządek. Tak jakby zło mogło wyparować ze świata.

Dlatego warto sięgać po takie seriale jak Detektyw lub Ostre przedmioty. Zupełnie inny rodzaj zła. W tych obrazach jest ono duszne, powoli oplata każda z postaci w świecie przedstawionym. Co najważniejsze stanowi jego niezbywalny atrybut. Wyrugowanie zła jest niemożliwe! Powraca, istnieje na drugim planie, a jego manifestacje nie są tak spektakularne, jak w przypadku filmów superbohaterskich. W Detektywie zło ma przytłaczać, ma przybierać formy zorganiznowane i zdehumanizowane. Natomiast w Ostrych przedmiotach wyraźnie widać odmienne podejście. Zło czai się w cieniu. Bohaterowie doskonale go unikają, jakby bojąc się konfrontacji. Jednocześnie wszyscy o nim wiedzą, wręcz wyczuwają wpływ zła na poszczególne osoby. A jednak decydują się milczeć, ignorować nieuchronnie nadchodzącą katastrofę.

Zło wspaniale się przeobraża, jest plastyczne, dostosowuje się do danego świata przedstawionego. Dobrze stworzony antagonista potrzebuje przeciwnika, którym wcale nie musi być jakiś chodzący po ścianach superbohater. Cechą niezbędną jest chęć przywrócenia Porządku, ponowne ustanawianie Kosmosu, powstrzymanie entropii. Wydaje się, że to niewiele, ale wystarczy obejrzeć Detektywa, aby zrozumieć, że taka potrzeba może być równie niszcząca, jak najbardziej niemoralny potwór przebrany za człowieka.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén