Tag: wczesny dostęp (Page 1 of 2)

Wczesny dostęp, szybkie rozczarowanie

Stosunkowo niedawno, bo w trakcie weekendu, wdałem się w dyskusję na temat wczesnego dostępu. Nie jestem miłośnikiem tego modelu dystrybucji. Mam wiele złych doświadczeń związanych z grywalnymi prototypami publikowanymi na Steamie. Nigdy nie kupowałem takich gier, unikałem ich jak ognia. Do mojej biblioteki trafiały egzemplarze recenzenckie, które – bardzo często – nigdy z wczesnego dostępu nie wychodziły. Za to znacznie częściej znikały.

Czym dla mnie obecnie stał się wczesny dostęp? Zaraz po crowdfundingu drugą co do wielkości zmorą gamedevu. W przypadku finansowania społecznościowego zasady są jasne. Jest opis zbiórki, charakterystyka ryzyka, lepiej lub gorzej opisany pomysł. Wspierający wie na, co się pisze, a przynajmniej tak mu się wydaje. Z realizacją bywa różnie. Czasem trzeba czekać kilka lat na wydanie gry, którą się sfinansowało. Nieczęsto zdarza się, że takie projekty znikają, razem z wpłaconymi pieniędzmi. Po prostu trzeba się z tym liczyć, tak bywa w przypadku crowdfundingu. Wczesny dostęp jest znacznie gorszy.

Ta etykietka jest dla mnie sygnałem ostrzegawczym. Daleki jestem od zakładania, że twórcy próbują mnie oszukać, po prostu jestem już zmęczony byciem beta testerem. W przypadku wczesnego dostępu na dodatek za to płacę, a i tak nie mam gwarancji, że gra będzie rozwijana. Mało tego! Twórcy rzadko dają możliwość pobrania wersji demonstracyjnej. Szkoda, w przypadku wczesnego dostępu myślę, że warto zdobyć się na taki gest. W ramach uczciwości. Pokazać niewielki wycinek gry, nad którą się pracuje, część opublikowanej całości. Gorzej, jeżeli nie ma się wystarczająco dużo materiału na przygotowanie wersji demonstracyjnej. Warto wtedy zadać sobie pytanie, czy wydanie gry we wczesnym dostępie było dobrym krokiem. Może lepszym pomysłem byłoby poszukanie wydawcy? Nawet crowdfunding byłby lepszą decyzją.

Zresztą co w zasadzie daje wczesny dostęp? Mniej agresywne opinie odbiorców? W 2019 roku, w gamedevie, nie ma litości, nie ma czasu na przebaczenie. Według danych SteamSpy w lutym opublikowano 697 gier! Warto także pamiętać o tym, że dzisiaj nawet produkty traktowane jako skończone, trudno za takie uznać. Idea wczesnego dostępu była nadużywana przez wszystkich. Zarówno przez dużych wydawców, jak i przez niewielkie niezależne studia. Najwyraźniej klienci chętnie kupowali takie produkcje, ponieważ wydawanie gier nieukończonych stało się normą. Ze świecą szukać tytułów, które w dniu premiery można uznać za maksymalnie dopracowanie. Niestety, współcześnie warto poczekać rok obserwując kolejne aktualizacje i dopiero wtedy zdecydować się na zakup. Tak było w przypadku No Man’s Sky, pierwszej części The Division lub Rainbow Six Siege. Wszystkie te tytuły potrzebowały przynajmniej roku, aby stać się solidnymi grami. A kto je testował? Oczywiście, że klienci, którzy wyłożyli pieniądze licząc na to, że otrzymają nieźle wykonany produkty.

Podsumowując – w świecie, w którym wszystkie gry są wydawane we wczesnym dostępie, ta etykieta straciła jakąkolwiek wartość i nie ma najmniejszego znaczenia.

Niedowiarek #8: Czterej jeźdźcy giereczkowej apokalipsy

Lubicie wczesny dostęp? A gry z otwartym światem, w których można tworzyć przedmioty i walczyć o przetrwanie? Pewnie tak, ja lubię, ale są tacy, dla których takie połączenie, to przepis na natychmiastową apokalipsę!

//Muzyka: William Ross Chernoff’s Nomads – Four Way (CC BY 4.0)

Nie zostanę barbarzyńcą

Nie jestem fanem wszelkiego rodzaju gier survivalowych. Najlepiej bawiłem się przy dwóch odsłonach tego gatunku, przy Minecrafcie oraz Don’t Starve. Pierwszy tytuł stał się przykładem swoistego renesansu produkcji wymagających przetrwania, a drugi miał tak oryginalny świat, że przez długi czas nie mogłem się od niego oderwać. Kilka miesięcy temu w moje ręce wpadała gra Conan Exiles. Była to ostatnia produkcja we wczesnym dostępie, w jaką zagrałem. Od tamtej pory wybieram wyłącznie te gry, które miały już premierę.

Pierwsze próby zabawy w Conan Exiles wielokrotnie kończyły się bolesną porażką. Gra lubiła się zwiesić w wielu przypadkowych momentach, raz nawet nie udało mi się przejść dalej, niż poza ekran tworzenia postaci. Stabilność uratowały dopiero łatki wydane w kolejnych tygodniach, dlatego postanowiłem wrócić do testowania Conan Exiles. Za pierwszym razem bawiłem się średnio, ponieważ nic tak nie psuje rozrywki, jak ciągłe wracanie do pulpitu komputera. Poczekałem, pozwoliłem na to, aby firma Funcom odtrąbiła sprzedaży sukces i oddaliła się od krawędzi bankructwa. Ponownie zainstalowałem Conan Exiles, wróciłem do świata Conana Barbarzyńcy i dalej pozostałem nieczuły na uroki tej produkcji.

Lubie początek w Conen Exiles. Powolne zdobywanie materiałów, konieczność dbania o potrzeby prowadzonej postaci. Mechanizmy znane ze wszystkich gier survivalowych, a jednak w dalszym ciągu sprawiły mi dużo radości. Prezentacja świata również jest interesująca – rozpocząłem swoją przygodę na pustyni, a wokół mnie wisiały ukrzyżowane ludzkie szkielety. Wyczuwa się atmosferę zagrożenia, wrażenie osamotnienia po prostu przytłacza. Dlatego wyruszyłem w kierunku widocznych na horyzoncie gór oraz widocznej na mapie rzeki. Prędzej czy później, prowadzona przeze mnie postać zacznie odczuwać pragnienie i będę musiał zadbać o dostęp do wody pitnej. Nie byłem odpowiednio przygotowany i zabiły mnie dzikie stwory, które również postanowiły, że będą przebywały w pobliżu rzeki. Nie przejąłem się, wkońcu umieranie w grach surwivalowych wpisane jest w ich strukturę. Zacząłem ponownie, zauważyłem, że poziom postaci został zapisany, a więc były silniejszy, miałem więcej wiedzy i teraz mogłem pokonać czyhające na mnie niebezpieczeństwo.

Bardzo chciałbym, aby moje dalsze przygody w świecie Conana były miłe. Próbowałem swoich sił na publicznych serwerach. Bywało różnie, ale najczęściej trafiałem na bardzo niestabilne światy o dużych pingach lub społeczność, która tylko czekała na świeżaka, aby mu niemiłosiernie wtłuc. Granie w samotności nie ma najmniejszego sensu, wtedy Conan Exiles nudzi się po pierwszej godzinie. Dlatego polecam znalezienie dobrego serwera z niezłą społecznością, wtedy produkcja może się podobać. Niestety, jeżeli przyjrzymy się mechanice, to produkcja nie oferuje absolutnie żadnych interesujących i oryginalnych rozwiązań. W grze wieloosobowej widać skutki współpracy, w postaci niewolników oraz rozbudowanych fortec, jednak Conan Exiles w dalszym ciągu przypomina mi Minecrafta dla dorosłych. Tym bardziej że gra pozwala na krwawe pojedynki oraz na niczym nieskrępowaną nagość.

Najnowsza produkcja Funcomu na pewno trafi do osób, które kiedyś aktywnie grały w Age of Conan. Za ten tytuł odpowiadała ta sama firma, a teraz postanowili zaprosić odbiorców ponownie do cyfrowego świata Conana Barbarzyńcy. Obawiam się, że pozostali gracze, tacy jak ja, trochę się pobawią, a potem przejdą do innych tytułów. Zastanawiam się, jak dalej potoczą się losy Conan Exiles. Dużo kolorytu dodają modyfikacje tworzone przez fanów, ale czy to wystarczy, aby gra przetrwała do premiery, która jest planowana na 2018 rok?

Za honor!

Dlaczego w ogóle sięgnąłem po For Honor? O grze słyszałem niewiele, obejrzałem kilka trailerów, ale nie czułem, że muszę koniecznie sprawdzić, co tym razem przygotował Ubisoft. Ale dostałem klucz do zamkniętej bety i szkoda było przepuścić taką okazję. Pobrałem, zainstalowałem i przygotowałem się na dobre siekanie. Oczywiście wcześniej przejrzałem materiały dostępne na YouTubie. Zaintrygowały mnie. Szczególnie interesujące wydały mi się pojedynki.

Pierwszego dnia zamkniętej bety mogłem sprawdzić, czy faktycznie starcia są tak fascynujące, jak wyglądają na filmach. Najpierw grałem na klawiaturze i myszce, bo po prostu jestem przyzwyczajony do tych kontrolerów. Przeszedłem samouczek, wtedy już czułem, że coś jest nie w porządku. System walki, marketingowo nazwany „The Art of Battle”, wydał mi się niezwykle toporny. Przechodzenie pomiędzy postawami było nieintuicyjne, że o poruszaniu się postacią już nie wspomnę. Rozegrałem kilka pojedynków i dalej nie opuszczały mnie negatywne odczucia. Sięgnąłem po pada. Okazało się, że od momentu przyzwyczajenia się do innego kontrolera, For Honor zaczęło mi się coraz bardziej podobać. Jedna gałka do ruchu, a druga do zmiany postawy. Jeden przycisk pozwala na wyprowadzenia ataku szybkiego, drugi sprawia, że moja postać uderza z całą siłą, ale się przy tym odsłania. Nauczyłem się nawet korzystać z różnych kombinacji ciosów. Muszę przyznać, że „The Art of Battle” odsłania swoje piękno dopiero, po podłączeniu pada. Dla mnie korzystanie z klawiatury i myszki zabijało zabawę.

Dlatego, gdy rozpocznie się otwarta beta (czyli 9 lutego) wyciągnijcie z szuflad pady. Myślę, że dopiero wtedy poczujecie, jak dobrze zaprojektowany jest system „The Art of Battle”. Każda z postaw jest przemyślana, a pad pozwała do perfekcyjne wyczucie wojownika. Siłą For Honor są właśnie starcia, szczególnie widać to w pojedynkach. Sposób korzystanie z ciosów, uniki, gardy, kontrataki i kombinacje ciosów wyglądają na piekielnie łatwe do zastosowania. Jednak okazuje się, że potrzeba bardzo dużo czasu, aby w pełni wyczuć poszczególnych wojowników. Każda z klas porusza się inaczej oraz ma odmienny styl walki. Ja postanowiłem, że przyłączę się do frakcji Rycerzy i z właśnie takich bohaterów będę korzystał. Do wyboru są jeszcze Wikingowie oraz Samuraje. Brutalnych zdobywców północy cenię ze względu na serial, a kraj kwitnącej wiśni zawsze będzie mi drogi, ponieważ przeżyłem krótką fascynację mangą i anime. Jednak europejskie korzenie sprawiły, że zdecydowałem się pójść w kierunku zakonów rycerskich.

Wielka wojna

Zacząłem testowanie. Stwierdziłem, że miło będzie poprzegrywać w pojedynkach z innymi graczami, dlatego postawiłem na tryb PvP 1 na 1. Pograłem każdą z klas rycerzy, czyli Strażnikiem, Pogromcą oraz Rozjemczynią. Każdą postać zupełnie inaczej się prowadzi, wykorzystywane uzbrojenie wpływa na szybkości oraz poczucie ciężaru ataków. Tak samo jest z przeciwnikami. Trzeba dobrze znać ruchy swojego wroga, aby być zawsze przygotowanym do zastosowania odpowiedniej taktyki. Lubię wyprowadzać ataki, cenię sobie grę postaciami szybkimi, dlatego wybrałem Rozjemczynię. Szybko pożałowałem tej decyzji.

Przegrałem wiele pojedynków, zanim zrozumiałem jak prowadzić tę postać. Po kilkunastu godzinach ciągle mam wrażenie, że jest coś do odkrycia, że jeszcze mogę opracować inną strategię, aby pokonać kolejnego przeciwnika. Właśnie w ten sposób For Honor przywiązuje użytkownika. Pełne wyczucie określonej klasy wymaga bardzo dużo czasu, a to dopiero pierwszy krok. Koniecznie trzeba pojąć, w jaki sposób grają wrogowie, zobaczyć, jakie taktyki stosują inni gracze. W trybie Pojedynku widać to najlepiej, tutaj przeżyłem najwięcej emocji. Zasady są banalne: walka trwa do trzech wygranych, rund jest pięć. Szczególnie interesująco robi się, gdy jest remis lub pasek życia (mój lub wroga) jest prawie wyczyszczony. Wielokrotnie przekonałem się o tym, że jedna błędna decyzja, źle wyprowadzony atak lub zbędna szarża mogą zmienić wynik pojedynku. Zdarzały mi się walki niezwykle emocjonujące, których wygrana, aż do ostatniego ciosu była truda do określenia. Dla mnie tryb Pojedynku w For Honor po prostu błyszczy. Większość czasu, który spędziłem w grze w trakcie trwania zamkniętej bety, poświęciłem na starcia 1 na 1.

Przetestowałem też inne tryby. 2 na 2 zupełnie mnie nie zainteresował. Nie poczułem tutaj magii gry. Dominacja, czyli taka paraMOBA, to inna para kaloszy. Na mapie znajdują się trzy punkty, nad którymi należy utrzymać kontrolę. Obie strony dysponują jednostki kierowanymi przez komputer. Jest to mięso armatnie znane z innych gier MOBA. Trochę przeszkadza, szczególnie w dużych ilościach, ale głównie służy do zapychania przestrzeni i zdobywania doświadczenia. W Dominacji nie ma co szukać honorowych pojedynków. Należy być przygotowanym na zdradzieckie ciosy w plecy. Po prostu na tym polega urok tego trybu. Jednak nie oznacza, to że osaczony gracz nie może się obronić! Wielokrotnie widziałem bohaterów, którzy wychodzi z takich potyczek zwycięsko, ponieważ właśnie w celu przedłużenia walki i wyrównania szans w zasadzce lub niehonorowym starciu, wprowadzona została Zemsta. Pasek tej umiejętności napełnia się, gdy gracz blokuje ciosy lub zadaje obrażenia innym bohaterom. Po wykorzystaniu Zemsty gracz otrzymuje bonusy do ataku, obrony oraz dodatkową wytrzymałość. Dzięki temu można uciec lub pokonać przeciwników, nawet jeżeli mają liczebną przewagę.

Jednak korzystanie z Zemsty wymaga sporego wyczucia sytuacji oraz bohaterów. Trzeba rozumieć, w jaki sposób atakują przeciwnicy, co jest ich słabą stroną, a także doskonale znać swojego bohatera. W przeciwnym razie zużycie Zemsty w niczym nie pomoże, po prostu przedłuży oczekiwanie na nieuchronną porażkę.

Machanie mieczem, to nie wszystko!

For Honor, poza walką w kilku trybach, proponuje także rozwój ekwipunku swojej postaci. Właśnie w tym celu zbiera się specjalne materiały oraz przedmioty. W trakcie trwania bety można było kupować specjalne zestawy za walutę zdobywaną w grze. Jest to wyraźna furtka do wprowadzania mikrotransakcji, które – sam w sobie – nie są złem wcielonym. Wszystko zależy do tego, jak zostaną osadzone w grze. W przypadku zamkniętej bety zdobyłem wiele rzadkich przedmiotów, korzystając z losowych zestawów kupowanych za walutę z gry. Zdarzyło się, że po zwycięskiej walce do mojego plecaka wpadała jakaś ciekawa zbroja. Trudno mi ocenić, czy rozwój postaci w przypadku osób, które nie zdecydują się na mikrotransakcje, będzie przebiegał dokładnie tak samo, jak w przypadku graczy dokładających do For Honor, będzie dokładnie taki sam.

Najpierw Ubisoft musi zaprezentować dokładny model mikrotransakcji. Czy kupiony status Czempiona automatycznie sprawi, że For Honor poszybuje w kierunku P2W? Dodatkowe doświadczenie, więcej materiałów, które można wykorzystać do ulepszenia przedmiotów. W końcu ekwipunek pozwala na dostosowanie poszczególnych cech danego bohatera. Można postawić na atak, obronę lub szybkość. Te aspekty mają znacznie w trakcie gry, ponieważ wpływają na to, jak gracz prowadzi postać. Może okazać, że Czempioni zdobędą zbyt dużą przewagą nad osobami, które nie zdecydowały się na zakup tego tytułu. Jeżeli walki w For Honor będą polegały przede wszystkim na takim elementach jak strategia i umiejętności, zdobyte ulepszenia nie będą miały większego znaczenia. Wtedy status Czempiona będzie tylko dodatkiem i niczym więcej. Jednak to dopiero się okaże.

Walutę w grze można zdobywać poprzez wypełnianie różnych zadań. Proste rozwiązanie, które znany z innym gier. Każdego dnia pojawiają się inne wyzwania, wiele z nich można stosunkowo łatwo ukończyć. Wystarczy zalogować się do For Honor i zacząć zabawę. Zadania zostały podzielone na te, które odświeżają się codziennie oraz takie, które wybiera gracz. Znowu element zachęcający do wchodzenia do gry. Co ciekawe zarządzać Kontraktami, bo tak zostały nazwane wzywania w For Honor, można także z poziomu przeglądarki. Wystarczy zalogować się na stronie produkcji. Ciekawe, czy ten element zostanie bardziej rozwinięty.

Dość chwalenia!

Trudno ukryć, że jestem zachwycony For Honor. Jednak nie wszystko w grze jest takie piękne. Podstawowym problem są serwery, a właściwie ich brak. Produkcja działa w oparciu o system połączeń peer2peer, co sprawiło, że wielu użytkowników miało poważne trudności z działaniem gry. Oznacza to, że jeden gracz staje się gospodarzem (host) rozgrywki, a pozostali dołączają do jego sesji. Nie trudno się domyślić, że może się tutaj pojawić wiele problemów. Wystarczy, że ktoś będzie miał kiepskie łącze internetowe (tak, w XXI wieku wciąż ten problem występuje) i cała przyjemność z zabawy idzie do piachu. Mnie raz zdarzyło się, że trakcie walki gospodarz się rozłączył. Grałem w trybie Dominacji, moja drużyna już wygrała i nagle cały mecz się zresetował. Coś poszło nie tak, jak powinno, być może był to błąd synchronizacji i wszyscy musieliśmy zacząć pojedynek od nowa. A kto nam zwróci poświęcony czas? Nikt.

Właśnie w celu wyłowienia takich problemów urządza się betę. Jednak, co jeżeli ten błąd nie zostanie usunięty? Jeżeli kwestia zmiany gospodarza, wciąż będzie sprawiała tak poważne problemy? A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Połączenia peer2peer znacznie ciężej kontrolować, przez co pojawia się przestrzeń, którą mogą zapełnić różnego rodzaju oszuści. The Division również borykało się z krętaczami, a w For Honor mogą oni psuć zabawę jeszcze bardziej, ponieważ gra ma mieć tryb rankingowy. Potrzebne są tutaj dobrze przemyślane zabezpieczenia, ponieważ peer2peer może sprawdzać się w grach nastawionych na kooperację (np. Vermintide: The End Times) jednak tam, gdzie są widoki na porządne walki rankingowe, znacznie lepiej sprawdzają się serwery dedykowane.

Rozumiem, że to produkcja nowa i jej przyszłość je niepewna. Jednak jeżeli pojawią się ciągłe problemy z dołączaniem do gry oraz wszelkiego rodzaju lagi i oszustwa, to For Honor umrze szybciej, niż zdąży rozwinąć skrzydła. Wtedy nie stanie się nawet grą niszową, skierowaną do fanów siekania mieczami. Użytkowników zawsze najbardziej denerwuje, to gdy nie mogą grać. Dopiero na drugim miejscu są oszuści. Postawienie na peer2peer może sprawić, że wiele rozgrywek będzie niestabilnych, tutaj wszystko zależy do dostawcy Internetu, z którego korzysta gospodarz. To jest element, który może całkowicie pogrzebać For Honor.

Dlatego nie kupujcie tej gry wcześniej! Poczekajcie do premiery lub przetestujcie ją w trakcie trwania otwartych beta testów. Zaczną się one 9 lutego. Sprawdźcie, jak For Honor będzie działo u Was i dopiero wtedy podejmijcie decyzję o zakupie. W przeciwnym razie możecie się dotkliwie rozczarować.

Literat przegląda Internet #69

Od wczoraj testuję For Honor. Ciekawa wycieczka w przeszłość. Niby mamy czasy gier, które koncentrują się na trybie wieloosobowym, ale okazuje się, że niektórzy wciąż lubią udziwniać ten system. Musiałem odblokować porty, abym mógł cieszyć się rozgrywką? Czy P2P to faktycznie dobry wybór dla takiej gry? Tym zajmę się innym razem! Pewnie w poniedziałek!

Dzisiaj, w trakcie prasówki w pracy, zauważyłem, że pojawił się nowy numer „Smokopolitan”.

Zdjęcia kobiet pracujących w barach nocnych w 1958.

Znowu wczesny dostęp… Ile można wałkować ten temat? Na pewno przyda nam się kolejny serwis pozwalający na zbieranie kasy…

Coraz bardziej fascynuje mnie VR. Ciekawe zjawisko.

Okazuje się, że nie wszystkie parnki to sukces. Nawet Wardęga się wyłożył.

Page 1 of 2

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén