Tag: wspieramto

Sfinansuj sobie grę

Mój stosunek do finansowania społecznościowego jest ambiwalentny. Pochwalam i podziwiam osoby, które biorą się za różnego rodzaju projekty, ale zaczynam mieć wrażanie, że twórcy przesadzają, a odbiorcy zaczynają tracić kontrolę nad pieniędzmi, które inwestują. Ryzyko zostaje przesunięte na człowieka oddającego swoje fundusze, dlatego dziwi mnie postępowanie niektórych założycieli zbiórek. Oczywiście, gdyby nie crowdfunding to nie mielibyśmy takich hitów jak Pillars of Eternity oraz Divinity: Original Sin, ale powinniśmy zacząć bardziej krytycznie traktować kolejne zbiórki.

Moją niechęć do finansowania społecznościowego obudziła klęska Dumy szlacheckiej. Była to polska gra przeglądarkowa, która zdobyła ponad 11 tysięcy złotych w kwietniu 2014 roku. Poświęciłem tej grze dwa felietony. Pierwszy był pochwalny, bo otrzymałem dostęp do projektu i rozgrywka była całkiem przyjemna. Na szczególną uwagę zasługiwała dbałość o kontekst historyczny, Duma szlachecka mogła stać się polskim tekstem kultury, który nie uderza w tony martyrologiczne. Twórcy wyraźnie postawili na promocję naszej historii i to było świetne. W drugim felietonie wytknąłem pewien poważny błąd: brak komunikacji. Duma szlachecka upadała, a twórcy nie potrafili poinformować odbiorców o zakończeniu projektu. Osoby, które wpłaciły im pieniądze, powinny zostać potraktowane w sposób poważny, jak inwestorzy ponoszący ryzyko. Nie wiem, czego zabrakło twórcom Dumy szlacheckiej. Może po prostu dojrzałości? Dla mnie był to punkt zwrotny – postanowiłem, że będę wspierał projekty, których efektem jest fizyczny produkt. Dlatego wolałem dołożyć się do Strange Years, do Blera, do Zaklinaczy. Komiks lub gra karciana to zupełnie inny rodzaj tekstu kultury. Trzeba coś dostarczyć odbiorcom, w przypadku gier komputerowych czasem wystarczy jakaś beta lub inny wczesny dostęp, bo tyle dostały osoby, które wsparły Dumę szlachecką. Gadżety przemilczę. Pieniądze miały pójść na grę, a nie na kubki.

W dalszym ciągu mam wrażenie, że dziennikarze piszący o grach komputerowych podchodzą do tematu w sposób bezkrytyczny. Larian Studios uruchamia zbiórkę na kolejną cześć gry, którą sprzedawali i na której zarabiali? Super! Dołóżmy się znowu! Rozumiem, że raz im się udało i Divinity: Orginal Sin jest po prostu świetne, ale dlaczego nikt nie zapytał o inne sposoby finansowania! Przeraża mnie to, że żyjemy w świecie, w którym handluje się pomysłami, które mają mniejsze lub większe szanse na sukces. Inwestujemy pieniądze w coś, co dopiero powstaje, kupujemy coś, czego jeszcze nie ma i zgadzamy się na to ryzyko, ponieważ jest ono krótko opisane w założeniach zbiórki. Wczesny dostęp na Steamie jest dla mnie dość specyficznym pomysłem, ale po zapłaceniu gracz dostaje dostęp do produkcji, która jest już w pewnym stopniu opracowana. Coś już jest, nie płaci się za próżnię. Jako odbiorca chciałbym, aby twórcy zaczęli poważnie traktować ryzyko związane z prowadzeniem studia tworzącego gry komputerowe. Odnoszę wrażenie, że rodzi się nawyk, który polega na przenoszeniu ryzyka na odbiorców. Dla mnie jest to niedopuszczalne.

Jeszcze jedna zbiórka…

Na początku tego tygodnia zrobiłem materiał na temat gry InSomnia. Twórcy postanowili wrócić na Kickstartera, aby dozbierać pieniądze potrzebne na stworzenie gry. Już raz im się udało, ale znowu zaczęło brakować funduszy, więc postanowili ponownie poprosić odbiorców. Co ciekawe tym razem opublikowali grywalne demo, ale nie oznacza to, że zrealizowali założenia z pierwszej zbiórki. Wprost przeciwnie, ponieważ zobowiązali się do dostarczenia gotowej produkcji, ale nic z tego nie wyszło i postanowili się wrócić na Kickstartera. Przejrzałem kilka opublikowanych w Sieci artykułów na ten temat i z przykrością stwierdzam, że ich autorzy częściej przepisują informacje zawarte w opisie zbiórki, niż krytykują ponowną prośbę o pieniądze. Dlaczego? Kompletnie nie rozumiem tej postawy!

Przyczepiłem się Larian Studios nie dlatego, że jestem człowiekiem, który ciągle szuka dziury w całym, chciałem tylko pokazać pewien mechanizm. Belgijskie studio istnieje od 1996 roku, związane jest z serią Divinity i szanse na to, że nie uda im się wydać Divinity: Orginal Sin 2 są niewielkie. Zresztą zbierali na zupełnie nową grę, na kolejną odsłonę serii i nie prosili o ponowne wsparcie przy tworzeniu tego samego tytułu. Jednak już sam fakt, że pojawili się na Kickstarterze, wzbudził moje wątpliwości. Dlatego nie mogę przejść obojętnie wobec praktyki Mono Studios, które odpowiada za tworzenie gry InSomnia.

Wyobraźmy sobie pewną sytuację. Czytelniczko lub Czytelniku, załóż na moment, że jesteś obrzydliwie bogatym człowiekiem, który z chęcią inwestuje w różnego rodzaju projekty, ale nie robi tego w sposób bezkrytyczny. Od swoich kontrahentów oczekujesz odpowiedzialności, zrealizowania określonych założeń. Pewnego dnia przychodzi do Ciebie szef jednego z projektów. Pijecie drogą whisky lub wspaniale przyrządzoną kawę, rozmawiacie o projekcie i nagle Twój gość i partner w interesach stwierdza, że docenia Twój wkład, ale przydałoby się jeszcze trochę kasy. Oczywiście wszystko pójdzie do dokończenie projektu. Każdy racjonalnie myślący człowiek dwa razy zastanowi się, zanim ponownie dofinansuje coś, co już pożarło określoną ilość zasobów i na dodatek nie przyniosło żadnych sensownych wyników. Właśnie w taki sposób postąpi litwórcy gry InSomnia. W ich przypadku inwestorami są osoby, które już raz wsparły ten projekt. Co teraz mają zrobić? Dorzucić się ponownie i liczyć na to, że tym razem będzie lepiej?

Porażka tej zbiórki byłaby kubłem zimnej wody wylanym na głowę twórców. Może wtedy przemyśleliby swoje postępowanie. Może warto poszukać inwestora? Rozejrzeć się za dodatkowym finansowaniem? Myślicie, że to niemożliwe? Mylicie się, i to bardzo, ponieważ na świecie istnieją projekty, które wspierają twórców gier komputerowych. Nie wszędzie, ale nie wierzę w to, że przy odpowiednim zarządzaniu Mono Studio nie byłoby w stanie zdobyć sensownego inwestora. Dziwi mnie postępowanie dziennikarzy związanych z grami komputerowymi. Jeżeli osoby, które piszą newsy, uważają, że ich zadanie polega wyłącznie na bezrefleksyjnym przepisywaniu informacji prasowych, to może powinny zacząć obawiać się o swoje zatrudnienie. Dokładnie tę samą pracę może wykonywać dobrze zaprogramowany bot.

Kickstarter to nie wszystko

Podejrzewam, że osoby uważnie śledzące rynek gier niezależnych mogły trafić o informacje na temat gry Kona. Jednak te krótkie zapowiedzi prasowe mogły utknąć pod górą tekstów poświęconych najnowszym produkcjom AAA. Kona to bardzo interesująca produkcja, utrzymana w klimacie horroru. Gra już teraz jest ciekawa! W ramach wczesnego dostępu na Steamie odbiorca otrzymuje spory kawałek historii oraz olbrzymią przestrzeń do eksploracji. Szczególnie urzekła mnie atmosfera tej produkcji, która jest połączeniem przytłaczającej samotności oraz uczucia bycia obserwowanym przez „coś”. Pograłem, z niecierpliwością czekam na więcej. Jeżeli ktoś chciałby zapoznać się bliżej z tą produkcją, to zapraszam na streamy Łosia. Podejrzewam, że Kona kilka razy się tam pojawi.

O tej grze piszę z dwóch powodów. Po pierwsze twórcy nieźle radzą sobie z komunikacją z graczami. Prowadzą blog, na którym konsekwentnie wrzucają informacje na temat rozwoju projektu. Bardzo podoba mi się to, że precyzyjnie opisują swoją decyzje i często poruszają trudne kwestie. Ostatni wpis dotyczy przesunięcia premiery gry. Trudna decyzja, ale twórcy dokładnie opisują, dlaczego postanowili tak postąpić. Właśnie dzięki takim wpisom widać, że praca nad projektem trwa, a ludzie, którzy dorzucili swoje kilka kadadyjskich dolarów w trakcie Kickstarterowej zbiórki, nie czują się oszukani. Drugim powodem, dla którego piszę o grze Kona, jest sposób finansowania tej produkcji.

Wybierzmy się w przeszłość. We wrześniu 2014 roku Kona zostaje ufundowana. Twórcy zebrali trochę ponad 44 tysiące kanadyjskich dolarów na rozwój swojego projektu. Można powiedzieć, że to niewiele, że zrobienie solidnej gry za taką kwotę jest praktycznie niemożliwe. Ale w grudniu 2014 roku, studio Parabole, które tworzy grę Kona, otrzymało dofinansowanie w wysokości 113 tysięcy kanadyjskich dolarów z Canada Media Fund. Jest to instytucja, która zajmuje się wspieraniem tekstów audiowizualnych, które są tworzone na terenie Kanady. Postawa osób ze studia Parabole jest godna pochwały. Zamiast ponownie sięgnąć po pieniądze odbiorców, postanowili poszukać innych sposobów dalszego finansowania projektu. W przypadku gry Kona zbiórka na Kickstarterze była tylko początkiem i właśnie tak to powinno działać! Crowdfunding nie jest lekiem na całe zło i warto szukać także innych sposobów finansowania. Na pewno wykorzystywanie odbiorców, jako nieorganicznego rezerwuaru pieniędzy jest po prostu nieetyczne. Wzięcie od kogoś pieniędzy to odpowiedzialność, od której nie można uciekać. Na szczęście są jeszcze takie studia jak Parabole, gdzie pracują osoby doskonale rozumiejące to, że gry tworzy się dla ludzi, a nie tylko i wyłącznie dla ich pieniędzy.

Gra Kona jest we wczesnym dostępie na Steamie. Kolejny elementy finansowania oraz możliwość przeprowadzenia beta testów. Człowiek płaci za możliwość sprawdzenia produkcji w określonym punkcie rozwoju, a twórcy cierpliwie zbierają dane. Kona się rozwija, twórcy postępują w sposób odpowiedzialny. Właśnie takie projekty studiów niezależnych warto wspierać. Natomiast powinniśmy unikać wszelkiego rodzaju skoków na kasę. Problem polega na tym, że trudno oddzielić ziarno od plew. Dlatego każda osoba wspierająca projektu w ramach finansowania społecznościowego, powinna rozumieć, że to ona ponosi ryzyku. Twórcy tylko biorą pieniądze i zabierają się do pracy. Co z tego wyjdzie? Nigdy nie wiadomo.

"Polski Duch"

Bezkompromisowy „Polski Duch”

Polskich komiksów nigdy dość! Szczególnie, jeżeli są przygotowywane z pomysłem i przekorą. A tak właśnie jest z Polskim Duchem. Już raz pisałem o tym komiksie, teraz przyszedł czas na mały wywiad. Moment jest szczególny, ponieważ twórcy Polskiego Ducha zbierają na papierowe wydanie komiksu.

Adrian Jaworek: Skąd wziął się pomysł na stworzenie Polskiego Ducha?

Tomasz Kleszcz: Pomysł na komiks superbohaterski od dawna mi chodził po głowie, bo od tego się zabrałem do rysowania komiksów. Prawdę mówiąc, gdy zobaczyłem, że Biały robi niezłą karierę, to stwierdziłem, że to dobry czas na stworzenie własnego komiksu o superbohaterze.

Wraz ze współscenarzystą Piotrkiem Gaszczyńskim nie chcieliśmy, aby był on podobny. Dlatego sam Polski Duch to postać drugoplanowa, historia jest o czymś zupełnie innym.

A.J: Jaka jest Twoja opinia na temat komiksów zaangażowanych ideologicznie?

T.K: To zależy, jak komiks jest zrobiony. Jeżeli przedstawia ideologię w sposób rozsądny, a nie łopatologiczny, to nie mam nic przeciwko.

Komiks jako medium również służy do przekazywania pewnych prawd, a nie tylko rozrywce. Ideologie też trzeba przedstawiać za pomocą komiksu. Jeżeli jest to zrobione dobrze, to jak najbardziej popieram takie pomysły.

A.J: Czy Polskiemu Duchowi jest blisko do Kapitana Ameryki?

T.K: Nie do końca. Powiedzmy, że jeżeli chodzi o styl kostiumowy i graficzny, to faktycznie wzorowałem się na tym superbohaterze w wykonaniu Bryana Hitcha. W przypadku charakteru postaci jest inaczej.

Polski Duch nie jest takim typowym bohaterem jak Kapitan Ameryka, nie ma swojej drugiej ukrytej tożsamości – przynajmniej do tej pory jej nie ujawniliśmy i raczej się nie ujawni – jest to troszeczkę inaczej skonstruowany komiks.

A.J: To gdzie są te różnice?

T.K: Kapitan Ameryka to postać, która hołubi swój kraj, jest zawsze zapatrzona w amerykańską flagę, nigdy nie łamie pewnych zasad. Polski Duch jest postacią enigmatyczną, nie do końca wiadomo, kim on tak naprawdę jest, jakie są jego zasady postępowania. A przede wszystkim – nie walczy w imię wzniosłych i wyższych patriotycznych celów tak, jak Kapitan Ameryka.

A.J: Gdzie udało się wam przemycić polski kontekst kulturowy?

T.K: W umiejscowieniu komiksu, w jego realiach. Akcja dzieje się na zwykłych ulicach w Krakowie. Jeżeli ktoś tam mieszka, to jest w stanie rozpoznać te lokalizacje, ponieważ są zbliżone do rzeczywistych. Ważne też jest zachowanie Karola.

Często powtarzam, że żyję w kraju, w którym karmi się nas rzeczami, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością i to chcieliśmy w tym komiksie pokazać. Nie jest tak różowo, jak się pokazuje w telewizji. Nie wszyscy żyją na kredytach i mają piękne, nowe domy. Karol miał być właśnie taką postacią. Nie oszukujmy się – w Polsce jest mnóstwo ludzi, którzy nie odnieśli sukcesu i przez ten komiks chcieliśmy to pokazać.

Karol próbował postępować dobrze i żyć tak, jak społeczeństwo od niego wymagało i nie do końca to się sprawdziło.

A.J: Właśnie! Karol! Ta postać od początku zwraca moją uwagę, bo przełamuje model komiksu superbohaterskiego. Mam wrażenie, że za jego sprawą Polski Duch zaczyna iść w kierunku komiksu autorskiego.

T.K: Niekoniecznie autorskiego, raczej w stronę obyczajowego. Polski Duch nie jest główną postacią naszego komiksu, mimo że można go nazwać najbardziej reprezentatywną, bo robi największe wizualne wrażenie.

Jest to komiks obyczajowy, w którym próbujemy pokazać żywot zwykłego polskiego obywatela. Wydaje mi się, że takich komiksów jest niewiele. A już na pewno nie ma takich komiksów o Polsce. Bo są komiksy obyczajowe, biograficzne zagranicznych autorów, ale takich typowo polskich, to nie kojarzę na pierwszy rzut. A jakieś pojęcie o tym rynku mam…

A.J: Był Likwidator, Wilq…

T.K: Likwidatora ciężko nazwać komiksem obyczajowym. Jest to komiks groteskowy, oparty na pastiszu polskiego społeczeństwa, bardzo miejscami dosadny.

My nie tworzymy dowcipu. Polski Duch jest zbliżony do rzeczywistości, nie naśmiewa się z niej.

A.J: Staracie się przełożyć polskie bagienko na rzeczywistość komiksową. Świetnie wam to wychodzi. Świat przedstawiony w Polskim Duchu jest żywy, nie nuży odbiorcy, cały czas coś się dzieje. Ciekawe są te odniesienia do polityki i krytyka społeczeństwa.

Nie boisz się posądzeń o zbytnie zideologizowanie Polskiego Ducha?

T.K: Ja się nie boję i uważam, że współcześnie rozmyły się zasady w społeczeństwie… Planujemy to poruszyć w komiksie, więc za dużo nie chcę zdradzać. Karol będzie taką postacią, która nie będzie się bała powiedzieć, że coś mu się nie podoba, coś mu nie pasuje. Karol widzi, że pewne rzeczy są w tym kraju złe i powie to na głos.

Nie będę ukrywał, że troszeczkę ma ze mną wspólnego, bo gdy rysuje się taki komiks, to się czerpie z własnego doświadczenia. Dzisiaj wiele osób boi się odezwać, bo jeżeli powiedzą coś innego, niż wypada, to automatycznie uznawane jest to za złe, za marudzenie, za psioczenie, itd. Ludzie boją się wypowiadać swoje myśli, bo zaraz ktoś powie „marudzisz, zapeszasz, jesteś nietolerancyjny”, czy coś w tym stylu.

Nie wszystko musi się nam podobać i nie wszystko musimy tolerować, nawet jeśli nie mamy na to wpływu.

A skoro tworzymy komiks dla własnej satysfakcji, to nie będziemy go robić pod publiczkę i pilnować tego, żeby był poprawny politycznie.

"Polski Duch"

„Polski Duch”

A.J: Lubię takich artystów! Właśnie takiej bezkompromisowości brakuje mi w polskiej popkulturze. W Polskim Duchu czuję taki potencjał sprzeciwu – przywalić i roznieść to wszystko na małe kawałeczki.

T.K: Byłoby fajnie, gdyby nasz komiks dotarł do szerszych mas. Ale to jest ryzyko… Jeżeli podejmujesz się tematu, który sprzeciwia się pewnym zasadom, to jest duża szansa, że ten temat zostanie zduszony. Ludzie nie chcą pewnych rzeczy słuchać, czy oglądać, bo czują, że mają tego dość. Wolą włączyć telewizję i pooglądać Taniec z gwiazdami.

Komiks jest niszowym medium. Robienie komiksu, który ma nie tylko służyć rozrywce, nie jest cukierkowy, jest jeszcze trudniejsze, ale nie wszyscy muszą robić rzeczy, które się innym podobają. Czasami trzeba zrobić coś dla siebie, coś, co się uważa za słuszne.

A.J: Dlaczego powiedziałeś, że komiks jest niszowym medium? To gatunek związany z kulturą masową, wręcz do bólu popularny.

T.K: Zależy gdzie. Odnoszę wrażenie, że w Polsce jest inaczej. Co prawda zwiększa się sprzedaż, wydawcy sobie chwalą nakłady, zwłaszcza w mijającym roku 2015, to jednak jest to w dalszym ciągu bardzo niszowe medium. Trudno znaleźć ludzi, którzy mieliby o tym jakiekolwiek pojęcie. W autobusach i w pociągach ludzie rozmawiają głównie o telewizji, meczach i plotkach, ale nie o komiksach, o nich nic nie usłyszysz.

O komiksach mówi się na konwentach lub specjalistycznych blogach czy serwisach. Dlatego dla mnie to jest niszowe medium. Pokutuje mimo wielu świetnych publikacji – przynajmniej w moim odczuciu – takie zaściankowe myślenie, że komiks to Kaczor Donald i Czarodziejka z Księżyca. Od dwudziestu lat, to nie  uległo zmianie, niestety! Mimo, że wychodzą nowe komiksy, działają wydawnictwa, są w tym coraz większe pieniądze, to – nie oszukujmy się! – w umyśle polskiego obywatela komiks to bzdury.

A.J: U nas pokutuje myślenie, że komiks to tylko zabawa.

T.K: Zgadza się. Problem polega na tym, że biznes nie angażuje się w komiksy. Nie ma ludzi, którzy zarabiają na komiksach potężne pieniądze, komiksy nie pojawiają się w głównych mediach, to automatycznie są traktowane jako taka niszowa sprawa.

Czasami niewielkie wydarzenie, które pojawi się w telewizji, zrobi więcej szumu, niż światowej klasy komiksy pojawiające się w Polsce. Za nimi nie idą żadne akcje reklamowe! To jest takie zamknięte środowisko, które się utrzymuje, może ostatnio delikatnie rozwija, ale to jest nisza.

A.J: Rozmawiamy przy okazji zbiórki na Wspieram.to. To już druga próba sfinansowania Polskiego Ducha, prawda?

T.K: Tak. Druga i – najprawdopodobniej – ostatnia. Chcielibyśmy zobaczyć ten komiks na papierze, uważamy, że warto go wydać. Doszliśmy do wniosku, że nasi czytelnicy (mamy sporo odwiedzin) będą zainteresowani i wesprą ten projekt.

Za pierwszym razem było mniej materiału. Komiks był krótszy, może nie do końca określiliśmy jego przesłanie.

Prawda jest taka, że też nie dajemy rady go cały czas rysować w dotychczasowym tempie. Chcieliśmy zakończyć pewien etap. Pojawił się pomysł na drugą zbiórkę i zobaczymy, co będzie. A jak się zbiórka nie uda… To będziemy myśleć, co dalej.

A.J: Do tworzenia Polskiego Ducha wróciliście po przerwie. Coś się zmieniło?

T.K: Ja, jako rysownik, przestałem rysować. Dlatego, że nie daję rady. Nawiązaliśmy współpracę z kilkoma osobami, które być może by się podjęły kontynuowania pracy. Wszystko zależy od tego, czy projekt będzie działał dalej.

Scenariusz mamy napisany do końca, plansze są rozpisane, nic nie przybywa, nic nie ubywa. Historia jest gotowa, trzeba ją tylko narysować.

Jeżeli komiks nie spotka się z wystarczająco przychylnym przyjęciem, to czasami trzeba sobie powiedzieć dość.

A.J: To, co mówisz, jest trochę smutne. Liczyłem na to, że Polski Duch będzie gdzieś kontynuowany.

T.K: Nie mówię, że basta! Ale gdyby ta akcja toczyła się 5 lub 6 lat temu, gdy miałem więcej wolnego czasu, to pewnie bym komiks skończył. Ale latka lecą.

Ciężko rysować tylko hobbistyczne, zwłaszcza że Polski Duch jest robiony w stylistyce realistycznej. Narysowanie planszy wymaga trochę czasu. Już nie wspomnę o aktualizowaniu mediów społecznościowych. Na to, niektórzy koledzy z branży, poświęcają mnóstwo czasu. Ja ich, szczerze mówiąc, podziwiam. Bo aby uaktualniać bez przerwy Facebooka, strony internetowe, blogi i jeździć jeszcze na konwenty, potrzeba dużo zaangażowania.

A.J: Czy Polski Duch próbuje promować nowy polski patriotyzm?

T.K: Myślę, że nie. O ile znam zawartość scenariusza. Nie propagujemy żadnego nowego patriotyzmu. Chociaż poruszamy sprawy obyczajowe, to nie bawimy się w politykę.

W Polskim Duchu nie ma przekonań PiSowskich, POwskich lub innych partii. Polityka to jest coś, czego ja się nie tykam i moi koledzy biorący udział w tym projekcie również, przynajmniej w tym komiksie.

A.J: Mam wrażenie, że będzie Ci ciężko wyważyć ten komiks, gdy zbiórka się uda. Bohater jest ubrany w narodowe barwy, więc skojarzenie jest automatyczne.

T.K: Tak i to wszystko znajdzie swoje wyjaśnienie. Temat historii jest zamknięty, wszystkie zagadki znajdą swoje rozwiązanie. Opiszemy, dlaczego jest taki kostium, dlaczego postać jest w taki, a nie inny sposób skonstruowana, ale aby do tego dojść, należy wykonać przynajmniej ze sto plansz. A te czekają, aż ktoś się za nie zabierze.

A.J: Wspomniałeś, że akcja dzieje się w Krakowie. Akcja Blera Rafała Szłapy również została osadzona w Krakowie. Dlaczego po raz kolejny spotykam się z komiksem w Krakowie?

T.K: Rafał Szłapa w Krakowie mieszka, a ja całkiem nieopodal. Jedyne największe miasto w mojej okolicy, to Kraków, więc taki wybór był po prostu najłatwiejszy..

(śmiech)

To jedna sprawa. A po drugie, polskie miasta, poza tym, że mają zabytki w stylu Zamku na Wawelu, czy Pałacu Kultury w Warszawie, to nie bardzo mają swoją charakterystykę, podobną do tej znanej ze Stanów Zjednoczonych. Tam wystarczy narysować centrum z wieżowcami, które robią wrażenie. Rysowanie kamienic jest koszmarne.

Lepiej osadzić akcję komiksu gdzieś blisko. Wtedy można pojechać, zobaczyć jak to wszystko wygląda.

A.J: A po udanej zbiórce planujecie wydać jakiś przewodnik po Krakowie? Spacer tropami Karola i Polskiego Ducha?

T.K: Chyba nie. Przynajmniej ja nie planuję. Nasz komiks nie jest, aż tak mocno osadzony w Krakowie. Owszem umieściliśmy tam jego akcję, bo Karol tam mieszka, ale nie chcemy jakoś promować tego miasta.

Zresztą Kraków jakoś bardzo nie promuje komiksów. Poza kilkoma inicjatywami prowadzonymi przez pasjonatów, to miasto – w moim odczuciu – niewiele w tej sprawie robi w zestawieniu z Łodzią, Warszawą czy Poznaniem.

A.J: Czego wam życzyć w związku z Polskim Duchem?

T.K: Żeby spoty z Polskim Duchem pojawiły się na Wykopie, Pudelku, Demotywatorach i na wszystkich innych witrynach, które młodzież ogląda. Potrzebujemy fanów spoza środowiska komiksowego, dopiero wtedy Polski Duch zdobędzie pewną rozpoznawalność.

A.J: To mam nadzieję, że wkrótce się tak stanie. Dziękuję za rozmowę. Do usłyszenia.

T.K: Dzięki.

Zbiorowe zbiórki

Cały czas zastanawiam się, czy na polskim crowdfundingu odbija się sprawa związana ze zbiórką na wskrzeszenie pisma „Secret Service”. Internauci i inni zainteresowani doskonale wiedzą czym skończyła się ta akcja – porażką. W niektórych wypowiedziach użyto znacznie cięższych słów, może słusznie, może zbyt pochopnie. Najważniejsze jest to, że sprawa została rozwiązana i do ludzi mają wrócić pieniądze. Niestety, niesmak pozostał.

Dla mnie crowdfunding jest olbrzymią szansą dla kultury, szczególnie dla tej niszowej. Mniejsi twórcy mogą znaleźć tam fundusze na realizację swojego projektu i tym samym wzbogacić naszą przestrzeń o interesujące treści i sensy. W przeciwnym razie ich twórczość nie wylazłaby z szuflady, a być może i z piwnicy. Nagle trafia się sprawa związana z „Secret Service”. Na pewno trochę uroku straciła nostalgia – nie wszystko trzeba wskrzeszać. Uważam, że twórców proponujących nowe rzeczy trzeba w dalszym ciągu wspierać.

W zeszłym roku szczególnie spodobały mi się trzy akcje: planszówka „Pan Lodowego Ogrodu”, podkast „Diabelskie Ustrojstwa oraz powieść graficzna „Strange Years”. W każdych z tych przypadków autorzy proponowali nową jakość, a także interesujące formy promocji. Szczególnie spodobały mi się obrazki tworzone przez MacKozera, które pojawiały się w formie tweetów. Żadnego nachalnego spamowania, tylko gra obrazami oraz postaciami istniejącymi w popkulturowej świadomości.

O sprawie „Secret PIXEL Service” trzeba pisać. Ale mam wrażenie, że zbyt mało miejsca poświęcono udanym projektom, które coś wniosły, coś dały odbiorcom.

Jeden z obrazków promujących zbiórkę na Diabelskie Ustrojstwa

Jeden z obrazków promujących zbiórkę na Diabelskie Ustrojstwa

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén