Kolejny film z Netfliksowej listy został odhaczony! Tym razem padło na Velvet Buzzsaw. Z uwagi na malarskie wykształcenie mojej Żony, tytuł ten szybko stał się jednym z obowiązkowych. Obejrzeliśmy, szczególnie zachwyceni nie jesteśmy. Historia była ciekawa, realizacja na wysokim poziomie, podobnie jak aktorstwo. Jednak ciągle nam czegoś brakowało i właśnie na tym braku chciałbym się skupić. Bywa czasem tak, że człowiek skończy tekst kultury, czuje, że w sumie był niezłe, a tu nagle wkrada się nieznośne „ale”.

Dobrym wstępem do tekstu o brakach jest tweet mojego dobrego znajomego:

Łukasz ma po prostu rację!

Części narracji muszą być ze sobą w pewien sposób połączone. Kontynuując tok myślowy Łukasza, muszą być zszyte. Najlepiej, żeby się nie rozłaziły w trakcie lektury danego tekstu. Właśnie w przypadku Velvet Buzzsaw problemem szybko stają się powyciągane nitki. Porzucone wątki, które – tak przynajmniej sądzę – miały stanowić początek większej tajemnicy, ale z jakiś powodów nie zostały wykorzystane. Szczególnie utkwiły mi w głowie dwa drobiazgi. Pierwszy, to technik wciągnięty do obrazu z małpami. Niby później pojawia się wspomnienie na jego temat, o tym, że był widziany na monitoringu, jednak nikt nie wspomina o tym, co konkretnie wydarzyło się na stacji benzynowej. A drugą nitką jest śledztwo prywatnego detektywa. Teczka trafia do szuflady, główny bohater dostaje wiadomość o interesujących informacjach, ale nie podejmuje tropu. Co zupełnie nie współgra z jego charakterem! Z dokładnością, z precyzją, z umiejętnością obserwacji! Takich detali jest w Velvet Buzzsaw znacznie więcej.

Być może ten film jest po prostu pięknym obrazem? Kadry są piękne, zasługują na miano malarskich. Wyraźnie widać i czuć, że przestrzenne układy nie są przypadkowe. Są cudowanie przemyślanie. Kolory otoczenia współgrają z kostiumami postaci. Taka konstrukcja idealnie współgra z opisywanym światem galerii, artystów oraz kolekcjonerów sztuki. Historia jest ciągle na drugim planie. Wykorzystany zostaje znany w kulturze motyw żywych obrazów. Spoglądanie w kierunku Doriana Grey’a nie ma większego sensu. W Velvet Buzzsaw ważniejszy jest przeklęty wpływ obrazów, to, że sztuka zabija, tych, którzy na niej zarabiają. Można by tutaj dopisać jakąś krytykę konsumpcjonizmu, jednak nie widzę w tym większego sensu. Byłoby to równie słabe, co połączenia pomiędzy kolejnymi wątkami narracji.

Velvet Buzzsaw trudno mi nazwać rozczarowaniem. Nie oczekiwałem, że zostanę olśniony. Najlepszym określeniem dla tego filmu, jest przyjemna droga. Nie sądzę, aby film niósł ze sobą jakikolwiek dodatkowy ładunek. Powstał, żeby oczarować kadrami, trochę znużyć historią i odrobinę zdenerwować brakiem dbałości o narracyjne detale.